Pokazywanie postów oznaczonych etykietą animacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą animacja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 grudnia 2015

Rok 2015 w animacji


Albo co roku wychodzi coraz mniej dobrych anime, albo ja robię się coraz starsza. Obawiam się, że to raczej ten drugi przypadek. Już na etapie oglądania zapowiedzi mam wrażeniem, jakbym tonęła w morzu kiepskich szkolnych komedyjek ecchi. Anime coraz bardziej staje się dla mnie zbiorem powielanych schematów. Już wiem, że bohaterowie, których losy niespodziewanie się połączyły, na pewno spotkali się już w dzieciństwie i przypomną to sobie w miarę rozwoju fabuły. Domyślam się też, jaki charakter będzie miał bohater z czerwonymi włosami, a jaki ten z niebieskimi. Nie wiem, czy jest to efekt zamiłowania Japończyków do schematów, czy może odpowiedź na oczekiwania odbiorców. W końcu to oni uparcie wpisuję do wyszukiwarek internetowych frazę "anime podobne do...". W tym zalewie typowych rozwiązań fabularnych z przyjemnością witam każdy przejaw oryginalności. Niestety nie było w tym roku zbyt wielu anime, które mogłabym szczerze polecić. A właściwie są tylko dwa tytuły. 

One Punch Man


Niekwestionowany król sezonu. Zyskał nawet sympatię osób, które swoją przygodę z anime zakończyły w gimnazjum, kiedy jeszcze Dragon Ball leciał na RTL7. Ale to fanom gatunku ten serial dał najwięcej radości, bo One Punch Man to świetna parodia. Pewien mangaka amator o pseudonimie ONE wziął popularny schemat shounena o superbohaterach i postawił go na głowie. To, że Saitama nie jest typowym bohaterem anime, widać na pierwszy rzut oka. Nie ma w końcu bujnej grzywy. Imperatyw ciągłego treningu i doskonalenia się, żeby stawić czoła kolejnym przeciwnikom, zamienia na sto brzuszków i sto pompek. Zamiast wymyślać coraz dziwniejsze nazwy stylów walki, zadaje po prostu zwykły cios. A więcej czasu niż starcie ze strasznym potworem zagrażającym światu zajmuje mu łapanie komara. Darmowy internetowy komiks bardzo szybko zrobił się popularny, a jego potencjał zauważyło jedno z większych wydawnictw mangowych Shueisha, właściciel popularnego magazynu Jump. One Punch Man musiał jednak zostać przerysowany, umiejętności graficzne nie są bowiem jednym z talentów, jakimi może poszczycić się ONE. Za nową wersję odpowiedzialny był słynący z dbałości o detale Yusuke Murata. Anime było już tylko kwestią czasu. Wyszło naprawdę dobrze, grafika jest ładna, a humor nietuzinkowy. Dodatkową zabawą może być rozpoznawanie w rysach przewijających się po ekranie postaci podobieństwa do bohaterów innych tytułów.

Shokugeki no Souma


Tu za to mamy do czynienia z jak najbardziej typowym shounenem. Rzecz dzieje się w szkole, celem głównego bohatera jest ciągłe doskonalenie swoich umiejętności i wygrywanie z kolejnymi przeciwnikami, a wokół niego zbiera się gromadka wiernych towarzyszy. Nawet kolor włosów się zgadza, temperament Soumy jest tak ognisty jak jego czupryna. Jedynym odstępstwem od normy jest tu zamienienie walki na pięści na... gotowanie. Wyszło całkiem zgrabnie. Fabuła wciąga, a bohaterowie dają się lubić. Nigdy też nie widziałam, żeby ktoś tak ładnie narysował jedzenie (na szczęście tylko narysował, bo kuchnia w serialu jest dość mięsna, a ja słabo znoszę widok padliny). Oczywiście pojedynki na gotowanie, w których o wygranej przesądza dodanie jednej przyprawy lub użycie jakiegoś nieznanego przeciwnikowi sposobu duszenia, są znacznie przesadzone, ale przecież wiemy, że to wszystko nie jest tak całkiem na poważnie. Nawet element ecchi w Shokugeki no Souma za bardzo nie razi. Występuje na szczęście głównie w momentach próbowania potraw i daje całkiem humorystyczny efekt. 

Oczywiście w tym roku wyszło jeszcze kilka całkiem przyzwoitych tytułów, na które można zwrócić uwagę. 
Overlord 
Pewien gracz VRMMO, który nie lubi swojej pracy i ogólnie woli świat wirtualny od rzeczywistości, nagle zostaje przeniesiony do gry. Tak, to już było. Ludzie uwięzieni w grze są ostatnio popularnym tematem. Niemniej ten bohater wcale nie zamierza uciekać. Staje się lordem Momongą, władcą ciemności, który ma na swoje rozkazy bandę całkiem niebezpiecznych potworów. Na początku niezbyt orientuje się w sytuacji, ale z czasem zaczyna myśleć o ekspansji na to nowe, nieznane terytorium. Jeśli za czymś tęskni, to jedynie za swoimi przyjaciółmi, których poznał w wirtualnym świecie. Niestety fabuła po pierwszym sezonie zostaje dość brutalnie ucięta w momencie, w którym właściwie jeszcze nic się nie wyjaśniło. 
GATE
Tu z kolei nasz świat przenika się ze światem magicznym, a japońskie siły samoobrony jako jedyne dbają o prawa człowieka. Czyli po prostu fantasy. Pewnego dnia w Tokio otwiera się brama do innego wymiaru, w którym żyją czarownice, smoki i tym podobne. Całkiem udana przygodówka z niestety dość schematycznymi bohaterami. 
Shigatsu wa Kimi no Uso
Historia romansu utalentowanego pianisty, który po tragicznych przeżyciach porzucił fortepian, oraz nad wyraz energicznej i optymistycznie nastawionej do świata skrzypaczki. Tegoroczna perełka z gatunku okruchy życia, która na pewno przypadnie do gustu wielbicielom takich tytułów jak choćby Clannad czy Honey & Clover. 

piątek, 30 października 2015

Gdy zmysły zawodzą


Dziś chciałam Wam polecić trzy mało znane filmy, których bohaterowie szybciej lub wolniej tracą zmysły, a reżyserzy robią wszystko, żebyśmy nie mogli zaufać naszym. Plączą, mocą i mieszają wątki, tak że już nie wiadomo, co wydarzyło się naprawdę, a co tylko przywidziało bohaterom. Na temat szaleństwa nakręcono oczywiście obrazy lepsze i bardziej popularne, które z przyjemnością pomijam, bo co to za sens polecać ludziom coś, co już znają. 

Obłąkani

źródło: filmweb.pl

Niech nikogo nie zniechęci tytuł jak z horroru klasy B, to tylko wymysł naszych kochanych dystrybutorów. W oryginale film nosi tytuł Eliza Graves i wzorowany jest na opowiadaniu Edgara Allana Poego System doktora Smoły i profesora Pierza. Scenariusz znacznie odbiega od literackiego pierwowzoru, ale zachowuje jego specyficzne poczucie humoru. Jest rok 1899, do zakładu dla obłąkanych Stonehearst przybywa młody psychiatra z Oksfordu Edward Newgate (Jim Sturgess). Ciągnie go tam chęć odbycia stażu, a także fascynacją jedną z pacjentek, która cierpi na dość częstą w owym czasie wśród kobiet histerię. Ośrodkiem kieruje ekscentryczny doktor Silas Lamb (Ben Kingsley). Adept psychiatrii szybko przekona się, że trafił do prawdziwego domu wariatów. Pacjentów nie leczy się co prawda popularnymi w XIX wieku metodami, jak polewanie lodowatą wodą czy elektrowstrząsy i nawet jadają przy jednym stole z personelem, ale coś tu wyraźnie jest nie w porządku. Lekarze i pielęgniarki zwariowali? A może to Edward Newgate traci zmysły? Tak przewrotnego zakończenia nie powstydziłyby się sam Edgar Allan Poe. Dużym plusem filmu są naprawdę dobre role Bena Kingsleya i Davida Thewlisa. Młodsze pokolenie sprawuje się nieco gorzej, zwłaszcza Kate Beckinsale w roli Elizy Graves, która przeważnie tylko ładnie wygląda. 

Perfect Blue

źródło: subscene.com

Perfect Blue, czy raczej jak głosi oryginalny tytuł Pafekuto Buru (co świetnie odzwierciedla sposób, w jaki Japończycy traktują język angielski), to rzecz nieco starsza i animowana, bo zestawienie bez anime byłoby zestawieniem straconym. Opowieści o gwiazdkach pop bywają zwykle przesłodzone, tu jednak jest mrocznie i krwawo. Młodziutka Mima zdobyła już pewną popularność w girlsbandzie, jednak jej wytwórnia postanawia zrobić z niej aktorkę. Jako że jesteśmy w Japonii, dziewczyna nie ma wiele do gadania. W serialu będzie musiała zagrać kilka odważnych scen, co niekoniecznie spodoba się jej fanom. Wkrótce Mima zaczynie widzieć zjawę dawnej siebie, a w jej otoczeniu dojdzie do serii tajemniczych morderstw. Kto zabija? Psychopatyczny fan? A może sama Mima? Reżyser podsuwa nam aż za dużo możliwych rozwiązań, a zakończenie oczywiście zaskakuje. Gdyby tylko kreska była lepsza, ale w końcu ta produkcja ma już osiemnaście lat. 

