Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 grudnia 2016

Antyporadnik prezentowy dla wielbiciela Afryki

Chciałabym Was dziś zaprosić do obejrzenia mojego małego antyporadnika prezentowego, czyli przewodnika po najgorszych książkach o Afryce Wschodniej, który opublikowałam na moim drugim blogu Suahili online. Być może kiedyś uda mi się go rozszerzyć o najgorsze książki o Afryce w ogóle. Recenzje godnych polecenia książek znajdziecie natomiast na tym blogu w zakładce Afryka. 

piątek, 3 czerwca 2016

W nieistniejącym kraju


Dryland przeleżał ma mojej półce sporo czasu i trochę żałuję, ze aż tyle kazałam tej książce czekać. Pewnie po trosze przez jej temat, co prawda Somalia pojawia się w mediach coraz rzadziej, najwyraźniej znudziła się już opinii publicznej, swego czasu mówiono jednak o niej sporo. Naiwnie myślałam więc, że trochę już o tym kraju wiem. Jak się okazuje, nie widziałam prawie nic. Czytałam też już jedną książkę Konrada Piskały, która co prawda była całkiem przyzwoita, ale nie wywołała efektu "muszę przeczytać wszystkie jego książki". Podśmiewałam się wtedy nawet z kilku niezbyt udanych górnolotnych porównań autora. Dryland jest jednak znacznie lepszy niż Sudan. Czas bezdechu. Konrad Piskała wyraźnie rozwinął reporterski warsztat, ale i trochę tym razem oszukał. Ta książka nie mogłaby powstać gdyby nie Abdulkadir Gebeire Farah*, informator i przyjaciel autora. 

Historia życia Abdulkadira to materiał na film. Tutaj wystarczyła na jakąś jedną trzecią objętości książki. Osierocony przez ojca chłopiec, który z głodu sam zgłasza się do sierocińca. Ma jednak wielkie plany, kiedyś chciałby zostać ministrem albo nawet prezydentem. Usłyszał gdzieś, że w Kenii można studiować. Wyrusza więc do Nairobi z grupą przyjaciół. Na piechotę, bez żadnych dokumentów. Gdy okazuje się, że w Kenii jest już mnóstwo somalijskich emigrantów, próbuje szczęścia w Sudanie. I udaje mu się. Zostaje wykładowcą uniwersyteckim i działaczem politycznym. Trafia do Jemenu, a potem do Polski. Tu ima się różnych zajęć, od handlarza na Stadionie Dziesięciolecia do kierowcy w Miejskich Zakładach Autobusowych, żeby w końcu zostać prezesem Fundacji dla Somalii i pomagać podobnym sobie. A przy tym wszystkim Abdulkadir ma jeszcze dar opowiadania, całą tę historię czyta się więc jak jakąś awanturniczą powieść. Nie o anegdotki tu jednak chodzi, ani nawet o kontakty, bez których Piskała pewnie nigdy by tej książki nie napisał. Opowieść Abdulkadira pozwala zrozumieć świat Somalijczyków, ich mentalność i zwyczaje. Bez takiego przewodnika trudno by było Europejczykowi połapać się w skomplikowanej sieci zależności klanowych i związanych z nimi tabu. Na motto książki autor wybrał somalijskie przysłowie barasho horteed ha I nicin, czyli poznaj mnie, zanim mnie odrzucisz. Dryland naprawdę pozwala poznać Somalijczyków, a nawet dostrzec pewne podobieństwa pomiędzy nimi a nami. Im bardziej zagłębiałam się w lekturę, tym mniej dziwiłam się, dlaczego Abdulkadir zdecydował się zostać w Polsce. 

To jednak nie tak, że Konrad Piskała po prostu wysłuchał całej historii, siedząc wygodnie w fotelu. Sam też wybrał się do Somalii, czy może raczej jej pozzostałości. Po drodze zatrzymał się na chwilę w Addis Abebie, co dla mnie jako czytelnika okazało się całkiem pouczające. Ze studiów wyniosłam dość romantyczny obraz Etiopii z kościołami wykutymi w skale, tysiącletnim cesarstwem i Arką Przymierza. Tutaj natomiast zostałam skonfrontowana z obrazem stolicy zatłoczonej przez ludzi uciekających z biednej wsi do miasta, którzy muszą spać na ulicy, bo nie stać ich na najtańszy hotel, a także z obrazem rządu, któremu wiele uchodzi na sucho, bo pozwala amerykańskim dronom startować z trenu Etiopii. Kolejnym przystankiem na trasie jest Somaliland, jak się okazuje całkiem przyjazny i demokratyczny kraj w północnej części nieistniejącej już Somalii. Niestety nieuznawany na arenie międzynarodowej. To dość optymistyczna część tej opowieści, bo choć Somaliland z oczywistych przyczyn jest dość biedny, to jednak usilnie próbuje się rozwijać. Dzięki stabilnej sytuacji reporter może zająć się co barwniejszymi aspektami życia społecznego, jak choćby popularnym w tym rejonie zwyczajem żucia czatu, przez który podobno Somalijczycy są jednym z narodów najbardziej narażonych na choroby psychiczne. Cały ten nastrój pryska jak bańka mydlana, kiedy Piskała wyrusza do Mogadiszu. Można niemal wyczuć napięcie, w jakim żyje to miasto. Zaledwie kilka kilometrów dalej znajduje się linia frontu islamistycznej organizacji terrorystycznej Asz-Szabab. Władze próbują przywrócić w Mogadiszu normalność, otwierają kina i teatry, ale nikt nie ma odwagi do nich chodzić. Szababowie zasiali w ludziach wręcz niewyobrażalny strach. Niemal każdy stracił tu kogoś w zamach samobójczym. Wyroki śmierci wydawane są nawet na osoby niemające nic wspólnego z polityką. Komu zawinił dziennikarz prowadzący poranną audycję o korkach i innych przyziemnych sprawach? Albo kobieta, która tylko statystowała w bollywoodzkich filmach? Można zginąć nawet przez słuchanie muzyki albo granie w piłkę. Asz-Szabab zakazało prawie wszystkiego. Nawet po wyparciu ich oddziałów z miasta ludzie cały czas oglądają się za siebie. Aż trudno uwierzyć, że ktoś jest jeszcze w stanie tu żyć i czasem nawet się śmiać. 

Piskała to dobry reporter, potrafi obserwować i słuchać. Nie boi się ludzi i wie, że biedny to nie to samo co głupi. Jeśli komuś wydało się dziwne, że o tym wspominam, niech szybko przywoła ostatnio napotkany w prasie bądź internecie tekst o Afryce. "Tacy biedni, a tacy uśmiechnięci". Wielu samozwańczych reporterów nawet nie wysila się na rozmowę, z góry zakłada, że ludzie z Trzeciego Świata nie mają nic do powiedzenia. Lepiej poklepać ich po głowie i opisać niemal jak zjawisko przyrody. Dlatego te teksty są takie nudne, a czasem nawet uwłaczające inteligencji. Piskała po prostu rozmawia. I dzięki temu w Dryland pojawia się tyle interesujących osób, które nie tylko świetnie orientują się w sytuacji politycznej swojego kraju, lecz także świadomie narażają życie dla jego dobra. Chyba własnie to zestawienie słabości i odwagi, strachu i nadziei czyni Dryland książką tak prawdziwą, ludzką i zapadającą w pamięć. 


*Abdulkadir Gebeire Farah zginął we wrześniu 2015 roku w wybuchu samochodu pułapki w Mogadiszu. Sondaże wskazywały, że miał spore szanse zostać prezydentem. 

źródło: www.gwfoksal.pl

sobota, 27 czerwca 2015

Życie i śmierć w Roppongi


Gatunek true crime zawsze wydawał mi się podejrzany, już sama nazwa przywodzi na myśl krzykliwe nagłówki tabloidów. Takie historie przyciągają uwagę, ale z drugiej strony bazują na dość niskich instynktach i niezdrowej ciekawości. A co chyba najgorsze, sprowadzają ludzie cierpienie do dobrze znanego schematu. Dlatego pewnie w ogóle nie wzięłabym się do lektury książki Richarda Lloyda Parry'ego, gdyby opisywane wydarzenia nie miały miejsca w Japonii, do której mam słabość. Autor udowodnił mi, że na kanwie prawdziwej zbrodni można zbudować fascynujący reportaż, który nie ma nic wspólnego z tanią sensacją. 

Ludzie, który jedzą ciemność to opowieść o zaginięciu Lucie Blackman, dziewczyny z angielskiego miasteczka, która najpierw szukała szczęścia w londyńskim City, potem jako stewardessa British Airways, a w końcu w tokijskiej dzielnicy biznesu i nocnych rozrywek Roppongi. To też historia jej mordercy, seryjnego gwałciciela Jojiego Obary. Richard Lloyd Parry przyglądał się sprawie od samego początku jako korespondent dziennika The Times w Japonii i jak sam twierdził, nie dawała mu ona spokoju. Nie z tego powodu jednak nie sposób oderwać się od książki. Parry wykorzystał historię Lucie, żeby pokazać czytelnikom Japonię, jaką udało mu się poznać przez lata pracy. Autor zmierzył się też z całą masą stereotypów, które sprawa Obary tylko umocniła. Po pierwsze musiał wyjaśnić, czym właściwie zajmowała się Lucie w Japonii. Czytelnikom z Zachodu jakoś nie mieściło się w głowie, że ktoś może płacić Europejkom jedynie za rozmowę i przytakiwanie japońskim biznesmenom. Bo to właśnie robiły zagraniczne hostessy. Nocne życie w Tokio okazało się znacznie bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Wycieczka po ulicach Roppongi była chyba najbardziej fascynującą częścią tej opowieści. Sporo miejsca poświęcił też Parry japońskiej policji, starając się dociec przyczyn jej nieudolności i opieszałości. Czy to możliwe, żeby ci pracowicie funkcjonariusze nie mogli poradzić sobie z jednym kryminalistą tylko dlatego, że ten zachowywał się w niestandardowy sposób? 

Autor nakreślił naprawdę bogate tło kulturowe, które choć trochę pozwala zagłębić się w mentalność Japończyków. Na szczęście na tyle dobry z niego reporter, że ani na chwilę nie postawił się na miejscu wszystkowiedzącego eksperta od Kraju Kwitnącej Wiśni. A wszyscy, którzy choć trochę więcej czytali o Japonii, wiedzą, że jest to przypadłość, która dopada wielu podróżników już po dwóch tygodniach pobytu. Parry stroni też od osądzania, często podaje dwa możliwe scenariusze wydarzeń i pozostawia wybór czytelnikowi. Z podobną delikatnością opisuje rodzinę Lucie, a zwłaszcza trudne relacje jej skłóconych rodziców. Pokora to ponoć jedna z podstawowych cech dobrego reportera, a Richard Lloyd Parry niewątpliwe ją ma. Książka nie jest jednak całkowicie pozbawiona wad, tempo znacznie spada gdzieś tak po połowie, kiedy zaczynamy uczestniczyć w dość żmudnej pracy oskarżycieli i obrońców i ciągnących się latami procesach. Tutaj autor pozwala też sobie na więcej komentarzy i własnych przemyśleń. Z jednym, szczególnie interesującym, Was zostawię:

Przycinając etykietkę skrajnym zachowaniom - potwornym, psychopatycznym, "złym" - i umieszczając sprawców owych zachowań w kategorii zupełnie innej, a przez to bezpiecznej, niż ta, do której należą "dobrzy" ludzie, możemy trochę mniej przejmować się złożoności ludzkiej natury i zastanawiać się, na ile każdy z nas w tym czy innym momencie postępuje bezwzględnie i bez skrupułów. 

