Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 listopada 2018

Afrykańskie bogactwo językowe

Statystyczny Polak zapytany o języki afrykańskie zwykle nie jest w stanie wymienić żadnego. Wielokrotnie zdarzyło mi się nawet spotkać ze zdziwieniem, że tam w ogóle są jakieś języki. Być może wielu zakłada, że podobnie jak w Ameryce Południowej języki rodzime zostały niemal całkowicie wyparte przez języki przywiezione przez kolonizatorów. Nic bardziej mylnego, Afryka jest dziś jednym z najbogatszych pod względem językowym kontynentów (konkretnie drugim po Azji). Szacuje się, że obecnie w Afryce używa się około 3500 języków z czterech rodzin językowych. Rzecz dla Europejczyka niewyobrażalna. U nas jest ich o wiele miej i do tego niemal wszystkie pochodzą z jednej wielkiej indoeuropejskiej rodziny. Poza tym zwykle utożsamiamy język z państwem i narodem. Granice państwowe niemal pokrywają się u nas z językowymi (choć oczywiście języki mogą mieć też swoje lokalne odmiany i dialekty). Nic w tym dziwnego, nasze wspólnoty narodowe kształtowały się w końcu przez wieki, a język był ważnym elementem, który je spajał. W Afryce rzecz wyglądała nieco inaczej. Oczywiście w czasach przedkolonialnych również istniały państwa i inne podobne wspólnoty, problem jednak w tym, że kolonizatorzy nic sobie z tego nie robili. Podzielili kontynent między siebie według własnego uznania (do dziś niektóre granice wyglądają jak narysowane od linijki na mapie). I tak w obrębie jednego państwa znalazły się posługujące się różnymi językami grupy etniczne, które wcześniej nie miały ze sobą niczego wspólnego. Z kolei tereny zajmowane wcześniej przez jedną grupę etniczną trafiły do zupełnie innych państw. Tak to trwało przez wieki, a kiedy państwa afrykańskie formalnie uzyskały niepodległość, nikt już tego nie zmieniał. Efekty są takie, że dziś mamy niewiele krajów afrykańskich, w których większość obywateli potrafiłaby mówić w jednym języku. W wielu używa się natomiast kilkunastu, kilkudziesięciu, a nawet kilkuset różnych języków.

Językoznawcy oczywiście się cieszą, bo jest co badać. W praktyce oznacza to też jednak wiele problemów. Bo jak państwo ma dogadać się z obywatelem? W jakim języku ma funkcjonować administracja? W jakim języku uczyć w szkole? Który język uznać za urzędowy? Nie ma tu idealnego rozwiązania. Jedynym krajem afrykańskim, który ma jako urzędowy tylko język rodzimy, jest Etiopia (język amharski). Sytuacja tego państwa znacznie różni się jednak od innych, jego początki sięgają w końcu kilku wieków przed naszą erą, Etiopczycy od setek lat mają też swój własny alfabet (a w zasadzie sylabariusz). Ponadto Etiopii udało się zachować ciągłość państwową w okresie kolonializmu.Dość łatwo jest też na północy kontynentu, gdzie wraz z islamem dotarł język arabski. Poza tym jest jeszcze kilka afrykańskich krajów, w których istnieje jakiś ogólnonarodowy język. Do takich nielicznych wyjątków należą: Somalia (90% ludności mówi w języku somali), Botswana (język tswana jest językiem ojczystym 90% obywateli), Burundi (98% mieszkańców posługuje się kirundi), Lesoto (95% obywateli używa języka sesotho), Suazi (niemal cała ludność tego niewielkiego kraju mówi w języku suazi) czy wreszcie Ruanda (90% Ruandyjczyków mówi w kinjaruanda). Te kraje zdecydowały się na dwa języki urzędowe, jeden rodzimy i jeden europejski (z wyjątkiem Somalii, gdzie drugim językiem urzędowym jest arabski). Państwa, które takich dużych lokalnych języków nie mają, ustanowiły jako urzędowe języki byłych kolonii. Ale uwaga, nie oznacza to, że wszyscy obywatele w tych językach mówią! Statystycznie znajomość angielskiego w państwach afrykańskich, w których jest on językiem urzędowym, jest często mniejsza niż... w Polsce. Warto o tym pamiętać, kiedy jedzie się na wakacje. Poniżej krótkie zestawienie, jak wygląda sytuacja z językami urzędowymi w Afryce.

Państwa, które jako urzędowy mają tylko język rodzimy: Etiopia (amharski).
Państwa, które jako urzędowy mają tylko język arabski: Egipt, Libia, Mauretania, Maroko, Sudan, Tunezja.
Państwa, które jako urzędowy mają język arabski i jakiś język rodzimy: Algieria (języki berberskie), Erytrea (tigrinia, trzecim językiem urzędowym jest tu angielski), Somalia (somali).
Państwa, które jako urzędowy mają język arabski i jakiś język europejski: Czad (francuski), Dżibuti (francuski), Erytrea (angielski).
Państwa, które jako urzędowy mają tylko jakiś język europejski: Angola (portugalski), Benin (francuski), Burkina Faso (francuski), Demokratyczna Republika Konga (francuski), Gwinea Równikowa (hiszpański i francuski), Gabon (francuski), Gambia (angielski), Ghana (angielski), Gwinea (francuski), Gwinea Bissau (portugalski), Kamerun (angielski i francuski), Kongo (francuski), Liberia (angielski), Mali (francuski), Mauritius (angielski i francuski), Mozambik (portugalski), Namibia (angielski), Niger (francuski), Nigeria (angielski), Senegal (francuski), Sierra Leone (angielski), Togo (francuski), Uganda (angielski), Wybrzeże Kości Słoniowej (francuski), Zambia (angielski), Zimbabwe (angielski).
Państwa, które jako urzędowy mają język europejski i jakiś język rodzimy: Botswana (angielski i tswana), Burundi (francuski i kirundi), Erytrea (angielski, arabski i tigrinia), Kenia (angielski i suahili), Lesotho (angielski i sesotho), Madagaskar (francuski i malgaski), Malawi (angielski i njandża), Ruanda (angielski, francuski, kinjaruanda), Republika Południowej Afryki (angielski, afrikaans, zulu, xhosa, ndebele, sesotho, tsonga, tswana, suazi, pedi, venda), Republika Środkowoafrykańska (francuski i sango), Suazi (angielski i suazi), Tanzania (angielski i suahili).

Uff, przebrnęliśmy przez to, jak jest oficjalnie. Czas przejść do czegoś bardziej interesującego, czyli faktycznej sytuacji językowej na kontynencie. Jak już wspomniałam, w Afryce funkcjonują języki z czterech rodzin językowych. Pokrótce je omówię razem z przykładami tych najbardziej znanych. Postaram się też do każdego języka podlinkować jakiś filmik z jego użyciem na YouTube, żebyście mogli posłuchać, jak to brzmi.

źródło: www.nationsonline.org

Języki afroazjatyckie


Jak sama nazwa wskazuje, języków z tej grupy używa się w Afryce i Azji, a konkretnie na północy Afryki i na Bliskim Wschodzie. Na mapce zaznaczono je na niebiesko.Języki z tej rodziny mają kilka wyróżniających je cech. Pierwszą jest charakterystyczna morfologia. Podstawą są tu rdzenie słów składające się z trzech spółgłosek, do których dopiero dodaje się samogłoski oraz różne przyrostki i przedrostki, tworząc w ten sposób ich formy pochodne. W językach tych w ogóle dużo jest spółgłosek, które mają wyraźną przewagę nad samogłoskami. Spółgłoski często wymawia się też z dodatkową artykulacją, na przykład przydechowo lub gardłowo. Wszystko to daje charakterystyczne, dość twarde i właśnie gardłowe brzmienie. Bardzo często orzeczenie występuje tu przed podmiotem (czyli odwrotnie niż u nas). Wyróżniamy też zwykle tylko dwa rodzaje gramatyczne (bez nijakiego). 

Najbardziej znaną grupą z tej rodziny są języki semickie, do których należą między innymi arabski i hebrajski. Ten ostatni oczywiście w Afryce nie występuje, ale arabski dotarł na północ kontynentu wiele wieków temu wraz z islamem i już tam pozostał.Powstały nawet jego lokalne dialekty. Do grupy semickiej zaliczamy też urzędowy języki Etiopii, czyli amharski, który ma jedną z najdłuższych tradycji piśmienniczych na kontynencie. Do jego zapisywania służy specjalny sylabariusz. Amharski jest współczesną wersją starożytnego języka gyyz, którego do dziś używa się w celach liturgicznych w chrześcijańskim Etiopskim Kościele Ortodoksyjnym. Do grupy semickiej należy też tigrinia, czyli język urzędowy Erytrei. Warto wspomnieć, że języki semickie, podobnie jak polski, są fleksyjne. 

A tak się pisze Coca-Cola po amharsku.
Do rodziny afroazjatyckiej należą wymarłe języki koptyjski i staroegipski (mówiona wersja tego, co zapisywano hieroglifami), jak również języki berberskie używanie w północno-zachodniej Afryce. Te ostatnie mogą wam się kojarzyć z wędrownymi ludami zamieszkującymi Saharę. I słusznie. Są wśród nich choćby Tuaregowie, którzy posługują się językiem tamaszek i zapisują go swoim własnym alfabetem tifinagh. Kolejną dużą grupą w tej rodzinie są języki kuszyckie. Wśród nich na uwagę zasługuje wspomniany już język urzędowy Somalii, czyli somali, a także język oromo używany w północno-wschodniej Afryce, głównie w Etiopii. Aż do upadku Cesarstwa Etiopskiego w 1974 roku mówienie w oromo w szkołach i mediach było zakazane. Dziś Oromowie cieszą się dużo większą swobodą, ale nadal jedynym oficjalnym językiem tego kraju pozostaje amharski. 

Ostatnią z grup w tej rodzinie są języki czadyjskie, które wyróżniają się występowaniem tonów. Największym z nich jest niewątpliwe język hausa używany w północnej części Nigerii i w Nigrze. Hausa tradycyjnie zapisywało się alfabetem arabskim (nazywanym tam adżami) i w sferze religijnej ciągle tak jest. W XX wieku rozpowszechnił się jednak zapis alfabetem łacińskim, który Hausańczycy nazywają boko (od angielskiego book). Stąd też bierze swą nazwę organizacja terrorystyczna Boko Haram (dosł. zakazany alfabet), która dąży do wyrugowania wszelkich wpływów zachodniej kultury, także zachodniej edukacji, z północnej Nigerii. 