Dolores 

źródło: filmweb.pl

Tu mniej jest szaleństwa, całkiem sporo za to kłopotów z pamięcią i oceną, kto tu tak naprawdę jest zły. Z początku Dolores przypomina nieco Misery i nie bez powodu. To kolejna ekranizacja prozy Stephena Kinga, a w roli głównej znów zobaczymy Kathy Bates. Ta jest jednak moim skromnym zdaniem lepsza, bo wiele tu niuansów. Takiego Kinga mogłabym nawet polubić. Kiedy w gwałtowny sposób ginie Vera Donovan (Judy Parfitt), podejrzenia padają na jej wieloletnią opiekunkę Dolores Claiborne, zwłaszcza że mąż bohaterki zginął w równie tajemniczych okolicznościach. Do miasta przyjeżdża córka Dolores Selena (Jennifer Jason Leigh), która nie widziała matki od piętnastu lat. Z tej postaci mógłby być dumny Zygmunt Freud, kobieta jest bowiem chodzącym modelem jego teorii. Pozornie niezależna i utalentowana dziennikarka (pominę złośliwe uwagi na temat różnic w tym, jak wykonywanie tego zawodu wygląda naprawdę, a jak jest zwykle przedstawiany w filmach), która zmienia facetów jak rękawiczki, ale w rzeczywistości całe jej dorosłe życie jest naznaczone piętnem z dzieciństwa, a trauma sprzed lat wyjaśnia wszystkie obecne problemy. Rys psychologiczny jest może nieco toporny, na szczęście nie dostajemy wszystkich informacji naraz. Największym walorem Dolores jest właśnie dawkowanie informacji i manipulowanie osądem widza na temat bohaterów. To naprawdę miła odmiana, kiedy się od początku nie wie, kogo w filmie powinno się lubić. 

czwartek, 4 grudnia 2014

Anime z wyższej półki

Showa Monogatari


W Stanach Zjednoczonych Afroamerykanie walczą o prawa obywatelskie, w zamachu ginie prezydent Kennedy. Trwa Sobór Watykański II, w czasie którego umiera papież Jan XXIII. W Polsce, pod rządami Gomułki, fabryka w Ursusie świętuje wyprodukowanie stutysięcznego ciągnika. Zespół The Beatles właśnie wydał debiutancki album, a na ekrany kin wchodzi Kleopatra z Elizabeth Taylor i drugi film o Jamesie Bondzie. Który mamy rok? 38. rok ery Sōwa oczywiście (czyli 1963). W Japonii wiele się zmienia, uruchomiono szybką kolej, a w następnym roku kraj ma być gospodarzem Igrzysk Olimpijskich. Co pewnie zaskoczy tych, którzy japońską animację mają za twór dość nowy, w telewizji można już oglądać anime, choć odbiorniki są jeszcze zwykle czarno-białe. Nie są to jakieś początki. Za pierwszą japońską animację uznaje się w końcu obraz Katsudō Shashin powstały między 1907 a 1911 rokiem. Ale to właśnie w latach sześćdziesiątych anime przebiło się do szerszej publiczności, wtedy też ukuto termin, którym dziś określa się ten gatunek. Hitem 1963 roku był Astro Boy, opowieść o robocie stworzonym przez Ministerstwo Nauki, który żyje razem z ludźmi. Astro Boy do tej pory jest rozpoznawalną postacią, a serial o nim był kilkakrotnie odświeżany. Dużą popularność zdobyło też anime Eightman, pierwsza opowieść o superbohaterze-cyborgu, który prawdopodobnie jest pierwowzorem RoboCopa.



W tych ciekawych czasach osadzona jest akcja serialu Showa Monogatari. To historia zwyczajnej rodziny Yamazakich. Tokio się zmienia i wiadomo już, że tradycyjny sposób życia wkrótce odejdzie w zapomnienie. To oczywiście powoduje międzypokoleniowe konflikty. Ojciec liczy, że najstarszy syn przejmie jego mały warsztat. Ale Taichi jest studentem politechniki i marzy mu się raczej kariera w dużej korporacji. Ojciec nie potrafi też znaleźć wspólnego języka z córką Yuuko, która chodzi do liceum i właśnie się zakochała. Matka i babcia zajmują się domem, a całą historię poznajemy z perspektywy najmłodszego syna Kouheia. Twórcy tego anime włożyli naprawdę dużo pracy, żeby odtworzyć życie codzienne w Japonii lat sześćdziesiątych. Pieczołowicie odtworzyli też samo Tokio. Miejsca, w których spotykają się bohaterowie, są wzorowane na prawdziwych, a po napisach końcowych możemy poznać ich historię. W anime wykorzystano też autentyczne zdjęcia i muzykę z epoki. Jeśli coś w tym anime nie zachwyca, to jest to animacja postaci, co wynika zapewne z niezbyt wysokiego budżetu. 




Sky Crawlers



Film tylko z pozoru wojenny, więcej niż akcji jest w nim bowiem pytań o miejsce człowieczeństwa w świecie, który nie może i nie chce zrezygnować z konfliktów zbrojnych. Świat przedstawiony przypomina nieco nasz z końca dwudziestego wieku, coś się tu jednak zmieniło. Prowadzenie wojen przejęły dwie prywatne firmy, które do walk wykorzystują zmodyfikowane genetycznie dzieci (kildren). Dzięki temu zwykli ludzie mogą nadal oglądać konflikty w telewizji, ale nie muszą już ponosić związanych z nimi strat. Takim właśnie kildren jest bohater filmu Yuuichi Kannami. Chłopak przybywa do bazy wojskowej na prowincji. Nie ma wspomnień, nie ma tożsamości. Pozostało mu jedynie wrażenie, że gdzieś już widział dowódcę oddziału Suito Kusanagi. Świat bohaterów jest pusty i zimny, rytm życia wyznaczają im codzienne obowiązki w bazie i podniebne bitwy. Zostali stworzeni, żeby brać udział w walkach i ginąć. Nie udało się jednak usunąć z nich tego ludzkiego pierwiastka, który każe pytać o sens własnej egzystencji i szukać kontaktu z drugim człowiekiem. Grafika jest zdecydowanie jedną z mocniejszych stron tego anime, a że rzecz dzieje się w Europie, zobaczymy tu nawet Pałac Kultury i krakowską starówkę. Film powstał na podstawie popularnej serii powieści Mori Hiroshiego. 


List do Momo



Najbardziej bajkowa, ale wcale nie najmniej poważna produkcja w tym zestawieniu. Film porusza bowiem ważny i bolesny temat - radzenie sobie ze śmiercią bliskiej osoby. List do Momo powstawał przez długich siedem lat. Odpowiadał za niego Hiroyuki Okiura, który w swoim dorobku ma między innymi animację Akiry i stworzenie projektów postaci do Ghost in the Shell. W efekcie otrzymaliśmy dwugodzinną animację dopracowaną tak pod względem technicznym, jak i fabularnym. Twórcy dołożyli też wszelkich starań, żeby widz na końcu rzewnie się popłakał. Ale od początku... Po śmierci ojca Momo wyprowadza się wraz z matką do jego rodzinnego miasta na wyspie. Dziewczynka nie jest zachwycona i chętnie wróciłaby do Tokio. Po ojcu zostały jej tylko wspomnienie ostatniej kłótni i niedokończony list, który składa się zaledwie z dwóch słów: Droga Momo. Na domiar złego na strychu nowego domu Momo zamieszkały trzy duchy, które widzi tylko ona. Stwory są niezdarne, źle wychowane i samolubne, ale ostatecznie okażą się pawdziwm darem niebios. Nie są zresztą jedynymi zjawami w mieście. Mnogość dziwacznych duchowych bytów to w końcu znak rozpoznawczy japońskiej animacji. 


Monster



Monster nie jest typowym przedstawicielem gatunku, nazwałabym go raczej kryminalnym dramatem psychologicznym w wersji animowanej. Z Japonią łączy go tylko postać głównego bohater, który i tak od lat mieszka w Niemczech. Nie znajdziemy tu typowych dla anime rozwiązań fabularnych (może poza znaczącymi wydarzeniami z dzieciństwa), nie będzie też nadnaturalnych zjawisk. Rzecz dzieje się pod koniec lat osiemdziesiątych w Düsseldorfie. Młody i niezwykle utalentowany chirurg, doktor Tenma, ma przed sobą obiecującą karierę, a jego narzeczoną jest córka dyrektora szpitala. Nasz bohater nie zamierza jednak iść do celu po trupach. Kiedy pewnego dnia do szpitala trafia ważny polityk, doktor Tenma decyduje się operować najpierw ciężko rannego chłopca, którego przywieziono razem z siostrą chwilę wcześniej. Zostaje za to zdegradowany, ale i tak jest pewny słuszności swego wyboru. Sprawy się komplikują, gdy rodzeństwo znika bez śladu, a dyrekcja szpitala zostaje zamordowana. Podejrzenia padają na Tenmę, nie ma jednak dowodów jego winy. Doktor wraca do pracy i powoli zapomina o całej sprawie. Będzie jej jednak musiał stawić czoła po latach, kiedy miastem wstrząśnie seria zagadkowych morderstw starszych małżeństw. Tenma w końcu zrozumie, że uratował potwora. Chyba jedyną wadą tej serii jest jej długość. O ile Monster na początku trzyma w napięciu i nie pozwala się oderwać, o tyle gdzieś w połowie serialu tempo nieco zwalnia. Scenarzyści zdecydowanie za bardzo odchodzą tutaj od wątku głównego na rzecz pobocznych, przez co niektórzy widzowie mogą poczuć się znudzeni. Skrócenie o kilka odcinków wcale by tej świetnej serii nie zaszkodziło. Momentami możemy mieć też wrażenie, że oglądamy kolejną wersję Ściganego, a to głównie za sprawą irytującego inspektora Lungego, który koniecznie chce być bardziej uparty niż Tommy Lee Jones i podąża za Tenmą nawet wtedy, gdy wszystko już wskazuje na jego niewinność. 


Aoi Bungaku Series



Jedynym, co łączy poszczególne części tej serii, jest fakt, że powstały na podstawie kanonu japońskiej literatury. Za ekranizację każdej z sześciu odpowiedzialny był inny zespół. We wszystkich jednak poziom animacji jest równie wysoki. Chociaż wersje animowane podobno różnią się nieco od pierwowzorów, i tak jest to świetna okazja, żeby lepiej poznać japońską kulturę, nie tylko tą popularną. Zwłaszcza że żadna z tych powieści nie została wydana w Polsce. Pierwsze cztery odcinki poświęcono Końcowi człowieczeństwa Osamu Dazaiego. Bohaterem jest nieprzystosowany do społeczeństwa młody człowiek bez wyraźnego celu w życiu, który zapewne ma wiele wspólnego z samym autorem. Pisarz słynął z buntowniczej postawy, a w 1948 roku popełnił samobójstwo. Tytuł drugiej opowieści - Las skryty pod gałęziami wiśni w pełnym rozkwicie - zapowiada nieco inny, bardziej baśniowy klimat. Bohater powieści Anga Sakaguchi, choć jest bandytą, boi się kwiatów wiśni. Uważa, że przynoszą nieszczęście. Shigemaru doskonale wie, że to co piękne może być zabójcze. Tak jak jego miłość do pięknej, cynicznej i bezwzględnej Akiko. Z kolei Kokoro jest ekranizacją jedynie części powieści Sōsekiego Natsume poświęconej młodości bohatera. Sensei postanawia w niej udowodnić przyjacielowi, że życie może być przyjemne, a ludzie - życzliwi. W czwartej opowieści wracamy do Osamu Dazaiego, tym razem w nieco mniej pesymistycznym wydaniu. Biegnij, Melosie to opowieść o zmaganiu pewnego pisarza z greckim mitem i własną przeszłością. Ostatnie dwa odcinki poświęcono odpowiadaniom Ryūnosukego Akutagawy, znanego przede wszystkim jako autora Rashōmon, na kanwie którego powstał słynny film Akiry Kurosawy. Pajęcza nić  to historia bezwzględnego zabójcy, którego spotka zaskakująca nagroda za to, że postanowił kiedyś nie zabijać pająka. Piekieł wizerunek niezwykły opowiada natomiast o artyście zatracającym się dla sztuki. 