środa, 24 grudnia 2014

Mieszkańcy ziemi niczyjej

Zanim cokolwiek napiszę o Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją, należy pewną rzecz wyjaśnić: w tej książce nie ma ani jednego Aborygena. Sven Lindqvist może i podróżuje przez Australię ich śladami, ale nie po to, żeby z nimi rozmawiać. Co najwyżej obserwuje rdzennych mieszkańców kontynentu z bezpiecznej odległości, a z jego relacji podróżniczej więcej dowiemy się o geografii niż o ludziach. Jeśli nie jesteście specjalnie zainteresowani geologią i botaniką, możecie spokojnie te strony przekartkować. Rozumiem, jaka przyświecała mu idea, chciał po postu potraktować australijską ziemię z taką samą powagą i szacunkiem, z jakim podchodzą do niej Aborygeni. Efekty są jednak dalekie od interesujących. Ciekawie robi się dobiera, gdy autor sięga do źródeł z czasów, gdy biały człowiek dopiero co postawił stopę na najmniejszym kontynencie świata. 

Lindqvist przeplata swoją relację z podróży cytatami z historycznych materiałów i swoimi przemyśleniami na ich temat, przez co książka ma nie tyle charakter reportażu, co przypomina raczej Lapidaria Ryszarda Kapuścińskiego. To naprawdę świetny przekrój całej buty, ignorancji i okrucieństwa białego kolonizatora. Momentami tak absurdalnych, że aż zakrawających na czarny humor. No bo jak ocenić podróżnika, który nie potrafi w niegościnnym klimacie znaleźć niczego do jedzenia i na tej podstawie dochodzi do wniosku, że Aborygeni to kanibale, po czym wybija całe plemię? Tysiące ludzi straciło życie tylko przez głupotę i nieporadność takich jak on. Jak ocenić piewców cywilizacji, którzy z braku białych kobiet masowo gwałcili Aborygenki? Jak nie uśmiechnąć się z powodu oburzenia przedstawicieli wyższej rasy, którzy nie mogli zrozumieć, jak ci dzikusi mogą wychowywać dzieci bez bicia? Autor Terra nyllius ma nosa do wyłapywania takich smaczków. Dla większości białych końca XIX i początku XX wieku Aborygeni nie byli ludźmi, a jeśli nawet byli to tylko gatunkiem niższego rzędu. Pierwotną formą człowieczeństwa. Uważano to wtedy za naukowo potwierdzony fakt. Pierwszych, którzy odważyli się przeciw temu stwierdzeniu buntować, uznawano za wariatów. Masowe przesiedlenia, odbieranie mieszanych dzieci czarnym kobietom, obozy internowania - tak przez dziesiątki lat wyglądała rzeczywistość rdzennych mieszkańców Australii. Nawet jeśli istnieli biali, którzy nie chcieli zrobić im krzywdy (np. misjonarze), to i tak nie uznawali oni kulturowej tożsamości Aborygenów, którzy mieli być ludem zacofanym, pozbawionym historii i pogańskim. Nikt nawet nie zaprzątał sobie głowy rozróżnianiem ludów i języków Australii. Lindqvist opisuje tę kulturową ignorancję białego człowieka wobec rdzennych ludów całego świata z nieskrywaną drwiną: 
Kiedy byłem mały, uczono mnie, żeby do każdego dorosłego mężczyzny zwracać się "wujku". W tamtych czasach nikogo to nie dziwiło i nikt nie podejrzewał, że wszyscy dorośli mężczyźni są braćmi mojego ojca, a moja babcia uprawiała grupowy seks.     Moja babcia należała do stowarzyszenia misyjnego Betania, którego członkowie zwracali się do siebie "bracie" i "siostro". Również i w tym przypadku było oczywiste, że nie uprawia się tam grupowego seksu.                                                                           Lecz gdy zamożny amerykański przedsiębiorca Lewis Henry Morgan zaobserwował, że niektórzy północnoamerykańscy Indianie mówią do siebie "bracie" i "siostro" , otwarły się przed nim nowe, interesujące horyzonty myślowe. Być może, fantazjował Morgan, jest to pozostałość wcześniejszego stadium rozwoju, kiedy to cała generacja mogła składać się z biologicznych sióstr i braci, ponieważ ich rodzice żyli w małżeństwach grupowych i uprawiali grupowy seks. 
Wielu pewnie chciałoby wierzyć, że takie podejście należy do zamierzchłej przeszłości. Ot, jedna z wielu czarnych kart historii. Jak inkwizycja czy holocaust. Dziś już nikt nie użyje słowa dzikus, nie pozwala na to poprawność polityczna. Ale ja wciąż dostrzegam to poczucie kulturowej wyższości w niezliczonych reportażach i artykułach niedzielnych podróżników i celebrytów, którzy pochylają się nad mieszkańcami Trzeciego Świata jak nad porzuconym szczeniaczkiem. Nawet nie przyjdzie im do głowy, że można by tych ludzi zapytać o zdanie. Po co? Przecież oni wszyscy na pewno chcieliby żyć tak jak my w Europie, tylko może jeszcze o tym nie wiedzą. Pierwszy Świat wciąż grzeszy tą samą pychą, która doprowadziła do niemal całkowitego wyniszczenia rdzennej ludności Australii. 

Lindqvist, zapewne dla nadania książce powagi, męczy czytelnika powtarzaniem co jakiś czas pytań o moralną i finansową odpowiedzialność za wydarzenia z przeszłości. Czy rząd Australii powinien jakoś zrekompensować Aborygenom dawne krzywdy? To jedno z pytań z gatunku o aborcję. Wszyscy zainteresowani już dawno mają swoje zdanie, którego nie zmienią, choćbyśmy mieli o danej kwestii dyskutować do końca świata i jeden dzień dłużej. Opinie w takich sprawach są bowiem skutkiem, a nie przyczyną. Wynikają po prostu z tego, kim jesteśmy, jak się wychowaliśmy, które poglądy uznaliśmy za swoje. Dyskusje o zrekompensowaniu rdzennej ludności dziesiątek lat cierpień są zatem jak dyskusje o aborcji. Efektowne, ale jałowe. Jeśli nastroje społeczne i opinie w tych sprawach kiedyś się zmienią, to będzie to raczej skutek zwykłej zmiany pokoleniowej. I na pewno nie stanie się to z dnia na dzień. Nie oszukujmy się, wszyscy jesteśmy dziećmi naszych czasów i myślimy przeważnie to, co w tych czasach zwykło się myśleć. Jeśli nawet wydaje nam się, że mamy do wyboru dwa skrajne stanowiska, to są to tylko te dwa stanowiska, które w danym momencie nasza cywilizacja uznała za możliwe do zaakceptowania. 


piątek, 12 grudnia 2014

Sudan wstrzymuje oddech

Niektórzy reporterzy lepiej sobie radzą z opisywaniem ogółu. Pomijają detale, żeby wyciągnąć na światło dzienne szerszy obraz sytuacji. Robił tak chociażby Ryszard Kapuściński, choć nie wszyscy pochwalają to podejście. Inni unikają podsumowań i uważają, że bohaterowie powinni przemawiać sami za siebie. Taki styl charakteryzuje choćby twórczość Jacka Hugo-Badera czy Wojciecha Tochmana. Konrad Piskała, autor reportażu Sudan. Czas bezdechu, zdecydowanie lepiej radzi sobie z tym drugim sposobem pisania. Choć książka nie jest idealna, w jego twórczości widać wiele cech, które powinien mieć dobry reporter. Piskała nie skupia się na sobie, a na otaczającym go świecie. Dostrzega istotne detale i - co chyba najważniejsze - nie boi się ludzi. Lubi z nimi przebywać,  nie ucieka po skończonej pacy do hotelu dla białych. Powiem nawet więcej, autor nie traktuje opisywanego świata i jego mieszkańców z góry, jest nimi wyraźnie zafascynowany, nie zadowalają go też uproszczone na potrzeby zachodniego świata odpowiedzi. To w dzisiejszych czasach rzadkie cechy i trzeba je docenić.

Kiedy Konrad Piskała wybrał się w swoją podróż, Sudan oficjalnie był jeszcze jednym państwem. Choć tak naprawdę zawsze istniały dwa Sudany.  Pustynny kraj na północy zamieszkany głównie przez muzułmanów, w którym mówi się po arabsku, i chrześcijańskie czarne południe. Dwa ogromne kraje z zastanawiająco małą liczbą ludności. Dla ludzi z południa tamci z północy to Arabowie. Południe różni się nawet fauną i florą, to tam zobaczymy krajobrazy rodem z Pożegniania z Afryką. Krainę zamieszkują Dinkowie i Nuerowie oraz wiele mniejszych grup etnicznych, które łączy chyba tylko nienawiść do północy. W czasach szariatu wszyscy tu byli obywatelami drugiej kategorii. Teraz już nawet nie chcą mówić po arabsku, wolą angielski. Konflikt dodatkowo zaognia leżący pomiędzy północą a południem pas roponośny. 

Autor rozpoczyna podróż w Wadi Halfie, przy granicy z Egiptem. Kieruje się do Chartumu, żeby w końcu udać się na południe. Dociera do Dżuby, a potem aż do Ugandy. Ma sporo szczęścia, ten kraj to w końcu tykająca bomba, a prawo istnieje tam tylko na papierze. Piskała trafia też na dobrych rozmówców. Same rozmowy z siostrą Teresą Roszkowską i Świerczyńskimi wystarczyłyby na całą książkę.  Choć oczywiście ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że opieranie się na relacjach mieszkających w danym miejscu Polaków to droga na skróty. Piskała często też korzysta z wypowiedzi pracowników organizacji pozarządowych, żeby zapisać słowa krytyki. Autor wybrnął w ten sposób z konieczności zaznaczenia kontrastu, który uderza wielu podróżników odwiedzających Czarny Ląd. Z jednej strony jest tam magią, która ich przyciągnęła. Ludzka gościnność, lokalne zwyczaje, piękno przyrody. A z drugiej nie sposób przecież przemilczeć wszechobecnej biedy, korupcji czy - jak w tym choćby przypadku - zmuszania małych dziewczynek do małżeństwa. 

A teraz o słabościach. Te pojawiają się natychmiast, kiedy autor z poziomu opisu próbuje wejść na poziom metafory. Mogłabym go nazwać mistrzem złych porównań, niektóre szczerze mnie rozbawiły. Oto kilka przykładów:
Port się przybliża, wolno sunie w naszą stronę. (...) Wszystko jest nieprzezroczyste, naturalnie mętne. W przedziwny sposób powyginane, niczym prażona kukurydza. 
Teraz też słyszę w sudańskim hoteliku miarowe oddechy, kobiece westchnienia i uderzenia bioder o pośladki, które w tej muzułmańskiej ciszy są jak bicie kościelnych dzwonów.  
Kassala była tego dnia jak dźwięk pękającego arbuza.  

Nie. Port nie jest jak prażona kukurydza, a biodra nie biją o pośladki jak kościelne dzwony. Po prostu. Ogry są jak cebula, a nie jak tort. Proszę próbować dalej, bo jest już naprawdę nieźle.  




PS Nad książką pracowały redaktorka i dwie korektorki, a żadna z nich nie zna pięknego wskaźnika zespolenia nie tylko, lecz także. Szczerze polecam fanpage założony przez jego wielbicieli. 

czwartek, 28 sierpnia 2014

O najmniej egzotycznym z egzotycznych krajów


Kultura Japonii jest specyficzna. To dość oczywiste stwierdzenie, ale nie o taką specyficzność mi chodzi. Niewątpliwie jest dla nas kulturą egzotyczną, z drugiej jednak  strony to chyba najbardziej znana egzotyczna kultura na naszej szerokości geograficznej. Wszyscy wiedzą o gejszach i samurajach, a większości obiły się o uszy nazwiska Kurosawy czy Murakamiego oraz pogłoski o japońskim pracoholizmie, wielu z nas ma też pewnie w domu sprzęt elektroniczny jednej z japońskich firm. Nie brakuje też pewnie takich, którzy czytali gdzieś o syndromie hikikomori i automatach z używaną bielizną. Jakby tego było mało, w internecie jak grzyby po deszczu wyrastają strony dla polskich otaku zafascynowanych mangą i j-popem. Jeśli ktoś odpowiednio często ogląda anime, zapewne jest w stanie bez problemu rozpoznać język japoński, który w warstwie fonetycznej znacznie się różni od innych w tamtej części Azji. Wielu śmiałków decyduje się też na naukę. Choćby na Uniwersytecie Warszawskim japonistyka od lat jest jednym z najbardziej obleganych kierunków i niestraszny jej żaden niż demograficzny, także prowadzący lektoraty języka japońskiego nie mogą się skarżyć na brak chętnych. Dostępność informacji na temat Kraju Kwitnącej Wiśni sprawiła zapewne, że obrósł on szeregiem stereotypów. Kiedy przez chwilę zastanowimy się, co wiemy choćby o kulturze Samoa, Botswany albo nawet Chin, okaże się, że Japonia nie jest wcale aż tak egzotyczna. Pewnie wielu z nas jest o niej w stanie powiedzieć więcej niż o Słowacji czy Litwie. Jedno jest pewne, Japonia fascynuje, a wydawcy książek o Kraju Kwitnącej Wiśni jeszcze długo nie będą musieli martwić się o sprzedaż nakładów. 