Tuaregowie.

Języki nigero-kongijskie


Czas teraz udać się na południe od Sahary. Tam, od Nigerii aż po Afrykę Południową, rozciąga się strefa języków z ogromnej rodziny nigero-kongijskiej. Naprawdę ogromnej. To nie tylko największa rodzina językowa w Afryce, lecz także na świecie, jeśli weźmie się pod uwagę liczbę języków. (Języków nigero-kongijskich jest prawie 1500). Pod względem liczby użytkowników ustępuje jednak miejsca rodzinom indoeuropejskiej i chińsko-tybetańskiej. To też niewątpliwie z punktu widzenia Europejczyka i szeroko pojętej popkultury najbardziej afrykańska rodzina językowa. Jeśli w jakimś hollywoodzkim filmie rzecz dzieje się na tle sawanny w otoczeniu żyraf i zebr, bohaterowie najpewniej przemówią w jakimś języku z rodziny nigero-kongijskiej. Najprawdopodobniej będzie to też język z grupy bantu. I tak w Czarnej panterze mówią w xhosa, piosenka otwierająca pierwszą część Króla lwa jest w zulu, a słynne hakuna matata pada w suahili. 

Typowy sielski obrazek sawanny, któremu często towarzyszy śpiew w którymś z języków bantu.

Języki nigero-kongijskie mają pewne wyróżniające je cechy. Używa się w nich zwykle wielu samogłosek, a sylaby są otwarte. Długość samogłosek bywa znacząca, występuje też zjawisko harmonii samogłoskowej. Bardzo charakterystyczne jest również częste użycie spółgłosek nosowych, które łączą się z innymi spółgłoskami, tworząc takie nietypowe dźwięki, jak mb,mp, nd i nt. Część języków z tej rodziny ma tony. Wszystko to czyni języki nigero-kongijskie miękkimi i śpiewnymi.Jeśli chodzi o morfologię, to są to języki aglutynacyjne. Aglutynacja jest rozwiązaniem podobnym do fleksji, ale nieco prostszym. Jeden przyrostek lub przedrostek ma tu bowiem tylko jedno znaczenie (na przykład informuje o czasie przeszłym), podczas gdy nasze końcówki fleksyjne są wielofunkcyjne.Składnia jest za to taka jak u nas, czyli najpierw podmiot, potem orzeczenie. Nie musimy się też uczyć żadnych nowych alfabetów, języki te zapisuje się bowiem alfabetem łacińskim.

Największą i najbardziej znaną grupą w tej rodzinie są właśnie języki bantu. Na mapie zaznaczono je na pomarańczowo. Języki bantu są do siebie podobne mniej więcej tak, jak polski podobny jest do czeskiego i słowackiego, z tą jednak różnicą, że jest ich ponad 400. Wszystkie dzielą też system klas rzeczownikowych. W językach bantu nie ma typowego rodzaju gramatycznego (żeńskiego, męskiego i nijakiego), rzeczowniki przynależą za to do klas według nico innych kryteriów. Do innej klasy należą rzeczowniki oznaczające ludzi, do innej zwierzęta, do innej rośliny, a jeszcze do innej zjawiska abstrakcyjne. I właśnie według tej przynależności, a nie żeńskości czy męskości, należy uzgodnić z nimi inne elementy w zdaniu.

"Mały książę" w suahili.

Najbardziej znanym językiem z tej grupy jest niewątpliwie suahili, z którego mamy nawet jedno zapożyczenie w języku polskim (mowa o słowie safari).Historycznie język ten był związany z miastami kupieckimi na wschodnim wybrzeżu Afryki, z czasem jednak zyskał na znaczeniu jako język ponadregionalny i dziś można się w nim dogadać niemal w całej Afryce Wschodniej. Pełni też funkcję urzędowego w Kenii i Tanzanii. Jako językiem ojczystym posługuje się nim zaledwie 5 milionów ludzi, ale dla kolejnych 50 lub nawet 100 milionów jest językiem drugim. Kolejnym ważnym językiem bantuskim jest zulu. Dziś wielu kojarzy go głównie z walecznym imperium Zulusów i królem Czaką. Ciągle jest jednak używany na południu Afryki, głównie w RPA. Tam też funkcjonuje język xhosa, który na tle innych języków nigero-kongijskich wyróżnia się mlaskami. Językoznawcy przypuszczają, że zapożyczył je z języków khoisan. Językami bantu są też: tswana (język urzędowy Botswany), kirundi (język urzędowy Burundi), sesotho (język urzędowy Lesotho), njandża (język urzędowy Malawi), kinjaruanda (język urzędowy Ruandy), suazi (język urzędowy Suazi) oraz ndebele, tsonga i venda (inne języki urzędowe RPA). Warto tu też wspomnieć o używanych w obu Kongach językach kikongo i lingala oraz o języku bemba, którym mówi się w Zambii. Ważnym językiem bantuskim jest też niewątpliwie kikuju, którym posługuje się znaczna część mieszkańców Kenii.W tym języku tworzy też jeden z bardziej znanych afrykańskich pisarzy Ngũgĩ wa Thiong'o, choć niewątpliwie jego książki odnosiły większe sukcesy w czasach, kiedy jeszcze pisał po angielsku (wtedy też tłumaczono je na polski).

Zulusi.

Pozostałe języki z rodziny nigero-kongijskiej (nie z grupy bantu) zostały oznaczone na mapie na czerwono. Należy do nich między innymi songo (język urzędowy Republiki Środkowoafrykańskiej), który obecnie wielu językoznawców uznaje już jednak za język kreolski ze względu na dużo elementów zapożyczonych z francuskiego. Warto też wspomnieć o używanym głównie w Senegalu języku wolof.Niewątpliwie jednak największymi i najważniejszymi językami nigero-kongijskimi Afryki Zachodniej są używanie głównie na południu Nigerii igbo i joruba.Lud Igbo wydał wielu znanych pisarzy, do których zaliczają się choćby Chinua Achebe czy popularna w ostatnich latach Chimamanda Ngozi Adichie. Jorubowie mogą się za to pochwalić laureatem literackiej Nagrody Nobla. Wole Soyinka otrzymał to wyróżnienie w 1986 roku. Ostatnim z istotnych języków nigero-kongijskich jest fulani. Posługiwał się nim lud pasterski wędrujący po całej Afryce Zachodniej, który obecnie stanowi większość w Gwinei i Gambii.

Języki nilosaharyjskie


Jak sama nazwa wskazuje, języki z tej rodziny są używane w dorzeczu Nilu i na Saharze, obecnie głównie na terytorium Czadu i Sudanu. Na mapie zaznaczono je na żółto. Są na tyle zróżnicowane, że niektórzy językoznawcy kwestionują istnienie tej rodziny. To trochę taki worek, do którego wrzucono wszystko, co nie pasowało do rodzin afroazjatyckiej i nigero-kongijskiej. Nie zajdziemy tu naprawdę dużych i ponadregionalnych języków, ale o niektórych mogliście słyszeć. Do tej grupy należy chociażby język masajski.Masajów ogólnie nie jest dużo, ale popkultura i turyści ich lubią. Przedstawicielem tej rodziny jest także luo, język przodków byłego prezydenta Obamy.

Masajowie.

Języki khoisan

To mała rodzina języków z południowo-zachodniej Afryki. Na mapie oznaczono ją na zielono. Do rodziny khoisan należy nieco ponad 100 języków, z których większość ma niewielu użytkowników, a część zagrożona jest wymarciem. Największy jest język Hotentotów, czyli nama. Posługuje się nim zaledwie 250 tys. ludzi. Tę rodzinę uwielbiają jednak językoznawcy. Występują tu bowiem jedne z najbardziej nietypowych dla ludzkiej mowy dźwięków, a mianowicie mlaski. 

Na kontynencie afrykańskim duże znaczenie mają jeszcze dwa rodzime języki, które jednak nie należą do żadnej z opisanych powyżej rodzin językowych. Mowa o afrikaans i malgaskim. Afrikaans jest językiem indoeuropejskim, który przybył do RPA wraz z holenderskimi osadnikami. Jest więc blisko spokrewniony z niderlandzkim i innymi językami germańskimi, przez kilka wieków rozwijał się jednak w izolacji, dzięki czemu wykształcić pewne nietypowe dla tej grupy cechy. W afrikaans używa się chociażby dobrze nam znanego podwójnego zaprzeczenia, którego nie znajdziemy w żadnym języku germańskim. Afrikaans jest dziś językiem Burów, a więc białych mieszkańców RPA, siłą rzeczy kojarzy się więc z podziałami rasowymi. Jeszcze bardziej nietypowym przypadkiem jest język malgaski, który należy do rodziny austronezyjskiej.Jego najbliższych krewnych znajdziemy więc w południowo-wschodniej Azji i na wyspach Oceanii. Nie wiadomo, kiedy Malgaszowie przybyli na Madagaskar i dlaczego się tu osiedlili.Do dziś odróżniają się jednak od pozostałych mieszkańców Afryki zarówno wyglądem, jak i językiem. 



PS Jeśli chcielibyście spróbować pouczyć się języka afrykańskiego, polecam mój blog o suahili.

Bibliografia
1. Austin K.P., 1000 języków, Wydawnictwo Bosz, Olszanica 2009.
2. Piłaszewicz S.,Rzewuski E., Wstęp do afrykanistyki, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2005.

czwartek, 1 czerwca 2017

AfryKamera 2017

Maj był dla mnie bardzo intensywnym miesiącem, przez co cierpiałam na chroniczny brak czasu. Nie udało mi się niestety obejrzeć wszystkich filmów, na które miałam ochotę, podczas tegorocznej AfryKamery. Obejrzałam za to dwa bardzo podnoszące na duchu dokumenty. 

Opowieść ugandyjska




Jesteśmy w północnej Ugandzie, rejonie zamieszkałym głównie przez lud Aczolich, któremu kulturowo i językowo zdecydowanie bliżej jest do nilotyckich ludów z południowego Sudanu niż do mieszkańców południa kraju. Dodatkowo rejon ten zaledwie od około dziesięciu lat cieszy się względnym spokojem po trwającej dwadzieścia lat wojnie domowej. Północna Uganda została zdewastowana przez bojówki Armii Bożego Oporu Josepha Kony'ego, które słynęły między innymi z porywania dzieci. W efekcie prawie 2 miliony Aczolich zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów i chronienia się w rządowych obozach dla uchodźców, które też szybko stały się siedliskiem wszelkiej patologii. O takich obozach pisał w znakomitej książce Nocni wędrowcy Wojciech Jagielski. Ten film nie jest jednak o wojnie, a o stopniowym powracaniu do normalności. 

