piątek, 9 listopada 2018

Afrykańskie bogactwo językowe

Statystyczny Polak zapytany o języki afrykańskie zwykle nie jest w stanie wymienić żadnego. Wielokrotnie zdarzyło mi się nawet spotkać ze zdziwieniem, że tam w ogóle są jakieś języki. Być może wielu zakłada, że podobnie jak w Ameryce Południowej języki rodzime zostały niemal całkowicie wyparte przez języki przywiezione przez kolonizatorów. Nic bardziej mylnego, Afryka jest dziś jednym z najbogatszych pod względem językowym kontynentów (konkretnie drugim po Azji). Szacuje się, że obecnie w Afryce używa się około 3500 języków z czterech rodzin językowych. Rzecz dla Europejczyka niewyobrażalna. U nas jest ich o wiele miej i do tego niemal wszystkie pochodzą z jednej wielkiej indoeuropejskiej rodziny. Poza tym zwykle utożsamiamy język z państwem i narodem. Granice państwowe niemal pokrywają się u nas z językowymi (choć oczywiście języki mogą mieć też swoje lokalne odmiany i dialekty). Nic w tym dziwnego, nasze wspólnoty narodowe kształtowały się w końcu przez wieki, a język był ważnym elementem, który je spajał. W Afryce rzecz wyglądała nieco inaczej. Oczywiście w czasach przedkolonialnych również istniały państwa i inne podobne wspólnoty, problem jednak w tym, że kolonizatorzy nic sobie z tego nie robili. Podzielili kontynent między siebie według własnego uznania (do dziś niektóre granice wyglądają jak narysowane od linijki na mapie). I tak w obrębie jednego państwa znalazły się posługujące się różnymi językami grupy etniczne, które wcześniej nie miały ze sobą niczego wspólnego. Z kolei tereny zajmowane wcześniej przez jedną grupę etniczną trafiły do zupełnie innych państw. Tak to trwało przez wieki, a kiedy państwa afrykańskie formalnie uzyskały niepodległość, nikt już tego nie zmieniał. Efekty są takie, że dziś mamy niewiele krajów afrykańskich, w których większość obywateli potrafiłaby mówić w jednym języku. W wielu używa się natomiast kilkunastu, kilkudziesięciu, a nawet kilkuset różnych języków.

Językoznawcy oczywiście się cieszą, bo jest co badać. W praktyce oznacza to też jednak wiele problemów. Bo jak państwo ma dogadać się z obywatelem? W jakim języku ma funkcjonować administracja? W jakim języku uczyć w szkole? Który język uznać za urzędowy? Nie ma tu idealnego rozwiązania. Jedynym krajem afrykańskim, który ma jako urzędowy tylko język rodzimy, jest Etiopia (język amharski). Sytuacja tego państwa znacznie różni się jednak od innych, jego początki sięgają w końcu kilku wieków przed naszą erą, Etiopczycy od setek lat mają też swój własny alfabet (a w zasadzie sylabariusz). Ponadto Etiopii udało się zachować ciągłość państwową w okresie kolonializmu.Dość łatwo jest też na północy kontynentu, gdzie wraz z islamem dotarł język arabski. Poza tym jest jeszcze kilka afrykańskich krajów, w których istnieje jakiś ogólnonarodowy język. Do takich nielicznych wyjątków należą: Somalia (90% ludności mówi w języku somali), Botswana (język tswana jest językiem ojczystym 90% obywateli), Burundi (98% mieszkańców posługuje się kirundi), Lesoto (95% obywateli używa języka sesotho), Suazi (niemal cała ludność tego niewielkiego kraju mówi w języku suazi) czy wreszcie Ruanda (90% Ruandyjczyków mówi w kinjaruanda). Te kraje zdecydowały się na dwa języki urzędowe, jeden rodzimy i jeden europejski (z wyjątkiem Somalii, gdzie drugim językiem urzędowym jest arabski). Państwa, które takich dużych lokalnych języków nie mają, ustanowiły jako urzędowe języki byłych kolonii. Ale uwaga, nie oznacza to, że wszyscy obywatele w tych językach mówią! Statystycznie znajomość angielskiego w państwach afrykańskich, w których jest on językiem urzędowym, jest często mniejsza niż... w Polsce. Warto o tym pamiętać, kiedy jedzie się na wakacje. Poniżej krótkie zestawienie, jak wygląda sytuacja z językami urzędowymi w Afryce.

