Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 października 2016

Stare spodnie a sens życia


Mam ściśle określone gusta teatralne. Lubię skromne przedstawiania z udziałem niewielu, ale za to dobrych aktorów. Nie dla mnie rewie, wystarczy ciekawa historia. Nie miałam więc wątpliwości, że monodram W progu, czyli historia zaniechanych spodni w wykonaniu Mariana Opani ma szansę mi się spodobać i poszłam do Teatru Ateneum z nadzieją na dobrą sztukę. Sam dramat Glena Bergera był już z dużym sukcesem wystawiany na wielu scenach, a do tego za reżyserię wziął się Bartek Konopka. Tak, ten od Królika po berlińsku. Dostałam znacznie więcej, niż się spodziewałam. 

Bohaterem W progu jest pewien holenderski bibliotekarz, którego życie było do tej pory dość spokojnie. Nie miał żony, nie miał dzieci, nie miał przyjaciół, nie miał też żadnych zainteresowań. Życie toczyło się według ustalonego rytmu, a nasz bibliotekarz czuł się w tej skorupie całkiem bezpiecznie. Ten świat nie zakładał jednak istnienia zdarzeń tajemniczych czy wręcz nadprzyrodzonych. Ale jak wyjaśnić to, że ktoś zwraca książkę po stu trzynastu latach? Bohater rusza w poszukiwaniu dowcipnisia, a przy okazji odnajduje samego siebie.

Obiecanego wątku kryminalnego dostajemy tu tak naprawdę niewiele. Choć mamy pewne poszlaki, ów zwrócony z takim opóźnieniem przewodnik turystyczny Baedekera, siedemdziesięciotrzyletni kwit z londyńskiej pralni, adres skrytki pocztowej w Chinach i trochę zapisków ludzi, którzy w rożnych momentach w historii spotkali tajemniczego jegomościa w żółtej czapce. Wszystkie te przedmioty razem wzięte sprawiły jednak mały cud, zainteresowały naszego bibliotekarza i tym samym wybiły go z odrętwienia, w którym tkwił od lat. To przemiana wewnętrzna bohatera jest treścią tej sztuki, co świetnie zresztą oddał Marian Opania. Poszukiwania zmuszają bibliotekarza do robienia rzeczy, o których nawet do tej pory nie myślał. Ku swojemu własnemu zdziwieniu bohater zaczyna podróżować, idzie nawet na przedstawienie i na potańcówkę. A co jeszcze bardziej zaskakujące, wszystko to coraz bardziej mu się podoba. Zaczyna też stawiać sobie pytania, które nie zaprzątały jego głowy, gdy stemplował biblioteczne karty. Czy jeśli istnieje ten tajemniczy jegomość, który od tylu lat przemierza ziemię, to czy może też istnieć Bóg? A jeśli my sami istniejemy tak krótko, jak zaznaczyć swoją obecność na tym świecie?

Chęć pozostawienia po sobie jakiegoś śladu to jedno z najdawniejszych pragnień człowieka. Niby wiemy, że na karty historii trafiają tylko nieliczni, ale żeby tak zostało cokolwiek. Jakieś małe wspomnienie, dowód tego, że ktoś tę naszą egzystencję zauważył. Znalezienie na to sposobu, choćby absurdalnego, staje się dla naszego bibliotekarza drogą do wyzwolenia. Dopiero teraz dostrzega, że żył, tak naprawdę nie żyjąc. I że stracił jedyną w życiu szansę na szczęście. Nasz bibliotekarz jest buntownikiem, czy może nieszkodliwym wariatem? Na to pytanie każdy widz będzie musiał odpowiedzieć sobie sam. W progu... udowadnia bowiem, że to nie sama odpowiedź jest najważniejsza, a poszukiwanie.

źródło: www.kulturalna.warszawa.pl

poniedziałek, 16 maja 2016

O cienkiej granicy pomiędzy środkami wyrazu artystycznego a robieniem z siebie idioty albo załóż majtki aktorze


Mogłabym skwitować Księgi Jakubowe w Teatrze Powszechnym zdaniem: nie zawsze wiedziałam, o co chodzi, ale było to interesujące doświadczenie. Naraziłabym się jednak zapewne na zarzuty o niski iloraz inteligencji, więc postaram się bardziej. Trudno mi jednoznacznie ocenić sceniczną interpretację powieści Olgi Tokarczuk, która momentami wydaje się genialna, żeby już za chwilę zakrawać na przerost formy nad treścią. Ważne jest jednak, że nie pozwala się nudzić, a to dość istotne, kiedy mówimy o sztuce trwającej ponad cztery godziny. 

źródło: www.powszechny.com

Przede wszystkim mamy tu do czynienia z piekielnie interesującą kartą historii. Jej zbiorowym bohaterem jest XVIII-wieczny ruch mesjanistyczny Żydów z Podola pod wodzą Jakuba Franka, który dziś pewnie nazwalibyśmy sektą. Frank głosił wyzwolenie poprzez połączenie trzech wielkich religii i wyjście poza nie, w praktyce jednak nie różnił się zbytnio od innych samozwańczych mesjaszy. Przyznał sobie prawo do ciał i dusz swoich wyznawców, dzięki czemu mógł sypiać ze wszystkimi kobietami oraz utrzymywać się z oferowanych mu majątków. Jakub Frank miał też talent do polityki, udało mu się zdobyć poparcie polskich biskupów w sporze z talmudystami, co ostatecznie doprowadziło do prześladowań na Podolu. I to tym razem Żydów przez Żydów, choć z cichym przyzwoleniem katolików. Potrafił też zręcznie handlować wartościami, w zamian za chrzest uzyskał tytuł, ziemię i ochronę samego króla. Ostatecznie jednak Frak okazał się zbyt pewny siebie, po tym jak sam ogłosił się mesjaszem, trafił do więzienia jako heretyk. 

Pozostaje pytanie, jak tę wielowątkową opowieść przetłumaczyć na język teatru. Oczywistym jest, że konieczne będą pewne opuszczenia i uproszczenia i tak też się dzieje. Ewelina Marciniak, reżyser spektaklu, już na początku zaskakuje jednak samą formą. Początkowo postacie odgrywane są przez ludzkiej wielkości lalki. Na szczęście tylko w pierwszej odsłonie, bo na dłuższą metę ten zabieg mógłby okazać się nieco męczący. Odrzucenie lalek można też odczytywać symbolicznie  jako pozbycie się narzuconej przez religię i pozycję społeczną formy, która to możliwość zapewne przyciągała ludzi do Jakuba Franka. Iście mistyczny nastrój budują jednak scenografia i oprawa muzyczna. Z tyłu sceny zawieszono lustra, w których widownia może się przejrzeć i porównać do XVIII-wiecznego polskiego społeczeństwa i jego wad. Prawdziwą perełką jest jednak muzyka ze świetnym wokalem Barbary Derlak i choćby dla niej warto spędzić te cztery godziny w Teatrze Powszechnym. Innych aktorów dość trudno ocenić, bo pojawiają się jedynie w krótkich epizodach. Postać samego Franka niestety wypada dość blado w porównaniu choćby do charyzmy hrabiny Kossakowskiej. Po macoszemu potraktowano też księdza Chmielowskiego, tak jak i całą teologiczną warstwę tej opowieści. 

Księgi Jakubowe nie są spektaklem idealnym i momentami cierpią na nadmiar artystycznej ekspresji. Widać to choćby w dość popularnym ostatnio w stołecznych teatrach stylu gry aktorskiej, w którym ruchy nijak mają się do wypowiadanych kwestii. Objawia się to głównie tym, że aktorzy rzucają się po scenie lub na siebie nawzajem i właściwie nie wiadomo po co. Kolejnym nadmiarem w tej sztuce jest niewątpliwie nadmiar golizny (następna choroba tocząca warszawskie teatry). W niektórych scenach jest ona jak najbardziej na miejscu, jak choćby w tej rozpoczynające drugi akt. Niezwykły i zmysłowy taniec aktorów oddaje tu orgię wyznawców Jakuba Franka. Problem w tym, że aktorzy pozostają nadzy także w scenach, które w żaden sposób tej nagości nie wymagają. Niemal w każdej recenzji sztuki narzekam ostatnio na nadmiar nagich piersi, pośladków czy penisów i zaczynam się obawiać, że jeśli w następnym sezonie jakiś teatr wystawi sztukę z ubranymi aktorami, wybuchnie niezły skandal. Istotę problemu świetnie obrazuje scena chrztu z trzeciego aktu, w której aktorzy występują w strojach tak lekkich, że niemal wszystko przez nie prześwituje. Nie jestem w stanie znaleźć żadnego fabularnego czy też artystycznego uzasadnienia takiego rozwiązania. Mieszanie sacrum i profanum? Czyż nie jest nim już sam chrzest z tak niskich pobudek? Po cóż tu jeszcze te pośladki? Moja podejrzliwa natura natychmiast karze szukać dość przyziemnych przyczyn. Na przykład nadziei, że może ktoś poczuje się urażony i ogłosi sztukę kontrowersyjną. Takie ostentacyjne machanie męskim przyrodzeniem wychodzi po prostu jakoś tak głupio i niesmacznie, a przecież ta historia świetnie obroniłaby się sama. Jeśli jeszcze kiedyś miałabym się wybrać na sztukę pani Marciniak, to jednak wolałabym, żeby sprawiła swoim aktorom majtki. 

źródło: www.powszechny.com

sobota, 16 stycznia 2016

Jeszcze jedna podróż tramwajem zwanym pożądaniem

Tennessee Williams jest niewątpliwie jednym z najbardziej kochanych dramaturgów Ameryki, a tytuły jego spektakli zwykle mówią coś nawet osobom, które na co dzień teatry omijają z daleka. Wystawianie jego sztuk wciąż więc te teatry kusi, w końcu to niemal gwarancja pełnej widowni. Tylko czy do wystawianych tyle razy spektakli, na podstawie których powstały kultowe już dla wielu filmy, można jeszcze coś dodać? Bogusławowi Lindzie w Teatrze Ateneum się udało. Wyszedł z tego Williams przyprawiony nieco klimatem filmów Pasikowskiego. 