Film powstał pod auspicjami ONZ, przez co ma nieco propagandowy charakter i pokazuje różne agencje tej organizacji w zbyt cukierkowy sposób. Jeśli jednak wytniemy te fragmenty, obraz, który pozostanie, ciągle jest naprawdę optymistyczny. Widzimy ludzi, który zakładają gospodarstwa rolne, przetwórnie, szkoły i po prostu próbują wreszcie normalnie żyć. Poznajemy kolejnych bohaterów dnia codziennego takich jak Louis Lakor, który po odzyskaniu wolności (jako dziecko został porwany przez Armię Bożego Oporu) skończył szkołę zawodową, otworzył warsztat i teraz uczy inne dzieci ulicy zawodu spawacza. Poznajemy kobiety w grupy wsparcia, porwane jako małe dziewczynki i wykorzystywane jako niewolnice seksualne przez rebeliantów, które teraz marzą już tylko o tym, żeby posłać dzieci do szkoły, bo im nigdy nie było dane się uczyć.Wszyscy ci ludzie wykazuję się niezwykłą wolą przetrwania i zarażają optymizmem. Patrząc na nich, uświadamiamy sobie, że normalność jest prawdziwym darem losu. To pewnie dość banalna konkluzja, ale po obejrzeniu tego filmu trudno nie odnieść wrażenia, że zdecydowanie za często narzekamy na nasze nudne życia, podczas gdy ta nuda jest właśnie tym, o czym wielu może tylko pomarzyć. 

Kolwezi na fali 




W Demokratycznej Republice Konga skumulowały się chyba wszystkie nieszczęścia, jakie dotknęły kontynent afrykański. Od jednego z największych w dziejach ludzkości ludobójstw w czasach kolonialnych, kiedy Kongo było prywatną własnością belgijskiego króla Leopolda II, przez zamordowanie pierwszego wybranego w demokratycznych wyborach prezydenta i ustanowienia krwawej dyktatury wspieranej przez kraje zachodnie (w tym wypadku Belgię i Francję) aż do wieloletniej wojny domowej w czasach już nieco bliższych naszym, kiedy to okazało się, że do produkcji telefonów komórkowych i innych sprzętów elektronicznych potrzeba minerałów rzadkich, a Kongo ma największe ich złoża na świecie. Jeśli ktoś jest zainteresowany historią tego kraju odsyłam do mojej notki z 2014 roku Gdy bogactwo przynosi biedę, czyli krótka historia Demokratycznej Republiki Konga. Szczerze polecam też książkę dziennikarza Tima Butchera Rzeka krwi. Podróż do pękniętego serca Afryki, o której pisałam tutaj. Niedawno nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukazała się obszerna publikacja Davida van Reybroucka Kongo. Opowieść o zrujnowanym kraju. Już stoi na mojej półce, ale jeszcze jej nie przeczytałam, więc nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest godna polecenia. 

Ale wróćmy do filmu, który śledzi losy dziennikarzy pracujących w największej niezależnej stacji radiowej i telewizyjnej w Kolwezi, głównym mieście prowincji Katanga we wschodniej części kraju, która najbardziej ucierpiała na skutek wojny domowej. Jesteśmy więc w miejscu biednym i zacofanym, lata wojny oznaczają bowiem brak prądu, bieżącej wody i zamknięte szkoły. Kolwezi leży też wiele kilometrów od stolicy kraju, władze państwowe zwykle więc traktują ten region po macoszemu. No chyba, że któryś z dziennikarzy powie coś nieodpowiedniego, bo Demokratyczna Republika Konga zdecydowanie nie jest demokratyczna. Bohaterowie filmy na co dzień zmagają się z całym szeregiem trudności od nagłych przerw w dostawach prądu aż do cenzury. Kamera podąża kolejno za poszczególnymi dziennikarzami stacji RTMA. Ich praca często ma znamiona prowizorki, oprawa graficzna programów wygląda, jakby została wykonana w programie MS Paint, a główne studio to tylko pokój ze stołem pośrodku i z kolorową płachtą zakrywającą ścianę. Dziennikarzom nie można jednak odmówić poczucia misji, angażują się w lokalne sprawy całym sercem, czy chodzi o zwykły wypadek drogowy, czy o problemy górników pracujących przy wydobyciu radioaktywnych substancji bez odzieży ochronnej. Paradoksalnie przez moment poczułam nawet ukłucie zazdrości. Oczywiście nikomu nie życzę życia w kraju zniszczonym przez wojnę. Po prostu dziennikarze z Kolwezi wiedzą, po co wykonują swój zawód. Cały czas podkreślają, że służą lokalnej społeczności. U nas też sporo mówi się o misji, ale mam wrażenie, że już dawno zastąpiły ją słupki oglądalności i przychody z reklam, a dziennikarze zdecydowanie zbyt często traktują widzów z pobłażaniem i niepotrzebnie angażują się w polityczne przepychanki.Bohaterowie filmu nie są ideałami, nikt nie jest przecież nieomylny czy w pełni obiektywny, ale mają w sobie tak dużo chęci działania i pasji, że trudno ich za to nie podziwiać. 

czwartek, 22 grudnia 2016

Antyporadnik prezentowy dla wielbiciela Afryki

Chciałabym Was dziś zaprosić do obejrzenia mojego małego antyporadnika prezentowego, czyli przewodnika po najgorszych książkach o Afryce Wschodniej, który opublikowałam na moim drugim blogu Suahili online. Być może kiedyś uda mi się go rozszerzyć o najgorsze książki o Afryce w ogóle. Recenzje godnych polecenia książek znajdziecie natomiast na tym blogu w zakładce Afryka. 

piątek, 3 czerwca 2016

W nieistniejącym kraju


Dryland przeleżał ma mojej półce sporo czasu i trochę żałuję, ze aż tyle kazałam tej książce czekać. Pewnie po trosze przez jej temat, co prawda Somalia pojawia się w mediach coraz rzadziej, najwyraźniej znudziła się już opinii publicznej, swego czasu mówiono jednak o niej sporo. Naiwnie myślałam więc, że trochę już o tym kraju wiem. Jak się okazuje, nie widziałam prawie nic. Czytałam też już jedną książkę Konrada Piskały, która co prawda była całkiem przyzwoita, ale nie wywołała efektu "muszę przeczytać wszystkie jego książki". Podśmiewałam się wtedy nawet z kilku niezbyt udanych górnolotnych porównań autora. Dryland jest jednak znacznie lepszy niż Sudan. Czas bezdechu. Konrad Piskała wyraźnie rozwinął reporterski warsztat, ale i trochę tym razem oszukał. Ta książka nie mogłaby powstać gdyby nie Abdulkadir Gebeire Farah*, informator i przyjaciel autora. 

Historia życia Abdulkadira to materiał na film. Tutaj wystarczyła na jakąś jedną trzecią objętości książki. Osierocony przez ojca chłopiec, który z głodu sam zgłasza się do sierocińca. Ma jednak wielkie plany, kiedyś chciałby zostać ministrem albo nawet prezydentem. Usłyszał gdzieś, że w Kenii można studiować. Wyrusza więc do Nairobi z grupą przyjaciół. Na piechotę, bez żadnych dokumentów. Gdy okazuje się, że w Kenii jest już mnóstwo somalijskich emigrantów, próbuje szczęścia w Sudanie. I udaje mu się. Zostaje wykładowcą uniwersyteckim i działaczem politycznym. Trafia do Jemenu, a potem do Polski. Tu ima się różnych zajęć, od handlarza na Stadionie Dziesięciolecia do kierowcy w Miejskich Zakładach Autobusowych, żeby w końcu zostać prezesem Fundacji dla Somalii i pomagać podobnym sobie. A przy tym wszystkim Abdulkadir ma jeszcze dar opowiadania, całą tę historię czyta się więc jak jakąś awanturniczą powieść. Nie o anegdotki tu jednak chodzi, ani nawet o kontakty, bez których Piskała pewnie nigdy by tej książki nie napisał. Opowieść Abdulkadira pozwala zrozumieć świat Somalijczyków, ich mentalność i zwyczaje. Bez takiego przewodnika trudno by było Europejczykowi połapać się w skomplikowanej sieci zależności klanowych i związanych z nimi tabu. Na motto książki autor wybrał somalijskie przysłowie barasho horteed ha I nicin, czyli poznaj mnie, zanim mnie odrzucisz. Dryland naprawdę pozwala poznać Somalijczyków, a nawet dostrzec pewne podobieństwa pomiędzy nimi a nami. Im bardziej zagłębiałam się w lekturę, tym mniej dziwiłam się, dlaczego Abdulkadir zdecydował się zostać w Polsce. 