Millenium Actress



Historia zapomnianej gwiazdy japońskiego kina, która od trzydziestu lat żyje w odosobnieniu. Już sama podróż przez jej życie, od czasów drugiej wojny światowej aż do współczesności, byłby wystarczająco interesująca, żeby polecić ten film. Reżyser i scenarzysta Satoshi Kon na tym jednak nie poprzestał. Jego niezwykły sposób narracji zupełnie zmienia sposób odbioru Millenium Actress. Oto dziennikarz Genya Tachibana przybywa do posiadłości Chiyoko Fujiwary, żeby przeprowadzić z nią wywiad. On i jego operator zostają wciągnięci we wspomnienia aktorki i stają się uczestnikami wydarzeń z przeszłości. 

Grobowiec Świetlików




Taka lista nie może się obejść bez chociaż jednej produkcji studia Ghibli, ale przynajmniej wyeliminowałam filmy Hayao Miyazakiego, o którym jest w końcu osobny wpis. Grobowiec świetlików powstał na podstawie biograficznej powieści Akiyukiego Nosaki i jest świetnym dowodem na to, że los jednostki wzrusza bardziej niż śmierć milionów. Film można odbierać jako antywojenny manifest, nie ma on jednak niczego wspólnego z nachalną propagandą. To prosta historia dwójki dzieci, które starają się przerwać w czasie II wojny światowej. 




Rainbow: Nisha Rokubou no Shichinin



Rainbow to mocny zawodnik w tym zestawieniu. Anime bardzo męskie i życiowe zarazem. Pewnie wielu oglądającym przywodzi na myśl polski film Symetria. Rzecz dzieje się w latach pięćdziesiątych, czasie niełatwym dla dotkniętego wojną japońskiego społeczeństwa. Mamy tu biedę, sieroty i niechciane dzieci, często porzucone jako pamiątki po stacjonujących w kraju amerykańskich żołnierzach. A także kilku sadystów i zboczeńców. Przeciwwagą dla tego okrutnego świata dorosłych jest przyjaźń, jaka rodzi się pomiędzy grupką chłopców dzielących celę w zakładzie poprawczym. Nie jest to jednak niewinne dziecięce przywiązanie, jak choćby w przypadku bohaterów Grobowca świetlików, a męska przyjaźń, która zaczyna się od porządnego obicia facjaty. Dużym plusem jest przemyślana fabuła i konsekwentnie budowane napięcie. Z czasem rozwijają się relacje pomiędzy bohaterami, a my dowiadujemy się o nich coraz więcej. A może to oni dowiadują się coraz więcej o sobie? Czasem trochę za dużo tu patosu i być może znajdą się osoby, którym Rainbow nie przypadnie do gustu, ale i tak warto spróbować. Ja tam uroniłam łezkę podczas seansu, bo to po prostu piękna historia. Panie też na pewno znajdą w tym anime coś dla siebie, choćby Anchana. 

wtorek, 11 listopada 2014

Rok 2014 w animacji

Na podsumowania trochę wcześnie, niemniej rok 2014 nie przyniesie nam już raczej nowych tytułów. Co ciekawego można było obejrzeć? Lista, którą przygotowywałam, jest całkowicie subiektywna. Dlatego nie znalazły się na niej gatunki, których po postu nie lubię. Nie szukajcie na niej anime sportowych, typu mecha czy magical girls. Jeśli natomiast lubicie fantasy, magię, samurajów i science fiction - zapraszam. Wzięłam pod uwagę jedynie seriale telewizyjne. Do zestawienia trafiło kilka powszechnie oczekiwanych kontynuacji, jak i całkiem nowe serie. 


Mushishi Zoku Shou



Druga część serii, która swoją popularność zawdzięcza zapewne niezwykłej skromności i prostocie, a także głębokiemu osadzeniu w japońskiej duchowości. Tytułowi mushishi to ludzie zajmujący się badaniem mushi oraz pomaganiem innym w sprawach z nimi związanych. Mushi z kolei to istoty duchowe, coś pomiędzy roślinami a zwierzętami. Stwory te uwielbiają dobrą sake, a większość ludzi nawet ich nie widzi. Odcinki nie mają wspólnego zarysu fabularnego, a poszczególne epizody łączy jedynie postać głównego bohatera. Ginko nie jest typowym mushishi, od dziecka jego obecność przyciąga mushi, dlatego zdecydował się na życie wędrowca. Bohater nie tyle pomaga ludziom radzić sobie ze zjawami, co raczej pozwala im odkryć ich własne emocje i dojść z nimi do porządku. Mushishi Zoku Shou jest niezwykle oszczędny w środkach wyrazu, więcej dzieje się tu w sferze ducha niż ciała. Akcja toczy się w wioskach i lasach, a jej czas nie jest dokładnie określony. Możemy się jedynie domyślać, że mamy do czynienie z czasami, kiedy do Japonii nie dotarła jeszcze nowoczesność, a jej mieszkańcy żyli w tradycyjny sposób. Oglądanie Mushishi Zoku Shou jest jak czytanie haiku. Niby niewiele zostało powiedziane, ale czujemy ogrom emocji, który się za tym kryje. 



Psycho-pass 2



O Psycho-pass pisałam już tutaj, nie ma zatem sensu powtórnie streszczać fabuły. Shinya Kogami zniknął bez śladu, a Ginoza został zdegradowany do funkcji egzekutora. Po emocjach związanych ze sprawą Makishimy i utracie ojca jego współczynnik przestępczości wzrósł za bardzo, żeby mógł dalej wykonywać obowiązki inspektora. Najstarszym stażem inspektorem w pierwszym oddziale jest teraz Akane Tsunemori. Na scenie pojawia się też kilkoro nowych bohaterów, w tym początkująca i zbyt pewna siebie Mika Shimotsuki oraz tajemniczy egzekutor Sakuya Tougane. Już w pierwszym odcinku okazuje się, że przeciwnikiem bohaterów będzie kolejny geniusz, który potrafi oszukać System Sybilla. Wydaje się, że człowiek ten nie tylko sam pozostaje niewidoczny dla miejskich skanerów, lecz także opanował sztukę obniżania wskaźnika przestępczości u innych kryminalistów. Choć pomysł na fabułę niespecjalnie różni się od tego z pierwszego sezonu, anime ma szansę rozwinąć się w interesujący sposób. Martwi mnie jedynie przywrócenie statusu quo pomiędzy główną bohaterką a Systemem. To właśnie na tej linii rodziły się w poprzednim sezonie najciekawsze dylematy. 


Terror in Resonance



Reżyserem Terror in Resonance jest Shin'ichirō Watanabe, twórca m.in. Cowboy Bebop i Sakamichi no Apollon.  To wytaczający powód, żeby po tym anime spodziewać się naprawdę wiele. Zwłaszcza z tak chwytliwym tematem jak terroryzm. Do internetu trafia nagranie, na którym dwójka zamaskowanych nastolatków grozi atakiem terrorystycznym. Nikt specjalnie się nim nie przejmuje, do czasu aż w powietrze wyleci jeden z większych budynków w Tokio. W wybuchu nikt jednak nie zginie. Kiedy ataki zaczną się powtarzać, policja będzie musiała powołać specjalny oddział. Znajdzie się w nim Shibazaki, policjant niezbyt lubiany przez zwierzchników za to, że węszy nawet wtedy, gdy w sprawę zamieszane są wysoko postawione osoby. Za atakami stoją Dziewiątka i Dwunastka, dwóch nastolatków o ponadprzeciętnej inteligencji. Dołączy do nich Lisa, koleżanka ze szkoły nękana przez innych uczniów. Nie ma w zasadzie żadnego uzasadnienia dla wprowadzenia tej ostatniej postaci. Lisa istnieje tylko po to, żeby nastoletni terroryści mieli się o kogo martwić. Terror in Resonance to graficzna perełka, fabuła na początku też wydaje się obiecująca. Najsłabszym punktem anime jest uzasadnienie poczynań bohaterów. Mam wrażenie, że Japończycy dość często mają z tym problem, przez co sięgają po najbardziej utarty ze schematów - wydarzenie z dzieciństwa tak wczesnego, że normalny człowiek może z tego okresu pamiętać jedynie radość z Nutelli na śniadanie w przedszkolu. Tylko największy miłośnik teorii Freuda byłby w stanie to przełknąć. Nieprzekonujące i mało zabawne. 


Witch Craft Works



Bezbronna księżniczka i dzielny rycerz w trochę innym wydaniu. Honka Takamiya jest przeciętnym uczniem, nie ma żadnych talentów i nie wyróżnia się z tłumu, przez co wiedzie raczej spokojne życie. Do czasu aż pewnego dnia o mało nie ginie przygnieciony przez upadającą wieżę na szkolnym dziedzińcu. Z opresji ratuje go Ayaka Kagari, najpopularniejsza dziewczyna w szkole, która okazuje się wiedźmą. Kagari nazywa Takamiyę swoją księżniczką i obiecuje go chronić. A to dopiero początek serii absurdalnych przygód, bohater znajdzie się bowiem w środku wojny dwóch grup wiedźm. Witch Craft Works ma szansę spodobać się przede wszystkim wielbicielom specyficznego japońskiego poczucia humoru. Zobaczymy tu spektakularne walki mechanicznych królików z przerośniętymi pluszowymi misiami. O charakterze tego anime chyba najlepiej świadczy jego ending. 



