niedziela, 6 stycznia 2013

To nie jest kraj dla białych ludzi


Peter Godwin to pisarz, publicysta i reżyser, na stałe mieszkający w Stanach Zjednoczonych. Urodził się w kolonialnej Rodezji Południowej, czyli dzisiejszym Zimbabwe. Jego rodzice wyemigrowali tam zaraz po II wojnie światowej. Ciężko stwierdzić, czy książka "Gdzie krokodyl zjada słońce" jest bardziej biografią Godwina, czy reportażem o Zimbabwe. Myślę, że jednym i drugim.

źródło: ecsmedia.pl

Dawna Rodezja Południowa była niegdyś jednym z najlepiej rozwiniętych gospodarczo krajów Afryki. Po ogłoszeniu niepodległości w 1980 roku nowe władze nie pozbyły się swoich białych, co dodatkowo wpłynęło na rozwój wielkoobszarowego rolnictwa. Rząd Roberta Mugabego wręcz zachęcał białych farmerów do pozostania. Wszystko zmieniło się w 2000 roku, kiedy prezydentowi kończyła się ostatnia kadencja. Mugabe, aby pozostać przy władzy, musiał doprowadzić do zmiany konstytucji. Żebyzdobyć głosy zwłaszcza uboższych warstw społeczeństwa i zwyciężyć w referendum, postanowił przeprowadzić reformę rolną. A tak naprawdę odebrać ziemię jej białym właścicielom. Zawiązała się opozycja, złożona w większości z zagrożonych farmerów. Reakcją reżimu na opór była agresywna, rasistowska kampanią skierowana przeciwko białym. I właśnie o tych czasach opowiada w swojej książce Peter Godwin.

Na farmach wkrótce zaczęli pojawiać się tzw. wetwoje, czyli bojówki, nieformalnie wspierane przez partię rządzącą. Wetwoje rozbijali obozy i zaczynali samodzielnie parcelować gospodarstwa. Czasem mieli większe ambicje, na przykład zajęcie domu białego farmera. Grupy zachowywały się agresywnie, wetwoje często pozostawali pod wpływem alkoholu i narkotyków. Kilku farmerów zginęło. Wetwoje nie tylko rozkradali maszyny rolnicze, ale i zabraniali farmerom uprawiać ziemię. Co wkrótce miało zaowocować niedostatkiem żywności w całym kraju.

Kampania rozdzieliła też rodzinę Godwinów, schorowani rodzice autora pozostali w Zimbabwe, podczas gdy jego siostra Georgina, za prowadzenie programu w opozycyjnym radiu, została ogłoszona persona non-grata i musiała emigrować do Wielkiej Brytanii. Pogarszający się stan zdrowia rodziców Petera przeplata się z historią kraju, coraz bardziej opanowanego przez anarchię i korupcję. To bardzo osobista i emocjonalna opowieść, nie mamy wątpliwości po której stronie jest autor. Godwin zbiera relacje napadniętych farmerów i aresztowanych działaczy opozycji. Z jego książki wyłania się obraz reżimu, który woli doprowadzić do ekonomicznej zapaści, niż zrzec się władzy. Autor konfrontuje wręcz obraz swoich rodziców, uczciwych ludzi, którzy całe życie pracowali dla dobra kraju (może trochę wyidealizowany) z nowymi, przeżartymi przez chciwość i korupcję elitami Zimbabwe. Dużo w tym wszystkim żalu człowieka odrzuconego przez własna ojczyznę. Bo zdaniem Petera Godwina, w Zimbabwe nie ma już miejsca dla uczciwych białych ludzi.