To jednak nie tak, że Konrad Piskała po prostu wysłuchał całej historii, siedząc wygodnie w fotelu. Sam też wybrał się do Somalii, czy może raczej jej pozzostałości. Po drodze zatrzymał się na chwilę w Addis Abebie, co dla mnie jako czytelnika okazało się całkiem pouczające. Ze studiów wyniosłam dość romantyczny obraz Etiopii z kościołami wykutymi w skale, tysiącletnim cesarstwem i Arką Przymierza. Tutaj natomiast zostałam skonfrontowana z obrazem stolicy zatłoczonej przez ludzi uciekających z biednej wsi do miasta, którzy muszą spać na ulicy, bo nie stać ich na najtańszy hotel, a także z obrazem rządu, któremu wiele uchodzi na sucho, bo pozwala amerykańskim dronom startować z trenu Etiopii. Kolejnym przystankiem na trasie jest Somaliland, jak się okazuje całkiem przyjazny i demokratyczny kraj w północnej części nieistniejącej już Somalii. Niestety nieuznawany na arenie międzynarodowej. To dość optymistyczna część tej opowieści, bo choć Somaliland z oczywistych przyczyn jest dość biedny, to jednak usilnie próbuje się rozwijać. Dzięki stabilnej sytuacji reporter może zająć się co barwniejszymi aspektami życia społecznego, jak choćby popularnym w tym rejonie zwyczajem żucia czatu, przez który podobno Somalijczycy są jednym z narodów najbardziej narażonych na choroby psychiczne. Cały ten nastrój pryska jak bańka mydlana, kiedy Piskała wyrusza do Mogadiszu. Można niemal wyczuć napięcie, w jakim żyje to miasto. Zaledwie kilka kilometrów dalej znajduje się linia frontu islamistycznej organizacji terrorystycznej Asz-Szabab. Władze próbują przywrócić w Mogadiszu normalność, otwierają kina i teatry, ale nikt nie ma odwagi do nich chodzić. Szababowie zasiali w ludziach wręcz niewyobrażalny strach. Niemal każdy stracił tu kogoś w zamach samobójczym. Wyroki śmierci wydawane są nawet na osoby niemające nic wspólnego z polityką. Komu zawinił dziennikarz prowadzący poranną audycję o korkach i innych przyziemnych sprawach? Albo kobieta, która tylko statystowała w bollywoodzkich filmach? Można zginąć nawet przez słuchanie muzyki albo granie w piłkę. Asz-Szabab zakazało prawie wszystkiego. Nawet po wyparciu ich oddziałów z miasta ludzie cały czas oglądają się za siebie. Aż trudno uwierzyć, że ktoś jest jeszcze w stanie tu żyć i czasem nawet się śmiać. 

Piskała to dobry reporter, potrafi obserwować i słuchać. Nie boi się ludzi i wie, że biedny to nie to samo co głupi. Jeśli komuś wydało się dziwne, że o tym wspominam, niech szybko przywoła ostatnio napotkany w prasie bądź internecie tekst o Afryce. "Tacy biedni, a tacy uśmiechnięci". Wielu samozwańczych reporterów nawet nie wysila się na rozmowę, z góry zakłada, że ludzie z Trzeciego Świata nie mają nic do powiedzenia. Lepiej poklepać ich po głowie i opisać niemal jak zjawisko przyrody. Dlatego te teksty są takie nudne, a czasem nawet uwłaczające inteligencji. Piskała po prostu rozmawia. I dzięki temu w Dryland pojawia się tyle interesujących osób, które nie tylko świetnie orientują się w sytuacji politycznej swojego kraju, lecz także świadomie narażają życie dla jego dobra. Chyba własnie to zestawienie słabości i odwagi, strachu i nadziei czyni Dryland książką tak prawdziwą, ludzką i zapadającą w pamięć. 


*Abdulkadir Gebeire Farah zginął we wrześniu 2015 roku w wybuchu samochodu pułapki w Mogadiszu. Sondaże wskazywały, że miał spore szanse zostać prezydentem. 

źródło: www.gwfoksal.pl

piątek, 6 maja 2016

W obronie drobnego rolnika


Słyszeliście kiedyś o grabieży ziemi? Specjalnych strefach ekonomicznych? Prywatnych firmach wojskowych zatrudnianych przez koncerny spożywcze? Zastanawialiście się, czemu niektórzy ludzie bojkotują olej palmowy? I co u licha nieetycznego może być w zwykłym kakao? Pokazywany na tegorocznej AfryKamerze film dokumentalny Życie bez ziemi (No Land, No Food, No Life) odsłania zaledwie niewielką część tej ciemnej strony przemysłu spożywczego. 

Rolnictwo na pierwszy rzut oka wydaje się niewinne. Ludzkość od tysięcy lat żywi się plonami ziemi i to zapewne opanowanie technik uprawy roślin pozwoliło naszemu gatunkowi aż tak się rozwinąć. Druga połowa dwudziestego wieku diametralnie zmieniła jednak jego oblicze. Do głowy od razu przychodzą pestycydy i ich negatywny wpływ na ludzkie zdrowie oraz środowisko naturalne, niestety to tylko jeden z grzechów nowoczesnego rolnictwa. W szkole uczono nas, że uprzemysłowienie produkcji rolnej ma dużo zalet, może choćby pomóc poradzić sobie z problemem głodu na świcie. Gdy jednak zagłębimy temat, wychodzi na jaw, że to wszystko bujda na resorach. Dlaczego? Żeby to zrozumieć trzeba przyjrzeć się miejscom, w którym powstaje ogromna część żywności współczesnego świata, czyli okolicom równika.  

Twórcy filmu Życie bez ziemi zabierają nas kolejno do Mali, Kambodży i Ugandy, państw o niezwykle żyznych i atrakcyjnych terenach uprawnych, o dostęp do których walczą dziś globalne koncerny spożywcze. Ziemia odbierana jest lokalnym rolnikom i wykorzystywana do zasiewania monokultur na ogromnych terenach. Czasem ziemię odkupuje się za bezcen, ale częściej wykorzystuje do tego luki prawne i skorumpowanie miejscowych władz, a nieraz nawet brutalną siłę. Amy Miller, reżyser Życia bez ziemi, rozmawia z ofiarami tego procederu. Słyszymy dramatyczne relacje ludzi, którzy kiedyś byli w stanie utrzymać się z pracy własnych rąk, a teraz pozostawieni są na łaskę koncernu - jedynego pracodawcy w regionie. Ci ludzie nie stracili tylko pól uprawnych, ciężko im zaspokoić podstawowe potrzeby. Nie mają już lasu, do którego mogliby chodzić po drewno na opał, a pestycydy z pól zatruły źródła wody. Wypowiedzi pracowników koncernów spożywczych zestawione są tu z obrazem ogólnego spustoszenia. Jednogatunkowe uprawy zastępują zróżnicowany krajobraz i wyjaławiają ziemię. A co w takim razie ze zwalczaniem głodu? Niestety, większość z tych upraw nie trafi do ludzi. Jako pasze zaspokoją potrzeby przemysłu mięsnego lub zostaną wykorzystane do produkcji biopaliw. 

Film Amy Miller jest niewątpliwie bardzo sugestywny i pozbawiający złudzeń. Dodatkowym plusem jest pokazanie widzowi szerszego kontekstu i wyjaśnienie choćby związku nasilającego się zjawiska grabieży ziemi z ostatnim kryzysem na rynkach finansowych. Choć temat jest ciężki, twórcy postarali się, żeby podać go w możliwe lekkostrawnej formie i wykorzystali do tego szereg animacji i wizualizacji. Całość ogląda się więc bardziej jak film fabularny niż wykład z alterglobalizmu.

źródło: www.civictheatre.ca
PS Przy okazji polecam świetny wywiad z Marią Świetlik z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności w miesięczniku Znak Prawo do żywności. 

czwartek, 14 stycznia 2016

Wojciech Jagielski o obozach dla uchodźców

W ciągu ostatnich kilku miesięcy w mediach co chwilę pojawiały się doniesienia o niepokojących wydarzeniach w obozach dla uchodźców i imigrantów. Przemoc seksualna i przemoc w ogóle wydają się największą plagą w takich miejscach. Wielu zapewne zadaje sobie pytanie, skąd bierze się ta agresja. Część z przebywających tam osób to po prostu przestępcy? A może nietypowa sytuacja, w jakiej się znaleźli, i zerwanie więzów społecznych wyzwoliło w zwyczajnych do tej pory ludziach jakieś ukryte pokłady zła? Problem nie jest wcale nowy, przemoc seksualna, jak jakaś zmora, pojawia się w obozach bez względu na kontynent czy wyznawaną przez uchodźców religię. Chyba najtrafniej nastroje panujące w tego typu miejscach opisał Wojciech Jagielski w Nocnych wędrowcach. Poniższy fragment dotyczy rządowego obozu dla uciekających przed rebeliantami Aczolich w Ugandzie.
   Chowając się pod strzechami chat przed deszczem i słońcem, oparci plecami o chropawe gliniane ściany, mężczyźni w milczeniu palili tytoń. Siedzieli tak całymi dniami, pozbawieni wszelkiego zajęcia, nie wiedząc, co począć z czasem, z bezczynnymi rękami, wielkimi i sękatymi od ciężkiej pracy na polu. Zwijali je z chrzęstem w pięści, wciskali w kieszenie spodni, prostowali, zaplatali na piersiach, kościstymi palcami chwytali z ziemi źdźbła trawy, kamienie. Prędzej czy później sterane ręce i tak zwisały niezdarnie w geście kapitulacji, jakby niedopasowane, do niczego niepotrzebne, do niczego niepasujące.
   Wystawali też przy drodze, przed drzwiami kilku sklepów, które rozepchnęły się tam wśród stożkowatych chałup. Można w nich było kupić przeterminowaną żywność, papierosy, lemoniadę i piwo. Piwo było ciepłe, bo w Palendze wciąż wyłączano prąd, ale i tak nigdy nie brakowało na nie chętnych.
   Żołnierze z miejscowego posterunku i kierowcy ciężarówek zmierzających do Kampali przysiadali z otwartymi butelkami na drewnianych skrzyniach. Pili piwo powoli, z przymkniętymi oczami, zdając się nie zauważać mężczyzn, którzy obstępowali ich nieśmiałym, niepewnym, ale zacieśniającym się kręgiem. Przysiadali tuż obok, niby nie zwracając na nic uwagi, a naprawdę czujni, wypatrujący przekrwionymi oczyma najmniejszego gestu zachęty ze strony żołnierzy czy kierowców, każdej okazji do pogawędki, która przy odrobinie szczęścia mogłaby się przecież okazać także zaproszeniem do miłej i darmowej biesiady.
   Sprzedawane w sklepach butelkowe piwo było zbyt drogie, by się nim upijać. Ci więc spośród mieszkańców Palengi, którzy codziennej beznadziei nie potrafili już znieść na trzeźwo, odurzali się pędzonym przez miejscowe kobiety kwete, piwem z sorgo, bananów i kukurydzy. Upijali się także dlatego, że nic lepszego do roboty po prostu nie mieli.
   Najpierw stracili na wojnach stada długorogiego bydła, będącego dla Aczolich nie tylko symbolem dostatku, ale i godności, powodem do dumy. Potem odebrano im ziemię, wioski, a nawet cmentarze, gdzie spoczywały prochy przodków.
   Straciwszy ostatnie źródła dochodów, nie mogli już dłużej utrzymywać swoich rodzin, a po ucieczce przed partyzantami, spędzeni przez żołnierzy do przydrożnych obozów, nie potrafili nawet zadbać o bezpieczeństwo własnych dzieci. Nienawidzili swego losu, samych siebie i wszystkich dokoła. Nie mogąc zaś w czymkolwiek zmienić życia, które zdawało im się tak nieznośne, wyrzekali się go i marnieli, umierali jak ich porzucone i obracające się w ugory poletka.
   Ostatnimi uczuciami, jakie w nich jeszcze drzemały, były złość i pożądanie. Złość, bezradna, mściwa i ślepa, zwracająca się nie przeciwko sprawcom ich nieszczęścia – ci byli potężni, nieosiągalni – lecz przeciwko wszystkim tym, którzy z dobroci serca próbowali im pomagać. Pomagając, stawali się świadkami ich upadku i upokorzenia, a więc winowajcami.
   Ze złości, a nie z miłości brało się też pożądanie. Nie było w nim żaru, troski czy czułości, lecz przemoc, chęć niszczenia, zadania bólu, zatracenia się w wyrządzonej krzywdzie i czerpania z niej siły.
   Abola Imbakasi, naczelnik Palengi, uważał, że te złe, mroczne uczucia brały się z tego, iż miejscowi mężczyźni za wiele kobietom zawdzięczali, zanadto stali się od nich zależni. Nie mogąc, a może po prostu nie chcąc wyrwać się z wygnańczego odrętwienia, pozwolili, by ich kobiety wzięły na siebie ciężar utrzymania rodzin, wychowania dzieci. Wypalały cegły i węgiel drzewny, warzyły piwo i sprzedawały je potem w przydrożnych kramach. Zarobione pieniądze musiały dobrze ukrywać przed mężczyznami, by ich nie wykradli i nie roztrwonili na tani, gorzki dżin albo na dziewczyny z Gulu, które za garść szylingów szły z żołnierzami do lasu za wsią.
   Mężczyźni z Palengi nie mieli pieniędzy i nie mogli kupować sobie miłości. Brali więc kobiety siłą, jakby tylko zadawanym gwałtem budzili się do życia z martwoty, w którą zaraz na powrót zapadali.
źródło: lubimyczytac.pl