Akatsuki no Yona



Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami... Czas na klasyczne fantasy z odległymi królestwami, nieustraszonymi wojownikami i szczyptą magii. Jak to zwykle w wypadku tego gatunku bywa, rzecz dzieje się w fantastycznym świecie przypominającym nieco średniowiecze. Tytułowa Yona jest jedyną córką władcy królestwa Kouka. Dziewczyna skrycie podkochuje się w swoim kuzynie. Jednak Soo-won okazuje się zdrajcą, który morduje króla i przejmuje władzę w królestwie. Dzięki pomocy swojego ochroniarza generała Haka bohaterce udaje się uciec. Będzie musiała nauczyć się obywać bez pałacowych luksusów, dorosnąć i zebrać grupę wiernych sojuszników. Co w tym anime niezwykłego? Nic. To po prostu bardzo ciepła i podnosząca na duchu baśń.


Donten ni Warau



W recenzji jakiegoś anime przeczytałam zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: "zazdroszczę Japończykom umiejętności wykorzystywania swojej historii w popkulturze". Trudno się pod nim nie podpisać. Nie kojarzę w zasadzie niczego poza Starą baśnią, co w jakikolwiek kreatywny sposób czerpałoby z tradycji Słowian. Kiedy już bierzemy się za naszą historię, zdecydowanie za często wychodzą z tego takie potworki, jak choćby Bitwa pod Wiedniem. Ale wróćmy do Donten ni Warau. Mamy początek ery Meiji, czas otwarcia się Japonii na świat i gwałtownej europeizacji kraju. Samurajowie z dnia na dzień przestali być potrzebni i stracili swoich panów. W efekcie znacznie wzrosła przestępczość, a władze musiały zbudować specjalne więzienie dla najbardziej niebezpiecznych kryminalistów. Z łapania zbiegów utrzymują się bohaterowie Donten ni Warau - bracia Kumou. Z czasem na pierwszy plan wysuną się przeszłość najstarszego z braci oraz poszukiwania naczynia Orochiego, legendarnego potwora z japońskiej mitologii. Za tą serią zdecydowanie przemawiają sympatyczni pierwszoplanowi bohaterowie, niezła grafika i cieszące oko sceny walki. 

Te tytuły mniej przypadły mi do gustu, ale może wam się spodobają:
Akame ga KILL! 
Niedaleko pada shounen od seinena, a bohaterowie pozytywni wcale tak bardzo nie różnią się od negatywnych. Wciągająca przygodówka, której twórcy nie boją się uciąć głowy lubianemu przez widzów bohaterowi. 
The World is Still Beautiful 
Nie jestem fanką shoujo, czego można się domyślić po mojej metryce. Najpierw chce ona, potem on, ale ona już nie, w końcu chcą oboje, ale się wstydzą. Można by tym torturować więźniów w Guantanamo.  Są jednak tytuły, które jestem w stanie polecić. Jak na przykład ta opowieść o księżniczce Nike, która przybywa do odległego Królestwa Słońca, żeby zostać żoną króla. Niestety, król to jeszcze dzieciak, do tego samolubny i rozpieszczony. Bardzo zgrabnie poprowadzono tu wątek rozwoju uczuć pomiędzy bohaterami. Od niechęci, przez przywiązanie, aż do romantycznych porywów serca. 
Tokyo Ghoul
Jedyny warty uwagi horror w tym roku. Japońska stolica jest nękana przez ghoule, stworzenia żywiące się ludzkim mięsem, które na żer zawsze wychodzą nocą. 
Silver Spoon 2
Drugi sezon przygód chłopaka z miasta, który zapisał się do szkoły dla rolników. 
Terra Formars
Jeśli kiedykolwiek mieliście w domu karaluchy, nie zdziwi was rozwój fabuły w tym anime. Ludzkość poważnie myśli o skolonizowaniu Marsa. Jeszcze w XXI wieku naukowcy wysłali tam karaluchy, żeby sprawdzić możliwość przetrwania żywych organizmów na Czerwonej Planecie. W XXVI wieku na Marsa wyrusza pierwsza ekspedycja kolonizatorów, którzy zostają wybici przez zmutowane, humanoidalne karaluchy właśnie. 

To były moje małe animowane Oscary. Przyszedł czas na Złotą Malinę. Laureat nie jest najgorszym anime 2014 roku. Takie trudno by było wybrać, kandydatów jest zdecydowanie zbyt wielu. To raczej seria, która najbardziej zawiodła pokładane w niej nadzieje. Mówię o Sword Art Online 2. To anime padło ofiarą własnej popularności. Zdecydowanie najciekawsza była pierwsza część, w której bohaterowie byli jeszcze uwięzieni w grze. I ją można by z powodzeniem rozszerzyć o nowe odcinki. Niestety, wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że historia tak dobrze się sprzeda. Mocną stroną SAO była też para głównych bohaterów, których związek rozwinął się w bardzo naturalny i ujmujący sposób. Twórcy spanikowali i postanowili nie poruszać tego tematu w drugim sezonie. Obawiam się, że Japończycy po prostu nie wiedzą, co robić ze skonsumowanymi związkami. Nic dziwnego, że mają teraz takie problemy demograficzne.



wtorek, 2 września 2014

Trzeba żyć


Od dawna już chodziły słuchy, że Zrywa się wiatr to jeden z gorszych filmów Hayao Miyazakiego, a nominacja do Oscara miała być tylko ukoronowaniem wieloletniej pracy reżysera. Podobnie mówiło się kiedyś o Makowym wzgórzu, jednym z niewielu jego filmów osadzonych w realizmie. Być może styl animacji studia Ghibli bardziej kojarzy się z baśniowym klimatem. Pewnie nie tylko mnie na dźwięk nazwy studia od razu przychodzi do głowy charakterystyczna postać czarownicy, występująca choćby w Spirited Away czy Ruchomym zamku Hauru. Tezę tę obala jednak znakomity Grobowiec świetlików, ale to już dzieło Isao Takahaty. Żeby przekonać się, jak jest naprawdę, musiałam poczekać ponad rok. Tyle minęło od światowej premiery Zrywa się wiatr do pojawienia się filmu na ekranach polskich kin. Najwyraźniej dystrybutor też uległ baśniowej stylizacji i przed seansem uraczył nas szeregiem zapowiedzi filmów dla dzieci. (W tym komputerowej Pszczółki Mai, co już na zawsze pozostawi rysę na mojej psychice.) Na widowni żadnych dzieci nie było. Widzowie okazali się mądrzejsi i sami doszli do wniosku, że film biograficzny o inżynierze lotnictwa z wojną w tle nie jest tym, co ich pociechy lubią najbardziej. 


Zrywa się wiatr opowiada historię japońskiego konstruktora samolotów Jiry Horikoshiego i w warstwie zawodowej rzeczywiście jest jego biografią. Jiro ukończył Uniwersytet Tokijski i rozpoczął pracę w fabryce Mitsubishi. Tam zastała go wojna, a jego projekty zrewolucjonizowały japońskie lotnictwo. Czy Jiro od zawsze marzył o lataniu? Tego nie wiemy. Reszta jest już stworzoną przez Miyazakiego baśnią. Oto mały Jiro, który wie, że nie może zostać pilotem. Ma za słaby wzrok. Zaczyna czytać zagraniczne pisma o konstruowaniu samolotów, a w snach poznaje swojego mentora pana Caproniego, znanego włoskiego inżyniera. Od tej pory będzie miał w życiu tylko jedno marzenie: budować piękne samoloty. Czasy nie są ku temu sprzyjające. Przedwojenna Japonia to zacofany kraj, który nie dysponuje jeszcze technologią, z którą jest dziś kojarzony. Prototypy samolotów z fabryki na lotnisko ciągną woły. Chyba właśnie ten obraz nieistniejącego już dziś świata najbardziej w filmie urzeka. Za serce bardziej wrażliwego widza może też złapać piękna historia miłosna, o którą w scenariuszu postarał się Miyazaki. Niestety niewiele ma ona wspólnego z rzeczywistością. Prawdziwa Naoko nie chorowała na gruźlicę, a para doczekała się dzieci. Miyazaki poważnie namieszał w życiu prywatnym bohatera. Poza zarażeniem mu żony śmiertelną chorobą zamienił mu też brata na siostrę. 


Wielu zapewne ma za złe reżyserowi, że pogłębił tematu moralnej odpowiedzialności konstruktora maszyn wojennych. Jiro określa swoją postawę już na początku filmu podczas wyimaginowanego spotkania ze swoim mentorem. Wolisz świat z piramidami czy bez nich? - pyta Caproni. Jiro woli piramidy, nawet jeśli wie, ile istnień ludzkich kosztowały. Nie na darmo mottem filmu został cytat z wiersza Cmentarz morski Paula Valery'ego: "Zrywa się wiatr!... Spróbujmy żyć: tak trzeba!". O animacji i muzyce nie warto nawet wspominać. Są tak dobre jak zawsze, a scena trzęsienia ziemi w Tokio zapiera dech w piersiach. Akcja toczy się niespiesznie, a w fabule nie brakuje niedomówień. Zakończenie jest ciche i niejasne, pozostawia widzowi pole do własnej interpretacji. Dla wielu to wada, ale dla mnie taka delikatność jest zaletą. Pewnie, że Zrywa się wiatr to nie najlepszy film Miyazakiego, ale to jeszcze nie powód, żeby go nie oglądać. 



źródło zdjęć: www.piglululu.com

piątek, 18 lipca 2014

Josei, czyli anime dla dorosłych kobiet


Kiedy patrzy się na popularne anime, można by dojść do wniosku, że kobiety przestają je oglądać, jak tylko osiągną pełnoletniość. Chyba że fanki szkolnych romansów shoujo z wiekiem zmieniają zainteresowania i zaczynają oglądać kryminały, horrory i science-fiction z gatunku seinen, z założenia przeznaczonego dla starszych chłopców i dorosłych mężczyzn. Obyczajowych seriali i filmów dla starszych widzów jest jak na lekarstwo. Co zatem robić? Obejrzeć odświeżoną dwa lata po swoich dwudziestych urodzinach Czarodziejkę z księżyca? Nawet wielki sentyment nie sprawi jednak, że fabuła przeznaczona dla uczennic podstawówki zachwyci dwudziesto- i trzydziestoletnie kobiety. Na szczęście wymyślono jeszcze coś takiego jak josei, czyli anime dla dorosłych kobiet. Gatunek nie jest w Polsce zbyt popularny, ale zawsze można coś z niego wyłuskać. Oto mój subiektywny przegląd obyczajowego anime dla nieco bardziej wyrobionego widza. 