Państwa, które jako urzędowy mają tylko język rodzimy: Etiopia (amharski).
Państwa, które jako urzędowy mają tylko język arabski: Egipt, Libia, Mauretania, Maroko, Sudan, Tunezja.
Państwa, które jako urzędowy mają język arabski i jakiś język rodzimy: Algieria (języki berberskie), Erytrea (tigrinia, trzecim językiem urzędowym jest tu angielski), Somalia (somali).
Państwa, które jako urzędowy mają język arabski i jakiś język europejski: Czad (francuski), Dżibuti (francuski), Erytrea (angielski).
Państwa, które jako urzędowy mają tylko jakiś język europejski: Angola (portugalski), Benin (francuski), Burkina Faso (francuski), Demokratyczna Republika Konga (francuski), Gwinea Równikowa (hiszpański i francuski), Gabon (francuski), Gambia (angielski), Ghana (angielski), Gwinea (francuski), Gwinea Bissau (portugalski), Kamerun (angielski i francuski), Kongo (francuski), Liberia (angielski), Mali (francuski), Mauritius (angielski i francuski), Mozambik (portugalski), Namibia (angielski), Niger (francuski), Nigeria (angielski), Senegal (francuski), Sierra Leone (angielski), Togo (francuski), Uganda (angielski), Wybrzeże Kości Słoniowej (francuski), Zambia (angielski), Zimbabwe (angielski).
Państwa, które jako urzędowy mają język europejski i jakiś język rodzimy: Botswana (angielski i tswana), Burundi (francuski i kirundi), Erytrea (angielski, arabski i tigrinia), Kenia (angielski i suahili), Lesotho (angielski i sesotho), Madagaskar (francuski i malgaski), Malawi (angielski i njandża), Ruanda (angielski, francuski, kinjaruanda), Republika Południowej Afryki (angielski, afrikaans, zulu, xhosa, ndebele, sesotho, tsonga, tswana, suazi, pedi, venda), Republika Środkowoafrykańska (francuski i sango), Suazi (angielski i suazi), Tanzania (angielski i suahili).

Uff, przebrnęliśmy przez to, jak jest oficjalnie. Czas przejść do czegoś bardziej interesującego, czyli faktycznej sytuacji językowej na kontynencie. Jak już wspomniałam, w Afryce funkcjonują języki z czterech rodzin językowych. Pokrótce je omówię razem z przykładami tych najbardziej znanych. Postaram się też do każdego języka podlinkować jakiś filmik z jego użyciem na YouTube, żebyście mogli posłuchać, jak to brzmi.

źródło: www.nationsonline.org

Języki afroazjatyckie


Jak sama nazwa wskazuje, języków z tej grupy używa się w Afryce i Azji, a konkretnie na północy Afryki i na Bliskim Wschodzie. Na mapce zaznaczono je na niebiesko.Języki z tej rodziny mają kilka wyróżniających je cech. Pierwszą jest charakterystyczna morfologia. Podstawą są tu rdzenie słów składające się z trzech spółgłosek, do których dopiero dodaje się samogłoski oraz różne przyrostki i przedrostki, tworząc w ten sposób ich formy pochodne. W językach tych w ogóle dużo jest spółgłosek, które mają wyraźną przewagę nad samogłoskami. Spółgłoski często wymawia się też z dodatkową artykulacją, na przykład przydechowo lub gardłowo. Wszystko to daje charakterystyczne, dość twarde i właśnie gardłowe brzmienie. Bardzo często orzeczenie występuje tu przed podmiotem (czyli odwrotnie niż u nas). Wyróżniamy też zwykle tylko dwa rodzaje gramatyczne (bez nijakiego). 

Najbardziej znaną grupą z tej rodziny są języki semickie, do których należą między innymi arabski i hebrajski. Ten ostatni oczywiście w Afryce nie występuje, ale arabski dotarł na północ kontynentu wiele wieków temu wraz z islamem i już tam pozostał.Powstały nawet jego lokalne dialekty. Do grupy semickiej zaliczamy też urzędowy języki Etiopii, czyli amharski, który ma jedną z najdłuższych tradycji piśmienniczych na kontynencie. Do jego zapisywania służy specjalny sylabariusz. Amharski jest współczesną wersją starożytnego języka gyyz, którego do dziś używa się w celach liturgicznych w chrześcijańskim Etiopskim Kościele Ortodoksyjnym. Do grupy semickiej należy też tigrinia, czyli język urzędowy Erytrei. Warto wspomnieć, że języki semickie, podobnie jak polski, są fleksyjne. 