Zafascynowany czytelnik trafi prędzej czy później na tytuł "Tatami kontra krzesła". Nota na okładce głosi: "to nie monografia ani encyklopedia, lecz zbiór intrygujących ciekawostek, anegdot i faktów na remat Japonii". I rzeczywiście, książka nie jest niczym więcej. Japonista Rafał Tomański wybrał szereg ciekawostek, które mogłyby zainteresować polskiego czytelnika. Jedne informacje pogłębił bardziej, inne mniej, a jeszcze inne wcale. Ciężko w tym doborze doszukać się jakiegoś ogólnego zamysłu czy sumiennie realizowanej strategii. Aby nieco zmniejszyć wrażenie wybiórczości informacji, autor zdecydował się na podzielenie ich i umieszczenie w tematycznych rozdziałach. Pomysł okazał się strzałem w stopę, bo tak na samym początku książki wylądowały najgorsze teksty. Z rozdziału "Pierwsze wrażenia" możemy się na przykład dowiedzieć, że dla Europejczyka wszyscy Japończycy wyglądają tak samo, co oczywiście po pewnym czasie mija, a wszyscy Japończycy chcą wyglądać jak Europejczycy, bo farbują włosy na brązowo. Czy autor każdej Polce, która farbuje włosy na rudo, mówi, że chce wyglądać jak Irlandka? Nie? No właśnie. Po takiej dawce stereotypów wielu czytelników może się zniechęcić, dlatego lepiej by było zostawić je na koniec. Potem jest już lepiej. Tomański najlepiej wypada, kiedy mówi o języku japońskim i historii Kraju Kwitnącej Wiśni. Widać, że te tematy najbardziej go interesują. Książka z założenia miała dotyczyć tematyki społecznej, ta jednak traktowana jest nieco po macoszemu. Dowiemy się co prawda, czym są syndrom paryski czy syndrom męża na emeryturze, ale nie mamy co liczyć na pogłębienie tematu. Autor i tak wszystko uzasadnia kolektywistyczną kulturą i niemożnością indywidualnego działania. 

Książka "Tatami kontra krzesła" ma jeszcze jeden poważny mankament: styl. Rafał Tomański może i jest dobrym japonistą, ale kiepski z niego pisarz. Można tu dostrzec braki w technice przelewania myśli na papier, przez co wiele fragmentów tekstu sprawia wrażenie urwanych albo niedopowiedzianych. Podczas lektury często miałam wrażenie, że autorowi po prostu brakuje słów. Momentami posługuje się on językiem bardzo potocznym, który może i nadaje się do rozmowy ze znajomymi przy piwie, ale w tekście pisanym jednak razi ("totalnie, ale to totalnie zatłoczone autostrady"!?). Nie sądzę, aby był to świadomy zabieg, chociaż taki styl pisania jest ostatnio bardzo popularny. Nie jest on zapewne pozbawiony zalet, tak napisany tekst można czytać po ciężkim dniu w pracy albo po zakrapianej alkoholem imprezie i się przy tym nie zmęczyć. Ja jednak należę do tej uciążliwej grupy czytelników, którzy od książki oczekują czegoś więcej. Kolejnym warsztatowym błędem jest umieszczanie informacji, które dotyczą Tomańskiego, ale nie mają szans zainteresować czytelnika. Kiedy sięgamy po literaturę faktu, raczej niewiele  nas obchodzi, że autorowi nie podobają się japońskie telefony komórkowe ani z jakim filmem kojarzy mu się dane zjawisko. Na domiar złego redaktor najwyraźniej nie czuł się w obowiązku poprawić styl autora. Możliwe, że pracował w pośpiechu. Przepuścił w końcu tak podręcznikowe błędy, jak nadmierne użycie cudzysłowów czy pleonazmy typu chwila czasu. Nie zauważył nawet, że dywagacje to bezładne i rozwlekłe mówienie nie na temat, a powiedzenie tak o czyjejś książce naprawdę nie jest komplementem. Z "Tatami kontra krzesła" byłby całkiem interesujący blog miłośnika Japonii, książka to jednak trochę za wiele. Jak już wspominałam na początku, Japonia nie jest aż tak egzotyczna, żeby wystarczyło o niej napisać cokolwiek. 


niedziela, 11 maja 2014

Bóg jest Chińczykiem


Liao Yiwu to chiński dziennikarz i pisarz niezbyt lubiany przez reżim. Interesuje go to, co władze najchętniej zamiotłyby pod dywan. Zbiera opowieści przedstawicieli najniższych klas społecznych, osób niewygodnych politycznie, dawnych ofiar maoistowskich kampanii. Byłam pod ogromnym wrażeniem jego Prowadzących umarłych, dlatego kiedy tylko dowiedziałam się o nowej książce, natychmiast pobiegłam do księgarni. I nie pożałowałam! 

Podczas zbierania materiałów do poprzedniej książki, zwłaszcza tych dotyczących wyznawców`zwalczanej przez Partię praktyki Falun Gong, Liao Yiwu dowiedział się o jeszcze jednej marginalizowanej w Chińskiej Republice Ludowej grupie - chrześcijanach. Nowa książka nosi tytuł Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach. Już sam fakt przetrwania można by rozpatrywać w kategoriach cudu. Los chrześcijan na chińskiej ziemi nigdy nie był lekki. Zaraz po przybyciu misjonarzy duchowni i wierni stali się celem ataków podczas powstania bokserów. Apogeum antyreligijnych kampanii nastąpiło jednak dopiero za czasów Mao, kiedy to katoliccy księżą wraz z protestanckim pastorami i buddyjskimi mnichami stali się łatwym celem kolejnych kampanii politycznych, a wielu zmarło podczas tortur. Choć w latach osiemdziesiątych rozluźniono nieco politykę religijną, nie oznaczało to wcale pełnej swobody wyznania. Do dziś legalne są tylko tzw. kościoły patriotyczne, które w pełni podlegają władzom. Z całą surowością zwalcza się za to domowe ruchy modlitewne, a zwłaszcza utrzymujący kontakty z Watykanem kościół podziemny. 

Liao Yiwu jest ateistą i jak sam przyznaje, dorastał w bardzo antyreligijnych czasach:
Nauczyciel w mojej szkole podstawowej mówił, że zagraniczni misjonarze przybywali do Chin, by mordować Chińczyków i czynić z nich niewolników. Zakonnice, które prowadziły sierocińce, to potwory (...). Dzieci zabrane biednym rodzinom trzymano w garnkach, a gdy stawały się nastolatkami, zakonnice tłukły garnki i je wypuszczały. Jednak tymczasem dzieci stawały się już karłami; zmuszano je, by cały dzień siedziały na stole i modliły się do ich "Boga". Karłom nigdy nie pozwalano swobodnie się poruszać. 

Podobne wspomnienia ma jeden z rozmówców autora, historyk Liu Shahe:
Jako dziecko słyszałem, że katolickie zakonnice to wampiry, które wysysają krew biednych chińskich dzieci i wyłupują im oczy, by następnie użyć tych oczu jako ozdoby.  

Liao Yiwu spotykał już wcześniej chrześcijan w Pekinie, ale wielu z nich przyjęło bezmyślnie religię jako część zachodniego stylu życia.  Dopiero, kiedy wyruszył do wiosek w południowo-wschodnich prowincjach, przekonał się, że może być inaczej. Trafił do miejsca, w którym wiara w chrześcijańskiego Boga jest tak rodzima i zakorzeniona jak lokalna kuchnia, a pamięć o misjonarzach - ciągle żywa. Rozmówcy Liao, nawet jeśli sami ich nie pamiętają, przekazują wspomnienia swoich rodziców i dziadków. Cudzoziemcy  z wielkimi nosami przybyli do tych wiosek pod koniec XIX wieku, nauczyli się lokalnych języków, żeby swoją postawą przekonać mieszkańców do nowej religii. Jeszcze żywsza i bardziej bolesna jest pamięć o czasach rewolucji komunistycznej. Wielu straciło wtedy swoich bliskich. Nie wszyscy ginęli jak męczennicy, choć i takich było niemało. Inni publicznie wypierali się religii, a potem po chichu modlili się w domu. Wcale niejednakowe jest też podejście do kwestii stosunków pomiędzy religią a państwem. Starsi i intelektualiści traktują przynależność do kościołów patriotycznych jak zdradę, ale pojawia się też głos przedstawicieli młodego pokolenia, dla których nie ma już aż takiego znaczenia, w jakim kościele się modlą, Są wręcz zmęczeni ciągłym sławieniem męczenników i przedstawianiem władz jako narzędzia diabła. Podobną postawę prezentują mieszkańcy wsi, dla których Bóg przecież i tak jest tylko jeden. W książce poznajemy szereg niezwykłych postaci, jak choćby doktora Suna, który porzucił karierę chirurga, bo nie chciał wyprzeć się wiary. Teraz leczy za darmo najbiedniejszych w odległych rejonach Chin. Wszystkie te historie po prostu... zawstydzają. My ludzie Zachodu, od dawna już cieszący się swobodą religijną, tak blado przy nich wypadamy. Słusznie pisze ks. Adam Boniecki w nocie na okładce:

Ich wiara, ale także przymusowe zaparcie się jej, niekiedy później - kosztem śmiertelnego ryzyka - odwołane, to wstrząsające wyznanie dla nas, wierzących, w komfortowych warunkach świata, w którym dane jest nam żyć. W tych osiemnastu opowieściach nie ma nienawiści i rozpaczy. Jest w nich przebaczenie i nadzieja. 

My, wierzący i niewierzący, tak bardzo oportunistyczni, boimy się postępować zgodnie z własnymi przekonaniami nie z obawy przed prześladowaniami czy więzieniem, nam wystarczy groźba, że ktoś może krzywo na nas spojrzeć. Tak bardzo nijacy wydajemy się przy tych Chińczykach! Liao opisuje swój udział w jednym z nabożeństw. Kiedy nadeszła chwila komunii, w ławkach oprócz niego pozostało kilka osób. Liao uznał, że jeszcze kilku niechrześcijan przyszło przyglądać się nabożeństwu. Ciekawe, co pomyślałby, gdyby trafił do kościoła w Polsce. Kika osób to u nas zostaje w ławkach może na Wielkanoc.


piątek, 28 marca 2014

Sny o Madagaskarze


Zwykle jestem daleka od narzekania na współczesność, ale kiedy czytam Fiedlera, nie mogę się opędzić od myśli, że dziś już się tak nie pisze. I nie chodzi tylko o prosty fakt, że dziś mało kto mógłby sobie pozwolić na spędzenia kilku miesięcy albo nawet lat w jakimś miejscu bez pewności, czy w ogóle powstanie z tego tekst. Nie wspominając już nawet o możliwości powrotu po latach do tego samego tematu. Mam na myśli raczej fakt, że dziś już nie pisze się w taki sposób. W reportażu zapanowała językowa prostota i oczywistość stylu. Próby uczynienia z reportażowego tekstu literatury pięknej są nawet źle widziane. Ceni się dosadność i język przypominający mówiony. Dlatego tak bardzo zdziwiłam się, kiedy otworzyłam książkę Madagaskar, okrutny czarodziej, i nagle - bez żadnego ostrzeżenia - znalazłam się na tropikalnej wyspie, w buszu pełnym niesamowitych gatunków roślin i niespotykanych nigdzie indziej zwierząt, na głowę spłynął mi żar równikowego słońca, a w nozdrza wdarł się zapach egzotycznych kwiatów. Takich opisów nie powstydziłaby się Orzeszkowa! 