Nana



To najbardziej znany tytuł z gatunku josei. Nany w tej opowieści są dwie. Pierwsza to dość naiwna marzycielka bez żadnego celu życiu. Razem ze swoim chłopakiem opuszcza rodzinne miasto i wyrusza do Tokio, żeby tam rozpocząć dorosłe życie. Druga Nana jest wokalistką zespołu rockowego i całkowitym przeciwieństwem pierwszej Nany. Dziewczyny po raz pierwszy spotykają się w pociągu, później okazuje się, że chcą wynająć to samo mieszkanie. Tym sposobem zamieszkują razem i zaczynają zmagać się z wymarzoną dorosłością. Bogaty zarys osobowości bohaterek jest z pewnością najmocniejszym atutem tego anime. Poza tym mamy tu jeszcze trochę romansów i perypetii w show biznesie. Samo przybliżenie fabuły nie jest jednak w stanie oddać niezwykłego magnetyzmu tej serii, na który składają się przede wszystkim niepowtarzalny klimat, świetna kreska i jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych w historii gatunku.




Wind Skimming the River's Surface



Ten niespełna półgodzinny film jest pierwszą częścią serii ekranizacji opowiadań dla kobiet. Trzydziestotrzyletnia Noriko zawsze marzyła o ucieczce z prowincji. Nie chciała skończyć jak jej siostra, zwyczajna gospodyni domowa. Wyjechała na studia do Tokio, wyszła za mąż za kolegę z roku i przeniosła się do Stanów Zjednoczonych. Jej życie dalekie jest jednak od ideału, a w małżeństwie od dawna się nie układa. Noriko poznajemy, kiedy przyjeżdża ze swoim synkiem odwiedzić rodzinne miasto po kilkuletniej nieobecności. Nie będzie tu wielkich dramatów i zwrotów akcji, Noriko spokojnie opowie o swoich życiowych wyborach, spotka się też z mężczyzną, z którym kiedyś łączyło ją uczucie. Czy warto było z niego zrezygnować, żeby wyjechać? 

Usagi Drop



Trzydziestoletni Daikichi Kawachi dość niespodziewanie zostaje samotnym ojcem. Na pogrzebie dziadka bohater dowiaduje się, że starszy pan pozostawił sześcioletnią nieślubną córkę. Na dodatek nikt z rodziny nie chce się nią zająć. Kawachi, tknięty nagłym odruchem serca, zabiera Rin do siebie. I chociaż dziewczynka jest urocza i inteligentna, bohater chyba nie zdawał sobie sprawy, na co się porywa. Dziecko przewróci jego życie do góry nogami, ale i nada mu zupełni nowych barw. Usagi Drop to bardzo ciepła, pogodna i pełna humoru opowieść. Wyświetlenie tego serialu w ogólnopolskiej telewizji mogłoby poskutkować nagłym wzrostem dzietności. Strona graficzna mogłaby być jednak lepiej dopracowana. O ile otwierające każdy odcinek sceny utrzymane w konwencji dziecięcego rysunku mogą zachwycać, o tyle pozostała część animacji jest co najwyżej poprawna.

Natsuyuki Randez-vous



Ryousuke Hazuki zakochał się od pierwszego wejrzenia w pięknej kwiaciarce. Kiedy tylko nadarza się okazja, chłopak zatrudnia się na pół etatu w kwiaciarni swojej wybranki. Zdobycie serca Rokki nie przychodzi jednak tak łatwo. Pojawia się też dodatkowy problem. W budynku mieszka też duch jej zmarłego męża, któremu nie podoba się, że Hazuki kręci się koło jego żony. Na domiar złego ducha widzi tylko nasz bohater. Nie jest to jednak opowieść o zjawiskach paranormalnych. Ten nietypowy tórjką miłosny ma nas raczej przekonać, że istnieje życie po śmierci ukochanej osoby. 

Nodame Cantabile



Shinichi Chiaki jest nieco aroganckim i zadufanym w sobie uczniem IV roku akademii muzycznej. Uczy się w klasie fortepianu, ale jego prawdziwą ambicją jest zostanie światowej sławy dyrygentem. Ten zdolny i przystojny chłopak nie może narzekać na brak powodzenia. Pewnego dnia bohater wraca po zakrapianej alkoholem imprezie do akademika i zasypia przed własnymi drzwiami. Budzi się w pokoju swojej sąsiadki, tytułowej Nodame. Dziewczyna jest jego całkowitym przeciwieństwem. To introwertyczka, która żyje w swoim świecie. Nie dba o porządek w pokoju ani o własny wygląd. Ma za to talent do gry na fortepianie. Jej wirtuozerski i emocjonalny styl robią na Chiakim ogromne wrażenie. Relacje tej dwójki będą się rozwijały równolegle z ich karierami, bo muzyka klasyczna jest w tym anime równie ważna jak wątek miłosny. 

Honey & Clover



Tu mamy z kolei do czynienia ze studentami akademii sztuk pięknych. Yuta Takemoto studiuje na pierwszym roku, wynajmowane mieszkanie dzieli z dwoma kolegami: lekkoduchem i wiecznym studentem Shinobu Moritą oraz mającym wkrótce ukończyć studia Takumim Mayamą. Akcja rozpoczyna się w dniu, w którym cała trójka poznaje piękną i utalentowaną nową studentkę Hagumi Hanamoto. Takemoto i Morita z miejsca się w niej zakochują. Takumi Mayama jest z kolei zakochany w pewnej wdowie i przez to nie zwraca uwago na darzącą go uczuciem koleżankę ze studiów Ayumi Yamadę. Perypetie tych dwóch miłosnych trójkątów potrwają mniej więcej do końca studiów. 


Warto tu też wspomnieć o trzech tytułach, których bohaterami są co prawda uczniowie, ale które mają szansę spodobać się również widzom w starszym wieku.

Chihayafuru



Anime opowiada o ludziach grających w karty. Wcale nie żartuję. Chihaya, Arata i Taichi to przyjaciele z dzieciństwa. Połączyło ich zamiłowanie do tradycyjnej japońskiej gry karcianej - karuty. Po tym jak Arata musiał przeprowadzić się do innego miasta, przyjaciele stracili ze sobą kontakt. Chihaya wierzy jednak, że dzięki karucie ich drogi ponownie się połączą. Przez lata rozłąki ciężko trenowała. Kiedy okazuje się, że trafiła do tego samego liceum co Taichi, dziewczyna postanawia wykorzystać okazję i założyć szkolny klub poświęcony jej ukochanej grze. Znalezienie chętnych nie będzie jednak łatwe. Tylko przez godny podziwu upór bohaterce uda się wciągnąć do klubu zakochaną w klasycznej poezji Kanę, mającego już doświadczenie w grze Nishidę oraz klasowego kujona zwanego Ławkiem. Wątek obyczajowy przeplata się tu ze sportowym. Wierzcie lub nie, ale turnieje karciane potrafią być naprawdę emocjonujące. 

O dziewczynie skaczącej przez czas



Pełnometrażowy film kinowy o licealistce, która znajduje urządzenie pozwalające cofać się w czasie. Makoto uznaje, że nowa umiejętność bardzo jej się przyda. Używa jej do unikania nieprzyjemnych sytuacji, zdobywania lepszych stopni, a nawet przedłużania przyjemnych wypadów z przyjaciółmi. Z czasem ambicje dziewczyny rosną, postanawia wykorzystać urządzenie do naprawiania życia osób w jej otoczeniu. Makoto nie zdaje sobie sprawy, jak fatalne konsekwencje może mieć jej ingerencja w przeszłość. Anime powstało na podstawie powieści o tym samym tytule, nie jest jednak wierną ekranizacją książki. 

Sakamichi no Apollon



Jest rok 1966. Kaoru Nishimi ze względu na pracę ojca musi się przeprowadzić. Trafia do domu swojej ciotki na wyspie Kiusiu. Chłopak zawsze robił wszystko jak należy, w szkole jest prymusem i przynosi chlubę swojej rodzinie. Ciągłe przeprowadzki uczyniły jednak z niego samotnika i introwertyka. W wolnych chwilach bohater poświęcał się głównie grze na pianinie. Kaoru nie spodziewa się zbyt wiele po nowym liceum. Szybka jednak poznaje szkolnego buntownika, wysokiego i silnego Sentarou Kawabuchiego. Jako syn amerykańskiego żołnierza i Japonki chłopak wyróżnia się na tle otoczenia, nie jest jednak tak straszny, jak go malują. Kaoru i Sentarou połączą miłość do jazzu, a  z czasem - szczera przyjaźń. Na horyzoncie pojawi się też córka właściciela sklepu muzycznego Ritsuko Mukae. 

Przy okazji tego przeglądu nie sposób zapomnieć o animacjach Makota Shinkaiego. Mało kto tak subtelnie i trafnie potrafi pokazywać ludzkie uczucia. O jego 5 centymetrach na sekundę i Kotonoha no Niwa pisałam już w poprzednich notkach. 

wtorek, 10 czerwca 2014

Ogród słów


Kotonoha no Niwa to najmłodsze dziecko Makota Shinkaiego. Klimatem i tematyką przypomina nieco 5 centymetrów na sekundę, jest to opowieść jednak nieco mniej sentymentalna, a bardziej subtelna. On jest uczniem pierwszej klasy liceum, trochę nieśmiałym, na pewno nie duszą towarzystwa. Nie przepada za szkołą, ponieważ zawsze chciał zostać szewcem. W deszczowe poranki ucieka z zajęć do miejskiego ogrodu i tam projektuje buty. Ona jest dorosłą kobietą, nie wszystko w życiu układa się po jej myśli. Niewiele mówi o sobie, ale możemy się domyślić, że usiłuje uporać się z załamaniem psychicznym. Przesiaduje samotnie w parku, popija piwo i zagryza je czekoladą. Pewnego dnia spotykają się w altance.  


Kotonoha no Niwa ciężko nawet nazwać romansem. Nie ma tu gwałtownych porywów uczuć i wielkich deklaracji. Makoto Shinkai doskonale wie, że podczas najważniejszych momentów naszego życia wcale nie śpiewają nam za plecami chóry anielskie. Emocje są tu delikatne i ukryte. Bohaterowie z dnia na dzień zdają sobie sprawę, że nie mogą się doczekać kolejnego deszczowego poranka. Tych dwoje, choć na co dzień żyje w innych światach, czuje się ze sobą tak dobrze, jak jeszcze nigdy w życiu. 5 centymetrów na sekundę było w swojej wymowie zdecydowanie bardziej melancholijne i pesymistyczne. W Kotonoha no Niwa przeważa raczej nadzieja i wiara w drugiego człowieka. Może po prostu jestem wrażliwa na ten typ twórczości. Zamiast wielkich melodramatów zawsze wolałam magię codzienności. 