A tak się pisze Coca-Cola po amharsku.
Do rodziny afroazjatyckiej należą wymarłe języki koptyjski i staroegipski (mówiona wersja tego, co zapisywano hieroglifami), jak również języki berberskie używanie w północno-zachodniej Afryce. Te ostatnie mogą wam się kojarzyć z wędrownymi ludami zamieszkującymi Saharę. I słusznie. Są wśród nich choćby Tuaregowie, którzy posługują się językiem tamaszek i zapisują go swoim własnym alfabetem tifinagh. Kolejną dużą grupą w tej rodzinie są języki kuszyckie. Wśród nich na uwagę zasługuje wspomniany już język urzędowy Somalii, czyli somali, a także język oromo używany w północno-wschodniej Afryce, głównie w Etiopii. Aż do upadku Cesarstwa Etiopskiego w 1974 roku mówienie w oromo w szkołach i mediach było zakazane. Dziś Oromowie cieszą się dużo większą swobodą, ale nadal jedynym oficjalnym językiem tego kraju pozostaje amharski. 

Ostatnią z grup w tej rodzinie są języki czadyjskie, które wyróżniają się występowaniem tonów. Największym z nich jest niewątpliwe język hausa używany w północnej części Nigerii i w Nigrze. Hausa tradycyjnie zapisywało się alfabetem arabskim (nazywanym tam adżami) i w sferze religijnej ciągle tak jest. W XX wieku rozpowszechnił się jednak zapis alfabetem łacińskim, który Hausańczycy nazywają boko (od angielskiego book). Stąd też bierze swą nazwę organizacja terrorystyczna Boko Haram (dosł. zakazany alfabet), która dąży do wyrugowania wszelkich wpływów zachodniej kultury, także zachodniej edukacji, z północnej Nigerii. 

Tuaregowie.

Języki nigero-kongijskie


Czas teraz udać się na południe od Sahary. Tam, od Nigerii aż po Afrykę Południową, rozciąga się strefa języków z ogromnej rodziny nigero-kongijskiej. Naprawdę ogromnej. To nie tylko największa rodzina językowa w Afryce, lecz także na świecie, jeśli weźmie się pod uwagę liczbę języków. (Języków nigero-kongijskich jest prawie 1500). Pod względem liczby użytkowników ustępuje jednak miejsca rodzinom indoeuropejskiej i chińsko-tybetańskiej. To też niewątpliwie z punktu widzenia Europejczyka i szeroko pojętej popkultury najbardziej afrykańska rodzina językowa. Jeśli w jakimś hollywoodzkim filmie rzecz dzieje się na tle sawanny w otoczeniu żyraf i zebr, bohaterowie najpewniej przemówią w jakimś języku z rodziny nigero-kongijskiej. Najprawdopodobniej będzie to też język z grupy bantu. I tak w Czarnej panterze mówią w xhosa, piosenka otwierająca pierwszą część Króla lwa jest w zulu, a słynne hakuna matata pada w suahili. 

Typowy sielski obrazek sawanny, któremu często towarzyszy śpiew w którymś z języków bantu.

Języki nigero-kongijskie mają pewne wyróżniające je cechy. Używa się w nich zwykle wielu samogłosek, a sylaby są otwarte. Długość samogłosek bywa znacząca, występuje też zjawisko harmonii samogłoskowej. Bardzo charakterystyczne jest również częste użycie spółgłosek nosowych, które łączą się z innymi spółgłoskami, tworząc takie nietypowe dźwięki, jak mb,mp, nd i nt. Część języków z tej rodziny ma tony. Wszystko to czyni języki nigero-kongijskie miękkimi i śpiewnymi.Jeśli chodzi o morfologię, to są to języki aglutynacyjne. Aglutynacja jest rozwiązaniem podobnym do fleksji, ale nieco prostszym. Jeden przyrostek lub przedrostek ma tu bowiem tylko jedno znaczenie (na przykład informuje o czasie przeszłym), podczas gdy nasze końcówki fleksyjne są wielofunkcyjne.Składnia jest za to taka jak u nas, czyli najpierw podmiot, potem orzeczenie. Nie musimy się też uczyć żadnych nowych alfabetów, języki te zapisuje się bowiem alfabetem łacińskim.

Największą i najbardziej znaną grupą w tej rodzinie są właśnie języki bantu. Na mapie zaznaczono je na pomarańczowo. Języki bantu są do siebie podobne mniej więcej tak, jak polski podobny jest do czeskiego i słowackiego, z tą jednak różnicą, że jest ich ponad 400. Wszystkie dzielą też system klas rzeczownikowych. W językach bantu nie ma typowego rodzaju gramatycznego (żeńskiego, męskiego i nijakiego), rzeczowniki przynależą za to do klas według nico innych kryteriów. Do innej klasy należą rzeczowniki oznaczające ludzi, do innej zwierzęta, do innej rośliny, a jeszcze do innej zjawiska abstrakcyjne. I właśnie według tej przynależności, a nie żeńskości czy męskości, należy uzgodnić z nimi inne elementy w zdaniu.