źródło: www.teatrateneum.pl

Na ten nowy obraz złożyły się tłumaczenie Tramwaju zwanego pożądaniem Jacka Poniedziałka oraz niezwykle wyrazisty duet aktorski Julii Kijowskiej i Tomasza Schuchardta. Nieco zmieniły się dialogi, które zyskały na wulgaryzmach i obsceniczności, co już chyba nikogo we współczesnym teatrze nie dziwi ani nie oburza. Ale to tak naprawdę nie w tekście tkwi sekret tej interpretacji. Julia Kijowska jako Blanche DuBois wypowiada w większości te same kwestie, które wypowiadała choćby Vivien Leigh w filmie Elii Kazana. Kreuje jednak przy tym zupełnie inną postać. Tamta Blanche, choć również zagubiona, źle prowadząca się i koloryzująca na temat wydarzeń ze swojego życia, pozostawała jednak nad wyraz skromną i elegancką damą, przynajmniej jeśli spojrzeć na nią z dzisiejszej perspektywy. Mówimy w końcu o 1951 roku, kiedy to nie pokazywano jeszcze nietrzeźwych kobiet w filmach, a bohaterki przy pocałunku odchylały nienaturalnie głowy do tyłu. Blanche Julii Kijowskiej damą jest już tylko we własnej wyobraźni. Nadużywa alkoholu niemal w każdej scenie, obnosząc się przy tym ze swoim seksapilem. Postać jest jednak przy tym tak spójna i przykuwająca uwagę, że widzowie kupują ją bez słowa sprzeciwu. 


Na wyrazistości zyskuje też Stanley Kowalski, choć moim zdaniem jest on w spektaklu Lindy zbyt jednowymiarową postacią. Chyba wolałam Stanleya w wykonaniu Marlona Brando. Też był prostym pracownikiem fizycznym, ale jednak nie jawił się jako postać jednoznacznie negatywna. Przynajmniej można było zrozumieć, co siostra Blanche Stella w nim widziała. Stanley Kowalski Tomasza Schuchardta ma po prostu wzbudzać antypatię. Jest nosicielem wszystkich negatywnych cech, jakie tylko przychodzą nam do głowy na hasło Polaczek. A ja nie lubię takich stereotypowych postaci. Zdaję sobie sprawę, że polscy imigranci w Stanach Zjednoczonych może i nie cieszyli się zbyt dobrą sławą i pewnie sami się do tego przyczynili, ale wrzucanie wszystkich wad do jednej zaledwie postaci to przesada. Przez takie potraktowanie charakteru Stanleya traci też Stella Kowalska. Zamiast kobiety zakochanej w swoim mężu pomimo licznych wad, staje się jedną z tych żon, które tkwią przy agresywnych i głupich mężczyznach, bo najwyraźniej nie mają na siebie innego pomysłu. Paulina Gałązka próbowała wycisnąć jakieś życie z tej postaci, ale od początku była na przegranej pozycji. O niebo lepiej poradził sobie Bartłomiej Nowosielski, którego Mitch jest znacznie ciekawszy i wielowymiarowy niż jego filmowy odpowiednik. 

Tramwaj zwany pożądaniem ma jeszcze jednego bohatera, a jest nim Nowy Orlean końca lat czterdziestych. Teatralna scena ma oczywiście swoje ograniczenia i nie można na niej pokazać tyle, co na srebrnym ekranie. Bogusław Linada jako reżyser wybrnął z tego całkiem nieźle i stworzył klimat Nowego Orleanu za pomocą dzięków. Jazz miesza się tu z cykaniem świerszczy i w zasadzie to wystarcza, żeby wczuć się w realia epoki. Miłym i zaskakującym akcentem był też deszcze padający na scenie. Pomimo licznych zmian Lindzie udało się zachować gęstą atmosferę oraz silny ładunek emocjonalny sztuki i pozostać przy tym wiernym duchowi oryginału. 


poniedziałek, 21 września 2015

Miłość i krew mają ten sam kolor


Jeśli odłożymy na chwilę na bok informację, że Giacomo Puccini wielkim włoskim kompozytorem był, okaże się, iż jego Madame Butterfly jest historią dość kiczowatą. Może nie pod względem muzycznym, tu opera trzyma oczywiście poziom, choć brakuje jej arii na miarę Nessun dorma. Libretto podsuwa nam jednak historię do bólu schematyczną, żeby nie powiedzieć oklepaną. Oto niewinne dziewczę zakochuje się w starszym mężczyźnie, dla którego porzuca dotychczasowe życie. Ten wykorzystuje jej naiwność i zostawia, a wszystko kończy się tragedią. Czy może być banalniej? Może. Pucciniego skusiła bowiem panującą na przełomie wieków moda na orient i osadził akcję w Japonii. Dziewczę okazało się gejszą, a niewierny mężczyzna oficerem okrętu marynarki Stanów Zjednoczonych. Piszę to wszystko, żeby pokazać, jak śliskim tematem jest Madame Butterfly i jak łatwo ulec pokusie ubrania bohaterów w kwieciste yukaty i przeładowania sceny lampionami oraz kwitnącymi wiśniami. 

źródło: teatrwielki.pl

Reżyserowi Mariuszowi Trelińskiemu należą się ogromne brawa za to, że jego Madame Butterfly w Operze Narodowej wygląda zupełnie inaczej. Trochę jak Szekspir u Kurosawy. Nieliczne - choć momentami monumentalne - dekoracje, które odznaczają się od ciemnego tła, a do tego kontrastujące ze sobą, podstawowe kolory. Dzięki symbolice i oderwaniu od konkretnej epoki historycznej dostajemy iście klasyczną tragedię, w której nie ma dla bohaterki dobrych wyborów, a jedyną ucieczką od okrycia się hańbą jest honorowa śmierć. Kontrasty w scenografii uwydatniają też element tej opowieści, który być może pozostałby ukryty, gdyby do tej opery podejść jak do typowego romansu, a mianowicie zderzenie dwóch kultur i ich koncepcji miłości i honoru. W końcu tym, co rozdzieliło Pinkertona i Ciociosan nie była jedynie zła wola, a przede wszystkim wzajemne niezrozumienie. Pinkerton potraktował młodą żonę jakby była piętnastolatką ze jego kręgu kulturowego, która dopiero próbuje życia i się bawi i która szybko o nim zapomni. Z kolei Ciociosan patrzyła na męża jak na tradycyjną japonkę przystało, czyli niemal jak na domowe bóstwo, dla którego warto poświęcić wszystko, nawet rodzinę i religię. Ostatecznie oboje zachowali się honorowo, tyle że w rozumieniu własnych kultur i światów. Dla Pinkertona takim honorowym wyjściem było zaoferowanie opieki nad synem, dla Ciociosan zmycie ciążącej na niej i dziecku hańby własną krwią. 

Ukłony należą się też twórcom kostiumów, które - choć może nie do końca tradycyjne - świetnie wpisują się w klimat przedstawienia. Występująca w głównej roli Koreanka Karah Son wygląda w nich jeszcze lepiej niż śpiewa. Naprawdę trudno oderwać od niej oczy. Świetnym dopełnieniem są nieme postacie nawiązujące do teatru kabuki, które swoim tańcem zapowiadają fatalny los bohaterów. 


czwartek, 23 lipca 2015

Madame la Directrice

Chodząc na spektakle na podstawie książek, których nie czytałam, czuję się uprzywilejowana. Omija mnie obowiązek porównywania, doszukiwania się pominięć i przeinaczeń. Mogę po prostu cieszyć się sztuką i nie czuję rozczarowania, bo nie miałam żadnych oczekiwań. Na Madame w Teatrze Dramatycznym bawiłam się świetnie, czego nie mogę powiedzieć o wszystkich widzach, a co wnoszę z rozmów zasłyszanych po spektaklu. 

Znam z grubsza fabułę Madame, to w końcu jedna z głośniejszych polskich powieści drugiej połowy XX wieku. Nie spodziewałam się jednak, że tyle w niej inteligentnego humoru. Postać głównego bohatera (w tej roli Waldemar Barwiński), którą przez podobieństwo doświadczeń i zainteresowań można zapewne traktować jako alter ego Antoniego Libery, od razu budzi sympatię. Niewątpliwie mamy do czynienia z inteligentnym chłopakiem, który tak bardzo chce się wybić ponad przeciętną, że momentami popada w egzaltację. Nie brakuje mu jednak przy tym zdolności do autoironii. Choć nie jest jedynym z uczniów zafascynowanych nową nauczycielką francuskiego, swoje uczucia postanawia okazać w nietypowy sposób. Chłopak stara się dowiedzieć o Madame jak najwięcej, a pozyskane informacje dość pokrętnie przemyca na lekcjach i w wielostronicowych wypracowaniach. Miłość pcha go też w objęcia sztuki, nasz bohater staje się bowiem stałym bywalcem niemal wszystkich związanych z Francją wydarzeń kulturalnych w Warszawie. Licealista Antek jest więc postacią ciekawą i nietuzinkową, czego nie można powiedzieć o obiekcie jego westchnień. Madame w wykonaniu Aleksandry Bożek pozostaje bezbarwna. Niewiele o niej wiemy, ale nie czyni jej to wcale intrygującą. Tak jak eleganckie i zgrabne sukienki nie czynią jej wyrafinowaną. Można się nawet dziwić bohaterowi, co takiego w niej widzi. Muszę przyznać, że nijakość tej postaci najbardziej mnie w spektaklu rozczarowała. Bo i czego Antek miałby się od niej nauczyć? Jak pod jej wpływem dorosnąć? Miłym zaskoczeniem, a wręcz wisienką na torcie, była za to postać Picassa odegrana przez Zdzisława Wardejna. Nie podejrzewałam go o taki komediowy talent.

Polityczne aspekty życia w dobie PRL-u nie wychodzą - przynajmniej w spektaklu Jakuba Krofty - poza utarte schematy. Wiemy, że ciężko było wtedy wyjechać za granicę i ludzie byli z tego powodu nieszczęśliwi, ale nikt nie zamierza zagłębiać się w ten temat. Nie kładzie się on też cieniem na dość lekkiej atmosferze wspomnień z lat szkolnych. W efekcie Madame wywołuje raczej ciepłe uczucia, aniżeli skłania do rozrachunków z minioną epoką. Nieraz zastanawiałam się, co sprawia, że okres końca szkoły średniej jest tak pociągający zarówno dla pisarzy, jak i dla większości z nas. To zapewne połączenie poczucia ogromu możliwości towarzyszące początkowi dorosłego życia z wyidealizowanymi po latach wspomnieniami sprawia, że z taką pobłażliwością patrzymy na literackich bohaterów, którzy dopiero popełniają swoje pierwsze błędy.


sobota, 2 maja 2015

"Najistotniejszym i naturalnym powołaniem człowieka jest jego doskonalenie się"


Niełatwo przenieść na scenę tak monumentalne dzieło, jak Czarodziejska góra Thomasa Manna. Nie chodzi tu wcale o objętość wyrażoną w liczbie stron i czasie trwania akcji, który obejmuje aż siedem lat, ale o wielość poruszanych wątków. Być może lepszym wyjściem byłoby wybranie tylko jednego lub kilku z nich, tak jak to zrobił z Idiotą Dostojewskiego Andrzej Wajda? Wojciech Malajkat porwał się jednak na całość. Przypuszczam, że widzowie, którzy znali książkowy pierwowzór, lepiej odebrali spektakl. Ja jednak wyszłam z Teatru Syrena nieco przytłoczona mnogością znaczących dialogów, po których nie dano mi ani chwili, żebym mogła się nad nimi zastanowić. Choć spektakl trwał przecież trzy godziny!