Jak każde dzieło Makota Shinkaiego, również i to jest idealne w warstwie graficznej. Gdyby nie animowane postacie, momentami ciężko byłoby stwierdzić, czy mamy do czynienia z rysunkiem, czy też ze zdjęciami pięknego ogrodu. Jeśli jeszcze nie mieliście do czynienia z twórczością Makota Shinkaiego, to daję słowo, że takich animacji nie zobaczycie nigdzie indziej. Disney może się schować. Nieco gorzej wypada warstwa muzyczna, bo choć utwory są dopasowane do nastroju filmu, to jednak brakuje piosenki czy nawet motywu, które mogłyby się stać wizytówką całości. 


sobota, 12 kwietnia 2014

Ile jesteś w stanie zapłacić za dobre samopoczucie?


XXII wiek. Japonia znów odizolowała się od reszty świata, tym razem by stworzyć idealne społeczeństwo. Udało się osiągnąć niezależność żywieniową, zlikwidować więzienia, a ludzie nie musza już nawet montować zamków w drzwiach. Nad wszystkim czuwa rządowy System Sybilla. Każdy obywatel jest do niego podłączony. System doradzi, jak unikać stresu, podpowie, ile kalorii powinniśmy zjeść na śniadanie, a nawet - w co się ubrać. Tradycyjną policję zastąpiono przyjaźnie wyglądającymi robotami. Twórcy anime Psycho pass poszli nawet o krok dalej niż Orwell. Nie trzeba już zwracać uwagi na zewnętrzne zachowania jednostki, żeby wybadać jej nastroje. System monitoruje stan psychiczny obywateli poprzez sieć skanerów i określa ich barwę, czyli właśnie tytułowy psycho pass. System dba też o rozwój osobowości Japończyków, którzy po ogólnokrajowym egzaminie są przypisywani do określonej kategorii pracowników i kierowani na odpowiednie stanowiska. Prawie jak w platońskiej utopii. Wszystko jednak ma swoja cenę. Zachmurzony psycho pass to naprawdę poważna sprawa. Może oznaczać koniec kariery albo umieszczenie w specjalnym zakładzie terapeutycznym. Zbytnia frustracja może też być powodem wzrostu współczynnika przestępczości jednostki, a to grozi nawet eliminacją ze społeczeństwa. Nic dziwnego, że Japończycy robią, co mogą, żeby utrzymać się w dobrym nastroju. Regularnie korzystają z pomocy psychologa i unikają jak ognia stresujących sytuacji. Tylko potępieńcy mają jeszcze odwagę sięgać po papierosy czy alkohol, zbyt zażyłe stosunki międzyludzkie też mogłyby spowodować zbytnie rozchwianie psychiki. System Sybilla wyeliminował skrajności, w idealnym społeczeństwie nie potrzeba przecież myślicieli, literatów, muzyków i innych maruderów. Nie ma już dobra i zła, zostały tylko kolory w odczycie psycho pass. 


Bohaterką tego dystopicznego anime jest Akane Tsunemori, świeżo upieczona absolwentka, która wstępuje do jednej z niewielu działających jeszcze kryminalnych jednostek Biura Bezpieczeństwa Publicznego. Ta wierząca w sprawiedliwość prymuska na początku wydaje się nieco niezdarna, z czasem jednak okazuje się jedną z najciekawszych postaci w serialu. Przede wszystkim dlatego, że trudno przewidzieć, na co naprawdę ją stać, a jej decyzje nieustannie zaskakują. Z pewnością jest bardziej intrygująca niż kolejny z wysuwających się na pierwszy plan bohaterów. Choć Shinya Kogami to typ mroczny i zdolny zapewne rozkochać w sobie wiele kobiecych serc, szybko okazuje się, że powiela on schemat policjanta owładniętego obsesją rozwiązania sprawy sprzed lat. Równie łatwo rozgryźć partnera Akane, Ginozę, który za nic nie chce być podobny do swego ojca, a jednak cały czas podąża jego ścieżkami. Poza śledczymi w jednostce służą także egzekutorzy, czyli jednostki zdiagnozowane jako potencjalni przestępcy, ich zadaniem jest eliminacja wyjętych spod prawa. Oczywiście decyzję o tym, kto ma zostać wyeliminowany, podejmuje System. 


Psycho pass na pierwszy rzut oka wydaje się kinem typowo sensacyjnym. Na szczęście scenarzysta Gen Urobuchi ani myślał na tym poprzestać. Rozwiązywane kolejno sprawy prowadzą do jednego człowieka, tajemniczego Makishimy. Przez jego działania bohaterowie nie tylko będą musieli bliżej poznać System Sybilla, lecz także zdecydować, czy chcą stanąć w jego obronie. Całość wypada mrocznie, oryginalnie i naprawdę intrygująco. Nikt tu zresztą nie ukrywa, że twórcom chodziło o coś więcej. W wypowiedziach bohaterów podrzucają oni widzom pytania o rolę technologii w naszym życiu, granice wolnej woli czy nadrzędność celów nad wykorzystanymi środkami. 


I wreszcie strona techniczna, której absolutnie niczego nie da się zarzucić. Dopracowana animacja świetnie współgra z mroczną tematyką, a od ścieżki dźwiękowej ciarki przechodzą po plecach. Za taki klimat jestem w stanie wybaczyć kilka banalnych rozwiązań wykorzystanych w finale. 


poniedziałek, 24 marca 2014

Opowieści z odległego królestwa


Dawno, dawno temu pierwszy cesarz Torugaru przybył do krainy ludzi Yaku, nękanej przez wodnego potwora. On i jego ośmiu wojowników walczyli przez trzy dni i trzy noce, aż pokonali bestię. Bohaterowie zostali w żyznej krainie i założyli Nowe Imperium Yogo, którym od tamtej pory władają potomkowie Torugara i ich doradcy, gwiezdni wróżbici. Z czasem obyczaje ludu Yogo wyparły wierzenia Yuke, a dawne podania zostały zapomniane. Ale wodny potwór postanowił zakpić sobie z władców Yogo i opętał młodszego syna cesarza. Zrozpaczony Mikado wysłał zabójców, żeby pozbawili życia Drugiego Księcia. Nie mógł bowiem pozwolić, żeby na dynastię spadła taka hańba. Kiedy jednak powóz księcia runął do rzeki, z odmętów uratowała chłopca tajemnicza kobieta wojownik. Zobaczywszy w tym cień szansy dla syna, Druga Cesarzowa zaprasza kobietę do pałacu i składa jej ofertę nie do odrzucenia. Wojowniczka ma uciec z chłopcem z pałacu oraz chronić go przed cesarskim zabójcami do końca jego dni. Tak zaczyna się Seirei no Moribito (Strażnik świętego ducha), anime powstałe na podstawie pierwszej z serii dziewięciu powieści Nahoko Uehashi. 


Seirei no Moribito jest opowieścią, w której nie zabraknie walk i przygód, ale nie to stanowi jej wartość. Uwagę zwracają przede wszystkim spójnie naszkicowany i fascynujący świat, w którym toczy się akcja, oraz bohaterowie, których po prostu nie da się nie lubić. Główna bohaterka Balsa, nazywana też Władającą Włócznią, utrzymuje się z ochraniania ludzi za pieniądze. Wiele lat temu złożyła przyrzeczenie, że w zamian za osiem dusz, które kiedyś dla niej poświęcono, sama uratuje osiem osób. Młody książę Chagum staje się dla niej jednak czymś więcej niż tylko kolejnym zleceniem. Z czasem relacje tej dwójki będą się rozwijać, a niezłomna Balsa otoczy chłopca niemalże matczyną opieką. Changun będzie musiał sprostać wielu wyzwaniom, wychowanemu w cesarskich pałacach chłopcu niełatwo jest przyzwyczaić się do życia wśród ludu. Postać Drugiego Księcia jest chyba najbardziej interesująca, wraz z rozwojem akcji obserwujemy, jak z zapłakanego chłopca zmienia się on w zaradnego młodego mężczyznę. W tej opowieści pojawiają się też inne warte uwagi postacie, jak choćby zielarz Tanda, ekscentryczna szamanka Torogai (jakby żywcem wykradziona ze Studia Ghibli) czy niezwykle zaradne sieroty Toya i Saya. 


Anime ma niewiele ponad dwadzieścia odcinków i aż dziw, że udało się w nich zmieścić tak złożony świat. Yogo ma wiele wspólnego z feudalną Japonią, a jego utrzymujący się z rolnictwa i kowalstwa mieszkańcy nawet nie mają śmiałości, żeby spojrzeć na cesarską rodzinę. W Seirei no Moribito mistrzowsko wykorzystano i rozwinięto motywy ludowych podań i wierzeń. Gdyby tylko mieszkańcy Nowego Imperium Yugo nie zapomnieli dawnych zwyczajów, znaleźliby rozwiązanie problemu Drugiego Księcia. Dawni mieszkańcy tych ziem wiedzieli, że poza światem ludzi Sagu, jest też świat ducha Nayug. Bohaterowie muszą spróbować dotrzeć do prawdy przez stare legendy i ludowe pieśni. To, co wielu chciałoby traktować jako dawne zabobony, okazuje się źródłem mądrości, a magia współistnieje z rzeczywistością. 


Nie byłoby jednak udanego anime, gdyby nie jakość animacji i dobrze dobrana muzyka. Czasem wystarczy spojrzeć na postacie, żeby domyślić się, z jakim typem anime mamy do czynienia. Jeśli bohaterowie są nadludzko smukli, ich oczy zajmują pół twarzy,  a głowy zdobią fantazyjne fryzury w nienaturalnych kolorach, możemy mieć niemal pewność, że to produkcja dla nastolatek. W tytułach nieco bardziej ambitnych, choć styl animacji zasadniczo się nie zmienia, postacie zazwyczaj przypominają ludzi. Seirei no Moribito to zdecydowanie ten drugi typ. Samo Yogo jest iście rajską krainą, widoki tamtejszych pól ryżowych zachwycą nawet najbardziej wymagającego widza. Opowieść ta spełnia też wszystkie wymagania, jakie można postawić baśni. Czaruje, wzrusza, przekonuje o sile przyjaźni oraz o tym, że dobro zawsze zwycięża. Nie można jej też odmówić funkcji kształcącej, nie tylko dzieci, ale i dorośli mogą sporo się z tej serii nauczyć. Na przykład tego, że oficjalna historia państwa nie zawsze jest tą prawdziwą.  A poza tym Seirei no Moribito tak przymnie podnosi na duchu. 