środa, 30 grudnia 2015

Afrykańska Nana


Jeśli spojrzeć na kontynent afrykański pod kątem literackim, na mapie wyraźnie zaznaczają się obszary bogate pod względem utalentowanych pisarzy. Pierwszą taką wyspą jest na pewno RPA, choć tutaj mamy do czynienia raczej z białymi pisarzami burskiego pochodzenia. Drugą jest niewątpliwie południowa Nigeria. Z jakiegoś powodu to ludy Igbo i Joruba wydały ich najwięcej. Wystarczy tu wspomnieć kilka nazwisk, które na stałe zapisały się w historii afrykańskiej literatury, czyli Chinua Achebe, Ben Okri, noblista Wole Soyinka czy popularna ostatnio Chimamanda Ngozi Adichie. Jednym z tych pisarzy jest też zmarły kilka lat temu prozaik Cyprian Ekwensi. Jak to zwykle bywa w przypadku afrykańskich twórców, w polskim przekładzie kazały się tylko dwie jego książki, w tym chyba najbardziej znana Jagua Nana. 

Już samym tytułem Ekwensi nawiązuje do tradycji powieści o luksusowych kurtyzanach. Bohaterka jego ksiązki też taka jest, w końcu mówią na nią Jagua, droga i pożądana jak samochód marki Jaguar. Już sama jej historia jest niezmiernie ciekawa, bo Jagua to naprawdę dobrze skonstruowana postać, wielowymiarowa, niebanalna, a przy tym niepozbawiona sprzeczności. Zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem, że to jeden z lepszych charakterów, na jaki natrafiłam w prozie. Poznajemy ją wiele lat po tym, jak przyjechała do Lagos. Córka prowincjonalnego pastora, która dusiła się w zaaranżowanym małżeństwie. Odrzuciła społeczność, w której się wychowała, a jednocześnie sama została odrzucona. Dla bezpłodnej kobiety nie ma w końcu miejsca na prowincji. Nie jest wykształcona, ale też nie można jej nazwać lekkomyślną. Pewna swoich wdzięków, lubi być w centrum wagi. Jest zdolna do zemsty na młodszych rywalkach, tak jak do bezinteresownej pomocy. Martwi się o swoich mężczyzn, nawet o tych, którzy ją porzucili. Chyba najbardziej podobało mi się to, że autor nie pokazuje od razu czytelnikowi całej swojej bohaterki, a raczej pozwala jej stawać się coraz bardziej intrygującą i prawdziwą z każdą kolejną stroną. Do pewnego stopnia Jagua jest też pewnie wytworem miasta, w którym przyszło jej żyć. Książka Ekwensiego to też świetny społeczny obraz Lagos skorumpowanego, bezwzględnego, głośnego i brudnego, tak w dosłownym, jak i metaforycznym znaczeniu. Dzięki Jagule i innym dziewczynom z Tropicany czytelnik może poznać je na wskroś, od luksusowych willi do slumsów. W życiu kobiety lekkich obyczajów pojawiają się zaroówno przedstawiciele elity, jak i drobni złodzieje. Aż trudno uwierzyć, że ta książka wyszła w latach sześćdziesiątych, musiała wywołać wtedy niemały skandal. 

Gdy jednak wejść w tekst głębiej, poza główny wątek, znajdziemy w nim ciętą satyrę polityczną. Ekwensi nie przez przypadek stawia na drodze bohaterki Wuja Taiwo, kandydata na radnego w lokalnych wyborach. W ten sposób trafiamy w sam środek walki pomiędzy Organizacją Polityczną Numer 1 a Organizacją Polityczną Numer 2, która nazywają się tak nie bez powodu, niczym poza brakiem kręgosłupa moralnego się w końcu od siebie nie różnią. Obie przekupują wyborców i zatrudniają zbirów do napadania na przeciwników politycznych. Tę karykaturę polityki chyba najjaskrawiej widać w scenie, w której Wuj Taiwo prosi Jaguę, żeby przemówiła do handlarek z targu.
- Nie wiem, co im powiedzieć.    Przechylił się do tyłu i poklepał po kolanie.
- Powiedz im, żeby głosowały na O.P.2. Co? Mówisz, że nie wiesz, co masz powiedzieć? Zaczął się śmiać i klepać po kolanach, stołku, trząść się, aż szklanki do piwa podskakiwały. - Nie wiesz, co im powiedzieć? Nie żartuj! Powiedz im, żeby głosowały na O.P.2. Powiedz im, że nasza partia jest najlepsza. Damy im nowe stragany, dużo towaru i prowizję, żeby miały za co kształcić dzieci. Obiecaj im wszystko, co ci ślina na język przyniesie. Kiedy Wuj Taiwo zwycięży, nie będą pamiętały o obietnicach. Powiedz im, że jestem przeciwny temu, żeby kobiety płaciły podatki. To złe, podłe. Powiedz im, że walczę o równość kobiet. Kobiety muszą mieć równe prawda z mężczyznami. Zastanawiasz się, co im powiedzieć? O Boże! Powiedz im, że wszystkie kobiety w Lagos na pewno dostaną dobrą pracę, jeśli będą na mnie głosowały. Zniknie bezrobocie. Kobiety będą sprawiedliwie traktowane. Będą miały pozycję społeczną. Muszą reprezentować klasę...
Z powieści zniknął niestety w polskim tłumaczeniu specyficzny język. Ekwensi pisał łamaną angielszczyzną ulic Lagos, żeby jeszcze lepiej wczuć się w sposób myślenia swoich bohaterów. Niemniej to, co zostało, i tak jest warte uwagi. Jagua Nana jest jedną z tych książek, przy których nie należy się zrażać wolno zawiązującą się akcją w pierwszych kilku rozdziałach, bo potem już wciąga na dobre. 

źródło: lubimyczytac.pl

piątek, 4 grudnia 2015

Sudan Południowy albo opowieść o chciwości


Film Jesteśmy waszymi przyjaciółmi na pewno nie jest dokumentem idealnym, czasem za dużo tam dopowiedzeń reżysera, a momentami w narrację wkrada się chaos, który widzowi bez jakiejkolwiek wiedzy o Sudanie Południowym utrudni interpretację. Niemniej to odważna próba wyjaśnienia, co naprawdę stało się z największym państwem Afryki. Reżyser podważa schematy i obnaża pozorność działań pokojowych, a to już wystarczający powód, żeby film obejrzeć. 

Hubert Sauper przybywa do Sudanu Południowego własnoręcznie skonstruowaną awionetką na chwilę przed uzyskaniem niepodległości przez to najmłodsze państwo świata. Opowieść zaczyna jednak od nawiązania do kolonializmu. Głosami Sudańczyków przypomina, jak kolonialni władcy, których noga nieraz nawet nie postała na kontynencie, podzielili go na strefy wpływów, nie bacząc przy tym na istniejące podziały etniczne czy państwowe. Sam Sudan od początku był więc tworem sztucznym. Arabski i muzułmański na północy, a rdzennie afrykański i chrześcijański na południu nie mógł uniknąć rozpadu. Europejska opinia publiczna, a szczególnie ta jej część niezbyt zainteresowana sprawami Afryki, zwykła uznawać kolonializm za element historii. Hubert Sauper udowadnia jednak bliską memu sercu tezę, że taka polityka państw pierwszego świata wobec Afryki nigdy się nie skończyła, nabrała tylko nieco bardziej ekonomicznego charakteru. Dlatego już w momencie przedstawiania nam najważniejszych postaci sudańskiej sceny politycznej reżyser wyjaśnia, kto cieszy się poparciem światowych mocarstw. 

źródło: filmweb.pl

Przez kadry filmu przewija się cała galeria postaci mających wpływ na los Sudańczyków. Są tam skorumpowani politycy, którzy za bezcen oddają w dzierżawę zachodnim koncernom najlepsze tereny, przedstawiciele amerykańskich koncernów naftowych z całym tym ich luzem i groteskowymi przemówieniami o równości i rozwoju, a nawet oderwani od rzeczywistości misjonarze z Teksasu, którzy za największy problem miejscowej ludności uważają brak ubrań i próbują na siłę wciskać małym dzieciom skarpetki na nogi. Jest wreszcie kontrowersyjna obecność chińskiego kapitału, który już od kilku lat szturmem wdziera się na kontynent afrykański. Z pozoru współpraca z Chińczykami wydaje się niezłym rozwiązaniem. Przynajmniej nie inspirują wojen i przewrotów ani nie dozbrajają różnych szemranych bojówkarzy czy rebeliantów, jak to od lat mają w zwyczaju choćby Amerykanie, Francuzi czy Brytyjczycy. Chińskie inwestycje nic jednak Sudańczykom nie dają. Dla pracowników rafinerii buduje się co prawda całe kompleksy biur i hoteli, ale miejscowi mogą w nich być co najwyżej stróżami lub sprzątaczkami. 