W przededniu pierwszej wojny światowej do sanatorium dla chorych na płuca w Davos przybywa Hans Castorp (Patryk Pietrzak). Młody mężczyzna początkowo chce tylko odwiedzić przebywającego tam kuzyna, ale jego własny stan zdrowia zatrzymuje go na dłużej. Czarodziejska góra to miejsce poza światem i poza czasem, w którym życie i śmierć zamieniły się miejscami. To śmierć jest tu przedmiotem plotek, a wyczekiwanie na nią jedynym zajęciem. Przewartościowanie czy przywrócenie kostusze należnego jej miejsca? W czasach Belle époque odsuwano myśli o niej, podobnie jak my czynimy to teraz, zupełnie jakby nie była częścią życia. Bohaterowie sztuki wydali mi się nie tyle ludźmi, co reprezentacjami pewnych idei, z którymi styka się bohater. Najbardziej jaskrawe ideowo są tu oczywiście postacie Leona Naphty (Wojciech Zieliński) i Lodovica Settembriniego (Mariusz Drążek), które nieustannie się ze sobą ścierają. Naphta to jezuita zafascynowany mistycyzmem i złem tkwiącym w naturze człowieka, a przy tym zwolennik ruchów socjalistycznych i rewolucji. Z kolei Settembrini reprezentuje sposób myślenia humanistów i masonów, miłośników klasycyzmu oraz greckiej filozofii. Pierwszy zarzuca drugiemu wspieranie burżuazji i ucisku społecznego, drugi ma pierwszego za wariata. Czarodziejska góra nie sprowadza się jednak do wyboru pomiędzy tymi rozbieżnymi drogami. Jest jeszcze Kławdia Chauchat (Maria Seweryn), wielka miłość Castorpa, która reprezentuje pewien typ życiowej mądrości opartej na intuicji. Jej postać można też interpretować jak prymat emocji nad chłodnym racjonalizmem. Jeśli tak, to kuzyn bohatera Joachim Ziemssen (Antoni Pawlicki) jest jej przeciwieństwem. To człowiek, który na pierwszym miejscu stawia obowiązek i honor. Nie wypada mu bać się śmierci, ale z trudem znosi oczekiwanie na nią. Jest wreszcie i doktor Behrens (Przemysław Bluszcz), dla którego człowiek to tylko zespół komórek. Chłód jego naukowego podejścia ociera się momentami o okrucieństwo. Dla Mynheera Peeperkorna (Daniel Olbrychski) natomiast życie jest różnoznaczne z przyjemnością. Kiedy więc wiek i choroba uniemożliwiają mu udział w Dionizjach, bohater wybiera samobójstwo. W jego przypadku można jednakże mówić o wyborze, podczas gdy Albin (Rafał Mohr) jest już tylko czystym zwierzęcym strachem i popędem. Trudno mi zinterpretować postać Karoliny Stöhr (Aleksandra Justa), która przeważnie tylko histerycznie się śmieje. Nie wiadomo, czy kieruje nią pogarda, czy też rozpacz. Państwo Urianowie pozostają jedynie tłem dla innych bohaterów. 

Czarodziejska góra to spektakl bardzo udany pod względem scenografii i klasycznej oprawy muzycznej przygotowanej przez Grzegorza Turnaua. Sprawdzili się też aktorzy, ci poboczni nawet bardziej przypadki mi do gustu niż odtwórcy głównych ról. Choćby taki Iwo Pawłowski w zaskakującej roli siostry przełożonej. Paradoksalnie najmniej zachwycił mnie Daniel Olbrychski, którego twarz widnieje na plakacie promującym spektakl. Jego rola była dość okrojona, a poza tym mam wrażenie, że widziałam go już w podobnych. Mam też wątpliwości, co do obsadzenia Marii Seweryn w roli Kławdii. To dobra aktorka, ale też bardzo charakterystyczna. Nieważne, jaką postać by akurat odgrywała, ja i tak zawsze widzę Marię Seweryn. To chyba cecha rodzinna. 


sobota, 28 marca 2015

Ole, ole, ole, ole, ole, oleanna


Zaraz po wojnie secesyjnej przybył do Pensylwanii pewien bogaty Norweg o imieniu Ole. Chciał tam stworzyć dla swoich rodaków utopię. Była z nim żona Anna, dlatego komunę nazwano Oleanna. Skończyło się bankructwem i zawiedzionymi nadziejami. Do tych wydarzeń nawiązuje tytuł sztuki Davida Mameta wystawianej na deskach Teatru Studio. Tu jednak bankrutują idee, a zawodzi system edukacji. 

Łatwiej polubić Jego, chociaż ma swoje wady. Jest z pokolenia, które nie rozumie, że do studentek nie mówi się "kochanie" ani "podobasz mi się". Nie można mu jednak odmówić odwagi i chęci wyłaniania się ze sztywnych ram uniwersytetu. Dlatego, kiedy przychodzi do niego Ona, nie poprzestaje na zwykłym niezaliczeniu jej przedmiotu. Choć tak pewnie postąpiłaby większość jego kolegów. Postanawia poprowadzić wykład od nowa, tylko dla Niej, i wyjaśnić wszystko, czego dziewczyna nie zrozumiała. Ona jest już nowym typem studenta, ale nie takim, o jakim marzył On. Potrafi wymagać i wie, gdzie złożyć skargę, jeśli coś jej się nie spodoba. Nie jest niestety specjalnie pojętna, a kiedy czegoś nie rozumie lub z czymś się nie zgadza, reaguje krzykiem. Nie potrafi prowadzić akademickiej dyskusji, a teoretyczne rozważania bierze za inwektywy. Trudno jej jednak odmówić odrobiny racji, w jej świecie w końcu wykładowcy się tak nie zachowują. A jeśli się zachowują, to muszą mieć nieuczciwe zamiary. John i Carol, z tego spotkania musiało wyjść jakieś nieszczęście. 

Sztuka Mameta jest tak naprawdę o schematach i o tym, jak łatwo wpaść w nowe, kiedy się tylko wyjdzie ze starych. Johnowi nie podoba się świat, w którym wykładowca jest wszechwiedzącym panem sytuacji, ale nie spodziewa się, że próba zmiany schematu skończy się tylko zamianą ról, a swobodna wymiana myśli pozostanie nieosiągalną utopią. Oleanna to też sztuka o niemożności porozumienia pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy z pozoru są do siebie podobni. Obracają się w akademickim środowisku, wychowali się w tej samej amerykańskiej kulturze, mówią z pozoru tym samym językiem i dzieli ich tylko nie aż tak wielka różnica wieku. Oni jednak, chociaż wypowiadają te same słowa, mają zupełnie co innego na myśli. W ich głowach siedzą inne schematy i stereotypy, które uporządkowały im świat tak, że stanowisko drugiej strony jest nie do przyjęcia. Czy ta sytuacja nie brzmi znajomo? Pewnie większość z nas się znalazła się kiedyś w podobnej, nawet jeśli nie skończyło się to tak dramatycznie, jak w przypadku Johna i Carol. 

Oleanna to skromna sztuka dwojga aktorów. Jeśli ktoś czasem czytuje ten blog, pewnie zdążył już zauważyć, że ten typ lubię najbardziej. Pozwala skupić się na historii i aktorach, a ci drudzy też wypadają bardzo dobrze. Bohaterka Natalii Rybickiej może i mogłaby momentami być mnie rozemocjonowana, ale to w końcu teatr, trochę więcej ekspresji mu nie zaszkodzi. Za to Krzysztof Stelmaszyk wyreżyserował spektakl i zagrał w nim całkowicie bez zarzutu.  


czwartek, 12 lutego 2015

Nastazji Filipowny już nie ma

Myszkin i Rogożyn razem w ciemnym pokoju, Nastazji Filipowny już nie ma. To finałowa scena Idioty Fiodora Dostojewskiego. Na pomysł zrobienia z niej odrębnego spektaklu wpadł Andrzej Wajda w 1977 roku. W głównych rolach obsadził wówczas Jana Nowickiego i Jerzego Radziwiłowicza. Nie zachował oryginalnej chronologii, przez co scena stała się jeszcze bardziej gęsta i mroczna. Do pomysłu powrócił Andrzej Domalik w warszawskim Teatrze Ateneum. I bardzo dobrze, bo teraz Nastazję Filipowną mogą zobaczyć ci, których pod koniec lat siedemdziesiątych nie było jeszcze nawet w planach (czyli ja). Tym razem w Rogożyna wcielił się Marcin Dorociński, a w Myszkina - Grzegorz Damięcki. 


Dwóch aktorów na prawie pustej scenie, dookoła ciemność. Nikt się nie rozbiera, nikt nie rzuca mięsem, kostiumy nie odwracają uwagi od aktorów, a z sufitu nie sypie się konfetti. A ja wreszcie czuję, że jestem w teatrze. Mam przed sobą dwóch mężczyzn, którzy kochali tę samą kobietę. Jeden ją zabił, drugi właśnie dowiedział się, że jej już nie ma. Właściwie są swoimi przeciwieństwami. Rogożyn zakochany do szaleństwa, porywczy, nieustępliwy. Jego pozorny spokój wydaje się jeszcze groźniejszy od wybuchów złości. I Myszkin. Tak poczciwy, że miejscowa arystokracja nazywa go idiotą. Z jednej strony nieporadny, z drugiej zdający się widzieć więcej niż inni. Rozmowa nie dotyczy tylko miłości, schodzi na różne tory, w tym Boga i istotę wiary. To tu padają znamienne słowa Myszkina, które w książkowym pierwowzorze wypowiedział nieco wcześniej, jeszcze przed śmiercią Nastazji:

Najgłębsza istota uczuć religijnych nie odnosi się ani do żadnych rozważań, ani do żadnych występków i przestępstw, ani do żadnych ateizmów; to nie to, i zawsze będzie nie to; jest w religii coś, z czego się będą wiecznie ześlizgiwać ateizmy i wiecznie będą mówić nie o tym.