W książce jest też polski wątek. Autor dowiaduje się bowiem, że jego ojciec tak naprawdę nie nazywa się Godwin, a Goldfarb i jest urodzonym w Polsce Żydem. Poszukując śladów swojej babki i ciotki, pisarz zaczyna odkrywać okrucieństwa Holocaustu. Dla polskiego czytelnika niezwykła i intrygująca może być ta perspektywa. Oto człowiek, dla którego egzotyczne Zimbabwe to chleb poprzedni, na nowo pokazuje nam historię dla nas tak oczywistą. A może przez to, że oczywistą, już trochę opatrzoną i nie wzbudzającą aż takich emocji? Peter Godwin stawia też ważne pytania. Czy nienawiść na tle rasowym kiedyś się skończy? Po Zimbabwe widać, że nie tak prędko.

źródło: http://afryka.org/afryka/wszyscy-pochodzimy-z-afryki,news/

sobota, 5 stycznia 2013

Ja tam bluesa nie czuję


Katarzyna Rosłaniec wie, jak trafić do nastolatków, potrafi mówić ich językiem. Jej filmy pulsują skrajnymi emocjami i rażą intensywną kolorystyką, tu nie ma miejsca na niuanse i odcienie szarości. Coś jest albo mega, albo to dno i sto metrów mułu. Rosłaniec przedstawia się jako Kasia, nosi zabawne koszulki i używa słów, których nie rozumie. Na przykład nadając swojemu najnowszemu filmowi tytuł "Bejbi blues". Niby fajnie brzmi i jeszcze napisane tak, jak to zwykły robić nastolatki na Facebooku. Tyle że widz może nieopatrznie spodziewać się filmu o syndromie zwanym właśnie baby blues, czyli stanie depresyjnym dotykającym po porodzie od 50% do 80% matek w każdym wieku. Nic bardziej mylnego. Dziecko głównej bohaterki ma już kilka miesięcy, a ona nie wykazuje objawów ciągłego smutku i zmęczenia. Co najwyżej chorobliwej nieodpowiedzialności.

Natalia, bo o niej mowa, mieszka ze swoim synkiem Antosiem i matką, która urodziła w równie młodym wieku co bohaterka. Dziewczyna ma 17 lat i nie interesuje się niczym, no może poza imprezami i ubraniami. I chociaż Antosiem zajmuje się momentami tak, że przez znaczną część filmu tylko czekałam, aż dziecko upadnie i rozbije głowę, bardzo go kocha na swój egoistyczny sposób. Antoś miał być bowiem remedium na jej poczucie osamotnienia. Pewnego dnia matka Natalii wyjeżdża do Berlina, zostawiając dziewczynie mieszkanie i odpowiedzialność za własne życie. Jest jeszcze Kuba, ojciec Antka. Natalia ma z niego niewielki pożytek, bo chociaż chłopak kocha syna i lubi się z nim bawić, to jednak najbardziej lubi jeździć na desce i palić skręty. Gdybym miała podsumować całą tę rodzinną sytuację jednym zdaniem, powiedziałabym, że tak zapewne dzieci bogatych rodziców wyobrażają sobie biedę i patologię. Tak naprawdę Natalia ma do dyspozycji bardzo ładne mieszkanie i dostaje co miesiąc pieniądze, a jeśli jej braknie, to tylko dlatego, że wydała na ciuchy, imprezy i narkotyki.

Stylistyka filmu daleka jest od realizmu, świat przedstawiony to bardziej projekcja tego, co możemy znaleźć na stronach tzw. blogerek modowych (od samego słowa bolą mnie zęby). Rosłaniec przyznaje, że właśnie w Internecie szukała inspiracji. Może po prostu nikt jej nie powiedział, że świat wirtualny nie pokrywa się z realnym. Choć paradoksalnie w tym tkwi siła filmu! Bo dla nastoletniej publiczności, do której chce trafić reżyserka, te dwa światy już dawno się ze sobą zlały, czy może raczej nigdy nie były rozdzielone. Podobnie jest z młodymi aktorami-amatorami, którzy zostali obsadzeni w głównych rolach. Może nie mają idealnego warsztatu aktorskiego, ale przez to, że po części grają filmowe postacie, a po części samych siebie, są niezwykle autentyczni.