Za to Katsepa była ślicznym dla oka ustroniem i odpowiadała wszystkim ogranym ideałom, wydumanym przez lubowników mórz tropikalnych: palmy kokosowe pyszniły się tu urodziwsze niż gdzie indziej, malownicza pycha rozpierała chaty z bambusów, piasek pieścił tu nogi po kostki nie gorzej niż w klasycznych filmach o Tahiti, a w hotelu witała nas uśmiechem rozgwarzona rozwódka, madame Gordon. 
Zatęskniłam tez za czasami, w których nie można było tak łatwo zamaskować braku zainteresowania drugim człowiekiem czy nawet pogardy wobec niego poprawnością polityczną. Dziś tak wielu podróżników boi się chociażby użyć słowa murzyn, ale między wierszami można wyczytać ich poczucie własnej wyższości. Wielu goni za kolorowymi i egzotycznymi plemionami czy obyczajami, żeby je opisać, ale nawet do głowy im nie przyjdzie, żeby zrozumieć. Bo zrozumienie wymaga postawienia się na równi z drugim człowiekiem. A czy można zrównywać się z ludźmi wierzącymi w zabobony, jeśli jest się światłym Europejczykiem? Czy nie szalona wydaje się myśl, że ktoś może być szczęśliwy, żyjąc na swój sposób, a nie tak jak my? Fiedler nie przebierał w słowach, mieszkańców Madagaskaru nazywał barbarzyńcami. Ale, słowo daję, gdybyśmy wszyscy mieli tyle zrozumienia wobec siebie co on wobec swoich ukochanych Malgaszów, świat byłby dużo lepszym miejscem. Fiedler nie jest w Malgaszów ślepo zapatrzony, po prostu dostrzega hart ich ducha, dla którego ujście stanowią wierzenia, obyczaje i kult przodków. Pewnie dużo w tym romantyzmu, próby zatrzymania znikającego świata. Autor doskonale zdaje sobie sprawę, że zachodnie obyczaje prędzej czy później zagoszczą w malgaskich chatach, a wierzenia znikną jak dawni władcy tej krainy, krokodyle. Przez stulecie niepokonane, uległy w końcu ekonomii, musiały odejść, kiedy skoczyła cena ich skór na światowym rynku. Pewnie i duchy przodków będą musiały niedługo się wyprowadzić.

Myśląc o tym, nie mogłem uwolnić się od uczucia bzdurnego żalu. Wiadomo, że zawrotny postęp, jaki ogarnął dziś cały bez wyjątku glob, już w krótkim czasie przepędzi czumbę Malgaszów na wszystkie wiatry, i co więcej, postęp bezapelacyjnie wyrzuci na śmietnisko także inne czumby innych ludzi, nie wykluczając i naszych, własnych czumb przyczajonych w domowych zaułkach i mrocznych kruchtach. Więc pozbędziemy się resztek przesądów, otrząśniemy się z przestarzałych nawyków, chłodny rozum weźmie górę, będziemy trzeźwiejsi, ale, tam do licha, czy będziemy szczęśliwsi? 
Zadziwiająca jest lekkość i subtelna ironia z jaką autor czyni uwagi nie tylko o malgaskiej cywilizacji, ale i o naszej własnej.
Znacznie gorzej, wręcz potępiająco, obeszła się historia z następczynią Radamy, wdową po nim, królową Ranavalona I, której przypięto przezwisko Okrutnej. Babsztyl stał się symbolem wszystkiego, co okropne i krwiożercze, zdobył światową sławę jako ostatnia jędza, potwór i megiera. A że doszło do tej paskudnej opinii, że Ranavalona nawarzyła sobie piwa, zawdzięczała to przede wszystkim niewybaczalnej winie: naraziła się Londyńskiemu Towarzystwu Misyjnemu. 
Puszczono by jej płazem, że po śmierci męża, chcąc zapewnić sobie spokojny tron, kazała wymordować wszystkich jego krewnych, jego matkę, siostrę, kuzynów i moc oddanych jego pamięci oficerów: przecież Europa, dawnymi czasy, znała podobne praktyki w rodzinnych machlojkach własnych możnych i królów. Więc Ranavalonie darowano by także i to, że  srodze polubiła truciznę tanguinu i stosowała ją w malgaskim sądownictwie na każdym kroku, na niebywałą dotychczas masową skalę. Cale wsie i rejony poddawano sądom bożym i ponoć w ten sposób od tanguinu zginęło w samej Imerinie - według H. Rusillona - więcej niż dwieście tysięcy ludzi; ale przecież to byli sami Malgasze i któż by w Europie losem ich zawracał sobie głowę? (...) Ranavalona uznała za konieczne oczyścić atmosferę i  zaczęła wyganiać z Madagaskaru Europejczyków,w  tym wszystkich pastorów, natomiast malgaskim chrześcijanom, stronnikom angielskich misjonarzy - a było ich kilkanaście tysięcy - kazała wrócić do fetyszyzmu, wiary ojców. Niektórzy wyjątkowo gorliwi zwolennicy obcych panów odmówili, więc około dwustu z nich, uznanych za zdrajców ojczyzny, znalazło śmierć, zrzucono ich ze skały poniżej Pałacu Królowej. (...) proces historyczny, wytoczony jej za to przez świat, Ranavalona z kretesem przegrała.
Madagaskar, okrutny czarodziej jest zbiorem zapisków Fiedlera z drugiej jego podróży na wyspę. Pierwszą odbył jeszcze przed II wojną światową. Nie mógł nie wrócić, bo - podobnie jak dziesiątki innych podróżników - dał się uwieźć tej zwodniczej wyspie. Całe narody marzyły o jej podboju i zdobyciu tamtejszych bogactw. Urzeczeni rajskimi zatoczkami żeglarze dawali się omotać, żeby później napotkać tylko nieprzyjazną przyrodę, a często także śmierć. Tak już chyba musi być. Dusza ludzka jest romantyczna i za nic nie chce się uczyć na błędach poprzedników. 


środa, 6 listopada 2013

U nas w czarnobylskiej strefie

"Tego nie da się opisać, ani nawet przeżyć" - mówi jedna z bohaterek "Czarnobylskiej modlitwy". A jednak przeżyła, Swietłana Aleksijewicz opisała, Jerzy Czech przetłumaczył, Joanna Szczepkowska przeniosła na deski Teatru Studio. I tak opowieści z czarnobylskiej strefy skażenia trafiły do Pałacu Kultury. Sztuki teatralne na podstawie reportaży nie pojawiają się często, ale proza Aleksijewicz do takich interpretacji nadaje się świetnie. Jej reportaże to zbiory monologów, które aż proszą się o wypowiedzenie na głos, a nawet o wykrzyczenie. To w końcu głosy tych, o których władza wolałaby nie pamiętać. Dziennikarka upodobała sobie bohaterów, na co dzień będących tylko bezimiennymi numerami w statystykach. Podobnie jak w "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Aleksijewicz zebrała historie ludzi, którym historyczne wydarzenia zamieniły życie w piekło i nikt nawet nie zapytał, czy mają ochotę brać w tym udział. Czarnobylska katastrofa jest tu nawet potworniejsza od wojny, bo i śmierć z powodu napromieniowania trwa dłużej i jest bardziej bolesna niż ta na polu bitwy.

Najbardziej w "Czarnobylskiej modlitwie" przeraża pogarda dla ludzkiego życia. Ze strony tych, którzy na miejsce katastrofy wysyłali żołnierzy bez żadnych zabezpieczeń przed promieniowaniem oraz władz Białorusi, które wolały poświecić życie i zdrowie mieszkańców przygranicznych miejscowości, niż sprzeciwić się Moskwie. Z drugiej strony mamy niczego nieświadomych ludzi, wychodzących przed domy, żeby pooglądać łunę bijącą od płonącego reaktora. Oni nie lubią dziennikarzy. I turystów, bo i tacy coraz częściej pojawiają się w Czarnobylu. Przyjeżdżają i chcą rozmawiać, ale boją się choćby dotknąć swoich rozmówców. Wśród bohaterów jest kobieta, której mąż umarł na chorobę popromienną, a dziecko urodziło się zdeformowane; napromieniowany żołnierz; ojciec osierocony przez własne dzieci; wierny komunistycznym ideałom były działacz partyjny; demokratyzująca lekarka, bezradnie patrząca na śmierć pacjentów oraz profesor fizyki, który przez kilka kolejnych dni po wybuchu bezskutecznie prosił partyjnych sekretarzy o interwencję. Wielu z nich wróciło do dawnych domów. I tak niewiele mieli już do stracenia.

Prawdziwość tych historii zaburza teatralny porządek. Aktorzy zwykli w końcu bawić, uczyć i wychowywać, wypowiadając słowa nieistniejących postaci. Tym razem powierzono im jednak rolę przekaźnika, dzięki któremu tu w Warszawie możemy usłyszeć wyznania i modlitwy wypowiedziane setki kilometrów stąd. Ciężko powiedzieć, żeby gra któregoś z aktorów się wyróżniała. Nie taka była koncepcja spektaklu. Właściwie to aktorzy odgrywają jedną wspólną rolę, niemal chóralnie wypowiadając skargi ludzi zapomnianych przez historię. Ten lament widza wciąga i przenosi do świata rodem z koszmarnych snów. Nie jest tam jednak tak ponuro, jak można by się spodziewać. Bohaterowie Aleksijewicz nie dali się bowiem śmierci, wciąż chcą żyć, kochać i potrafią cieszyć się z niewielkich rzeczy. Są po prostu ludzcy, czyli zupełnie nie tacy, jakich chciałyby ich widzieć oficjalne raporty.

źródło: www.teatrstudio.pl

niedziela, 6 października 2013

B


Tytuł książki Marcina Kołodziejczyka "B. Opowieści z planety prowincja" szumnie zapowiada podróż w nieznane. W rzeczywistości autor rzadko wybiera się dalej niż w okolice Warszawy. Nie jest to jednak wada tej pozycji. W przeciwieństwie choćby do poświęconej podobnej tematyce "Bolało jeszcze bardziej" Lidii Ostałowskiej, książka Kołodziejczyka unika szumnych, medialnych tematów. Nie znajdziemy tam tekstów o aborcji czy samobójstwie Magika, a proste opowieści o ludziach stąd, których na co dzień nie zauważamy na ulicy. Znalazło się tu miejsce na historię robotników z pociągu do Warszawy o 4 rano czy wiejskiego wariata. To oczywiście kwestia gustu, ale ja takie opowieści lubię najbardziej. Opatrzyły mi się już dawno postacie z pierwszych stron gazet, za to życie osób o zmęczonych twarzach, które widzę w komunikacji miejskiej, wydaje mi się coraz bardziej interesujące. O czym myślą? Czym się zajmują w życiu? Czy są szczęśliwi? Kołodziejczyk w swojej książce uchyla rąbka tajemnicy.

Prowincja nie ma tu wymiaru geograficznego, to raczej prowincjonalność społeczna. Kołodziejczyk czyni swoimi bohaterami ludzi, którzy ze względu na brak sukcesów, majątku, wykształcenia czy powodzenia u płci przeciwnej, mogą być postrzegani jako obywatele klasy B. Bardzo mi się ta zdolność wynajdowania ciekawych historii w najbliższym otoczeniu u autora podoba. Mało tego teksty przyjemnie się czyta. Jedynym, co budzi moje wątpliwości, jest stylizacja języka, czasem - mam wrażenie - wprowadzana na siłę. P ile w "Tadeusz opuszcza dom" wyszukany i nieco arystokratyczny język świetnie oddaje pogardę, z jaką członkowie rodziny patrzą na resztę świta, o tyle w innych przypadkach stylizacja wydaje się zbędna. Często sprowadza się ona zresztą do wprowadzenia kilku błędów językowych do wypowiedzi bohaterów. Przypuszczam, że część czytelników nawet tego nie zauważy. Poza tym nie wszyscy odbiorcy lubią teksty wcieleniowe, a stosowana przez Kołodziejczyka metoda pisania w pierwszej osobie może być dla niektórych irytująca. Wszystkie te kwestie leżą jednak w obrębie osobistych preferencji, a samemu Kołodziejczykowi trudno odmówić pisarskiego talentu. Zgaduję też, że Kołodziejczyk tworząc swój własny styl, musiał inspirować się Tochmanem. W "B. Opowieści z planety prowincja" można znaleźć chwyty, które właśnie z Tochamanem mi się kojarzą. Jak chociażby odwrócona perspektywa czasowa, dzięki której najpierw poznajemy emocje i myśli bohaterów, żeby dopiero na koniec dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło i doprowadziło do obecnego stanu.