Podoba mi się Rogożyn Dorocińskiego, nawet jeśli jest to kreacja podobna do poprzednich w dorobku tego aktora. Nieco zaniedbany wygląd, obniżony głos i twardy wzrok świetnie budują tę postać. Nie mam wątpliwości, że taki Rogożyn byłby w stanie zabić. Zawiodła mnie za to nieco kreacja Grzegorza Damięckiego. Z pewnością jego zadanie było trudniejsze. Czarne charaktery są znacznie bardziej widowiskowe, same w sobie robią duże wrażenie. A taki Myszkin? Jak połączyć naiwność z przenikliwością? Damięcki zaczął dobrze, od jego reakcji na widok martwej Nastazji naprawdę przeszły mi ciarki po plecach. Potem jednak chyba za bardzo skupił się na epileptycznych tikach bohatera. Liczyłam, że zobaczę coś więcej, że będę świadkiem popadania Myszkina w szaleństwo. Nic takiego się nie stało, do końca pozostał taki sam. 


środa, 28 stycznia 2015

Trzy siostry i jedna katastrofa

Uciekłam z teatru w czasie przerwy. Nie jestem z siebie dumna. To nie był dobry dzień, od rana miałam kiepski humor. Nie chodziło nawet o to, że interpretacja Trzech sióstr Małgorzaty Bogajewskiej w Teatrze Dramatycznym mi nie odpowiadała. Ze sceny po prostu wiało nudą, a ja nie byłam w nastroju, żeby cierpieć za ludzkość. A może w tym szaleństwie była jednak metoda? Jeśli widzowie mieli poczuć się tak znudzeni i zniechęceni jak bohaterowie dramatu, to sztukę można by uznać za prawdziwy sukces. 


Od lat żywię pewien sentyment do Antona Czechowa. Często wracam do jego opowiadań i za każdym razem jestem równie zaskoczona, że w tak krótkich tekstach można tak wiele pokazać. Kilka dni temu pod wpływem impulsu kupiłam króciutki zbiór Śmierć urzędnika i inne opowiadania, który przeczytałam na miejscu. Byłam tak samo urzeczona jak zawsze. Czym? Lekkością i humorem, z jakim autor obnażył ludzką dwulicowość w Kameleonie, a także przejmującą samotnością dorożkarza z opowiadania Smutek. Czechow doskonale rozumiał, że o cierpieniu nie pisze się wprost, bo wtedy łatwo popaść w banał. Opowieść o dorożkarzu, który krąży po ulicach i nie ma z kim porozmawiać o tym, że syn mu umarł, zostaje natomiast w pamięci na wiele dni. Największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie Gruby i chudy. Oto po latach wpadają na siebie na dworcu przyjaciele z dzieciństwa. Gawędzą sobie beztrosko do momentu, aż jeden z nich przyznaje się, że zajmuje teraz wysokie stanowisko. Chudy natychmiast zmienia ton. Niemal widzę, jak się prostuje, twarz mu tężeje i pojawia się na niej sztuczny uśmiech. Autor w zaledwie jednym zdaniu podszytym fałszywą uprzejmością pokazał nie tylko całą służalczą osobowość bohatera, lecz także wszystkie bolączki społeczeństwa, w którym liczą się przede wszystkim zaszczyty i układy, a ludziom wyżej postawionym nie można ufać. Nie ma znaczenia, że tekst ma już ponad wiek. Taka scenka mogłaby się równie dobrze odegrać współcześnie. Dlatego wierzyłam, że Trzy siostry nie mogą być złe. Czytałam oczywiście te wszystkie negatywne recenzje, ale nie byłam w stanie przyjąć do wiadomości, że Czechowa da się zepsuć. 

Bohaterkami Trzech sióstr są Olga, Masza i Irina, córki zmarłego generała brygady, które mieszkają z bratem Andriejem na rosyjskiej prowincji. Kobiety marzą o wyjeździe do Moskwy, co jednak nigdy nie dochodzi do skutku. Andriej poślubia bowiem miejscową dziewczynę i roztrwania majątek na hazard. W dramacie pojawiają się też inne osoby: śmieszno-tragiczna postać doktora Czebutykina, podpułkownik Wierszynin, służąca Anfisa oraz dwóch konkurentów do ręki Iriny baron Tuzenbach i kapitan Solony. Wszyscy bohaterowie są swoim życiem piekielnie znudzeni, lubią wielkie słowa, ale nigdy nie przekuwają ich w czyny. Oszukują się, tak jak czyni to wielu współczesnych ludzi. Bo któż przyznałby się sam przed sobą, że beznadzieja jego życia wynika z jego własnych czynów lub raczej ich braku? Że to lenistwo trzyma go w miejscu, a nie warunki materialne czy ograniczenia narzucane przez społeczeństwo? I że nie pomoże wyjazd do żadnej Moskwy, bo problem tkwi w nim samym? 

Wszystko powyższe to oczywiście interpretacja dramatu. Ciężko dojść do takich wniosków po obejrzeniu Trzech sióstr w Teatrze Dramatycznym. Pani reżyser postarała się, żeby działania bohaterów nie tworzyły żadnego logicznego ciągu, a widz nie potrafił, czy nawet nie chciał, zrozumieć ich emocji. Postacie dramatu są u Bogajewskiej przede wszystkim rozkrzyczane i rozemocjonowane, a ich zachowanie często pozostaje w sprzeczności z wypowiadanymi kwestiami. Z kompletnie też niezrozumiałych przyczyn widz jest zamęczany głośną muzyką, a z sufitu na aktorów sypie się konfetti. Z tytułowych trzech sióstr najmniej schizofrenicznie wypada Olga w wykonaniu Anny Gajewskiej. Jest przy tym niestety dość bezbarwna. Agnieszka Warchulska jako Masza zachowuje się co najmniej jak ofiara wieloletniej przemocy domowej, a nie kobieta znudzona małżeństwem. Irina Anny Szymańczyk bywa raz przesadnie szczęśliwa, innym razem przesadnie smutna. Zmiany nastrojów następują nagle i bez żadnych widocznych przyczyn. Nawet Izabela Dąbrowska jako Anfisa jest tak komediowa, że aż postać ta traci jakiekolwiek znaczenie. Na scenie broni się jedynie starsze pokolenie, czyli Adam Ferency jako Wierszynin i Janusz Nowicki w roli Czebutykina. Na domiar złego Bogajewska postanowiła przebrać bohaterów we współczesne ubrania i umieścić nad sceną licznik długu publicznego. Chciała w ten sposób - jak mniemam - zasugerować, jakoby obecne problemy polskiej gospodarki miały wynikać z podobnych przyczyn co beznadzieja życia bohaterów dramatu Czechowa. Jeśli pani reżyser tak uważa, musi na co dzień obracać się w kręgach, które mają niewiele wspólnego ze statystycznym Polakiem. 


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Trup, króliki i spaghetti

Kryminały dawno już przestały być postrzegane jako literatura gorszego sortu, do której czytelnicy niekoniecznie chcą się przyznawać. Rozgościły się na salonach i nie mają zamiaru nigdzie się stamtąd ruszać. Ekspansja na teatralne sceny była tylko kwestią czasu. Rzecz wpisuje się świetnie w widoczny od jakiegoś czasu wśród warszawskich reżyserów trend do przetwarzania produktów popkultury. Nic zatem dziwnego, że Teatr Dramatyczny reklamuje sztukę Martwa natura w rowie przez porównanie jej do filmów Quentina Tarantino i Guya Ritchiego. Autor dramatu, Włoch Fausto Paravidino, najwyraźniej ma jednak ciągoty do psychologii i wystawiania ocen społeczeństwu i usilnie próbuje wywlec brudy z dusz swoich bohaterów. Nie jestem pewna, czy reżyser bardziej mu w tym pomaga, czy przeszkadza. 



Małe miasteczko na północy Włoch, niedziela nad ranem. Porządni obywatele już śpią, ci mniej porządni wracają niepewnym krokiem do domów. Zmęczony imprezą chłopak wypada z drogi i zderza się z drzewem. W rowie znajduje ciało martwej dziewczyny. Na miejscu wkrótce zjawia się inspektor Santi (Sławomir Grzymkowski). Postać typowa dla gatunku. Cyniczny, acz inteligentny policjant, który nie lubi rozgłosu, a swoich współpracowników ma za bandę idiotów. Bardzo chciałby znaleźć mordercę przed wieczornym dziennikiem, po którym w mieście zjawią się dziennikarze z całego kraju. Daje mu to jakieś piętnaście godzin. Ofiara to nastoletnia Eliza Orlando (Marta Dylewska), dziewczyna z dobrego domu. Santi nie wierzy, żeby ludzie tego typu ginęli pobici na śmierć, dlatego zaczyna szukać poszlak wśród lokalnych dealerów. Szybko okaże się, że nie tylko Eliza ma coś na sumieniu. 

Fausto Paravidino chyba bardzo chciał uczynić ze swojej sztuki coś znacznie więcej niż kryminał. Dlatego bezlitośnie obnaża ciemne sprawki bohaterów oraz ich żałosną samotność wśród innych ludzi. Dotyka takich tematów, jak plaga narkomanii, zmuszanie do prostytucji czy bezsilność kryjąca się za hedonistycznym sposobem życia. Niestety tylko się po nich ślizga. Od początku wiadomo też, do czego zmierza. Prędzej czy później musi z hukiem runąć mur, który oddziela porządnych obywateli od społecznych wyrzutków. Niewątpliwie ciekawa jest próba odejścia od realizmu i wprowadzenie Elizy z powrotem na scenę jako ducha, który przygląda się śledztwu. Potencjał tej postaci nie został jednak wykorzystany. Eliza snuje się po scenie, chichocze, parodiuje pozostałych bohaterów i nie wnosi kompletnie nic do całej historii. W zasadzie mogłaby pozostać martwa. 