Może nawet byłabym w stanie im uwierzyć, gdyby nie zakończenie filmu, które kompletnie nie pasuje do wizerunku Natalii. Osoby irytującej, która może i ma problemy z organizacją swojego życia, ale jednak jest dobrą matką. Aż tak nieodpowiedzialnego zachowania nie można usprawiedliwić tym, że ktoś ma 17 lat. Ani nawet tym, że ktoś ma 13 lat. Coś takiego wymaga co najmniej poważnych zaburzeń w ocenie rzeczywistości. Możliwe, że ten dysonans miał załagodzić właśnie tytuł filmu.

źródło: filmweb.pl

piątek, 4 stycznia 2013

O Tischnerze na góralską nutę


Ks. prof. Józef Tischner był tym rzadkim typem człowieka, który czasem mówi na poważnie, a nawet gdy nie, to i tak wychodzi mądrze. Może własnie dlatego "Historia filozofii po góralsku" stała się jego najpopularniejszą książką, do której ciągle chętnie sięgają różnego rodzaju twórcy. Swoją interpretację Tischnera po góralsku wystawia też Teatr Powszechny. "Gdzie radość, tam cnota - Wariacje Tischnerowskie" to kipiący energią i humorem spektakl, a w nim cała klasyczna filozofia w pigułce, przewijają się tu myśli Sokratesa, Heraklita czy cyników. Słowem tych, od którym należy zacząć przygodę z filozofią. A wszystko okraszone iście góralskim humorem.

Tischner, tworząc "Historie filozofii po góralsku", zrobił dwie ważne rzeczy. Po pierwsze przybliżył filozofię do życia. Pierwsza z nauk skostniała już bowiem trochę w uniwersyteckich murach, zamknęła się w opasłych księgach i przykryła płaszczem skomplikowanych pojęć. Przybrała więc formę, która skutecznie odstrasza wielu uczniów, studentów, a także tzw. zwykłych ludzi. Często jest postrzegana jako coś abstrakcyjnego i dalekiego od prawdziwego życia, a przecież to filozofia jest mu najbliższa. Powstała w końcu z refleksji nad życiem, ze zadziwienia światem i człowiekiem. Tutaj filozofia towarzyszy góralom w codziennych sytuacjach, w naturalny sposób z nich wynika.
Na pocątku wsędy byli górole, a dopiero potem porobiyli się Turcy i Zydzi. Górole byli tyz piyrsymi „filozofami”. „Filozof” to jest pedziane po grecku. Znacy telo co: „mędrol”. A to jest pedziane po grecku dlo niepoznaki. Niby, po co mo fto wiedzieć, jak było na pocątku? Ale Grecy to nie byli Grecy, ino górole, co udawali greka. Bo na pocątku nie było Greków, ino wsędy byli górole.
Tak zaczyna się "Historia filozofii po góralsku". Stwierdzenie może i zaskakujące, ale na swój przekorny sposób prawdziwe. Bo czyż pierwszym filozofom nie było bliżej do górali, niż współczesnych naukowców? Byli na pewno bliżej natury i ludu. To z tych źródeł czerpali inspirację. Nie byli też tak obwarowani tomiszczami wiedzy, którą trzeba przyswoić, zanim samemu zacznie się myśleć. Swoje teorie tworzyli pod wpływem nagłej refleksji, często po prostu w dyskusjach z innymi.

Po drugie Tischner przywraca do łask ludowość. Śmieje się z góralami, a nie z górali. Dziś wieś i chłopska kultura bardzo się zdewaluowały, często są utożsamiane z czymś jednoznacznie negatywnym, zacofanym, niewartym uwagi. W spektaklu - wraz z graną na skrzypcach muzyką, strojami, zachwytem naturą - ludowość powraca w całej swojej krasie, piękna i urzekająca. A przy tym zabawna. Górale każdą bowiem myśl filozoficzną najchętniej zakończą, nawet niewyszukanym, dowcipem. To chyba najbardziej optymistyczny spektakl, jaki widziałam. Postacie Wawrzka, Jędrka i Józka sprawią, że opuścicie teatr z szerokim uśmiechem na twarzy.