A gdzie w tym wszystkim Sudańczycy? Można ich znaleźć w naprędce skleconych wioskach pośród gór śmieci za ogrodzeniami fabryk. Tam, gdzie woda nie nadaje się już do picia, bo zatruł ją przemysł naftowy. Na najgorszych ziemiach, bo te żyzne już dawno przejęły koncerny spożywcze pod uprawę palm olejowych. Sam reżyser podchodzi do Sudańczyków podmiotowo, co chyba najbardziej spodobało mi się w jego filmie. Ci nie wyglądają tu jak w reklamach organizacji humanitarnych, nie są bezmyślnymi obiektami, którym trzeba pomóc nawet bez pytania ich o zdanie. Sudańczycy w Jesteśmy waszymi przyjaciółmi są biedni, ale na pewno nie głupi. Nawet jeśli brakuje im wyszukanych słów, w prosty sposób wyjaśniają przyczyny swojego nieszczęścia. Dużo w tym rezygnacji i zawiedzionych nadziei, jak choćby słowach pewnego starszego mężczyzny, który stwierdza, że nawet jeśli trafi się jakiś silny i uczciwy przywódca, to pewnie i tak zginie w wypadku lotniczym. Jesteśmy waszymi przyjaciółmi to gorzka pigułka zwłaszcza dla tych mieszkańców pierwszego świata, którzy ciągle wierzą w swoją misję cywilizacyjną. 


piątek, 1 maja 2015

AfryKamera 2015

Nieposzlakowana opinia


Największe zaskoczenie tegorocznego festiwalu. Film z RPA, który zaczyna się powoli i nieśmiało, żeby wywrócić do góry nogami wszystkie nasze wobec niego oczekiwania. Bywa porównywany do twórczości Hitchcocka, ale to pewnie przez utrzymanie czarno-białej stylistyki. Tak naprawę znacznie więcej w nim czarnego humoru i zabawy ze znaną widzom konwencją. Jahmil Qubeka to niewątpliwie interesujący reżyser, któremu zdarzają się jeszcze potknięcia, ale który ma dużo do powiedzenia. Już sam sposób opowiedzenia całej historii był dość odważnym posunięciem, odtwórca głównej roli (Mothusi Magano) nie wypowiada bowiem ani słowa. Postać budowana jest więc jedynie przez wypowiedzi i opinie innych. Qubecka świetnie przy tym widzów nabiera i daje im uwierzyć w nieposzlakowaną opinię młodego nauczyciela Parkera Sitholego. Daje jednak małe wskazówki odnośnie do tego, co może wydarzyć się później. Na przykład w jednej z początkowych scen obok budzika bohatera leży magazyn z bohaterem serialu Dexter na okładce. Reżyser sam potem to nawiązanie przewartościowuje i sobie z niego kpi. Poćwiartowanie zwłok w wyłożonym folią pokoju to w końcu nie taka prosta sprawa. Lubię takie filmy i lubię takich reżyserów, wcale nie chcę od początku wiedzieć, kto będzie ofiarą, a kto oprawcą. W ogóle mi też nie przeszkadza, kiedy historia zakazanej miłości nauczyciela i uczennicy ni z tego, ni z owego przeradza się w krwawy kryminał.

Nieposzlakowana opinia to też ciekawostka dla miłośników języków afrykańskich, bohaterowie mówią bowiem w xhosa, jednym z większych języków grupy bantu, który jednak wyróżnia się fonetycznie, gdyż zapożyczył mlaski z rzadkich i ciekawych języków khoisan (w języku angielskim dźwięku te nazywają się cliks, co znacznie lepiej oddaje ich charakter). 



Bastardo


Ten tunezyjski film to z kolei gratka dla fanów realizmu magicznego i twórczości Emira Kosturicy. Opowieść ciepła i baśniowa, a przy tym dość alegoryczna. Można z niej wszakże wyczytać ogólne prawdy o walce o władze i jej destrukcyjnym wpływie na jednostkę, czy też nieodwracalnych zmianach w życiu społeczności, jakie niesie ze sobą nowa technologia. Bastardo to historia podrzutka Mohsena, który - choć pracowity i zawsze skory do pomocy - nie cieszy się szacunkiem w lokalnej społeczności. Sytuacja zmienia się wraz z pojawieniem się firmy telekomunikacyjnej, która uznaje, że to jego dach najlepiej się nadaje, żeby zainstalować na nim antenę. Teraz to Mohsen ma władzę. Jednym przyciskiem może decydować, czy wszyscy okoliczni mieszkańcy będą mieli zasięg. Siłą Bastardo są niewątpliwie oryginalnie bohaterowie. Piękna i przyciągająca mrówki Bent Essengra, kochający króliki lokalny boss Larnouba czy jego budząca grozę matka. Naprawdę warto ich poznać. 



Beti i Amare


Podobno pierwszy film science fiction w historii etiopskiej kinematografii. Choć samych elementów SF jest w nim jak na lekarstwo, a efekty specjalne wykonano zapewne w technologii MS Paint. Przed projekcją reżyser Andy Siege powiedział publiczności, że jego film jest dziwny i życzy miłego sensu. Pewnie powinien nieco popracować nad public relations, ale wiele się nie pomylił. Określenie dziwny świetnie pasuje do Beti i Amare, ale seans i tak był przyjemny. Rzecz dzieje się w 1936 roku, kiedy to wojska Mussoliniego najechały Cesarstwo Etiopii, siejąc popłoch wśród ludności cywilnej. Bohaterka filmu Beti (Hiwot Adres) ucieka przed nimi na prowincję do chatki swojego dziadka. Nawet tam nie może się jednak czuć bezpiecznie, bo szybko wpada w oko jednemu z młodzieńców patrolujących okolicę. Gdy pada jedyna koza, a dziadek Beti wyrusza do miasta, dziewczyna zostaje sama. Jej sytuacja wydaje się beznadziejna. I wtedy zdarza się cud. Z nieba spada tajemniczy człowiek z wampirzymi zębami. Potwór okazuje się jedynym przyjaznym Beti stworzeniem. To jedna z tych opowieści, które pomimo pewnej brutalności pozostają optymistyczne. Bo opowiadają o tym, że miłość jest możliwa nawet w najtrudniejszych warunkach. Warto też zwrócić uwagę na postać Włocha, bezsensownie okrutnego i jednocześnie narcystycznego. Niechęć, którą zrodziła tamta wojna, żyje w Etiopczykach do dziś. 



Run


Wiedzieliście, że na Wybrzeżu Kości Słoniowej robi się średnio jeden film na pięć lat? A że w ostatnich latach przetoczyły się przez ten kraj dwie wojny domowe? Kiedy Philippe Lacôte zaczął opowiadać o swoim filmie, mogłam z całą pewnością stwierdzić jedynie, gdzie leży Wybrzeże Kości Słoniowej i że to była francuska kolonia. Run to próba eliptycznego i alegorycznego opowiedzenia historii kraju, ta skrótowość wynika zapewne po części z niewielkiego budżetu. Bohaterem filmu jest młody chłopak, którego nazywają Run (Abdoul Karim Konaté). Jego życiem wydaje się rządzić przypadek, kiedy tylko w coś się zaangażuje, wszystko bierze w łeb, a jemu pozostaje ucieczka. Poznajemy go niemal na końcu drogi, po tym jak zamordował prezydenta. W dzieciństwie chłopak chciał zostać zaklinaczem deszczu, potem podróżował po kraju jako towarzysz Grubej Gladys, żeby wreszcie wstąpić w szeregi Młodych Patriotów. Dużo w tej historii niedopowiedzeń i symboli , które - przynajmniej dla mnie - pozostawały niejasne. Nie jest to jednak zły film, po prostu trochę nieoszlifowany. 


Fatuma i Asya


Film dokumentalny o dość prostej konstrukcji. Reżyser Francesco Sincich wybrał dwie dziewczynki z etiopskiej społeczności Afarów i pozwolił im opowiedzieć o swoim życiu, po czym utrwalił na taśmie filmowej ich codzienne zajęcia. Te dwie dziewczynki to właśnie tytułowe Fatuma i Asya. Obie żyją w tradycyjnych społecznościach pasterzy w jednej z bardziej suchych i gorących części Etiopii. Ich rodziny zajmują się hodowlą kóz, owiec, krów i wielbłądów. Obie dziewczynki przeżywają uniwersalne dla swojego wieku przyjaźnie i pierwsze zauroczenia. Żadnego komentarza, jedynie w tle przebijają się problemy Afarów, od których rząd umywa ręce. Widać tu wyraźnie rękę antropologa, który skupił się na zbieraniu danych. 