Małgorzata Bogajewska, reżyser spektaklu, zdecydowała się pogłębić tę nierealną i oniryczną stronę Martwej natury w rowie przez wprowadzenie postaci statystów w króliczych maskach. Skojarzenia z filmem Davida Lyncha nie są tu pewnie przypadkowe. Dość odważnym i udanym zabiegiem okazało się pozostawienie na scenie aktorów, którzy akurat nie biorą udziału w głównych wydarzeniach. Odchodzą oni po prostu za policyjną taśmę lub na bok sceny. Świetne pole do popisu miała tu Katarzyna Herman w roli matki zamordowanej dziewczyny. Aktorka pozostawiona na uboczu ciągle gra i nie ulega pokusie odpuszczenia sobie choć na chwilę, kiedy światło i uwaga widzów skierowane są w zupełnie inną stronę. Nieźle wypada Sławomir Grzymkowski jako inspektor Santi, a Waldemar Barwiński jest zabawny i uroczy w roli pechowego dealera. Marta Dylewska nie miała na scenie za wiele do zrobienia, dlatego pani reżyser postanowiła pokazać jej nagi biust. Nie pamiętam już, kiedy ostatni była w teatrze i nie zobaczyłam choć fragmentu jakiegoś pośladka czy piersi. Niestety w większości przypadków - i w tym także - nie miało to kompletnie żadnego związku z fabułą. Po uszach uderza też duże stężenie przekleństw w wypowiedziach niektórych bohaterów. Oczywiście nie chciałabym, aby dealer używał sformułowań typu motyla noga. Nie o to chodzi. Realizm jest ważny, po prostu nadużywanie środków wywołuje uczucie przesytu. Będę naprawdę w szoku, jeśli kiedyś wybiorę się na współczesną sztukę i nikt nie będzie próbował mnie zaszokować.  


piątek, 24 października 2014

A czy ty jesteś nosorożcem?

Eugène Ionesco napisał Nosorożca w 1959 roku, czyli prawie dekadę po Łysej śpiewaczce, kiedy był już znanym na świecie współtwórcą teatru absurdu. Sztuka opowiada o mieszkańcach pewnego miasteczka, którzy jeden po drugim popadają w zbiorową histerię i zamieniają się w nosorożce. Sam Ionesco o Nosorożcu mówił tak:
Wielokrotnie w moim życiu zadziwiało mnie to, co można by nazwać prądem opinii, nagłą zmianą, którą on wywołuje, siłą zarażania, mającą charakter istnej epidemii (...) Ludzie zmieniają swoje poglądy, zmieniają siebie, i gotowi są z całą świadomością zamordować tych, którzy tych poglądów nie podzielają. Za nimi idą inni i tak dalej. Wszystko to dzieje się nie w kategoriach intelektu, ale uczucia, ślepego witalizmu.
Współcześni dramaturgowi często interpretowali tekst w kontekście zagrożeń związanych z totalitaryzmami i narzuconym z góry sposobem myślenia. A jak interpretować go dzisiaj?  Jakie formy zbiorowego myślenia dziś nam zagrażają? Do głowy przychodzą konsumpcyjny i bezrefleksyjny styl życia, pozorność informacji przekazywanych przez media i bezkrytyczne ich przyjmowanie oraz opinie, które za pośrednictwem internetu rozchodzą się tak szybko, że uznanie ich wydaje się niemal obowiązkowe. 


Artur Tyszkiewicz, reżyser Nosorożca w Teatrze Dramatycznym, zdecydował przenieść akcję z sennego miasteczka do miejsca, które dziś uchodzi za siedlisko wszelkiego zła. Do dużej korporacji. Domyślamy się, że rzecz ma się dziać w Warszawie, z okna widać bowiem Żagiel Libeskinda. Reżyser zrezygnował też z pełnego przedstawienia I aktu, w którym poznajemy bohaterów: niesumiennego, rozczochranego i nadużywającego alkoholu Bérengera (Paweł Domagała) oraz jego przyjaciela pedantycznego, zadowolonego z siebie Jana (Krzysztof Ogłoza). Scenę okrojono do rozmowy przez SMS-y dwójki anonimowych pracowników biura. Posunięcie to dość ryzykowne. Widz, który sztuki nie zna, może się poczuć nieco zdezorientowany. Reżyser najwyraźniej jednak uznał, że teatr absurdu w wykonaniu Ionesco jest jeszcze za mało absurdalny i trzeba w sztuce namieszać. Genialnie za to zaczyna się II akt. Pracownicy biura czytają informacje o nagłym pojawieniu się nosorożców w mieście i spierają się, czy rzecz rzeczywiście miała miejsce. Niektórzy nie wierzą dziennikarzom i nawet obecność dwójki naocznych świadków, Bérengera i Daisy (Anna Szymańczyk), nie jest w stanie ich przekonać. Dyskusję przerywa kierownik Papillon (Andrzej Blumenfeld), który każe wszystkim zabrać się do pracy. Za chwilę widzowie zobaczą reżyserską i choreograficzną perełkę. Pracownicy poruszają się rytmicznie, są zgrani jak trybiki w wielkiej maszynie. Na chwilę zamierają bez ruchu, żeby jeszcze z większym zapamiętaniem wykonywać te same, wyuczone ruchy. Ich działania stają się coraz bardziej nerwowe, żeby w końcu zamienić się w histerię. Pracę przerywa pojawienie się pani Beuf (Magdalena Smalara), żony nieobecnego pracownika. Ściga ją nosorożec, który teraz próbuje wedrzeć się na schody budynku. Wreszcie wszyscy mogą zobaczyć zwierzę na własne oczy. Pani Beuf rozpoznaje w nim swojego męża, a pracowników musi ewakuować Straż Pożarna. Kolejne ryzykowne posunięcie - zaczynać od tak efektownej sceny. Niebezpiecznie rozbudza to u widzów apetyt, którego nie ma czym zaspokoić. 

Następne sceny nie będą już tak widowiskowe, czkawką odbije się też okrojenie I aktu. Bérenger odwiedza Jana, który na jego oczach zamienia się w nosorożca. Ale kim jest Jan? Przyjaciel bohatera nie został nam wcześniej przedstawiony i pewnie wielu widzów weźmie go za jednego z pracowników biura. Epidemia nosorogacizny coraz szybciej się rozprzestrzenia. Na ulicach nie widać już ludzi, z radia wydobywa się ryk nosorożca. W nosorożce zamieniła się już większość mieszkańców. Na koniec zostanie tylko Bérenger, Daisy i Dudard (Sławomir Grzymkowski). Ten pierwszy coraz więcej pije, żeby uchronić się przed zezwierzęceniem. Ten ostatni widzi coraz więcej plusów w byciu nosorożcem. Bo skoro wszyscy to robią, to musi być dobre, prawda? 




poniedziałek, 6 października 2014

Myśli nieuporządkowane

Warszawski Teatr Studio wystawia właśnie monodram na podstawie sztuki rosyjskiego dramatopisarza Jewgienija Griszkowca. Nie znamy imienia bohatera, w którego wcielił się Łukasz Simlat. Nie jest ono do niczego potrzebne. Bohater ma być tak zwyczajny, jak to tylko możliwe. Griszkowiec należy bowiem do tego gatunku autorów, których fascynuje codzienność i przeciętność. Osoby niezwykłe i wyróżniające się z tłumu zwyczajnie go nie interesują. Bohater Jednocześnie ma przeciętną twarz, nosi typowe i nijakie ubrania i jak wielu jemu podobnych wieczorami ogląda filmy w ulubionym fotelu. Prawdopodobnie gdzieś pracuje, czasem podróżuje po kraju. Jest jednoosobowym tłumem. Ale chce przy tym, żeby jego historia została wysłuchana. Dla siebie przecież jest jedyny. 

Co to za historia? Nic specjalnego. Zbiór myśli, niepokojów i marzeń. A do tego pytania. Choćby o związek ducha z materią. Bo przecież, kiedy burczy w brzuchu, to nie bohater burczy. Samo się burczy. Gdzie jest więc to ja? Jak daleko sięga i z czego się składa? Bohater wspomina z pozoru nieistotne rzeczy, które go ukształtowały i najbardziej zapadły w pamięć. Wiele z jego spostrzeżeń jest bardzo trafnych. Człowiek nie jest przecież od początku do końca logiczny, zaplanowany i kompletny. Czasem sam nie wie, dlaczego coś mu się tak bardzo nie podoba. Albo odwrotnie. Nagle przeżyje chwilę nieuzasadnionego zachwytu. Momenty, które powinny być niezwykłe, wcale takie nie są, a sałatka sylwestrowa smakuje najlepiej następnego dnia. Wszystkie te zbierane przez lata myśli i odczucia tworzą jakieś ja. Powstała już niejedna psychologiczna teoria, która miała włożyć to ludzkie ja w jakieś ramy. Ale może właśnie tak powinniśmy je postrzegać. Taka mieszanka może być przypadkowa, ale na pewno jest jedyna w swoim rodzaju, a to czyni nawet najbardziej szarego człowieka wartym poznania. 

Spektakl ma jeden poważny mankament. Widz przez cały czas czeka na jakąś puentę. Klamrę, która wszystkie przemyślenia bohatera zepnie w jakąś sensowną całość. Ale Godot nie przychodzi, a my wychodzimy z teatru rozbici i zdezorientowani. No bo o czym właściwie był ten spektakl? 


wtorek, 16 września 2014

Dziewczyny do wzięcia 2.0


Moda na sztuki na podstawie filmów na dobre zagościła na deskach stołecznych teatrów. Bardziej naturalna wydaje się droga w odwrotną stronę, ale nie ma co przekreślać samej idei. Swoją filmową propozycję ma też Teatr Powszechny, który wystawia uwspółcześnioną wersję komedii z okresu PRL-u Dziewczyny do wzięcia. Na pewno jest to sztuka dużo lepsza niż Miłość blondynki Och-Teatru, którą niedawno opisywałam. Ale to akurat żadne zaskoczenie. Spektakle Powszechnego zwykle bywają lepsze od tych w obu teatrach Krystyny Jandy. Miłość blondynki to po prostu gorsza wersja filmu plus kilka nieśmiesznych żartów. Piotr Rowicki, scenarzysta Dziewczyn do wzięcia, postarał się bardziej. Nie tylko uwspółcześnił historię z filmu Janusza Kondratiuka, lecz także podjął całkiem udaną próbę nakreślenia ironicznego obrazu współczesnej Warszawy. 


Trzy dziewczyny: sklepowa Grażyna (Eliza Borowska), fryzjerka Dżasta (Katarzyna Maria Zielińska) i pracownica domu kultury Edzia (Agnieszka Przepiórska) przyjeżdżają na jeden dzień do stolicy, żeby spotkać się z poznanymi na facebookowym czacie chłopakami. Rowicki bardzo sprytnie wymienił charakterystyczne elementy z filmowego pierwowzoru. Chłopcy to już nie inżynier i magister, a manager i account, którzy tak naprawdę pracują w Starbucksie. Dziewczyny nie zamawiają już kremu sułtańskiego, a creme de crevette. Bohaterowie poza XXX piętrem Pałacu Kultury odwiedzają też Muzeum Powstania Warszawskiego i pijalnię wódki. Nie wystarcza już byle mieszkanie z przydziału, teraz trzeba mieć apartament w żaglu Libeskinda. Właściciel mieszkania nie jest już kelnerem w nocnym klubie, a prezenterem pogody w ogólnopolskiej telewizji, który w niecenzuralny sposób zwraca uwagę współpracowników na brudny monitor. Nawet dziewczyny nie nucą już w pociągu przebojów Czerwonych Gitar, tylko Piosenkę księżycową Varius Manx. Od 1972 roku zmieniły się też kobiece i męskie role. Dziewczyny w spektaklu to nie niewiniątka, które trzeba podstępem zaciągać do łóżka. Tyle że mężczyźni nie potrafią już odegrać dawnej roli, więc i tak nic z tego nie wyjdzie. 