"B. Opowieści z planety prowincja" to naprawdę udany zbiorek reportażowych szkiców. Autor nie próbuje opowiadać nam bajek, ale przedstawia życie w jego surowej postaci. Życie, które tak często przelatuje przez palce w porannym pociągu do pracy, nieudanych czy przypadkowych związkach albo oczekiwaniu na cudowną odmianę losu.

źródło: merlin.pl

środa, 25 września 2013

Nyumba ya kasa. Unguja


Książkę Małgorzaty Szejnert "Dom żółwia. Zanzibar" trudno zamknąć w gatunkowych ramach. Jest po trosze historyczna, po trosze reporterska, ale wplecenie w warstwę faktograficzną takich elementów jak lokalne podania i legendy oraz dar opowiadania autorki sprawiają, że czytanie tej pozycji przypomina bardziej słuchanie przy ognisku opowieści o dalekich krajach. Na ponad trzystu stronach Szejnert nakreśla obraz wyspy, na której od wieków Wschód spotykał się z Zachodem, a Azja łączyła z Afryką.

Opowieść zaczyna się pod koniec XIX wieku, kiedy Zanzibar nie jest jeszcze częścią Tanzanii i formalnie wciąż włada nim sułtan. Wyspa słynie z targów niewolników, handlu kością słoniową i jest światowym potentatem w eksporcie goździków. Zadomowiła się już tam na dobre brytyjska administracja kolonialna i chociaż Zanzibar w większości jest muzułmański, prężnie działa misja anglikańska. Kluczem do każdej z opowieści są domy. Dom konsula Kirka opowiada o kolonializmie i pierwszych próbach zakazania handlu niewolnikami, Dom Cudów o upadku ostatniego sułtana i ucieczce zbuntowanej księżniczki Salme do Niemiec, dom Livingstone'a o życiu tego słynnego podróżnika, który był jednak lepszym naukowcem niż misjonarzem, w całym swoim życiu ochrzcił bowiem tylko jedną osobę. Uczynienie z budynków podstawy opowieści nie dziwi, Zanzibar słynie w końcu ze swojej unikalnej architektury. Szejnert opisuje je zresztą z detalami, przez co lektura "Domu żółwia" naprawdę przypomina egzotyczną podróż. Sam Zanzibar też przecież jest domem i to nie tylko dla żółwi zielonych, które potrafią dożyć prawie dwustu lat. Wyspa była już przystanią dla sułtańskich haremów, uwolnionych byłych niewolników, a wreszcie rewolucji komunistycznej. Teraz we władanie wziął ją przemysł turystyczny, a luksusowej hotele wyrastają wzdłuż jej brzegów jak grzyby po deszczu. Trzeba pochwalić mrówczą pracę autorki przy przeglądaniu dokumentacji, docieraniu do źródeł i próbie jak najpełniejszego odtworzenia historii Zanzibaru. Szejnert nie trzyma się tu jednak kurczowo faktów i chętnie przekazuje nam też opowieści świadków, nie stroniąc od podań i wierzeń. Jeśli mogłabym coś książce zarzucić to wrażenie, że te opowieści często dostajemy z drugiej ręki. Szejnert najlepiej czuje się chyba w towarzystwie mieszkających na Zanzibarze Europejczyków, chętnie korzystając z ich pomocy i pośrednictwa. Nie dowiemy się z tej książki niczego, czego nie mógłby się dowiedzieć dociekliwy turysta, spędzający na Zanzibarze wakacje. Napisanie "Domu żółwia" nie wymagało wyprawy w jakiś niedostępny rejon świata, ani wejścia w lokalne środowisko. Historię życia takich postaci jak Henry Morton Stanley czy David Livingstone znajdziemy w sieci w kilka sekund, każdy może też wybrać się na Zanzibar i porozmawiać z mieszkającymi tam na stałe Polakami (o ile oczywiście pozwolą mu na to zasoby finansowe, loty do tej części świata nie są bowiem tanie). Tym, co może nas skłonić do wybrania właśnie tego tytułu, jest raczej dar opowiadania Małgorzaty Szejnert, który pozwala poczuć się, jakbyśmy sami postawili stopę na zanzibarskiej plaży.

"Dom żółwia. Zanzibar" jest trochę jak poobiednia sjesta. Akcja toczy się tu leniwie, ale podczas czytania robi się jakoś tak błogo i przyjemnie. Gdybym miała oceniać tę książkę jedynie za treść, pewnie nie znalazła by się zbyt wysoko wśród innych pozycji o Afryce. "Dom żółwia" ma jednak pewnie urok, który można by porównać do uczucia towarzyszącego przeglądaniu starych zdjęć i listów. Przez co czytanie sprawia po prostu przyjemność.

źródło: culture.pl

sobota, 20 lipca 2013

Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie?


Wyspa Pitcairn to zaledwie cztery kilometry kwadratowe na Oceanie Spokojnym, najdalej wysunięte terytorium zamorskie Wielkiej Brytanii. Kiedyś na tej bezludnej wysepce wylądowali buntownicy z Bounty wraz z grupą porwanych tahitańskich kobiet i mężczyzn. Pierwsza gazeta z reszty świata dotarła tu w 1921 roku. Przez lata Pitcairn było uznawane za raj na ziemi. Kościół Adwentystów Dnia Siódmego (jedyny na wyspie) wydał nawet broszurkę zachwalającą bogobojny styl życia mieszkańców. W 2004 roku na tym wizerunku nie tyle pojawiła się rysa, co rozsypał się on w drobny mak. Na ławie oskarżonych zasiadło siedmiu mieszkańców, między innymi były burmistrz. Zarzucono im 55 przestępstw seksualnych, w tym gwałty na kilkuletnich dziewczynkach. Autor książki "Jutro przypłynie królowa", Maciej Wasilewski, był jednym z niewielu obcokrajowców, któremu udało się przedostać na wyspę.

Z Wasilewskiego będą ludzie. Ma te wszystkie cechy, jakie powinien posiadać dobry reporter. Potrafi dozować informacje tak, żeby jak najlepiej wprowadzić czytelnika do opisywanego świata. Pisze tyle, ile powinien i ani słowa więcej. Dostrzega detale istotne dla zrozumienia bohaterów i dobrze mu idzie budowanie napięcia. Całą historię poznajemy we fragmentach, ale ich kolejność nie jest przypadkowa. Równolegle z historią wyspy autor opowiada nam o losach Veroniki, która oczywiście nie jest Veroniką. Kobieta uciekła z wyspy i próbuje ułożyć sobie życie, ale patrząc na jej zachowanie w codziennych sytuacjach, szybko zdajemy sobie sprawę, jak bardzo poranioną ma duszę. Świetnie obrazuje to fragment o adopcji psa:

Veronika tuli szczenię do piersi.
- Zobacz, jaka śliczna, całkowicie zależna ode mnie. Nazwę ją Fifi.
- Ufa tobie.
- Jest zbyt łatwowierna. Je mi z ręki, a przecież mogłabym jej podać truciznę.
- Dlaczego miałabyś ją karmić trucizną?
- Przepraszam, nie złość się. Jestem taka głupia! Czasem miewam niestosowne myśli, tracę kontrolę. Mówię coś, a potem tego żałuję. W głębi serca czuję co innego. Gdybyś wiedział, ile mnie kosztuje bycie normalną...
No właśnie, po co krzywdzić zależne od nas bezbronne stworzenie? Veronikę krzywdzili, chociaż też była mała i bezbronna. Ciężko sobie nawet wyobrazić, jak musiały się czuć kobiety na wyspie. Zwykle jest tylko jeden oprawca, tutaj każdy mógł być zagrożeniem. W domu gwałcił kuzyn albo wuj, w szkole trzeba się było bać nauczyciela, a i po drodze do domu łatwo kogoś spotkać. Na Pitcairn są tylko cztery kilometry dróg, naprawdę nie ma dokąd uciekać. Wasilewski próbuje wniknąć nie tylko w psychikę ofiar, ale i oprawców. Kim byli? Jaką pozycję mili w społeczności? Jak proces zmienił ich życie? Autor dość surowo ocenia też udział Wielkiej Brytanii w całej sprawie, która gdyby mogła pewnie zamiotłaby całą aferę na Pitcairn pod dywan. Dość łagodne wyroki wzburzą nawet najbardziej miłosiernego czytelnika.

Pitcairneńczycy dostali obrońcę z urzędu. Został nim Paul Dacre. To on najprawdopodobniej namówił Garwooda do złożenia zeznań i okazania skruchy. Podobno było to tak:
- Ty dokonasz wyboru, Garwood. Możesz kiblować tu albo w Anglii. Wiesz, co się dzieje z amatorami dziecięcych spódniczek w Anglii?
- Powinieneś go posłuchać, Garwood. On chce uratować ci życie.
Gwałciciele nie byli tak łaskawi wobec swoich ofiar. Gdzieś na drugim biegunie jest postawa reprezentowana przez pewnego profesora matematyki na Uniwersytecie w Zurychu, który mówi: "To nie nasza sprawa. Uwarunkowania kulturowe". Wielu ludzi Zachodu szczyci się takim multikulturowym podejściem, trudno jednak nie mieć wrażenia, że czasem to tylko usprawiedliwienie umycia rąk i przyzwolenia na zło. Na szczęście autor "Jutro przypłynie królowa" nie wpada w pułapkę oceniania bohaterów, bardziej go interesuje, jak funkcjonuje społeczność po tym wszystkim. Nigdy nie ufano tu obcym, wielu uznało zeznające w procesie kobiety za zdrajczynie wspólnoty. Nie znajdziemy tu odpowiedzi na pytanie, czy wyspa może powrócić do normalności. Możemy się jedynie domyślać, że będzie to bardzo ciężkie zadanie. To ciągle tylko cztery kilometry kwadratowe lądu, który musi pomieścić zarówno oprawców jak i ofiary.

"Jutro przypłynie królowa" to też pytanie o naturę dobra i zła. Nie bez powodu w książce znajdziemy cytaty Jana Jakuba Rousseau i Rene Descartes'a. Autor zadaje pytanie, z którym od wieków zmagają się filozofowie: człowiek rodzi się z natury dobry czy zły? Społeczeństwo nas wypacza, czy to właśnie dzięki jego normom człowiek powstrzymuje instynkt, który karze krzywdzić? Czy pozostawieni samym sobie i naturze staniemy się dobrzy, a może jednak źli? Mieszkańcy Pitcairn mogli w końcu sobie stworzyć raj na ziemi, a zgotowali piekło. I wreszcie czym tak naprawdę jest dobro i zło? Czy to pojęcia uniwersalne? A może zależne od okoliczności i norm obowiązujących w danej społeczności? Czy fakt, że wśród Tahitańczyków kontakty seksualne z bardzo młodymi kobietami są normą może usprawiedliwiać to, co my nazywamy pedofilią? I wreszcie, czy ofiara żyjąca w społeczności, w której gwałt jest normą, cierpi mniej? Myślę, że prawda leży gdzieś pośrodku, a sama sytuacja na Pitcairn przypomina nieco to, co dzieje się z ludźmi w czasie wojny. Nagły brak norm w niektórych wyzwala najgorsze instynkty, okazuje się, że jedynym co powstrzymywało daną jednostkę przed mordem i gwałtem był strach przed karą. Ale są też i tacy, którzy będą ryzykować własne życie, żeby pomóc innym. Na wyspie też nie wszyscy gwałcili. Wasilewski porusza również kwestię obciążeń genetycznych. Wyspiarze są w końcu potomkami specyficznych ludzi, agresywnych i porywczych buntowników, z których wielu było kryminalistami. Z drugiej strony tahitańskie kobiety znane są z uległości. Do tego dochodzi kwestia małej puli genów, co sprzyja zaburzeniom psychicznym. Mimo to ciągle nie wszyscy gwałcili. Może wiec dobro i zło to tylko kwestia wyboru? Bo nie uwierzę, że człowiek (o ile oczywiście nie jest klinicznym przypadkiem socjopaty) nie ma w sobie na tyle empatii, czy też sumienia, które nie pozwoliłoby mu zauważyć, że gwałcona dziewczyna tego nie chce. Niektórzy z oskarżonych tłumaczyli się, że seks był dla nich jak jedzenie, byli głodni to brali, nie widzieli w tym niczego złego. Ale czy naprawdę nie widzieli strachu i upokorzenia w oczach tych dziewczynek? Mało co jest tak uniwersalne wśród przedstawicieli różnych kultur jak cierpienie. Po lekturze "Jutro przypłynie królowa" trudno nie zadawać sobie takich pytań i choćby już ten fakt czyni tę książkę wartą przeczytania.