Nahji no Uta - dawna pieść ludu Yaku

sobota, 7 września 2013

Kultowe anime cz.2

Pisałam już o filmach Hayao Miyazakiego, którego nazwisko jest synonimem wszystkiego, co w anime najlepsze. Ale świat na studiu Ghibli się nie kończy. O ile filmy Miyazakiego nadają się dla widzów w każdym wieku i z każdej szerokości geograficznej, o tyle w tej części zestawienia pojawią się też tytuły dla starszej młodzieży lub nawet tylko dla dorosłych. Anime charakteryzuje się bowiem ogromnym bogactwem gatunkowym i nie sposób pominąć tu science-fiction, horrorów czy filmów walki.

Akira


źródło: gracz.org

Temat gangów motocyklowych i ulicznych pościgów nie jest mi szczególnie bliski, ale trzeba przyznać, że ten film z 1988 roku odegrał w popularyzacji anime poza Japonią rolę nie do przecenienia. I chociażby dlatego zasługuje na miano kultowego. Całość utrzymana jest w postapokaliptycznej konwencji, na ulicach NeoTokio (metropolii powstałej po III wojnie światowej) szerzy się przestępczość, a o władzę i wpływy rywalizują motocyklowe gangi. Głównymi bohaterami są członkowie gangu Scrun Half: Kaneda i Tetsuo. Ten drugi wkrótce wpadnie w ręce wojska i na skutek przeprowadzonych na nim eksperymentów zyska niezwykłą i niebezpieczną moc. Nowe umiejętności pozwolą mu wyruszyć na poszukiwanie legendarnego Akiry, który trzydzieści lat wcześniej miał doprowadzić do zagłady Tokio. Film traktowany jest często jako alegoria niepokojów społecznych w Japonii z lat 60., a także nawiązanie do czasów zimnej wojny. Na 2015 rok zapowiadana jest aktorska wersja "Akiry", za której produkcję wziął się sam Leonardo DiCaprio. Niemniej wcześniejsze doświadczenia z hollywoodzkimi adaptacjami anime nie pozwalają być w tej sprawie optymistą. Wszystkie znane mi aktorskie wersje anime kończyły się klęską i sprowadzeniem na siebie gniewu rzeszy fanów ich animowanych pierwowzorów.


Ninja Scroll


źródło: filmweb.pl

"Ninja Scroll" to świetny dowód na to, że nie wszystko co animowane nadaje się do oglądania przez dzieci. Rzecz dzieje się w średniowiecznej, feudalnej Japonii. Mieszkańców pewnej wioski zabija tajemnicza zaraza. Oddział wojowników, który miał zbadać sprawę, zostaje wymordowany przez bestię. Przeżywa tylko piękna Kagero, którą z kolei z opresji ratuje wędrowny ninja Jubei. Bohaterowie będą się musieli zmierzyć z całą plejadą potworów rodem z japońskiej mitologii, dowodzoną przez Szoguna Ciemności. Trzeba przyznać, że twórcy filmu bardzo dosłownie potraktowali zadanie pokazania panujących wówczas w Japonii obyczajów. Dlatego filmowi wojownicy mordują, gwałcą, a nawet piją krew. To jednak czyni z filmu prawdziwą gratkę dla wielbicieli kina historycznego i filmów walki. I chociaż film powstał w 1993 roku, animacja wciąż robi wrażenie.


Ghost in the Shell


źródło: otaku.pl

Niektórzy mówią o "Ghost in the Shell" jako o pierwowzorze filmu "Matrix", a to dlatego, że obecnie rodzeństwo, a wtedy bracia Wachowscy, otwarcie przyznawali się do fascynacji tą produkcją. Akcja "Ghost in the Shell" toczy się w 2029 roku, kiedy to życie ludzi w znacznej mierze przeniosło się do sieci, a jej bezpieczeństwo jest sprawą wagi państwowej. Walką z hakerami zajmuje się złożona z cyborgów Sekcja 9. Najgroźniejszym przeciwnikiem jest Władca Marionetek - haker podejrzewany o włamania do ludzkich mózgów. Na uwagę zasługuje mroczny styl tej animacji i charakterystyczna ścieżka dźwiękowa, w której wykorzystano żeński chór. To też jeden z pierwszych filmów, w którym postawiono pytanie o miejsce człowieka w cyberświecie. Jeśli Wachowscy coś rzeczywiście w "Ghost in the Shell" podpatrzyli, to na pewno efekt zielonego kodu na czarnym tle.


5 centymetrów na sekundę


źródło: filmweb.pl

To anime to małe dzieło sztuki, zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że "5 centymetrów na sekundę" jest najpiękniejszą animacją, jaką dane mi było oglądać.  Makoto Shinkai stworzył tu świata zarazem perfekcyjny i magiczny. Nie jest to jednak opowieść o jakiejś fantastycznej krainie, akcja toczy się bowiem we współczesnej Japonii. Reżyser wydobywa magię i niezwykłość z codziennych i z pozoru niewiele znaczących wydarzeń. "5 centymetrów na sekundę" to romans, ale wątek miłosny opowiedziany został z niezwykłą subtelnością. Bohaterem jest Tono Takaki, którego widzimy w trzech momentach jego życia. W pierwszej części Takaki jest uczniem podstawówki, podobnie jak jego szkolna koleżanka Akari. Oboje szybko się zaprzyjaźniają. Po skończeniu szkoły Akari musi się jednak przeprowadzić z rodzicami do Tochigi. Chłopiec wyrusza w podróż pociągiem, żeby jeszcze raz się z nią zobaczyć. W drugiej odsłonie Takaki kończy już szkołę średnią. Zakochała się w nim szkolna koleżanka, Kanae. Ten jednak wydaje się nie zauważać jej uczucia. Ostatni rozdział to już dorosłe życie bohatera. Takaki jest programistą i mieszka w Tokio, a Akari przygotowuje się do ślubu. Oboje czują, że utracili coś bardzo ważnego. "5 centymetrów na sekundę" to nie tylko opowieść o nastoletniej miłości, ale i utraconych szansach na szczęście. Makoto Shinkai zwraca w tym filmie uwagę na ważną życiową prawdę, o naszym życiu decyduje bowiem tylko kilka z pozoru zwyczajnych momentów, które bardzo łatwo przegapić.

Seriale

Nie można pisać o anime, ograniczając się tylko do pełnometrażowych filmów kinowych. Nie od dziś w końcu wiadomo, że japońska animacja serialem stoi, a popularne serie potrafią ciągnąć się niczym "Moda na sukces". Takie anime jest też w Polsce najbardziej popularne. Największe rzesze widowni zgromadziły nad Wisłą seriale oparte na shonen-manga, czyli produkcje przeznaczone dla chłopców, których tematyka kręci się wokół sztuk walki i pojedynków. Jeśli ich bohaterowie akurat z kimś nie walczą, to na pewno trenują i przygotowują się do starcia z kolejnym wrogiem. Seriale te różnią się jednak od zachodnich opowieści o superbohaterach. Poza oczywistym osadzeniem w japońskiej kulturze, bohaterowie shonen-manga nie działają sami. Chociaż zwykle mamy tu do czynienia z głównym bohaterem, z pojedynków wychodzi on zwycięsko tylko dzięki wsparciu swoich przyjaciół. Potęga bohaterów nie opiera się na ich mięśniach, a sile ducha. Dlatego nie ma w tym kompletnie nic dziwnego, gdy powalają oni kilkukrotnie większych od nich przeciwników. Zaś ich kompetencje wymagają ciągłego doskonalenia i treningu. Większą moc można tu zdobyć tylko przełamując własne słabości.


Dragon Ball


źródło: moviesroom.pl

Ten serial pojawił się na antenie RTL7 w 1999 roku i zapoczątkował w Polsce modę na anime. Składa się z trzech części: "Dragon Ball", "Dragon Ball Z" i "Dragon Ball GT", z których każda liczy po kilkaset odcinków. Bohaterem serii jest Son Goku, który wraz ze swoją przyjaciółką Bulmą wyrusza na poszukiwanie magicznych smoczych kul. Gdy zbierze się je wszystkie, pojawia się spełniający życzenia Boski Smok. Son Goku nie jest Ziemianinem, a Saiyanem, jednym z ostatnich przedstawicieli rasy wojowników, których planeta została zniszczona. Chłopiec posiada przez to nadludzką siłę. Serial znany jest z iście epickich scen walki, z których każda może ciągnąć się przez kilka odcinków. Trzeba jednak przyznać, że jakość tej animacji po latach wypada nieco blado. Wiedzą o tym także jej twórcy, którzy w 2009 roku wypuścili odświeżoną i poprawioną wersję serii "Z" - "Dragon Ball Kai".W tym samym roku do kin trafiła aktorska adaptacja "Dragonball: Ewolucja", która była tak zła, że aż nie wiem, co o niej napisać.  Jej reżyser, James Wong, zapewne do dziś żyje w strachu przed rozwścieczonymi fanami.


Bleach


źródło: amazon.com

To mój faworyt w tej kategorii. Akcja toczy się w czasach współczesnych, a bohaterem serialu jest licealista Ichigo Kurosaki, który posiada zdolność widzenia duchów. Pewnego dnia w jego życiu pojawią się Rukia Kuchiki, dziewczyna jest shinigami (bogiem śmierci). Rukia zostaje ranna w walce, żeby ocalić życie swoje i Ichigo, musi przekazać mu swą moc, przez co zostaje uwięziona w świecie żywych. Shinigami to istoty duchowe, niewidzialne dla większości ludzi. Zadaniem bogów śmierci jest zachowanie równowagi pomiędzy światem żywych i martwych, a zwłaszcza walka z Pustymi, uwięzionymi pomiędzy tymi wymiarami duszami, które zamieniły się w potwory. Każdy shinigami ma swoje zanpakuto, czyli miecz posiadający własną duszę. Na co dzień shinigami przebywają w Społeczności Dusz, zwykle służąc w jednym z Trzynastu Oddziałów Obronnych. Główną wadą tego anime jest jego nierówność. Poszczególne odcinki serialu pojawiały się bowiem częściej, niż manga, na której podstawie powstał. Twórcy musieli jakoś sobie poradzić z chwilowymi brakami materiału do ekranizacji, stworzyli więc serię fillerów, czyli epizodów kompletnie z mangą niezwiązanych. Są one fabularnie słabsze od głównych wątków. Z tym problemem można sobie jednak poradzić w prosty sposób - pominąć je w trakcie oglądania. Główne wątki - odbicie Rukii ze Społeczności Dusz i bunt jednego z kapitanów - są godne polecenia. "Bleach" ma też naprawdę dobrą ścieżkę dźwiękową (tutaj). Zainteresowanym polecam artykuł "Anime Bleach jako topos samurajów".