Nie zmieniła się tylko mentalność. Bohaterowie cały czas pozują na kogoś, kim nie są. Dlatego w dialogach nie trzeba było aż tak dużo zmieniać. Wiktor (Michał Napiątek) i Mike (Grzegorz Falkowski) to ucieleśnienia stereotypu hipstera. Mówią dużo i używają trudnych słów, żeby ukryć jakoś fakt, że tak naprawdę nie mają nic do powiedzenia. Ich paplanina robi się w pewnym momencie męcząca. Gdybym była reżyserem, pewnie trochę ukróciłabym im kwestie. Przy tych dwóch małomiasteczkowa przyziemność dziewczyn zyskuje sporo uroku. Wszystko to do czasu, aż na scenę wkroczy Zibi (Piotr Ligienza). Pan pogodynka imię zawdzięcza zapewne Zbigniewowi Buczkowskiemu, który w filmowym pierwowzorze jako pierwszy zanucił Pieski małe dwa. Ta postać kradnie cały spektakl. Choć pod względem aktorstwa innym też trudno by było cokolwiek zarzucić, to właśnie kreacja Piotra Ligienzy na długo pozostaje w pamięci. Od strony reżyserii też nie jest źle, choć pewnie mogłoby być nieco lepiej. 

źródło: news.o.pl

czwartek, 7 sierpnia 2014

Miłość blondynki według blondynki


Wspominałam już, że nie lubię prywatnych teatrów? Zdecydowanie zbyt często można w nich trafić na słabe sztuki, których reżyserzy na siłę próbują rozśmieszyć widza żartami na poziomie Świata według Kiepskich. I nie mówię tu wcale o komediach. Wakacje rządzą się jednak swoimi prawami i wtedy już nie można wybrzydzać. Poza tym Miłość blondynki w Och-Teatrze zapowiadała się naprawdę dobrze. Sztuka powstała na podstawie sztandarowego filmu czechosłowackiej Nowej Fali z lat sześćdziesiątych w reżyserii Milosa Formana. Za realizację spektaklu wzięła się sama Krystyna Janda. Do zadania reżyserskiego podeszła najwyraźniej tak jak do swego aktorstwa - bardzo ekspresyjnie. Niestety, żeby stworzyć dobry spektakl nie wystarczy częste potrząsanie głową i dramatyczny ton. Przydałaby się jeszcze jakaś historia. 


Film Formana jest prosty, momentami zabawny, ale w ogólnej wymowie dość smutny. Mamy lata sześćdziesiąte, Andula pracuje w fabryce obuwia na czechosłowackiej prowincji i mieszka z koleżankami w hotelu robotniczym. W mieście jest dużo robotnic, brakuje za to mężczyzn. Zauważywszy problem, dyrekcja fabryki postanawia zorganizować bankiet i zaprosić na niego żołnierzy z pobliskiej jednostki. Wieczór ma nawet uświetnić orkiestra z Pragi. Na bankiecie Andula poznaje muzyka Mildę. Jedna wspólnie spędzona noc wystarczy, żeby dziewczyna związała z nim wszystkie swoje nadzieje na miłość i pojechała szukać ukochanego w Pradze. Wyważony i bardzo trafny obraz zawiedzionych młodzieńczych nadziei i pragnienia bliskości z drugim człowiekiem. Spektakl w Och-Teatrz już tak wyważony nie jest. 


Przede wszystkim, warto znać zarys historii, zanim się pójdzie do teatru. W samym spektaklu bowiem niespecjalnie zadbano o to, aby widzom cokolwiek wyjaśniać. Jest właściwie tylko jedna scena rozmowy dyrektora fabryki z szefem garnizonu, która w jakikolwiek sposób uzasadnia to, co dzieje się na scenie. Miłość blondynki według Jandy to zlepek najważniejszych momentów z filmu, do których dołożono pewne kwestie bohaterów, a nawet całą scenę. Wyborów miss w czasie Dnia Strażaka w pierwowzorze nie było i Bóg raczy wiedzieć, po co pojawia się w spektaklu. Niczego bowiem nie wnosi i nie pasuje do reszty. Funkcją dodatkowych kwestii jest zapewne rozbawienie widza. Nie raz już byłam w teatrze Krystyny Jandy i ktoś tam na górze najwyraźniej uważa, że widownia nie jest w stanie usiedzieć półtorej godziny bez kilku żartów, a najlepszy sposób, żeby ją rozśmieszyć, to rzucenie mięsem w niespodziewanym momencie. Najbardziej ucierpiała scena, w której Milda zaciąga Andulę do swojego pokoju. W filmie wypada dość zgrabnie, na scenie jest swoją własną karykaturą. 

Spektakl może też sprawiać wrażenie chaotycznego. Aktorzy zdecydowanie zbyt często biegają po scenie, a aktorki piszczą. Za dużo w tym emocji, a za mało treści. Największą jego bolączką wydają się jednak bohaterowie. Grana przez Aleksandrę Domańską Andula albo jest naburmuszona, albo przestraszona. Wydaje się też nieco opóźniona umysłowo, podobnie zresztą jak jej wybranek. Postać Anduli miała być naiwna, a nie zwyczajnie głupia. To spora różnica. Nie do końca podoba mi się też pomysł rozbierania aktorów na scenie, nagość w kinie a nagość w teatrze to dwie zdecydowanie różne rzeczy. Jasnym punktem tego spektaklu jest śpiewająca Matylda Damięcka w roli Januszki. Pozostali aktorzy nie mieli okazji się wykazać. Podsumowując, jeśli jesteście zainteresowanie Miłością blondynki, zdecydowanie lepiej obejrzeć film. Jeżeli jednak zdecydujecie się na pójście do Och-Teatru, zwróćcie uwagę na dekorację. Nie, to nie baloniki. To nadmuchane prezerwatywy. 


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Co się stało z tamtą klasą?


Kiedy uczymy się na historii o ludziach, którzy dokonywali strasznych czynów, zwykliśmy myśleć o nich niemal jak o przybyszach z innej planety. Tak jest po prostu łatwiej, niż przyjąć do wiadomości, że czegoś takiego mogli dopuścić się zwykli ludzie, sąsiedzi, koledzy ze szkolnej ławki. Lubimy też patrzeć na ludzi jako na do końca dobrych lub złych. Bo jak pogodzić się z myślą, że kolaborant, który donosił na towarzyszy, może zostać szanowanym obywatelem, przykładnym mężem i ojcem. A chłopak zakochany w dziewczynie może ją zgwałcić, bo wybrała innego. O dramacie Tadeusza Słobodzianka Nasza klasa. Historia w XIV lekcjach mówiło się głównie w kontekście pogromu w Jedwabnem. I jakiś mord na żydach rzeczywiście tu jest. Nikt nie wspomina jednak, o jakie wydarzenia chodzi, nie ma takiej potrzeby. Sztuka w zamyśle miała być znacznie bardziej uniwersalna i wychodząca poza historię Polski XX wieku. 


W Teatrze na Woli postawiono na minimalistyczną scenografię. Na scenie widzimy drewniane szkolne ławki, a w nich dziesięcioro uczniów. Pięcioro Żydów i pięcioro Polaków. W scenografii zmieni się tylko krzyż wiszący nad drzwiami, którego miejsce zajmie sierp i młot, a następnie swastyka. Uczniowie recytują wierszyki i chwalą się, kim chcą zostać w przyszłości. Patrząc na kostiumy, możemy jednak zgadnąć, że historia ma wobec nich inne plany. Z jednych uczyni bohaterów, a z innych ofiary i oprawców. Dlaczego jeden będzie Żydów mordował, a inny ratował? Ktoś wybaczy, a ktoś będzie szukał zemsty w szeregach Urzędu Bezpieczeństwa? Słobodzianek nie daje prostych odpowiedzi. Przyczyn próżno szukać w indywidualnych przymiotach, inteligencji, wychowaniu, przynależności religijnej czy narodowej. Sami musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, co się stało z tymi ludźmi. Te pokłady zła i dobra od zawsze w nich tkwiły i tylko znalazły ujście w ekstremalnych warunkach? A może po prostu poszli za tłumem, sytuacja zmusiła ich do zajęcia jakiegoś stanowiska, a potem wszystko wymknęło się spod kontroli? 

Poszczególni bohaterowie kolejno schodzą ze sceny. Umierają zawsze za wcześnie, nie zdążywszy uporządkować swoich spraw. Słobodzianek zwraca tu też uwagę na jedną szczególną cechę ludzkiej natury. Zdolność do tworzenia swoich własnych mitów. Z czasem nawet uczestnicy wydarzeń je przeinaczają i zaczynają wierzyć w wersję, która bardziej im pasuje. Historia odrywa się od ludzi, zaczyna żyć własnym życiem, przez co coraz trudniej ją zrozumieć.


czwartek, 20 lutego 2014

Molier, hipsterzy i plastikowy koń


Zawsze dość sceptycznie podchodziłam do uwspółcześniania sztuk teatralnych. Nie dlatego, żebym oryginał uważała za jakąś nienaruszalną świętość, po prostu zbyt często sprowadza się to do zmiany kostiumów. Doskonałym dowodem jest najnowsza adaptacja "Mizantropa" Moliera w Teatrze Dramatycznym, wystawiana na Scenie na Woli. Reżyser - Grzegorz Chrapkiewicz - najwyraźniej wierzył, że postawienie na scenie białego plastikowego konia, różowego drzewa oraz wręczenie bohaterom kijów do golfa uczyni jego sztukę awangardową. Podobne zabiegi z mniejszym lub większym powodzeniem stosowało już wielu (patrz Szekspir po nowemu). Nowy przekład Jerzego Radziwiłowicza też tak naprawdę niewiele wnosi, może poza wprowadzeniem do słownika bohaterów słów gówno i dupa. Nie to żeby sztuka nie była aktualna czy porywająca, choć w tym akurat główna zasługa autora. Po prostu plotki o eksperymencie artystycznym, jakim miała być adaptacja Chrapkiewicza, okazały się znacznie przesadzone.