źródło: czarne.com.pl

środa, 17 lipca 2013

Cuba libre. Notatki z Hawany


Kuba to tajemnicza wyspa. Niby możemy tam pojechać jako turyści, ale jakaś jej część pozostanie niedostępna. Gdzieś tam poza hotelowymi plażami toczy się życie mieszkańców, którzy codziennie zmagają się z niekończącą się rewolucją i kulejącą gospodarką. Istnienia tego świata można się tylko domyślać po wyblakłych plakatach nawołujących klasę robotniczą do podążania za wodzem i samochodach tak starych, że u nas byłyby już egzemplarzami zabytkowymi. W tym murze pojawił się jednak wyłom w postaci blogu Generacion Y prowadzonego przez Yoni Sanchez. Autorka ma talent do ogółu i metafory, niestety nie przykłada aż takiej wagi do szczegółów, a te są chyba dla zagranicznego czytelnika najważniejsze. Po przeczytaniu książki "Cuba libre. Notatki z Hawany", która stanowi wybór jej tekstów, trudno nie czuć lekkiego niedosytu.

Pokolenie Y to dzisiejsze trzydziestolatki, których imiona zaczynają się na tę rzadką w języku hiszpańskim literę. Nadawanie niezwykłych imion było bowiem jedyną oznaką buntu, na którą mogli pozwolić sobie ich rodzice. W dzieciństwie doświadczyli trudności, które miały być tylko przejściowe. Ich młodość przypada na periodo especial, czyli okres kryzysu po upadku Związku Radzieckiego, w którym brakowało nawet podstawowych produktów. Trudności rozciągnęły się na całe ich życie, a kartki na jedzenie i jego ciągły brak stały się jego częścią. Znużeni codzienną walką o przetrwanie i rozdźwiękiem pomiędzy informacjami przekazywanymi przez propagandę a ich powszednim życiem, coraz mniej wierzą w jakiekolwiek zmiany. Społeczeństwo kubańskie jest w relacjach Sanchez bierne i zniechęcone. Opisana rzeczywistość często przypomina tę z filmów Barei, ale wcale nie jest przy tym zabawnie. Reglamentowane produkty nie wystarczają, jedzenie trzeba kupować na czarnym rynku. W kraju są dwie waluty, w jednej wypłaca się pensje, a w drugiej robi zakupy. Oficjalnie nie wolno wyjeżdżać, ale większość młodych albo już wyjechała, albo planuje emigrację. W samych dyskusjach Kubańczyków w sieci nie byłoby niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że posiadanie komputerów do niedawna było zakazane, a z internetu w hotelowych lobby mogą korzystać tylko obcokrajowcy. Sanchez jest głosem tego pokolenia. Ma odwagę głośno powiedzieć: mamy dość! Nie chcemy już żadnych wodzów, dajcie nam normalnie żyć. Jeśli istnieją protest songi, to Yoani Sanchez stworzyła protest blog.

Ten głos niewątpliwie jest ważny dla Kubańczyków, wreszcie ktoś powiedział głośno to, o czym po cichu myśleli wszyscy. Sanchez bardzo sprawnie ubiera bolączki swojego narodu w szereg symboli i metafor. Trzeba przyznać, że jak na prozę, język autorki jest bardzo poetycki. Nie dziwią mnie liczne nagrody, jakie otrzymała za swoją pracę. Niektórych zaskakuje fakt, że ta żona i matka, absolwentka filologii hiszpańskiej, zdecydowała się powrócić z emigracji do kraju w tak opłakanym stanie. Wielu pewnie zarzuci jej przekreślenie przyszłości syna, który zamiast zdobyć porządną edukację na Zachodzie, musi teraz recytować komunistyczne slogany w kubańskiej szkole. Mnie to akurat nie dziwi wcale. Też nie jestem typem emigranta i nawet wiedząc, że gdzie indziej żyje się lepiej, pewnie wybrałabym powrót do domu. Tylko co z przeżyć Yoani przyda się zachodniemu turyście? Obraz życia Kubańczyków może nieco się wyostrzy, ale spora jego część cięgle pozostanie niewidoczna. Bo akurat faktu, że na Kubie nie ma wolności słowa i demokracji nikt tak naprawdę nie musi nam wyjaśniać. To wiemy niejako z góry. Czytelnikowi z zewnątrz najbardziej będzie przeszkadzał w "Cuba libre..." brak detali  dotyczących codzienności. Każda krótka notka pozostawi po sobie niedosyt i wrażenie zamglonego obrazu. Chcielibyśmy wiedzieć więcej o tym, co dla autorki jest oczywiste. Maciej Stasiński pisał o książce Sanchez na łamach "Gazety Wyborczej":

To nie są rozpalające ideologiczne manifesty, ale zapiski z dnia powszedniego, a mówią o rzeczywistości udręczonego kraju więcej niż sto demaskatorskich reportaży. 

Cóż, obietnica ta nie została do końca spełniona.

PS Na koniec mały prztyczek dla tłumacza i edytorów książki. Ja wiem, że nikt nie jest nieomylny, ale pracując zawodowo z tekstem, wypadałoby wiedzieć, że spadanie w dół to  pleonazm i - przynajmniej na naszej planecie - nie ma możliwości spadania w górę.

źródło: amazon.com

sobota, 29 czerwca 2013

Stary człowiek nie chce odejść


O Peterze Godwinie pisałam już przy okazji jego poprzedniej książki, "Strach. Ostatnie dni Roberta Mugabe" to kontynuacja "Gdzie krokodyl zjada słońce". Autor jest białym Zimbabwejczykiem brytyjskiego pochodzenia, młodość spędził w Afryce, ale musiał opuścić kraj jako osoba niewygodna dla reżimu Roberta Mugabego. "Gdzie krokodyl zjada słońce" kończy się w momencie gospodarczej zapaści Zimbabwe, szaleje inflacja, a obywatelom kraju, który był kiedyś rolniczą potęgą w regionie, coraz częściej brakuje żywności. Reżim robi wszystko, aby skierować nienawiść tłumu w kierunku białych farmerów.

"Strach..." rozpoczyna się 29 marca 2008 roku. Partia Mugabego przegrywa w pierwszej turze wyborów z opozycyjnym ugrupowaniem MDC Morgana Tsvangiraia. Nikt już nie chce starego dyktatora i jego popleczników, skorumpowany reżim doprowadził kraj na skraj przepaści, hiperinflacja odebrała ludziom pracę i dorobek całego życia. Większość farm, dawniej należących do białych farmerów, teraz w ogóle nie działa. Przejęli je funkcjonariusze partyjni, którym bardziej jednak się opłacają czarnorynkowe operacje i handel diamentami niż produkcja żywności. Zimbabweńczycy są więc uzależnieni od pomocy zagranicznych organizacji humanitarnych. Mugabe nie zamierza jednak ustępować, jego partia ZANU-PF zainicjuje wkrótce falę przedwyborczej przemocy na niewyobrażalną skalę. Ofiarą padną nie tylko funkcjonariusze opozycyjnej partii, ale także ich rodziny oraz przypadkowi ludzie, na których ktoś doniósł, że głosowali nie po myśli reżimu.

Lektura "Strachu. Ostatnich dni Roberta Mugabe" w czasie wakacyjnego wyjazdu to surrealistyczne przeżycie. Ta książka przytłacza. Wiele razy porzucałam lekturę, żeby później do niej powrócić. Przez jej strony przewijają się setki i tysiące ofiar, którym podpalono domy, które wygnano, pobito albo nawet pozbawiono życia. Jest ich tak dużo, że ciężko zapamiętać choćby część. Peter Godwin postawił sobie za punkt honoru spisać historie tych ludzi, żeby ich cierpienie nie odeszło w zapomnienie. Momentami miałam wrażenie, że spomiędzy kartek zacznie po prostu wypływać krew. Czytelnik czuje się podobnie jak młode prawniczki zbierające relacje ofiar gwałtów (w tym czasie równie częstych w Zimbabwe jak pobicia). Jak wrócić do normalnego życia, kiedy przed chwilą usłyszało się historię kobiety, matki bliźniąt, która wyszła na zakupy z jednym dzieckiem, drugie zostawiając z ojcem. Kiedy wróciła mąż już nie żył, a bojówkarze zgwałcili ją przy zwłokach jej drugiego dziecka z odciętą głową. Jak można po przeczytaniu czegoś takiego po prostu pójść na obiad albo na spacer? Nasz spokojny światy wydaje się przy tym kompletnie nierzeczywisty. I cały czas zastanawiamy się, po co to wszystko? Po co mordować żony i dzieci działaczy partyjnych? Po co palić im domy? Po co ludzi torturować i bić do nieprzytomności, a potem jeszcze zabraniać im pójścia do szpitala? Czy nie wystarczyłoby sfałszować drugą turę wyborów? Ale wtedy na pewno ktoś by protestował. Celem jest strach, tak silny, żeby już nikt nie miał odwagi głosować na opozycję. Czasem prześladowania przyjmują wręcz groteskową formę. Kiedy tylko Kościół anglikański potępił akty przemocy, partia rządząca doprowadziła do rozłamu. Kilku wiernych Mugabemu biskupów ogłosiła się prawowitym Kościołem. Większość duchownych i wierni nie mieli jednak zamiaru porzucać prymasa Anglii ani królowej Elżbiety II. I tak odwiedzający grób ojca autor zostaje aresztowany wraz z grupą śpiewających psalmy staruszek, które usiłowały wedrzeć się w niedzielę do kościoła. Tego samego, do którego uczęszczały na msze od jakiś 30 lat, a może i dłużej. Albo podczas procesu jednego z przywódców opozycji Roya Bennetta, który poskarżył się przed sądem na przeludnienie w więzieniu i głodowe racje żywnościowe:

Wysoki, chudy prokurator, pan Nkunda, w czarnym garniturze zwisającym mu z ramion, kontrargumentuje:
- Roy Bennett nie jest traktowany wyjątkowo, cały naród głoduje, nie tylko więźniowie.
Drugi prokurator potakuje. W przeciwieństwie do kolegi jest gruby, a gdy kiwa głową, wałki tłuszczu trzęsą mu się na karku, nieco podważając argument strony oskarżającej. 
"Strach..." to też portret starzejącego się dyktatora widzianego z daleka, zza kordonów jego bojówek. Kim jest najstarszy przywódca świata? Czy ten 84-latek świadomie nęka swój naród? A może to tylko schorowany starzec, który stał się zakładnikiem systemu, który sam stworzył? Nie chce odejść czy też nie pozwalają mu na to jego generałowie w obawie przed zemstą własnego narodu? Peter Godwin nie ma wątpliwości. Jego niechęć wobec Mugabego czuć już było w poprzedniej książce, "Strach..." to gotowy akt oskarżenia, na podstawie którego dyktator mógłby stanąć przed międzynarodowym trybunałem. Co jednak poraża w książce najbardziej, świat kompletnie nie interesuje się sprawą. ONZ nie podejmuje działań na skutek weta Chin i Rosji. Inni Afrykańscy przywódcy też nie kwapią się, żeby rzucić kamień, jako że sami nie są bez winy. Organizacje pozarządowe ograniczają się do pomocy poszkodowanym.