"Mały książę" w suahili.

Najbardziej znanym językiem z tej grupy jest niewątpliwie suahili, z którego mamy nawet jedno zapożyczenie w języku polskim (mowa o słowie safari).Historycznie język ten był związany z miastami kupieckimi na wschodnim wybrzeżu Afryki, z czasem jednak zyskał na znaczeniu jako język ponadregionalny i dziś można się w nim dogadać niemal w całej Afryce Wschodniej. Pełni też funkcję urzędowego w Kenii i Tanzanii. Jako językiem ojczystym posługuje się nim zaledwie 5 milionów ludzi, ale dla kolejnych 50 lub nawet 100 milionów jest językiem drugim. Kolejnym ważnym językiem bantuskim jest zulu. Dziś wielu kojarzy go głównie z walecznym imperium Zulusów i królem Czaką. Ciągle jest jednak używany na południu Afryki, głównie w RPA. Tam też funkcjonuje język xhosa, który na tle innych języków nigero-kongijskich wyróżnia się mlaskami. Językoznawcy przypuszczają, że zapożyczył je z języków khoisan. Językami bantu są też: tswana (język urzędowy Botswany), kirundi (język urzędowy Burundi), sesotho (język urzędowy Lesotho), njandża (język urzędowy Malawi), kinjaruanda (język urzędowy Ruandy), suazi (język urzędowy Suazi) oraz ndebele, tsonga i venda (inne języki urzędowe RPA). Warto tu też wspomnieć o używanych w obu Kongach językach kikongo i lingala oraz o języku bemba, którym mówi się w Zambii. Ważnym językiem bantuskim jest też niewątpliwie kikuju, którym posługuje się znaczna część mieszkańców Kenii.W tym języku tworzy też jeden z bardziej znanych afrykańskich pisarzy Ngũgĩ wa Thiong'o, choć niewątpliwie jego książki odnosiły większe sukcesy w czasach, kiedy jeszcze pisał po angielsku (wtedy też tłumaczono je na polski).

Zulusi.

Pozostałe języki z rodziny nigero-kongijskiej (nie z grupy bantu) zostały oznaczone na mapie na czerwono. Należy do nich między innymi songo (język urzędowy Republiki Środkowoafrykańskiej), który obecnie wielu językoznawców uznaje już jednak za język kreolski ze względu na dużo elementów zapożyczonych z francuskiego. Warto też wspomnieć o używanym głównie w Senegalu języku wolof.Niewątpliwie jednak największymi i najważniejszymi językami nigero-kongijskimi Afryki Zachodniej są używanie głównie na południu Nigerii igbo i joruba.Lud Igbo wydał wielu znanych pisarzy, do których zaliczają się choćby Chinua Achebe czy popularna w ostatnich latach Chimamanda Ngozi Adichie. Jorubowie mogą się za to pochwalić laureatem literackiej Nagrody Nobla. Wole Soyinka otrzymał to wyróżnienie w 1986 roku. Ostatnim z istotnych języków nigero-kongijskich jest fulani. Posługiwał się nim lud pasterski wędrujący po całej Afryce Zachodniej, który obecnie stanowi większość w Gwinei i Gambii.

Języki nilosaharyjskie


Jak sama nazwa wskazuje, języki z tej rodziny są używane w dorzeczu Nilu i na Saharze, obecnie głównie na terytorium Czadu i Sudanu. Na mapie zaznaczono je na żółto. Są na tyle zróżnicowane, że niektórzy językoznawcy kwestionują istnienie tej rodziny. To trochę taki worek, do którego wrzucono wszystko, co nie pasowało do rodzin afroazjatyckiej i nigero-kongijskiej. Nie zajdziemy tu naprawdę dużych i ponadregionalnych języków, ale o niektórych mogliście słyszeć. Do tej grupy należy chociażby język masajski.Masajów ogólnie nie jest dużo, ale popkultura i turyści ich lubią. Przedstawicielem tej rodziny jest także luo, język przodków byłego prezydenta Obamy.

Masajowie.