źródło: www.powszechny.com

wtorek, 1 stycznia 2013

Big nieporozumienie


Miało być nowatorsko i ambitnie, a wyszło jak zwykle. Film Barbary Białowąs "Big love" porusza intrygujący temat toksycznej miłości, szkoda tylko, że w stylistyce, której nie powstydziłby się serial "M jak miłość". Pierwsza część filmu jest po prostu zła, potem robi się nieco lepiej. Ale od początku...

źródło: republikakobiet.pl

Emilka (Aleksandra Hamkało) to niewinne dziewczę lat szesnastu, nieco osamotnione przez robiącą karierę matkę - gwiazdę seriali (w tej roli Małgorzata Pieczyńska). Maciek (Antoni Pawlicki) ma 23 lata i w zasadzie nie wiadomo, skąd się wziął. Pewnego dnia młodzi spotykają się i łączy ich wielka, gorąca miłość. Dlaczego to też nie wiadomo, bo niewiele ze sobą rozmawiają, tak naprawdę tylko uprawiają seks. Scen seksu jest na początku filmu tak dużo, że widz zaczyna się zastanawiać, czy aby przez omyłkę nie włączył kanału RedTube. Pod wpływem Maćka Emilka przeżywa bunt, wyprowadza się od matki i robi wszystko to, co powinny robić zbuntowane nastolatki. Para pali jointy jeżdżąc furgonetką, kąpie się nago w jeziorze i radośnie demoluje skrzynki na listy. Żeby było bardziej sentymentalnie  Emila i Maciek adoptują też znalezionego w lesie psa, bo przecież tak naprawdę maja dobre serca. To najbardziej schematyczny bunt, jaki widziałam. Możliwe, że oglądam za mało filmów dla nastolatek i polskich seriali. Choć nawet sceneria, w której toczy się akcja filmu, jednoznacznie kojarzy mi się z tasiemcami typu "Na Wspólnej".

Potem robi się trochę ciekawiej, Emilka dorasta i zostaje gwiazdą muzyki pop (prawie jak Hannah Montana). Pojawiają się konflikty, problemy i niechciana ciąża. Trzeba przyznać, że Aleksandra Hamkało radzi sobie naprawdę dobrze, wykreowała chyba jedyną ciekawą postać w całym filmie. Niestety Maciek w wykonaniu Antoniego Pawlickiego bardziej nadawałby się na salę rozpraw sędzi Anny Marii Wesołowskiej, niż na duży ekran. Z jednej strony jest fanatycznie zakochany w Emilce, z drugiej ma napady wściekłości bez powodu, której nie powstydziłby się stereotypowy dres. Całość historii poznajemy dwuwymiarowo, poprzez retrospekcje wydarzeń z 2004 roku oraz (prywatne?) śledztwo prowadzone przez policyjnego psychologa Adama (Robert Gonera). Z jednej strony urozmaica to warstwę fabularną filmu, z drugiej psuje efekt zaskoczenia, od początku wiemy bowiem, że Emilka źle skończy. Postać Adama nie służy niczemu innemu, jak wertowaniu policyjnych akt i dawaniu pretekstu do kolejnych retrospekcji. No może poza tym, że bawi się z synem w Indian (czy chłopcy w Polsce naprawdę jeszcze bawią się w Indian?).

To nie jest tak, że film zupełnie do niczego się nie nadaje. Jest całkiem dobry na leniwe popołudnie po męczącym dniu. Rzecz w tym, że w tę historie nie sposób uwierzyć. Na zakończenie wizji lokalnej bohater mówi policjantom, że teraz mogą już wracać do swoich zakłamanych pseudożyć. No naprawdę! Przyganiał kocioł garnkowi!


Rok z Julianem Tuwimem


Sejm oficjalnie ogłosił rok 2013 Rokiem Juliana Tuwima. W 2013 przypada bowiem 60. rocznica śmierci i 100. rocznica debiutu literackiego poety. Poezję skamandrytów uwielbiam za jej dyskretny urok i optymizm, nie mogłabym na początku tego roku nie wspomnieć więc o Tuwimie.