Na arenie międzynarodowej czujemy się izolowani, jak gdyby świata nie obchodziła nasza walka o demokrację. Wszystko dlatego, że nie mamy ani kropli ropy do zaoferowania. Gdybyśmy mieli w ziemi ropę, wszyscy by tu przybiegli. Tragedia polega na tym, że bez trudu moglibyśmy przejść na drodze pokojowej do demokratycznego państwa, jakie wszyscy cenimy. Ale wojsko czeka w pogotowiu na najmniejszy pretekst. 
To nie jest książka, którą można polecić lub nie. Z nią trzeba się zmierzyć. Pozycja niewątpliwie ważna i poruszająca, ale wymagająca naprawdę mocnych nerwów, żeby przejść przez te 360 stron ludzkiego cierpienia.

źródło: arete.media.pl

piątek, 17 maja 2013

Rzeka krwi. Podróż do pękniętego serca Afryki


Tim Butcher wybrał się w podróż, dla której określenie szalona byłoby eufemizmem. To podróż samobójcza, przez region od lat targany wojną domową. I to nie jedną z wielu, a wojną która pochłonęła najwięcej ofiar od czasów II wojny światowej. Różne źródła podają od 4 do 5 milionów ofiar. Butcherowi marzy się podróż śladami XIX-wiecznego podróżnika, Henry'ego Mortona Stanleya, od jeziora Tanganika do rzeki Kongo, a potem aż do Oceanu Atlantyckiego. Autor pracuje nawet w tej samej gazecie, co Stanley. Też jest dziennikarzem "The Daily Telegraph". Ale wyprawa Stanleya to nie tylko podróżnicze osiągnięcie, od niej zaczęła się kolonizacja regionu. Zafascynowany opisami podróżnika król Leopold II postanowił objąć okolice rzeki Kongo belgijskim panowaniem. Przygotowania do podróży zajmują Butcherowi 10 lat. Dlaczego aż tak bardzo mu zależy? Bo Kongo to symbol, pęknięte serce Afryki, które zdaniem autora odzwierciedla wszystkie nieszczęścia, jakie spadły na ten kontynent. Najpierw w postaci kolonializmu i to w najgorszej postaci. Nie bez powodu Joseph Conrad wybrał na miejsce akcji swojego "Jądra ciemności" właśnie Kongo Belgijskie. To najbogatszy w surowce kraj świata, którego mieszkańcy żyją w ubóstwie. W XIX wieku Europejczycy wywozili stamtąd kauczuk i miedź, dziś wywozi się głównie diamenty, kobalt i koltan. Te ostatnie to rzadkie minerały, niezbędne do produkcji sprzętu elektronicznego. Po kolonializmie przyszła krwawa dyktatura Mobutu Sese Seko, a po jego obaleniu niekończąca się wojna domowa. Tima Butchera denerwuje to, jak mało się o nieszczęściu tego kraju mówi w zachodnich mediach. Jakby świat kompletnie o nim zapomniał. O wydarzeniach w sąsiedniej Ruandzie mówiło się tak wiele. Czemu nikt nie pamięta o Kongu? Mnie tez to denerwuje i mam na ten temat nawet pewną teorię.

-------------------------------------- Uwaga! Długa dygresja!----------------------------------------

Pewien mądry człowiek powiedział mi kiedyś, że telewizyjne programy informacyjne nie są po to, żeby się widz czegoś dowiedział, ale żeby się utwierdził w tym, co już wie. Widz nie lubi wcale, żeby mu ktoś świat do góry nogami przewracał. Jak moja 90-letnia babcia, która twierdzi, że kobiety nie pija wódki. I choćbym pół litra przy niej opróżniła, to nie zmieni zdania. Bo nie chce. I rzeczywiście, jeśli jest nawet jakaś nowa informacja, to i tak znaczna część materiału pokazuje wyraźnie, że świat wygląda właśnie tak, jak widz to sobie wyobrażał. Po pierwsze chodzi o to, żeby się widz nie przemęczył przed tym telewizorem po ciężkim dniu pracy. Bo, nie daj Bóg, zmieni kanał. No i poziom intelektualny też jest różny, więc trzeba zrobić tak, żeby jak najwięcej osób zrozumiało. Po drugie to polepsza samopoczucie widza, że taki jest mądry i tyle o świecie wie. Samopoczucie widza jest ważnie, jak mu się pogorszy to może, nie daj Bóg, zmienić kanał. A tu kryzys i budżet i tak się nie domyka. Nawet tzw. kontrowersyjne sprawy są już widzowi dobrze znane. Za czy przeciw aborcji? Za czy przeciw religii w szkołach? Widz to już słyszał setki razy, wie jakie argumenty padną po jednej i po drugiej stronie. Z podanych jak na tacy propozycji wybierze sobie to, co mu pasuje. Bez wysiłku wymyślania czegoś samemu. I też się lepiej poczuje. Ma zdanie na ważne tematy, jest na bieżąco. Albo poczuje się dobrze, bo popiera to, co jest określane jako nowoczesne i postępowe albo z drugiej strony - tradycyjne i honorowe. W tej czarno-białej bajce nie ma miejsca na szarości. Jakiś naukowiec chce zbadać rzeczywiste psychologiczne skutki wychowania w rodzinie stworzonej przez homoseksualistów? Fe! Wsadzamy do szufladki homofob i jedziemy dalej. Ale są też newsy problematyczne. Jak ostatnia sprawa zawalonej fabryki w Bangladeszu. I jak to widzowi wyjaśnić. Prawdę powiedzieć? Że matka ośmiorga dzieci zginęła, a dziecko niewiele starsze od twojego dziecka widzu, które od dwóch lat pracowało w fabryce, przygniotła ściana i ucięło mu nogi, bo ty widzu chcesz mieć tanią koszulkę z C&A i nie obchodzi cię, dlaczego jest tania? Bo przecież zarabiasz biedaku tylko 2 tysiące i nie stać cię na telewizor LCD 30 cali. Niech się bogaci martwią. Tego widzowi nie powiemy, bo zmieni kanał. Nie daj Boże. Widz ma czuć się dobrze. Woli słuchać, jacy źli są politycy, niż że sam tego polityka wybrał i nawet mu się nie chciało przeczytać programu wyborczego partii.

Niektórzy twierdzą, że podwójną moralność mamy w genach. Że to się zaczyna już w dzieciństwie. Mama pokazuje dziecku świnki: "Zobacz jakie śliczne prosiaczki!", potem czyta mu bajkę o mądrej śwince, co przechytrzyła wilka, który chciał ją pożreć. A potem... Daje dziecku schabowy na obiad. I nie widzi dysonansu. Widz ogląda materiał o obozach pracy gdzieś w Azji i bardzo współczuje pokazywanym ludziom. Ogólnie to dobry człowiek. Wysyła SMS-y o treści POMAGAM. A potem idzie kupić najki albo adidasy, wyprodukowane tam w Azji, i nie widzi dysonansu. I tu dochodzimy do pytania, dlaczego o ludobójstwie w Ruandzie z 1994 było tak głośno, a o najbardziej krwawym konflikcie na świecie od czasów II wojny światowej w Demokratycznej Republice Konga mówi się tak niewiele?  Bo konflikt pomiędzy Hutu i Tutsi łatwo wyjaśnić. Etniczne wojny plemienne. Po co więcej pytać? Oni tam tak mają, dzicy ludzie ot co! Nie to co my, wykształceni Europejczycy. Powyrzynali się i tyle. Ale szkoda człowieka, można dać 5 zł na akcję humanitarną. A to, co się dzieje w Kongu? Jak to wyjaśnić? Wojna o surowce. Ale gdzie te surowce? Rozejrzyj się widzu po swoim sprzęcie RTV i AGD. Tutaj. Ci rebelianci dalej tam są i mogą gwałcić nawet małe dziewczynki, żebyś ty miał nowy sprzęt. W promocji albo na raty. Bo przecież gdyby jego producenci nie kupowali surowców od pośredników, a ci od rebeliantów, sprzęt musiałby być dużo droższy. Ale skąd ja miałem wiedzieć? Z tym nic nie da się zrobić, to wielkie koncerny, tak jest świat urządzony - powie widz. Masz internet drogi widzu, świat jest globalną wioską. I nowego telefonu komórkowego w abonamencie też nie trzeba brać co roku. I jeszcze narzekać, że dali jakieś dwuletnie badziewie zamiast nowego Samsunga Galaxy. Zresztą koncerny też wcale nie chcą, żeby się obraz taki upowszechnił. Przekaz marketingowy jest zgoła inny. Masz prawo zrobić coś dla siebie! Dobrze, że jesteś na bieżąco z nowinkami technicznymi, zawsze taki nowoczesny. Masz świat u swoich stóp! Niestety widzu, u twoich stóp jest co najwyżej trup. Tego nikt by nie chciał usłyszeć w  programie informacyjnym po ciężkim dniu.

--------------------------------------Koniec długiej dygresji.-----------------------------------------------

Tak naprawdę, po odejściu Belgów, nie miał kto objąć władzy w Kongu. Za czasów kolonialnych nie dopuszczano przecież czarnych do pełnienia wyższych stanowisk w państwie, praktycznie nie było ludzi z wyższym wykształcenie. To idealna sytuacja dla karierowiczów, takich jak choćby Mobutu Sese Seko. Pierwsze wolne wybory wygrał jednak Patrice Lumumba. Problem z Lumumbą był taki, że miał on zapędy socjalistyczne i przychylnie wyrażał się o Związku Radzieckim. A Bruksela nie miała zamiaru rezygnować z kongijskich surowców. Lumumba został zamordowany. A w 1970 roku Mobutu Sese Seko, z poparciem Belgii i USA, dokonał przewrotu i objął urząd prezydenta. Butcher twierdzi, że Mobutu zrobił nawet coś więcej, niż tylko wrócił do tradycji rządów plemiennych. Bo przed Belgami władcy odpowiadali choćby przed swoim plemieniem i mogli zostać obaleni.  Mobutu nie musiał się tego obawiać, z bronią zafundowaną mu przez Waszyngton mógł pozbyć się wszystkich niepokornych. A jego rządy bywały krwawe. Autor przywołuje choćby historię przywódcy powstania Mulele Mai, Pierre'a Mulele, który zmarł w trakcie tortur, po tym jak obcięto mu genitalia i wszystkie kończyny. Ale Zachód był zadowolony, że ma stabilną sytuację w regionie. A sam Mobutu Sese Seko bardziej znany jest z kampanii afrykanizacji, w której pozamieniał wszystkie nazwy w kraju z francuskich na afrykańskie. W tym nazwę państwa na Zair. Dyktator wiedział jak żyć ze swoimi zagranicznymi sojusznikami, on i jego administracja, skorumpowana do granic możliwości, bogacili się na handlu surowcami. Mobutu był też przyjacielem prezydenta Habyarimany, którego zabójstwo w 1994 roku rozpoczęło rzeź Tutsich przez Hutu w Ruandzie. Mobutu sprowadził nawet zwłoki przyjaciela do Kinszasy, a morderców z Interahamwe zaprosił, aby schronili się w Kongu. To był początek końca dyktatora. Ruanda i Uganda wsparła przewrót Laurenta Kabili, który zajął miejsca Mobutu. Szybko się jednak okazała, że wojska ruandyjskie i ugandyjskie wcale nie chcą opuszczać bogatych w surowce mineralne prowincji Kiwu i Katanga. Siedem lat później, kiedy Tim Butcher wyrusza na swoją wyprawę, walki wciąż trwają. Zdaniem autora zbiorowa świadomość Kongijczyków jest ukształtowana przez te wieloletnie walki i nieustający strach:

Ludzie doskonale pamiętają przebłyski z przeszłości - bestialstwo pierwszych kolonialistów, późniejszy chaos, mordowanie przywódców, korupcję dyktatorów, najemników rozpętujących wojny zbyt skomplikowane, by mogły zainteresować świat, rebeliantów hołdujących kanibalizmowi. Zagraniczni dziennikarze wzdrygają się na wspomnienie starej historii z lat sześćdziesiątych XX stulecia, gdy gwałty zdarzały się tak często, że kiedy brytyjski reporter podszedł do grupki uchodźców i zapytał: "Czy jest tu jakaś zgwałcona zakonnica, która mówi po angielsku?", nikt się nie zdziwił. 