Choć "Mizantrop" gatunkowo jest komedią, odbiega nieco od typowych przedstawicieli gatunku oraz innych utworów tego samego autora. Znacznie więcej niż zabawnych momentów jest w nim gorzkiej refleksji nad kondycją społeczeństwa  i niepewności, jaką postawę wobec niej zająć. Alcest (Wojciech Solarz) podręcznikowo przedstawiany jest jako wzór cnót, a jego ukochana Celimena (Agata Wątróbska) ma być salonową kokietką, która w końcu dostaje za swoje. Czy jednak tak jest naprawdę? Molier nie podzielił wyraźnie swoich bohaterów na pozytywnych i negatywnych, nie podpowiedział też po czyjej mamy być stronie. Alcest może i ma rygorystyczne zasady moralne i woli narazić się na proces niż skłamać, z drugiej jednak strony brakuje mu skromności. Jest butny, jego postawa daje mu - jego zdaniem - podstawy do stawiania się za wzór i pcha ku poczuciu wyższości nad innymi. Choć sam twierdzi, że jego miłość do Celimeny jest doskonała, nie ma w nim za grosz akceptacji, a ukochaną chciałby przerobić na zupełnie inną osobę. Jak to zwykle bywa w tego typu wypadkach, Alcest widzi źdźbło w oku bliźniego, a belki w swoim nie dostrzega. Nie zawahałby się, żeby wykorzystać uczucie zakochanej w nim Eliany (Maria Dejmek) do zemsty na Celimenie. Z drugiej strony to człowiek głęboko nieszczęśliwy, nienawiść do społeczeństwa, królewskiego dworu i współczesnych mu czasów jest dla niego źródłem coraz to nowych cierpień i porażek. Czasem widz może mieć jednak wrażenie, że Alcest się w tej nieprawości świata lubuje i raczej woli przegrać proces, żeby udowodnić, jak bardzo otaczający go świat jest zepsuty. A Celimena? Na dworze czuje się świetnie, dobrze się odnajduje w salonowych układach i wprost uwielbia być adorowana. Ciężko jej jednak odmówić inteligencji. Nie ma też wątpliwości, że darzy Alcesta uczuciem, nie potrafi tylko sprostać jego wymaganiom. Jest jeszcze przyjaciel bohatera Flint (Sławomir Grzymkowski), postać o tyle ważna, że można ją odbierać jako głos autora. Choć w niektórych interpretacjach pojawia się też teza, że obaj bohaterowie wygłaszają myśli Moliera, który nie był pewny, jaką postawę powinien przyjąć wobec dworskich intryg. Flint choć w ogólnym zarysie podziela poglądy przyjaciela, unika mówienia ludziom przykrych rzeczy czy wplątywania się w kłopoty. Ma też więcej wyrozumiałości dla człowieka i jego grzesznej natury. Jest w stanie pogodzić się z faktem, że współcześni nie przestrzegają już dawnych zasad. I ostatecznie to on zostaje nagrodzony.

Pozostałych bohaterów można uznać za tło, świadomie pozbawione wyrazu i charakteru. Słowa arystokratów są puste, serca kłamliwe, a ubrania dziwaczne. Tutaj akurat hipsterska charakteryzacja sprawdza się świetnie. To akurat nie zmieniło się od wieków, w pewnych kręgach moda zawsze będzie zastępowała rozum, a poczucie własnej wartości będzie przesłaniało własną śmieszność. Molier jest ponadczasowy. Bo czy kiedyś nadejdą czasy, w których nie będzie można utyskiwać, że dziś już ludzie nie żyją według zasad, które uznawano kiedyś?

źródło: www.dziennikteatralny.pl

środa, 6 listopada 2013

U nas w czarnobylskiej strefie

"Tego nie da się opisać, ani nawet przeżyć" - mówi jedna z bohaterek "Czarnobylskiej modlitwy". A jednak przeżyła, Swietłana Aleksijewicz opisała, Jerzy Czech przetłumaczył, Joanna Szczepkowska przeniosła na deski Teatru Studio. I tak opowieści z czarnobylskiej strefy skażenia trafiły do Pałacu Kultury. Sztuki teatralne na podstawie reportaży nie pojawiają się często, ale proza Aleksijewicz do takich interpretacji nadaje się świetnie. Jej reportaże to zbiory monologów, które aż proszą się o wypowiedzenie na głos, a nawet o wykrzyczenie. To w końcu głosy tych, o których władza wolałaby nie pamiętać. Dziennikarka upodobała sobie bohaterów, na co dzień będących tylko bezimiennymi numerami w statystykach. Podobnie jak w "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Aleksijewicz zebrała historie ludzi, którym historyczne wydarzenia zamieniły życie w piekło i nikt nawet nie zapytał, czy mają ochotę brać w tym udział. Czarnobylska katastrofa jest tu nawet potworniejsza od wojny, bo i śmierć z powodu napromieniowania trwa dłużej i jest bardziej bolesna niż ta na polu bitwy.

Najbardziej w "Czarnobylskiej modlitwie" przeraża pogarda dla ludzkiego życia. Ze strony tych, którzy na miejsce katastrofy wysyłali żołnierzy bez żadnych zabezpieczeń przed promieniowaniem oraz władz Białorusi, które wolały poświecić życie i zdrowie mieszkańców przygranicznych miejscowości, niż sprzeciwić się Moskwie. Z drugiej strony mamy niczego nieświadomych ludzi, wychodzących przed domy, żeby pooglądać łunę bijącą od płonącego reaktora. Oni nie lubią dziennikarzy. I turystów, bo i tacy coraz częściej pojawiają się w Czarnobylu. Przyjeżdżają i chcą rozmawiać, ale boją się choćby dotknąć swoich rozmówców. Wśród bohaterów jest kobieta, której mąż umarł na chorobę popromienną, a dziecko urodziło się zdeformowane; napromieniowany żołnierz; ojciec osierocony przez własne dzieci; wierny komunistycznym ideałom były działacz partyjny; demokratyzująca lekarka, bezradnie patrząca na śmierć pacjentów oraz profesor fizyki, który przez kilka kolejnych dni po wybuchu bezskutecznie prosił partyjnych sekretarzy o interwencję. Wielu z nich wróciło do dawnych domów. I tak niewiele mieli już do stracenia.

Prawdziwość tych historii zaburza teatralny porządek. Aktorzy zwykli w końcu bawić, uczyć i wychowywać, wypowiadając słowa nieistniejących postaci. Tym razem powierzono im jednak rolę przekaźnika, dzięki któremu tu w Warszawie możemy usłyszeć wyznania i modlitwy wypowiedziane setki kilometrów stąd. Ciężko powiedzieć, żeby gra któregoś z aktorów się wyróżniała. Nie taka była koncepcja spektaklu. Właściwie to aktorzy odgrywają jedną wspólną rolę, niemal chóralnie wypowiadając skargi ludzi zapomnianych przez historię. Ten lament widza wciąga i przenosi do świata rodem z koszmarnych snów. Nie jest tam jednak tak ponuro, jak można by się spodziewać. Bohaterowie Aleksijewicz nie dali się bowiem śmierci, wciąż chcą żyć, kochać i potrafią cieszyć się z niewielkich rzeczy. Są po prostu ludzcy, czyli zupełnie nie tacy, jakich chciałyby ich widzieć oficjalne raporty.

źródło: www.teatrstudio.pl

sobota, 12 października 2013

O babie i pannie młodej


Jakoś tak ostatnio wychodzi, że kiedy trafiam do teatru, to na sztukę rosyjskiego autora lub o Rosji. Żaden to przypadek, w tej części świata jest bowiem coś tak tajemniczego i melancholijnego, że aż prosi się o przeniesienie na scenę. Jeżeli jednak chcecie zobaczyć sztukę jednego z najchętniej wystawianych dziś rosyjskich dramatopisarzy, Nikołaja Kolady, to wybierzcie się raczej na "Merylin Mongoł" w Teatrze Ateneum, a nie na "Babę Chanel" wystawianą na deskach Teatru Polonia.

Baba Chanel


źródło: teatrpolonia.pl

Nie pierwszy raz wyszłam z Teatru Polonia z lekkim uczuciem niedosytu. Czasem mam też wrażenie, że widz bywa rozbawiany nieco na siłę, nawet wbrew intencji autora sztuki. Nie chadzam do żadnego innego komercyjnego teatru, więc ciężko mi ocenić, czy to tu leży problem. I chociaż emerytki z Zespołu Pieśni Rosyjskiej "Olśnienie" są urocze, obawiam się, że spektakl "Baba Chanel" nie wniósł zbyt wiele do mojego życia i nie wywołał nawet cienia refleksji. Na początku miałam jeszcze nadzieję, że starsze panie będą czekać na swojego Godota w postaci utraconej młodości i zainteresowania innych, a w międzyczasie usłyszymy historie ich życia. Kierownik zespołu (Przemysław Bluszcz) jednak się pojawia. Mało tego psuje świętowanie jubileuszowego koncertu z okazji dziesięciolecia zespołu, przeprowadzając Rozę (Maria Mamona), przedwcześnie emerytowaną byłą sekretarkę wójta w białych kozaczkach, która ma ambicje zostać solistką. Problem w tym, że pozostałym członkiniom zespołu wcale nie zależy na sukcesach. Żadna z chórzystek nie umie zresztą śpiewać, a występy dają im po prostu szansę wyjścia do ludzi. Łatwo się domyślić, jak rozwinie się ten konflikt.

Chociaż "Baba Chanel" miała być tragikomedią i gdzieś tam w tle rzeczywiście majaczą problemy starości i osamotnienia, to twórcy zadbali, żeby widz intelektualnie za bardzo się nie zmęczył. Efekt jest taki, że w pierwszej części spektaklu niewiele się dzieje, a w drugiej akcja przyspiesza, a przy okazji zwiększa się natężenie gagów. Aktorską perełką w spektaklu jest Dorota Pomykała w roli dziewięćdziesięcioletniej seniorki Kapitoliny Pietrownej. Odwołując się jednak do ludowych mądrości i przysłów, których w spektaklu nie brakuje, jedna jaskółka wiosny nie czyni. Ciężko mi nawet powiedzieć, komu mogłabym ten spektakl polecić, na komedię dzieje się tu zdecydowanie za mało, na tragedię niewiele wskazuje. Chyba najlepiej bawiła się na tej sztuce grupa pań w średnim wieku, która siedziała przede mną. Panię zajęte były zgadywaniem, którą z postaci będą na starość. Jeśli jednak nie przyjdziecie na "Babę Chanel" w równie zabawowym nastroju, możecie wyjść nieco zawiedzeni.