Na początek mój ulubiony - Tuwim pacyfistyczny:


Do prostego człowieka

Gdy znów do murów klajstrem świeżym
Przylepiać zaczną obwieszczenia,
Gdy "do ludności", "do żołnierzy"
Na alarm czarny druk uderzy
I byle drab, i byle szczeniak
W odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
Że trzeba iść i z armat walić,
Mordować, grabić, truć i palić;
Gdy zaczną na tysięczną modłę
Ojczyznę szarpać deklinacją
I łudzić kolorowym godłem,
I judzić "historyczną racją",
O piędzi, chwale i rubieży,
O ojcach, dziadach i sztandarach,
O bohaterach i ofiarach;
Gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
Pobłogosławić twój karabin,
Bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
Że za ojczyznę - bić się trzeba;
Kiedy rozścierwi się, rozchami
Wrzask liter pierwszych stron dzienników,
A stado dzikich bab - kwiatami
Obrzucać zacznie "żołnierzyków". -
- O, przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej czy innej ziemi!
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z pannami brzuchatemi;
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: "Broń na ramię!",
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje,
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę.
Rżnij karabinem w bruk ulicy!
Twoja jest krew, a ich jest nafta!
I od stolicy do stolicy
Zawołaj broniąc swej krwawicy:
"Bujać - to my, panowie szlachta!"

fot. Portret Juliana Tuwima autorstwa Witkacego 
źródło: wikipedia.org 

Tuwim romantyczny:

Miłość najważniejsza

Ty jesteś moją żoną, to we krwi mojej tłucze
Popłochem, szczęściem, strachem, radością i wyskokiem!
Zamieram i wybucham, tryumfem wrę i huczę,
I płynę w dal obłokiem, i pędzę w dal potokiem.

I myślę, i wspominam, i przypominam sobie,
I modlę się, i płaczę, i ludziom ściskam dłonie,
I śmieję się do siebie, i nie wiem sam, co robię,
I ze wzruszeniem mówię: ja z żoną, żona, żonie...

Błękitno-złota moja! Wiosenna i jesienna!
Ty, co dzień po raz pierwszy ujrzana i kochana!
Spójrz, proszę, w oczy moje; ta sama moc niezmienna,
ta moc, co jeno rzuca w pokorze na kolana!

fot. Julian Tuwim z żoną Stefanią i adoptowaną córką Ewą, 1947 r. 
źródło: http://www.tuwim.org/index.php?galeria


Tuwim szczęśliwy:

Zapach szczęścia

Wtedy paloną kawą pachniało w kredensie
A zimne, świeże mleko, jak lody, wanilią.
Kiedy się, mrużąc oczy, orzeszynę trzęsie,
Po gałęziach w olśnieniu pędzi liści milion.


Żywiołem zachłyśnięty, zziajany w rozpędzie,
Ileś pokrzyw posiekał, ile traw stratował!
A kijem obtłukując szyszki i żołędzie
Ileżeś mil po drzewach małpio przecwałował!


I wszystko to w ognistej pamięci dziś błyska.
Ciska się małe, szybkie, gorąco, daleko...
I szczęście pachnie kawą. I chłoniesz je z bliska.
A chłód w pokoju sączy waniliowe mleko.

Tuwim znudzony:

Nuda

Niedzielnych popołudni szare, miejskie smutki.
Sucha, nudna jałowość ulic i podwórek.
Przed domem - nie zasiane, żółknące ogródki.
W oknach - postacie brzydkich, bezposażnych córek.

O, nudo, nudo, nudo! O, natrętna damo
Kancelaryjnych stołów i stacji kolei!
O, bezczynie, znużony męczącym "to samo"!
O, nudo, nudo, nudo wyblakłych nadziei!