Pół roku z bosymi babciami


Chyba najbardziej optymistyczny film tegorocznego festiwalu, i to dokumentalny! Opowiada o działalności indyjskiego Barefoot College, jedynej takiej uczelni, która ściąga kobiety z całego Trzeciego Świata i uczy ich instalacji oraz naprawy paneli słonecznych. Nauka trwa sześć miesięcy. Ekipa filmowa towarzyszy grupie kobiet z Tanzanii, Malawi, Sudanu Południowego i Liberii. Dlaczego panele słoneczne? Bo, jak wyjaśnia założyciel Barefoot College, zakup świec czy nafty do lamp to dziś najpoważniejszy wydatek ubogich gospodarstw domowych w Afryce, które nie mają dostępu do energii elektrycznej. Możliwość bezpłatnego wykorzystania energii słonecznej, a w tej części świata przecież jej nie brakuje, byłaby dla tych rodzin prawdziwą rewolucją. Zwłaszcza, jeśli w wiosce znajdzie się wykształcony inżynier, który sam sobie poradzi, kiedy coś się zepsuje. Inne organizacje pomocowe powinny brać przykład z tego projektu. Po pierwsze dlatego, że przekazywanie wiedzy jest skuteczniejsze niż przekazywanie darów. A po drugie, ponieważ kobiety z Trzeciego Świata potraktowano tu podmiotowo i uwierzono w ich możliwości. Gdzieś z tyłu głowy wielu osobom czai się jeszcze stereotyp, że ludzie biedni są w jakiś sposób głupsi. Bose babcie udowadniają, że to nie prawda. Po prostu nikt im wcześniej nie dał możliwości kształcenia się. Większość absolwentek  Barefoot College skończyło zaledwie kilka klas szkoły podstawowej, a niektóre są nawet niepiśmienne. Nie jest to pierwsza inicjatywa, która korzysta z potencjału miejscowej ludności. W 2006 roku Pokojową Nagrodę Nobla dostał Muhammad Yunus, twórca mikrokredytów dla ubogich z całego świata. Program okazał się ogromnym sukcesem, dzięki tym niewielkim pożyczkom tysiące biednych rodzin mogło otworzyć własne interesy i zacząć się samodzielnie utrzymywać. A dlaczego kobiety? Może to nie będzie miłe dla panów, ale to właśnie kobiety były od wieków najważniejszym ogniwem afrykańskich społeczności. Chodziły wiele kilometrów po wodę pitną, znosiły drewno do opalenia pieców, pracowały w polu i przygotowywały jedzenie, robiły więc wszystko to, co niezbędne do przetrwania. Panowie w tym czasie wyruszali na wyprawy wojenne albo debatowali na rynku. Jedna z uczących się w Barefoot College pań ujęła sprawę dobitniej i wyjaśniła, że mężczyźni mogliby wykorzystać zdobyte umiejętności do własnych celów, a nie dla dobra społeczności. Uczelnia ma też wymagania co do wieku kandydatek. Przyjmuje babcie, które odchowały już swoje dzieci, a więc kobiety, które ukończyły... 35 rok życia. 



niedziela, 5 kwietnia 2015

Nigeryjka w Ameryce

Chimamanda Ngozi Adichie dobrze pisze, co do tego nie ma wątpliwości. Może wydawać pokaźne pod względem objętości powieści, bo historie, które opowiada, są na tyle spójne i wciągające, że czytelnik nawet nie zauważy, kiedy minęło te siedemset stron. Rozwinęła też swój warsztat od czasu debiutanckiego Fioletowego hibiskusa, tworzone przez nią postacie nie są już tak jednowymiarowe, a nakreślane sytuacje jednoznaczne. Udało jej się pogłębić świat przedstawiony i zgrabnie połączyć kilka wątków. Tym razem jednak autorka  Połówki żółtego słońca zabiera nas w podróż do Ameryki. 

Adichie poświęca dużo miejsca w swojej nowej książce rasie, odkrywamy ją razem z główną bohaterką Amerykaany Ifemelu, która poznaje rasizm dopiero, kiedy wyjeżdża na stypendium do Stanów Zjednoczonych. Kraju, w którym o kolorze skóry nie można głośno mówić, a mimo to wszyscy o nim myślą. Adichie potraktowała rasizm znacznie szerzej niż jego słownikowa definicja, według której to tylko "wiara we wrodzoną wyższość jednej rasy". Takie rozumienie okazuje się dzisiejszych czasach - zdaniem pisarki - niepełne i nieaktualne. Czym jest zatem rasizm w Amerykaanie? Sztuczną uprzejmością, nadmiernym okazywaniem sympatii czarnoskórym, owijaniem w bawełnę i udawaniem, że problem skończył się wraz z apartheidem. Polskiemu czytelnikowi sprawa może się wydawać rozdmuchana, w czym akurat jesteśmy podobni do Nigeryjczyków. W naszym monokulturowym kraju osób o innym kolorze skóry jest tak mało, że nawet nie zdołaliśmy wyrobić sobie w miarę spójnych stereotypów na ich temat. Ci inni mogą budzić różne reakcje: zainteresowanie, zdziwienie, czasem nawet niechęć; ale są zbyt nieliczni, żeby stać się tematem publicznej dyskusji.* Podobnie jest w Nigerii. Biali mieszkają daleko lub są turystami. Na co dzień się o nich nie myśli, a kolor skóry jest tylko sposobem opisywania czyjeś urody. Ten wyniesiony z domu dystans czyni z Ifemelu świetną obserwatorkę. Razem z nią poznajemy rasizm w jego codziennej postaci. Dowiadujemy się, że naprawdę czarna kobieta nie może nosić swoich włosów w takiej formie, w jakiej je Pan Bóg stworzył, bo noszenie afro grozi posądzeniem o przynależność do jakiejś organizacji, musi być manifestacją poglądów, a już na pewno nie przystoi poważnej pani manager. Problem rasy w Stanach okazuje się bardziej złożony, niż nam się mogło wydawać. Zbudowany jest bowiem na dziesiątkach lat wzajemnych uprzedzeń, pretensji, niewolnictwa i segregacji rasowej. To coś jak u nas antysemityzm. Mówi się, że zniknął po wojnie wraz z Żydami, ale każda wzmianka o nim wywołuje medialną burzę. 

Amerykaana nie jest na szczęście tylko o rasie. Adichie zaburza nieco perspektywę czasową, dzięki czemu poznajemy Ifemelu już jako dorosłą kobietę, która po dwunastu latach w USA decyduje się wrócić do Nigerii. Dopiero potem dowiadujemy się, co doprowadziło ją do tego punktu. W powieści przewijają się też motywy stale obecne w książkach pisarki. Część akcji toczy się w akademickim mieście Nsukka nękanym na przemian strajkami studentów i nieopłacanych od miesięcy wykładowców. Nigeria z Amerykaany przypomina nieco Polskę z początku lat dziewięćdziesiątych. Kraj, który zachłysnął się kapitalizmem i pierwszymi oznakami dobrobytu i w którym mleko w proszku i frytki z mrożonki są oznakami postępu. Rodzi się nigeryjska klasa średnia, często po znajomości i za cenę wysokich łapówek, a dawna mentalność miesza się z nowym typem luksusu. Kobiety marzą tu o dobrym zamążpójściu, a mężczyźni, żeby stać ich było nie tylko na żonę, lecz także na liczne kochanki. Jest wreszcie historia miłosna, może nawet ważniejsza niż pozostałe wątki. Ifemelu i Obindze - idealne braterstwo dusz rozdzielone przez urzędy imigracyjne i wnioski wizowe, o którym nie da się zapomnieć nawet po latach życia oddzielnie.

Fabuła powieści przeplatana jest wpisami z blogu głównej bohaterki, co stanowi akurat najsłabszą jej część. Choć nie wykluczam, że taki efekt był zamierzony. Ale już to, że Ifemelu tak szybko była w stanie utrzymać się wyłącznie z prowadzenia blogu, można spokojnie włożyć między bajki. Uwierzyłabym, jeśli pisałaby o gotowaniu, w innych wypadkach to się po prostu nie zdarza.


* Nie twierdzę oczywiście, że w Polsce nie ma rasizmu, jest on jednak na tyle nieuświadomiony, że nawet najbardziej wytrwałym bojownikom o równość i tolerancję nie przyjdzie do głowy podważać stereotypy Murzynka Bambo czy mentalności Kalego. Niedowiarkom chciałabym przypomnieć głośną medialną sprawę sprzed dwóch lat: John Godson i jaśnie oświecony rasizm. 

niedziela, 29 marca 2015

Difret, czyli o grzechach kina zaangażowanego

Porwanie przyszłej żony może się wydawać całkiem romantyczne, zwłaszcza że w wielu kulturach, w których było praktykowane, stało się tylko zwyczajem, pozbawionym głębszego znaczenia jak biały welon czy oczepiny. Niestety są miejsca na świecie, gdzie porwania pozostały tym, czym były zawsze - formą seksualnej przemocy. O tej ciemnej stronie mówi wyświetlany na ekranach polskich kin Difret.

Producentem tego amerykańsko-etiopskiego filmu jest Angelina Jolie i w zasadzie można to uznać za część jej działalności charytatywnej. Difret opowiada o pracy prawniczki i działaczki na rzecz praw kobiet w Etiopii Meazy Ashenafi, a konkretnie o pewnej przełomowej dla niej sprawie. Recz dzieje się w latach dziewięćdziesiątych na wsi położonej trzydzieści kilometrów od Addis Abeby. Czternastoletnia Hirut zostaje porwana w drodze powrotnej ze szkoły. Pobita, zgwałcona i przestraszona dziewczynka zabija swojego porywacza. Lokalna społeczność domaga się dla niej kary śmierci, a centralne instytucje nie bardzo chcą mieszać się do prawa zwyczajowego. I wtedy pojawia się Meaza Ashenafi, żeby uratować niewinną ofiarę. Wszyscy znamy ten typ filmów, co ważniejsze postacie historyczne czy bardziej znani laureaci Pokojowej Nagrody Nobla mają na swoim koncie co najmniej jeden taki. 


Nie oznacza to, że film Zeresenaya Mehariego jest zły, ogląda się go z przyjemnością, a nawet zainteresowaniem, i to nie tylko dlatego, że trzeba, bo temat jest ważny. Dla mnie największą atrakcją było oglądanie codziennego życia w Etiopii oraz tych wszystkich kulturowych niuansów, na które reżyser niepochodzący z tamtego regionu pewnie nie zwróciły uwagi. Meron Getnet sprawdza się w roli Meazy, a młodziutka Tizita Hagere świetnie poradziła sobie jako Hirut. Film jest jednak obarczony ciężkim brzemieniem dydaktyzmu, a przez to niestety momentami schematyczny i przewidywalny. W określonych momentach mamy się wzruszać, a w innych potępiać. Reżyser nie pozostawia widzowi pola na interpretację czy własne emocje. Porywacze mają być wyklęci, a prawniczki zaliczone w poczet wybawicieli. Doceniam oczywiście ogrom pracy, jakie Meaza Ashenafi i jej współpracownice włożyły w poprawę sytuacji etiopskich kobiet, niemniej wolałabym, żeby filmy, które oglądam, było trochę mniej czarno-białe. 