Życie jest piękne

źródło: teatrstudio.pl

To już nie Rosja, ale ten sam krąg kulturowy. Na deskach warszawskiego Teatru Studio wystawiane jest "Życie jest piękne" białoruskiego dramaturga Pawła Pirażki. Autor deklaruje, że najbardziej interesuje go życie zwykłego człowieka, a swoje historie lubi opowiadać językiem nieteatralnym. Reżyser spektaklu, Marat Gacałow, bardzo wziął sobie tę ideę do serca. Nie ma tu dekoracji, kostiumów, słowem niczego, czego moglibyśmy się spodziewać w teatrze. Nawet scena jest mocno zaimprowizowana. Aktorzy trochę grają, a trochę nie grają. Czasem są sobą, innym razem postaciami ze sztuki. Oczywiście można podejrzewać, że nietypowa forma ma też praktyczne powody. Już teraz spektakl przeznaczony jest dla osób pełnoletnich, a gdyby chcieć pokazać opisane w didaskaliach sceny seksu, zapewne trzeba by dopisać zastrzeżenie "tylko dla widzów o mocnych nerwach". I tak "Życie jest piękne" przypomina bardziej próbę spektaklu, poza swoimi kwestiami aktorzy czytają także didaskalia, które pozwalają lepiej wniknąć w psychikę bohaterów. Pewnie niektórzy z was boją się form eksperymentalnych, ale tym razem naprawdę nie ma czego. Efekty są świetne. Pierwszym, co widza uderza, jest realizm. Bohaterowie są młodymi i często podpitymi ludźmi z niekoniecznie inteligenckich rodzin. Mówią zatem i zachowują się jak młodzi i często podpici ludzi z niekoniecznie inteligenckich rodzin.  Pirażkę warto tu pochwalić za zmysł obserwacji, nie pamiętam już, kiedy ktoś z równym autentyzmem pokazał mi ludzkie zachowania (zwłaszcza po alkoholu). I nie chodzi tu tylko o wulgarny język, to byłby banał. Raczej o pewną kumulację emocji, która tylko w specyficznych i mocno zakrapianych sytuacjach może się zdarzyć.

Warto wspomnieć jeszcze o fabule. Mamy tu czwórkę bohaterów: braci Aloszę (Michał Żołądkiewicz) i Wadima (Miron Jagniewski) oraz dwie uczennice ostatniej klasy Lenę (Marta Juras) i Andżelę (Natalia Rybicka). Alosza jest zakochany w Lenie miłością - jak na tamte warunki - romantyczną. Ta jednak skrycie kocha Wadima, ale jest realistką. Wie, że Wadima do stabilizacji i stałych związków nie ciągnie. Postanawia zatem wyjść za starszego z braci. Jest jeszcze Andżela, chyba najbardziej hedonistyczna z postaci dramatu. Dziewczyna po prostu cieszy się alkoholem, imprezami i seksem bez zobowiązań, przy okazji biernie przyglądając się emocjom pozostałych bohaterów. Te cztery postacie łączy brak złudzeń, nie mają zbyt wielkich aspiracji, po prostu starają się zapełnić czymś swoje dni. Przed młodymi aktorami postawiono niełatwe zadanie. Ze względu na specyficzną formę cała uwaga widzów skupiona jest na nich. Muszą też lawirować pomiędzy rzeczywistym wcielaniem się w swoich bohaterów a grą z widzem. I wszyscy radzą sobie świetnie. Na scenie pojawi się też Mirosław Zbrojewicz i to w potrójnej roli: kierowcy busa, staruszki i matki bohatera (sic!). Jego występ stanowi tutaj wisienkę na torcie. Chociaż i tak kiedyś chciałabym zobaczyć Pirażkę w tradycyjnej i pełnej formie.

czwartek, 3 października 2013

Dwie Natasze


"Marzenie Nataszy" to kolejna propozycja Teatru Powszechnego dla miłośników teatralnego minimalizmu. Tylko dwie aktorki i dwa taborety, praktycznie żadnych dekoracji. O sztuce mówi się jako o zderzeniu dwóch światów, ale światy obu bohaterek tak naprawdę nigdy się nie spotkają. Dzieli ich wymowna przezroczysta ściana, choćby nawet żyły koło siebie, nigdy nie zauważą swojego istnienia. Pierwsza Natasza (Anna Próchniak) to prymuska, córka pani psycholog, która pomiędzy zajęciami dodatkowymi ledwo znajduje czas na własne życie. Druga (Joanna Osyda) jest wychowanką prowincjonalnego bidula.

Dziewczyny dzieli nie tylko przeszłość, ale i prawdopodobna przyszłość. Pierwsza Natasza zapowiada się na kobietę sukcesu, już teraz prowadzi młodzieżowy program telewizyjny, jest przy tym pracowita i bardzo ambitna. Druga najpewniej zamieni kiedyś dom dziecka na poprawczak albo i więzienie. Nie jest złą osobą, po prostu przystosowała się do warunków, w których przemoc jest tylko jednym z środków przekazywania innym informacji. Łączy je w zasadzie tylko głębokie pragnienie miłości i zawziętość w walce o swoje. Prymuska zakocha się w telewizyjnym dźwiękowcu, a wychowanka domu dziecka przywiąże do dziennikarza, który jako jedyny zainteresował się jej próbą samobójczą. Potrzeby i marzenie obu Nataszy nie różnią się tu zbytnio, obie chciałyby, żeby ktoś się nimi interesował, słuchał, co mówią i powiedział, że fajne z nich dziewczyny. To w końcu jedna z najbardziej elementarnych ludzkich potrzeb, chcemy zainteresowania drugiej osoby, żeby utwierdzić się we własnym istnieniu.

Nie bez znaczenia jest rosyjskość spektaklu. Nostalgiczna rosyjska dusza świetnie wypada na deskach teatru. Ponadto przeniesienie tam miejsca akcja wprowadza nieco bardziej egzystencjalną atmosferę. Gdyby rzecz działa się w Europie Zachodniej, widz mógłby zareagować zdroworozsądkowo, zapytałby: A gdzie byli rodzice? A czy dyrektorka domu dziecka poniosła konsekwencje za zaniedbanie swoich obowiązków? Tutaj po prostu kiwamy głową i przyjmujemy fatalizm losu. Nie byłoby jednak tego dramatu, gdyby nie świetne aktorki w głównych rolach. Anna Próchniak i Joanna Osyda są niezwykle autentyczne, a bez tego trudno byłoby wyobrazić sobie monolog nastolatki. Monolog jest zresztą - moim zdaniem - najlepszym sprawdzianem dla aktora. Jeśli już ktoś potrafi przykuć uwagę widza samą swoją wypowiedzią, bez żadnych zwrotów akcji odwracających uwagę widowni, to można w nim pokładać wielkie nadzieje. Jeśli w innych krajach "Marzenie Nataszy" obsadzano równie dobrze, nie dziwię się, że Jarosława Paulinowicz stała się jednym z najczęściej wystawianych rosyjskich autorów.

źródło: www.powszechny.com

środa, 10 lipca 2013

Smutek prowincji


Małe, liche mieszkanie gdzieś na rosyjskiej prowincji. Z jednej strony zakład mleczno-drobiarski, z drugiej zakłady petrochemiczne, które nie tylko psują powietrze, ale i przesądzają o losie mieszkańców. Bo tylko tam można pracować. Jest jeszcze dom kultury, czasem pokażą coś ciekawego. Ale zwykle po pracy pije się wódkę. Dramatopisarz Nikołaj Kolada zna ten świat od podszewki. Urodził się w rodzinie pracowników sowchozu i sam zmagał się z alkoholizmem. Sztuka "Merylin Mongoł" powstała w 1989 roku, ale opowieść o prowincjonalnym poczuciu beznadziei wydaje się ponadczasowa.

"Merylin Mongoł" została pomyślana tak, żeby dać aktorom się wykazać. W roli głównej niezbyt rozgarniętej, uczuciowej i tęskniącej za lepszym życiem Olgi zobaczymy (nomen omen) Olgę Sarzyńską. Pierwszy raz widziałam ją na deskach teatru i chyba nie zapomnę tej roli. Całkowicie mnie przekonała jako ta zagubiona trzydziestolatka z mentalnością i marzeniami nastolatki. Dalej jest już tylko lepiej. W rolę siostry Olgi, alkoholiczki Inny, wcieliła się Agata Kulesza. Jej bohaterka ani razu nie jest w tej sztuce trzeźwa i aktorka radzi z tym sobie wyśmienicie. Najbardziej zabawną, ale i jakże prawdziwą, jest postać Miszy (Marcin Dorociński), sąsiada i kochanka Olgi, który po scenie przechadza się w dresowych spodniach i klapkach. Patrząc na Miszę, ciężko nie mieć wrażenia, że już gdzieś się go widziało. Po co im ten romans? Tego do końca nie wiadomo. Miszy nudziło się z ciężarną żoną, Olga specjalnie nie protestowała. W końcu coś trzeba robić. Życie tej trójki zmieni przybycie nowego lokatora, inteligenta Aleksego (Dariusz Wnuk). A może to prowincja zmieni Aleksego?

Czy to wszechobecne poczucie beznadziei może być zaraźliwe? A może tylko wydobywa z człowieka prawdziwą naturę? Aleksy czuje się lepszy, bo jest wykształcony, ma pracę na wyższym stanowisku i czyta książki. Widział też trochę świata, nie to co ci prowincjusze. Na początku chce ich zmienić, zreformować ich życie, pokazać właściwą drogę. Czy rzeczywiście jest jednak od nich lepszy? A może to całe wrażenie wyższości jest tylko iluzją, a Aleksy niczym nie różni się od nowych towarzyszy? Ta sztuka to nie tylko rozpaczliwy krzyk rosyjskiej prowincji, ale i pytanie o kondycję człowieka. Wykształcenie i obycie Aleksego nie jest przecież lepsze od przymiotów ducha i na pewno dużo mniej warte niż dobre serce niezbyt inteligentnej Olgi. Jego przybycie nie jest w stanie niczego zmienić. Stagnacja już dawno obezwładniła tu wszelkie marzenia. W głębi duszy mieszkańcy wiedzą, że nigdy nie znajdą w sobie odwagi, żeby wyjechać. Nawet nadzieje na koniec świata okażą się złudne.

Bogusław Linda wyreżyserował naprawdę zgrabne widowisko. I do tego całkowicie w swoim stylu. Świat w "Merilyn Mongoł" jest twardy i bezwzględny, reżyser wcale nie próbował uniknąć przemocy i wulgaryzmów. Spektaklowi nie można odmówić autentyczności. Dodatkowym atutem jest muzyka z iście rosyjską duszą.

źródło: teatrateneum.home.pl