Ach, nie ma na co czekać! Czego się spodziewać!
Wlecz się mieszczańsko-schludna niedzielna godzino!
Będziemy sobie, nudo, starą piosnkę śpiewać:
   "Ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą,
      a ja doliną,
    Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą,
      a ja kaliną..."

Tuwim religijny (poeta z urodzenia był Żydem, a z przekonania ateistą, jednak pod koniec życia miał podobno sporo wątpliwości):

Chrystusie...

Jeszcze się kiedyś rozsmucę,
Jeszcze do Ciebie powrócę,
Chrystusie...

Jeszcze tak strasznie zapłaczę,
Że przez łzy Ciebie zobaczę,
Chrystusie...

I taką wielką żałobą
Będę się żalił przed Tobą,
Chrystusie...

Że duch mój przed Tobą klęknie
I wtedy serce mi pęknie,
Chrystusie...

źródło: http://www.tuwim.org/index.php?galeria



Trochę z przymrożeniem oka, czyli Tuwim niecenzuralny:

Całujcie mnie wszyscy w dupę

Absztyfikanci Grubej Berty
I katowickie węglokopy,
I borysławskie naftowierty,
I lodzermensche, bycze chłopy.
Warszawskie bubki, żygolaki
Z szajką wytwornych pind na kupę,
Rębajły, franty, zabijaki,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Izraelitcy doktorkowie,
Widnia, żydowskiej Mekki, flance,
Co w Bochni, Stryju i Krakowie
Szerzycie kulturalną francę !
Którzy chlipiecie z “Naje Fraje”
Swą intelektualną zupę,
Mądrale, oczytane faje,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item aryjskie rzeczoznawce,
Wypierdy germańskiego ducha
(Gdy swoją krew i waszą sprawdzę,
Werzcie mi, jedna będzie jucha),
Karne pętaki i szturmowcy,
Zuchy z Makabi czy z Owupe,
I rekordziści, i sportowcy,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Socjały nudne i ponure,
Pedeki, neokatoliki,
Podskakiwacze pod kulturę,
Czciciele radia i fizyki,
Uczone małpy, ścisłowiedy,
Co oglądacie świat przez lupę
I wszystko wiecie: co, jak, kiedy,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ów belfer szkoły żeńskiej,
Co dużo chciałby, a nie może,
Item profesor Cy… wileński
(Pan wie już za co, profesorze !)

I ty za młodu nie dorżnięta
Megiero, co masz taki tupet,
Że szczujesz na mnie swe szczenięta;
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item Syjontki palestyńskie,
Haluce, co lejecie tkliwie
Starozakonne łzy kretyńskie,
Że “szumią jodły w Tel-Avivie”,
I wszechsłowiańscy marzyciele,
Zebrani w malowniczą trupę
Z byle mistycznym kpem na czele,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

I ty fortuny skurwysynu,
Gówniarzu uperfumowany,
Co splendor oraz spleen Londynu
Nosisz na gębie zakazanej,
I ty, co mieszkasz dziś w pałacu,
A srać chodziłeś pod chałupę,
Ty, wypasiony na Ikacu,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ględziarze i bajdury,
Ciągnący z nieba grubą rętę,
O, łapiduchy z Jasnej Góry,
Z Góry Kalwarii parchy święte,
I ty, księżuniu, co kutasa
Zawiązanego masz na supeł,
Żeby ci czasem nie pohasał,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

I wy, o których zapomniałem,
Lub pominąłem was przez litość,
Albo dlatego, że się bałem,
Albo, że taka was obfitość,
I ty, cenzorze, co za wiersz ten
Zapewne skarzesz mnie na ciupę,
Iżem się stał świntuchów hersztem,
Całujcie mnie wszyscy w dupę !…


 A na zakończenie wiersz Tuwima wokalnie w wykonaniu Czesława Niemena. 


poniedziałek, 31 grudnia 2012

"Chwała dziwkom", a klientom hańba


"Chwała dziwkom" Michaela Glawoggera to ogólnie rzecz biorąc całkiem dobry dokument. Reżyser oddaje głos kobietom pracującym i pozwala im opowiedzieć o swojej profesji. Czasem ze śmiechem i sarkazmem, czasem ze znudzeniem, a czasem poruszająco szczerze i ze wstydem. Dużym plusem są też piękne i sugestywne ujęcia oraz świetnie dopasowana muzyka. Mimo to przez cały film nie mogłam pozbyć się uczucia, że ktoś próbuje mi sprzedać określoną wizję świata, która jest na tyle jednostronna, że mi nie odpowiada.