Naruto


źródło: media.splay.pl

Niewiele mogę napisać o tym anime, jako że nie widziałam ani jednego odcinka. Niemniej serial ten bije rekordy popularności. Jego bohaterem jest nastoletni Naruto Uzumaki, który chce zostać najsilniejszym ninja w wiosce. Kilkanaście lat wcześniej w jego ciele został zapieczętowany demon - lis o dziewięciu ogonach. Podobnie jak w przypadku "Dragon Ball" mamy tu do czynienia z długimi i częstymi scenami walki, a w miarę upływu czasu Naruto i jego przyjaciele rozwijają swoje nietypowe zdolności. W 2007 roku pojawiła się druga część tej serii "Naruto: Shippuden".

Większość seriali anime nie ciągnie się tak długo, jak trzy wymienione powyżej. Zwykle twórcy ograniczają się do kilkunastu, góra kilkudziesięciu odcinków. I chociaż tasiemce też maja swój urok, krótsza forma zwykle wychodzi fabule na dobre.

Death Note


źródło: screencritix.com

Ten serial łączy piękny i mroczny styl animacji z bardzo dobrą ścieżką dźwiękową (tutaj), a jego ponury klimat przypadnie do gustu nie tylko przedstawicielom subkultury Emo. Bohaterem "Death Note" jest licealista Light Yagami, który znajduje notes należący do boga śmierci imieniem Ryuk. Każda osoba, której imię i nazwisko zostanie zanotowane w tym notesie, umrze w ciągu 40 sekund. Posiadacz notesu może też dodać opis okoliczności śmierci i jej przyczynę. Jeśli tego nie zrobi, nieszczęśnik opuści ziemski padół z powodu zawału serca. Light mierzy wysoko i postanawia oczyścić świat z przestępców. Jego tropem rusza policja i tajemniczy detektyw L. Fabuła opiera się tu o pojedynek dwóch geniuszy - Lighta i L. Wygra ten, kto pozostanie o krok przed przeciwnikiem. Obie postacie są bardzo wyraziste, mimo to serial ten warto obejrzeć głównie ze względu na jego walory wizualne i dźwiękowe. W niektórych chińskich miastach manga "Death Note" została zakazana z powodu jej negatywnego wpływu na psychikę młodzieży. Uczniowie robili sobie bowiem własne notatniki śmierci, w których zapisywali nazwiska nielubianych kolegów i nauczycieli.

Elfen Lied

źródło: alphacoders.com
Pomimo tytułu "Elfen Lied" nie ma wiele wspólnego z elfami i baśniowością. To najbardziej krwawa i brutalna propozycja w tym zestawieniu, momentami zahaczająca o stylistykę gore. Fabuła "Elfen Lied" przypomina nieco "Carrie" Stephena Kinga. Główna bohaterka, Lucy, jest dicloniusem - zmutowaną formą człowieka. Cechą dicloniusów są charakterystyczne wypustki na czaszce (przypominające rogi) oraz nadprzyrodzone zdolności. Lucy ze względu na przeżycia z dzieciństwa, a także eksperymenty, którym została poddana, nienawidzi ludzi i zabija ich bez skrupułów. W pierwszym odcinku ucieka z tajnego laboratorium, zostaje jednak ranna w głowę. Nieprzytomną dziewczynę znajdują na plaży świeżo upieczony student Kouta i jego kuzynka Yuka. Uderzenie w głowę sprawiło, że do głosu dochodzi alternatywna osobowość Lucy - dobra i dziecinna Nyu. Na uwagę zasługuje nietypowy opening "Elfen Lied", w którym wykorzystano obrazy Gustava Klimta i śpiewaną po łacinie "Elfią pieśń".

Cowboy Bebop


źródło: whysoblu.com

Śmiała futurystyczna wizja z elementami Dzikiego Zachodu. Fascynację amerykańską popkulturą widać tu gołym okiem. Można w "Cowboy Bebop" odnaleźć elementy westernu i filmu noir. Tytuł każdego z odcinków jest jednocześnie tytułem tytułem popularnej piosenki. Akcja toczy się w drugiej połowie XXI wieku. Niewłaściwe użycie bramy nadprzestrzennej spowodowało uszkodzenie Księżyca, którego spadające odłamki omal nie zniszczyły życia na Ziemi. Ludzie zamieszkali pod jej powierzchnią i skolonizowali inne planety. Chaos spowodował jednak wzrost przestępczości. Aby skutecznie łapać kryminalistów na tak dużym obszarze władze wprowadziły system nagród. Wkrótce pojawili się też łowcy głów. Takimi właśnie łowcami-kowbojami są bohaterowie tej serii. Główną zaletą "Cowboy Bebop" jest fakt, że naprawdę ciężko doszukać się tu wad. Na wysokim poziomie jest zarówno fabuła, jak i techniczna warstwa serialu. "Cowboy Bebop" to jedna z lepiej dopracowanych animacji.

Samurai Champloo

źródło: lisimg.com

Kolejna po "Cowboy Bebop" animacja Shin'ichirō Watanabe z 2004 roku. I tym razem Watanabe w zadziwiający sposób miesza ze sobą gatunki. Bo choć akcja "Samurai Champloo" toczy się w feudalnej Japonii, bohaterowie anime są na wskroś współcześni. Kino historyczne miesza się tu z sensacyjnym, a tradycyjna japońska muzyka z hip-hopem. Bohaterami są dwaj samuraje: nieokrzesany i porywczy Mugen oraz powściągliwy i precyzyjny Jin. Tę dwójkę z opresji uratuje kelnerka Fu. W zamian Mugen i Jin obiecują pomóc jej w odnalezieniu samuraja pachnącego słonecznikami. Po drodze przyjdzie im się zmierzyć z przeciwnikami spod ciemnej gwiazdy: mafiosami, alfonsami, złodziejami, przemytnikami narkotyków. Podobnie jak w przypadku "Cowboy Bebop" tutaj także główną zaletą jest wysoka jakość animacji.


Co w nowościach piszczy?

Nowe tytuły wyrastają jak grzyby po deszczu i pewnie nie starczyłoby życia, żeby obejrzeć je wszystkie. W sukurs idą liczne internetowe plebiscyty, w których fani wybierają anime roku bądź sezonu. Ja ograniczę się do trzech interesujących propozycji.

Sword Art Online


źródło: www.roadtovr.com

Chyba najbardziej optymistyczna i baśniowa z propozycji w tym zestawieniu. Ma dużo uroku, a przy tym potrafi wzruszać. Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości, kiedy to już opracowano technologię, pozwalającą na całkowite zanurzenie się w wirtualnej rzeczywistości. Cały świat oczekuje na premierę gry Sword Art Online, wypuszczone zostaje tylko 10 tysięcy egzemplarzy. Wśród szczęśliwców znajduje się 16-letni Kazuto Kirigaya, który był beta testerem gry. Właściwie należałoby go nazwać Kirito, bo takiego nicku używa w SAO. Po zalogowaniu okazuje się jednak, że gracze nie dysponują opcją wyloguj. 10 tysięcy osób staje się zakładnikami genialnego i szalonego twórcy gry, Akihika Kayaby. Śmierć w SAO oznacza śmierć naprawdę. Gracze zostaną uwolnieni dopiero, kiedy jednemu z nich uda się ją ukończyć, co wymaga przejścia stu poziomów. Uwięzieni gracze zostaną w Sword Art Online na długo, bo na ponad dwa lata. Wartością tego anime nie są sceny walki, których tak naprawdę jest niewiele, a obraz codziennego życia w grze. Zasady ustanowione w SAO stają się dla graczy podstawami ich rzeczywistości. Tworzą się różne grupy społeczne, jedni wiodą spokojne życie, inni walczą na linii frontu. Zawiązują się bractwa, kierujące się mniej lub bardziej moralnymi zasadami postępowania. Znajdzie się tu też miejsce na historię miłosną z prawdziwego zdarzenia. Ładna animacja, dopracowany z najmniejszymi szczegółami świat gry oraz pozytywny wydźwięk sprawiają, że "Sword Art Online" naprawdę przyjemnie się ogląda.


Attack on Titan


źródło: techtimes.com

Niektórzy nazywają "Attack on Titan" animowaną "Grą o tron" i rzeczywiście jest sporo podobieństw. Twórcy co chwilę zaskakują zwrotami akcji i nie mają oporów przed uśmiercaniem bohaterów. A wszystko to dzieje się w alternatywnej rzeczywistości, przypominającej nieco średniowiecze  Ludzkość niemal wyginęła. Ci, którym udało się przetrwać, muszą wieść życie za murami. Ogromne mury chronią ich przed tytanami, istotami bezmyślnymi, ale też okrutnymi i żywiącymi się ludzkim mięsem. Pewnego dnia mury zostają przerwane, a mieszkańcy najbliżej położonych miejscowości zmasakrowani. Ludzie ruszają na wojnę z tytanami. Warto zwrócić uwagę, że "Attack on Titan" ma naprawdę dobry opening.

Hataraku Maou-sama! 


źródło: glogster.com

Tytuł oznacza diabła pracującego w fast foodzie i jest to jedyna komedia, jaka znalazła się w zestawieniu. I to głównie przez zaskakującą pomysłowość jej twórców. Oto Władca Ciemności jest o krok od podbicia  świata, zostaje jednak pokonany przez bohaterkę Emilię. Salwując się ucieczką, demon trafia do innego wymiaru, współczesnego Tokio. Nie może tu używać magii, a jego demoniczne doświadczenie nie bardzo się przydaje. Władcę Ciemności dopada proza życia, żeby zarobić na dach nad głową, zatrudnia się na pół etatu w restauracji McRoland (do złudzenia przypominającej McDonalda). Jego demoniczny generał Alciel zajmie się prowadzeniem domu z tych skromnych środków budżetowych. Wkrótce dołączy do nich drugi z pokonanych generałów, Lucyfer, który odkrywszy uroki internetu, postanowi zostać hikkimori. Władca Ciemności będzie musiał stoczyć walkę z konkurencją (Sentucky Fried Chicken), a jakby tego było mało w ślad za nim wyruszy bohaterka Emilia. Może nie jest to tytuł wybitny, ale całkiem niezła satyra z własnej konwencji.