Chyba powinnam się cieszyć, że afrykańskie filmy pojawiają się w polskich kinach. W tym miesiącu etiopski Difret, w przyszłym tanzański Biały cień, który ma opowiadać o problemie albinosów. To wszystko ważkie problemy, ale czy zawsze musimy oglądać tylko to najczarniejszą stronę kontynentu? Wojny, głód, okrutne zwyczaje - to przecież tylko część całego obrazu. Z niecierpliwością czekam na czas, w którym w naszych kinach zacną wyświetlać filmy o jasnej stronie Afryki, i to nie tylko na takich festiwalach jak Afrykamera, ale po prostu w podczas weekendowego seansu. 


wtorek, 3 marca 2015

Zapach Kairu

Brakuje w naszych księgarniach i bibliotekach dobrych książek z fabułą osadzoną w świecie arabskim. Nie mówię tu o literaturze faktu, lecz o beletrystyce. Półki uginają się za to pod ciężarem pseudodramatycznych historii kobiet, które uzbrojone w niewiedzę i potężne zaplecze ignorancji wyruszyły za swoimi ukochanymi do któregoś z muzułmańskich krajów, a potem wypłakiwały sobie oczy zdziwione, że tamtejsze społeczeństwo nie miało ochoty zmieniać obyczajów z okazji ich przyjazdu. Pozycje takie można łatwo rozpoznać po charakterystycznej okładce z twarzą przesłoniętą nikabem lub owiniętą hidżabem. Niewiele z nich można wynieść poza ogólnym odczuciem niezrozumienia i niechęci wobec tego, co obce. Gdzieś na przeciwległym biegunie leżą Opowieści starego Kairu Nadżiba Mahfuza. Ten egipski noblista wykroił ociekający kulturą i obyczajami kawałek miasta, żeby ocalić go od zapomnienia.

Akcja pierwszej części trylogii toczy się w latach 1917-1918, kiedy to Egipt stoi na progu politycznej i społecznej rewolucji. Sama polityka pozostaje jednak na drugim planie, do czasu aż siłą nie wedrze się do domu bohatera, a właściwie zbiorowego bohatera, którym jest rodzina kupca As-Sajjida Ahmada al-Dżawwada. Od pierwszych stron nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z tekstem bardzo dobrym, jeśli nie genialnym, a przy tym niezwykle gęstym, który stylem przypomina nieco pozytywistyczne powieści. Autor wyłapuje i przenosi na papier detale, dzięki którym możemy usłyszeć gwar kairskiej ulicy i poczuć zapach sprzedawanych przez kupców przypraw. Nadżib Mahfuz bierze czytelnika za rękę, oprowadza po domach, pokazuje stroje, zabiera na piątkową modlitwę w meczenie i na uroczystość zaślubin. Nie ukrywam, że uwielbiam właśnie taki styl pisania, dzięki któremu zanurzam się w innym świecie aż po czubek głowy i już po paru linijkach nie jestem w warszawskiej komunikacji miejskiej, a w Kairze zaraz pod koniec I wojny światowej. 

Naszego kupca As-Sajjida na początku trudno polubić, rażą zwłaszcza jego podwójne standardy moralne. Człowiek ten wobec swojej rodziny stosuje zasady najbardziej konserwatywnej szkoły islamu, a żonie i córkom nie pozwala nawet opuszczać domu. Synowie też nie zaznali od niego niczego prócz surowości i gniewu. Sam jednak niemal każdy wieczór spędza z przyjaciółmi, a przy tym nie stroni od alkoholu i kobiet. Z czasem jednak nabieramy pewności, że As-Sajjid - w sposób z naszej perspektywy kompletnie niezrozumiały - naprawdę kocha swoją rodzinę. Najstarszy syn Jasin całkowicie wrodził się w ojca, choć może nawet mniej od niego dba o pozory. Nie przeszkadza mu to jednak mieć o sobie jak najlepszego zdania. Drugi syn, student Fahmi, jest za to ulepiony z zupełnie innej gliny. To romantycznie zakochany idealista, którego z czasem coraz bardziej pochłania działalność w niepodległościowych organizacjach. W domu mieszkają też dwie siostry Aisza i Chadżidża. Pierwsza jest piękna i łagodna, drugiej Najwyższy co prawda poskąpił urody, ale dał w zamian ostry język. Najmłodszy z rodzeństwa Kamal jest dopiero uczniem szkoły podstawowej, za to rozpiera go energia i chęć poznawania świata. Jest wreszcie Amina, kobieta całkowicie posłuszna woli męża. Przez ostatnie dwadzieścia pięć lat zaledwie kilka razy opuściła dom, a świat poza jego murami jest dla niej jedynie mglistym wspomnieniem z dzieciństwa. Kiedy jednak odrzucimy z oczu płachtę współczucia, możemy w Aminie dostrzec różne przymioty charakteru, a także pewien specyficzny rodzaj mądrości, którym potrafią zaskoczyć tylko proste kobiety. 

Lektura Opowieści starego Kairu jest niewątpliwie testem otwartości i tolerancji, zwłaszcza jeśli czytający przypadkiem jest kobietą. By dolać oliwy do ognia wystarczy przytoczyć fragment rozmyślań Jasina:
O czym może marzyć kobieta, jakie może mieć ambicje poza małżeństwem i zaspokojeniem seksualnym? Żadnych! To są oswojone zwierzęta i takiego wymagają traktowania. Tak... zwierzęta domowe nie powinny pasożytować na naszym życiu prywatnym, mają czekać w domu, aż będziemy mieli czas, żeby się z nimi pobawić. 
Bardzo łatwo zakładamy, że ludzie, którzy żyją inaczej niż my, po prostu muszą być nieszczęśliwi. A jeśli nawet oni sami tak nie uważają, robią to przez zwykłą niewiedzę. A już załamywanie rąk nad muzułmańskiemu kobietami wydaje się czymś naturalnym. Życie bohaterek Opowieści starego Kairu nie jest jednak pasmem nieszczęść. Ma swoje radości i smutki i jest przy tym całkiem zwyczajne. Mahfuzowi udała się sztuka pokazania człowieka, tam gdzie inni chcieliby widzieć tylko nieuświadomiony obiekt godny pożałowania.  


piątek, 12 grudnia 2014

Sudan wstrzymuje oddech

Niektórzy reporterzy lepiej sobie radzą z opisywaniem ogółu. Pomijają detale, żeby wyciągnąć na światło dzienne szerszy obraz sytuacji. Robił tak chociażby Ryszard Kapuściński, choć nie wszyscy pochwalają to podejście. Inni unikają podsumowań i uważają, że bohaterowie powinni przemawiać sami za siebie. Taki styl charakteryzuje choćby twórczość Jacka Hugo-Badera czy Wojciecha Tochmana. Konrad Piskała, autor reportażu Sudan. Czas bezdechu, zdecydowanie lepiej radzi sobie z tym drugim sposobem pisania. Choć książka nie jest idealna, w jego twórczości widać wiele cech, które powinien mieć dobry reporter. Piskała nie skupia się na sobie, a na otaczającym go świecie. Dostrzega istotne detale i - co chyba najważniejsze - nie boi się ludzi. Lubi z nimi przebywać,  nie ucieka po skończonej pacy do hotelu dla białych. Powiem nawet więcej, autor nie traktuje opisywanego świata i jego mieszkańców z góry, jest nimi wyraźnie zafascynowany, nie zadowalają go też uproszczone na potrzeby zachodniego świata odpowiedzi. To w dzisiejszych czasach rzadkie cechy i trzeba je docenić.

Kiedy Konrad Piskała wybrał się w swoją podróż, Sudan oficjalnie był jeszcze jednym państwem. Choć tak naprawdę zawsze istniały dwa Sudany.  Pustynny kraj na północy zamieszkany głównie przez muzułmanów, w którym mówi się po arabsku, i chrześcijańskie czarne południe. Dwa ogromne kraje z zastanawiająco małą liczbą ludności. Dla ludzi z południa tamci z północy to Arabowie. Południe różni się nawet fauną i florą, to tam zobaczymy krajobrazy rodem z Pożegniania z Afryką. Krainę zamieszkują Dinkowie i Nuerowie oraz wiele mniejszych grup etnicznych, które łączy chyba tylko nienawiść do północy. W czasach szariatu wszyscy tu byli obywatelami drugiej kategorii. Teraz już nawet nie chcą mówić po arabsku, wolą angielski. Konflikt dodatkowo zaognia leżący pomiędzy północą a południem pas roponośny. 

Autor rozpoczyna podróż w Wadi Halfie, przy granicy z Egiptem. Kieruje się do Chartumu, żeby w końcu udać się na południe. Dociera do Dżuby, a potem aż do Ugandy. Ma sporo szczęścia, ten kraj to w końcu tykająca bomba, a prawo istnieje tam tylko na papierze. Piskała trafia też na dobrych rozmówców. Same rozmowy z siostrą Teresą Roszkowską i Świerczyńskimi wystarczyłyby na całą książkę.  Choć oczywiście ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że opieranie się na relacjach mieszkających w danym miejscu Polaków to droga na skróty. Piskała często też korzysta z wypowiedzi pracowników organizacji pozarządowych, żeby zapisać słowa krytyki. Autor wybrnął w ten sposób z konieczności zaznaczenia kontrastu, który uderza wielu podróżników odwiedzających Czarny Ląd. Z jednej strony jest tam magią, która ich przyciągnęła. Ludzka gościnność, lokalne zwyczaje, piękno przyrody. A z drugiej nie sposób przecież przemilczeć wszechobecnej biedy, korupcji czy - jak w tym choćby przypadku - zmuszania małych dziewczynek do małżeństwa. 

A teraz o słabościach. Te pojawiają się natychmiast, kiedy autor z poziomu opisu próbuje wejść na poziom metafory. Mogłabym go nazwać mistrzem złych porównań, niektóre szczerze mnie rozbawiły. Oto kilka przykładów:
Port się przybliża, wolno sunie w naszą stronę. (...) Wszystko jest nieprzezroczyste, naturalnie mętne. W przedziwny sposób powyginane, niczym prażona kukurydza. 
Teraz też słyszę w sudańskim hoteliku miarowe oddechy, kobiece westchnienia i uderzenia bioder o pośladki, które w tej muzułmańskiej ciszy są jak bicie kościelnych dzwonów.  
Kassala była tego dnia jak dźwięk pękającego arbuza.  

Nie. Port nie jest jak prażona kukurydza, a biodra nie biją o pośladki jak kościelne dzwony. Po prostu. Ogry są jak cebula, a nie jak tort. Proszę próbować dalej, bo jest już naprawdę nieźle.  




PS Nad książką pracowały redaktorka i dwie korektorki, a żadna z nich nie zna pięknego wskaźnika zespolenia nie tylko, lecz także. Szczerze polecam fanpage założony przez jego wielbicieli.