Pierwszy etap podróży to właśnie Katanga i Maniema. Butcher opisuje te prowincje jako miejsca, w których nie tyle czas się zatrzymał, co w których czas się cofa. Tutaj to dziadek opowiada wnukom o wynalazkach XX wieku, o motorach, prądzie elektrycznym, o tym czym były samoloty. Tutaj prądu nie ma już od lat, żadne urządzenia nie działają, a ludzie wrócili do stanu, w jakim żyli w XIX wieku. Zagubione w dżungli wioski są odcięte od świata. Dawne drogi zamieniły się w błotniste bajora, a nieużywane tory pochłonęła dżungla. Jeszcze tylko stary naczelnik stacji kolejowej przychodzi codziennie do pracy z nadzieją, że kiedyś w kraju będzie znów normalnie i pociągi zaczną jeździć. Kongo Butchera to kraj bez historii. On jako obcokrajowiec więcej wie o historii Demokratycznej Republiki Konga niż jej mieszkańcy. Tu nikt historii nie spisuje, nie buduje się pomników ofiar masakr. Wiedza umiera wraz z najstarszym pokoleniem, a w tym piekle na ziemi trudno dożyć starości. Wszystko tu jest tymczasowe. Wsie to tak naprawdę tylko kilka lepianek. Mieszkańcy zapytani, czemu nie zbudują sobie porządnych domów, odpowiadają: Po co? Przecież i tak zaraz przyjdą kolejne bojówki i wszystko spalą. Tutaj najbezpieczniejszym miejscem jest dżungla. Stan pierwotny gwarantuje przetrwanie. Bo to przed ludźmi trzeba się chować. Poza tym dzikich zwierząt nie zostało już wiele. Przez te ciągle grabieże ciężko coś uprawiać, czasem wyrośnie maniok, ale też nie zawsze zdąży. Ludzie są niedożywieni, zjedli już większość zwierząt. A przede wszystkim nie działa prawo, nie ma żadnych zasad. To chyba jest dla ludzi najgorsze. Bojówki mogą zabijać kogo chcą, kompletnie bez powodu i nie spotka ich żadna kara. Tak wygląda pierwsze 1200 kilometrów podróży Tima Butchera - motorem przez dżunglę i pirogą po rzece Kongo. Aż do Kisangani, drugiego co do wielkości miasta w kraju. To pierwszy punkt trasy, w którym jest bieżąca woda i elektryczność. Ale to tylko jedna z nielicznych zalet miast w Kongu. Działania paraliżuje w nich przerośnięta administracja i żarłoczna korupcja. Pozory bezpieczeństwa sprawiają placówki ONZ-etu. Chociaż i tak wszyscy wiedzą, że w razie prawdziwego zagrożenia, to oni ewakuują się pierwsi. Z tą całą tymczasowością ludzkiej egzystencji kontrastuje majestatyczna rzeka Kongo, spokojnie tocząca swoje wody w stronę Oceanu Atlantyckiego. Tim Butcher pokona jeszcze prawie 2 tysiące kilometrów, żeby zobaczyć ujście tej drugiej co do długości rzeki w Afryce.

Książka Tima Butchera "Rzeka krwi" to nie tylko relacja z podróży. To prawdziwe kompendium wiedzy o Demokratycznej Republice Konga. Niektórzy twierdzą, że dygresji o historii kraju jest za dużo. Ale jak inaczej zrozumieć skomplikowaną sytuację, w jakiej znaleźli się jego mieszkańcy? Butcher nie poszedł na łatwiznę. Nie opisał wzruszającej historii jednego człowieka. Ta książka ma większe ambicje. Chce być portretem pokoleń ludzi mieszkających w rejonie rzeki Kongo. I szczerze mówiąc nie pamiętam innej pozycji,  z której dowiedziałabym się o Afryce tak wiele. Poza tym Tim Butcher ma też dar syntezy, podobnie jak choćby Ryszard Kapuściński  potrafi analizować zastaną sytuację i wyciągnąć z niej wnioski. Nie będę próbowała rozsądzać, który typ reportażu jest cenniejszy. Jest przecież mnóstwo dobrych książek opisujących wydarzenia z typowo ludzkiej strony. Zostając w obszarze Afryki równikowej, wystarczy wspomnieć "Dzisiaj narysujemy śmierć" Wojciecha Tochmana czy ruandyjską trylogię Jeana Hatzfelda. Tyle, że po przeczytaniu kilku takich książek, człowiek chciałby wiedzieć coś więcej. Nie tylko, co spotkało bohaterów, ale dlaczego to się wydarzyło. Ta pozycja to właśnie próba pogłębionej analizy. Jak na reportaż mało w "Rzece krwi" opisów spotykanych ludzi i mijanych miejsc. Autor czasem nawet przyznaje się przed czytelnikami do słabości, że był albo zbyt zmęczony całodzienną wędrówką i upałem, albo zbyt przestraszony wizją spotkania z bojówkami, żeby zadawać dodatkowe pytania i poznawać mieszkańców. Nawet mimo tych wad książka to prawdziwe arcydzieło. I pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika Afryki.

PS Zainteresowanym tematem polecam też film dokumentalny "Krew w twoim telefonie" oraz raport portalu psz.pl "Surowce - przekleństwo Afryki".

źródło: ecsmedia.pl

wtorek, 16 kwietnia 2013

"Bolało jeszcze bardziej"


Zwykle o "Bolało jeszcze bardziej" Lidii Ostałowskiej mówi się jako o opowieści o Polsce B. Nie jest to do końca prawdą, wybór reportaży nie pokrywa się bowiem ze znanym nam z historii podziałem, ani nawet z mapą obszarów biedy. Gdyby patrzeć na te reportaże tylko jak na historie o biedzie, kilka z nich kompletnie nie pasowałoby do reszty. To raczej opowieść o tym, co chciałoby się zamieść pod dywan i za nic nie pokazywać zagranicznym turystom. O sprawach wstydliwych i bolesnych, czasem medialnych, ale nigdy do końca niezrozumianych.

"Bolało jeszcze bardziej" to zbiór dwunastu reportaży powstałych na przestrzeni 14 lat. Rzeczywiście tym co od razu uderza w książce jest bieda. I to nie tylko bieda jako stan materialny, ale także stan ducha. Pewne odrętwienie, niemożność zmiany. Bieda jest wręcz chorobą, z której potrafią się otrząsnąć tylko najsilniejsi psychicznie. Większość odziedziczy ją po rodzicach i stopniowo pogrąży się w beznadziei. Czy to w byłym pegeerze w Przerośli Gołdapskiej, czy na łódzkich Bałutach czuć tę samą niemoc. Bo przecież każdy chciałby lepiej żyć, ale tylko nieliczni będą się uczyć czy pójdą do pracy. Innych poczucie frustracji pchnie do przemocy czy kradzieży. Jeszcze inni będą szukali zapomnienia w alkoholu i na deskach wiejskich dyskotek. Zaletą tej książki jest to, że autorka nie ocenia swoich bohaterów. W takich momentach naprawdę widać warsztat reportera. Czy powstrzyma się od komentarza? Czy da radę nie pokazywać, co sam o tym myśli? Ostałowska pozwala mówić bohaterom, ich własnym językiem, nieskładnym, pełnym błędów. Chyba najbardziej poruszającym był dla mnie reportaż "Z tatą" - opowieść kobiety przez lata molestowanej przez ojca. Niczego poza tą opowieścią nie trzeba, jest tak autentyczna, że i tak odbiera mowę każdemu, kto jej wysłucha. Czasem na podstawie relacji bohaterów nie sposób ustalić, co tak naprawdę się wydarzyło. Tak jak w przypadku rodziny z Wrotnowa. Kto zabił znalezione na strychu dzieci? Matka? Teściowa? A może jeszcze ktoś inny? Mamy tylko różne wersje, każdy ma swoją prawdę i może nawet w nią wierzy.

Ostałowska sięga też po głośne sprawy, jak samobójstwo Magika z Paktofoniki czy nieśmiertelny od lat w mediach temat aborcji. Choć ten ostatnio tekst akurat najmniej mi się w całej książce podobał. Bardzo cenne są fragmenty listów nadesłanych przez kobiety, które dokonały aborcji. Wyjaśniają przyczyny, niektóre żałują, niektóre miały nawet myśli samobójcze, inne nie żałują wcale i uważają, że to była dobra decyzja. Chyba wolałabym, żeby autorka podążyła tym tropem, powiedziała mi więcej o tych kobietach. Ostałowska zwraca się jednak do ekspertów, gadających głów, które niewiele wnoszą. Jedni będą oceniać moralność czynu, inni skarżyć się, jakim zacofanym krajem jest Polska, a jeszcze inni ustalać z precyzją do kilku dni, kiedy mamy do czynienia z płodem, a kiedy już z dzieckiem. Czy to naprawdę cokolwiek wnosi? Czy tym kobietom naprawdę będzie lżej, będą żałowały mniej lub bardziej, jeśli przesuniemy ten termin o tydzień albo zmienimy terminologię? Moim zdaniem wprowadzenie takich wypowiedzi, nawet wbrew intencji autorki, przesuwa ciężar sporu z ludzkiego dramatu na pustą, ideologiczną szarpaninę. To tylko dowodzi, jak bardzo grząskim dla reportera tematem są głośne i medialne problemy społeczne. Media często idą na łatwiznę, zwłaszcza te elektroniczne czy drukowane wychodzące codziennie. Tym najbardziej brakuje czasu na dokopywanie się do sedna sprawy. Eksperci są wygodni w użyciu, łatwo dostępni, chętnie się wypowiadają i do tego robią to pełnymi zdaniami. Wiadomo, że jak jest problem X to istnieje szereg fundacji, które się nim zajmują. Jeden telefon i już mamy wypowiedź. Naukowcy też są mile widziani, któryś ze stale bywających w mediach socjologów czy psychologów na pewno problem skomentuje, może nawet podeprze swoją wypowiedź jakimiś statystykami. Prawdziwą sztuką jest jednak dotrzeć to tzw. zwykłego człowieka, który naprawdę coś przeżył. Nie wypowiada się tak sprawnie, trudno z jego chaotycznych słów wybrać okrągłe zdania pasujące do reszty materiału, czasem może w ogóle nie chce mówić. Ale właśnie takich opowieści szukam czytając książki znanych i cenionych reporterów.

Znacznie lepiej Ostałowska radzi sobie z problemem antysemityzmu na podstawie konfliktu pomiędzy łódzkimi klubami: Widzewem i ŁKS-em. Autorka świetnie tu uchwyciła paradoksalność i nielogiczność antysemityzmu kiboli, który nie jest przecież skierowany przeciw prawdziwym Żydom czy Izraelowi. Takich Żydów kibice nawet nie widzieli na oczy. To przeciw czemu? Negatywnym cechom, które ich zdaniem uosabia słowo żyd. Kształtowanie się ludzkich poglądów to naprawdę tajemniczy proces!

Chyba największą zaletą reportaży Ostałowskiej jest to, że zostają w głowie i zmuszają do myślenia. Weźmy tekst o żołnierzach UPA pochowanych na polu w Birczy pod Przemyślem. Mieszkańcy mają glosować, czy zgadzają się na ich ekshumację i powtórne pochowanie na cmentarzu. Niby już tyle lat minęło, a ludziom należy się normalny pochówek. Ale z drugiej strony rany wciąż bolą. Łatwo nazwać protestujących mieszkańcy Birczy zaściankowymi. Tylko jak my byśmy się zachowali, gdyby to nasi bliscy wtedy zginęli? Możemy sobie co najwyżej spróbować wyobrazić, jak bardzo musiało to boleć.

źródło: www.czarne.com.pl