Rzecz przedstawiona jest w trzech aktach. Akcja pierwszej części tryptyku toczy się w Tajlandii, światowym centrum turystyki erotycznej. Co może zaskakiwać, to podejście pokazanych prostytutek do swojego zajęcia. Tajskie dziewczyny traktują to niemal jak pracę w supermarkecie, może nie jest idealna, ale trzeba się cieszyć, że jakąś w ogóle się ma. Wszystkie są ładne i modnie ubrane, mają przytulne mieszkania i pracują w klubach, które na oko nie ustępują niczym tym na Zachodzie. Po pracy jadają na mieście, myślą też o rozwoju zawodowym. Z pozoru wszystko jest w porządku. Coś jednak nie działa, jeśli chodzi o związki i poczucie bliskości. Seks to dla nich praca, wolą to robić w klubie; godzinka, góra dwie i mają spokój. A w domu? Niby fajnie mieć chłopaka, ale przy nim trzeba pracować cały czas. Dość wyraźnie widać tu też patriarchalny charakter społeczeństwa. Dziewczyny mają być pokorne i robić klientom dobrze, siedzą sobie za szybą i czekają aż ktoś je wybierze. Potem tylko do kasy i można iść zarabiać na chleb.

O ile w pierwszej części można się jeszcze dopatrywać jakiś pozytywnych aspektów życia prostytutek, druga nie pozostawia już złudzeń. Przenosimy się na brudne i ciasne ulicy dzielnicy czerwonych latarni w Bangladeszu. Prostytutki mieszkają tu i obsługują klientów w swoich obskurnych pokoikach. To społeczeństwo kastowe, nie ma mowy o wyborze drogi życiowej. Jeśli kobieta się tu urodziła, także zostanie dziwką. Niektóre z prostytutek wyglądają na piętnaście, a czasem nawet i mniej lat. Dla nich to walka o przetrwanie. Są gotowe wydzierać sobie (dosłownie) klientów z rąk. Przy tym ciągle pozostają na swój sposób skromne i religijne. Bardzo wymowna jest scena, w której burdel mama uczy nową dziewczynę, że kiedy klient będzie chciał, aby wzięła w usta, ona ma odpowiedzieć, iż jej usta są święte, bo recytują sury Koranu.

Trzecia część to Meksyk. Tutejsze prostytutki są najbardziej wulgarne i roznegliżowane, ale i najlepiej pasują do obrazu kobiety upadłej. Same o sobie mówią, że są przegrane i nie ma już dla nich nadziei. Żeby jakoś wytrzymać palą crack. Z drugiej strony to też najtwardsze z pokazanych w filmie kobiet. Ich życie wydaje się ciągłą walką, w której musiały się nauczyć, jak przetrwać w kulturze macho. W tej części znalazła się też scena, nad której zasadnością się zastanawiam. Z jednej strony dopełnia ona obraz zawodu kształtujący się w całości dokumentu. Jest to w końcu wiedza dość niedostępna, zobaczyć jak wygląda wizyta klienta u prostytutki. Kobieta przejmuje w niej władzę i szczegółowo wyznacza, co korzystający z jej usług może robić w ramach ceny, którą wynegocjował. Z drugiej scena jest nico zbyt wulgarna dla przeciętnego odbiorcy filmów dokumentalnych. Miłośnik dokumentów raczej nie oczekuje scen rodem z filmów pornograficznych. A miłośnik pornografii nie będzie ich szukał w filmie dokumentalnym.

A teraz o tym, co mi się nie podobało, czyli o wizerunku mężczyzn. Gdyby istniały jakieś organizacje walczące o ich prawa, powinny film "Chwała dziwkom" zaskarżyć. Znalazła się tu scena, w której bezpańskie psy kopulują z suką. I tacy właśnie są w filmie mężczyźni - jak ten pies - całkowicie atawistyczni. Kobiety można potępiać lub nie, są zepsute lub nieszczęśliwe, ale mają dusze, ciekawe charaktery. Mężczyźni kierują się tu tylko popędami, są pozbawionymi mózgu i uczuć istotami, które mają jeden cel: kopulować. Najgorzej wypadają panowie z Meksyku, których wypowiedzi to typowe chwalenie się głupotą. Nie wiem, na ile jest to obiektywny obraz. Czy rzeczywiście klienci tych prostytutek przegraliby w zawodach na IQ z chomikiem, czy po prostu reżyser specjalnie szukał takich "perełek"? Mnie obraz wydał się znacznie przerysowany, chyba po prostu mam o mężczyznach lepsze zdanie niż Michael Glawogger.

źródło: filmweb.pl

niedziela, 30 grudnia 2012

Koncert bożonarodzeniowy Angelique Kidjo


Angelique Kidjo wykonuje world music, a mówiąc bardziej po ludzku, muzykę etniczną z elementami popu i jazzu. Piosenkarka z Beninu wystąpiła w piątek na bożonarodzeniowym koncercie w Archikatedrze św. Jana Chrzciciela. Trochę się obawiałam, że słowo bożonarodzeniowy może oznaczać zestaw około świątecznych szlagierów. Na szczęście nic takiego się nie stało. Angelique zaśpiewała głównie piosenki z własnego repertuaru, sporo z nich pochodziło z płyty "Oyo". Z typowo świątecznych piosenek pojawiła się tylko "Happy Xmas (War Is Over)" i przyznam szczerze, że słyszałam jej lepsze wykonania. Zdecydowanie wolę Angelique w afrykańskich rytmach.

To naprawdę ciekawe doświadczenie posłuchać takich gorących, afrykańskich rytmów w zimnej i iście gotyckiej budowli. Co mi się nie podobało, to fakt, że występowi Angelique towarzyszył jedyne akompaniament fortepianu. W muzyce etnicznej liczyłabym, jeśli nie na bębny, to chociaż jakiś towarzyszący chórek. Fortepian świetnie komponuje się z klasycznymi utworami smooth jazzowymi, ale czy z żywiołową muzyką rodem z Beninu? Jak dla mnie nie. Wokalistka i tak bardzo dobrze sobie radziła, namawiając publiczność do śpiewania refrenów piosenek i klaskania. Zresztą głos Angelique Kidjo jest jak dzwon i zagłuszyłby niejeden chór. Bajecznie się to niosło po gotyckich murach. Jedno jest pewne: ona lepiej mruczy, niż ja śpiewam.

Co mnie rozbawiło, to że w repertuarze znalazła się też piosenka "Malaika", chyba najbardziej znany utwór w suahili,  wywodzący się z Afryki Wschodniej. Tu małe przypomnienie z geografii, Benin to Afryka Zachodnia i kompletnie inny krąg kulturowy. Ale widać piosenka jest tak znana, że każda wokalistka z Afryki musi obowiązkowo ją zaśpiewać.

Nie wiem, czy po raz kolejny wybiorę się na koncert do Archikatedry. Ta lokalizacja ma oczywiście swoje plusy, choćby świetną akustykę. Ale poza tym jest zimno i nie ma łazienki. Nie dało się ukryć, że piosenkarka przeraźliwie marzła. Choć to i tak lepsze od koncertu, którym kilka lat temu uraczyła mnie Era Jazzu. Cassandra Wilson wystąpiła w najzwyczajniejszej sali konferencyjnej hotelu Hilton. Nie było nic widać i lewo co słychać. To ja już wolę zimno.