Języki khoisan

To mała rodzina języków z południowo-zachodniej Afryki. Na mapie oznaczono ją na zielono. Do rodziny khoisan należy nieco ponad 100 języków, z których większość ma niewielu użytkowników, a część zagrożona jest wymarciem. Największy jest język Hotentotów, czyli nama. Posługuje się nim zaledwie 250 tys. ludzi. Tę rodzinę uwielbiają jednak językoznawcy. Występują tu bowiem jedne z najbardziej nietypowych dla ludzkiej mowy dźwięków, a mianowicie mlaski

Na kontynencie afrykańskim duże znaczenie mają jeszcze dwa rodzime języki, które jednak nie należą do żadnej z opisanych powyżej rodzin językowych. Mowa o afrikaans i malgaskim. Afrikaans jest językiem indoeuropejskim, który przybył do RPA wraz z holenderskimi osadnikami. Jest więc blisko spokrewniony z niderlandzkim i innymi językami germańskimi, przez kilka wieków rozwijał się jednak w izolacji, dzięki czemu wykształcić pewne nietypowe dla tej grupy cechy. W afrikaans używa się chociażby dobrze nam znanego podwójnego zaprzeczenia, którego nie znajdziemy w żadnym języku germańskim. Afrikaans jest dziś językiem Burów, a więc białych mieszkańców RPA, siłą rzeczy kojarzy się więc z podziałami rasowymi. Jeszcze bardziej nietypowym przypadkiem jest język malgaski, który należy do rodziny austronezyjskiej.Jego najbliższych krewnych znajdziemy więc w południowo-wschodniej Azji i na wyspach Oceanii. Nie wiadomo, kiedy Malgaszowie przybyli na Madagaskar i dlaczego się tu osiedlili.Do dziś odróżniają się jednak od pozostałych mieszkańców Afryki zarówno wyglądem, jak i językiem. 



PS Jeśli chcielibyście spróbować pouczyć się języka afrykańskiego, polecam mój blog o suahili.

Bibliografia
1. Austin K.P., 1000 języków, Wydawnictwo Bosz, Olszanica 2009.
2. Piłaszewicz S.,Rzewuski E., Wstęp do afrykanistyki, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2005.

wtorek, 4 lipca 2017

Jak nie umrzeć za wcześnie i w głupi sposób


Jakiś czas temu z powodów służbowych musiałam sprawdzić statystyki umieralności w Polsce. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Niby wszyscy słyszeliśmy o epidemii chorób cywilizacyjnych, ale jakoś do tej pory nie zdawałam sobie sprawy ze skali problemu. Obecnie większość Polaków umiera na choroby, które sami u siebie wywołali, bo choroby cywilizacyjne to właśnie te, które rozwijają się na sutek nieodpowiedniej diety i niezdrowego stylu życia. Skoro więc o tym wiemy, czemu wciąż popełniamy zbiorowe samobójstwo? Winny jest brak edukacji, lenistwo czy może jakieś czynniki kulturowe, które każą nam trzymać się niezdrowych zwyczajów tylko dlatego, że to zwyczaje? Jeśli tylko to pierwsze, bardzo pomocna może okazać się książka doktora Michaela Gregera Jak nie umrzeć przedwcześnie

Książka jest wyczerpującym i napisanym prostym językiem podsumowaniem stanu badań nad chorobami zabijającymi dziś większość mieszkańców krajów zachodnich. Publikacja powstała w warunkach amerykańskich, ale naprawdę niewiele nam do tych standardów brakuje. Obecnie ponad 46% Polaków umiera na choroby układu krążenia. Prawie połowa! Dziś wiemy już, że takie choroby jak choroba wieńcowa są niemal całkowicie odwracalne, ale jeszcze pół wieku temu uważano je za wyrok. We wstępie do książki autor przytacza historię swojej babki, która usłyszała taki wyrok śmierci w wieku sześćdziesięciu pięciu lat. Jej choroba wieńcowa była już tak zaawansowana, że poruszała się na wózku. Rodzina dowiedziała się jednak o eksperymentalnym programie leczenia doktora Pritikina i wysłała babcię na leczenie do jego kliniki. Po kilku miesiącach kobieta wyszła stamtąd na własnych nogach i dożyła dziewięćdziesięciu sześciu lat. Na czym polegała ta cudowna metoda? Na diecie złożonej z warzyw i owoców oraz codziennym ruchu. Obecnie naukowcy wiedzą już, że choroba wieńcowa jest odwracalna w większości przypadków. Wcale nie musimy z jej powodu dostawać zawałów i udarów. A mimo to wciąż prawie połowa Polaków umiera na serce. Doktor Greger nie wchodzi w rozważania, dlaczego tak się dzieje, po prostu przytacza fakty. Gdybym jednak miała zgadywać, pewnie postawiłabym na połączenie szumu informacyjnego z uwarunkowaniami kulturowymi (na naszym podwórku w postaci świętości schabowego). Niby wszyscy wiemy, że wysoki cholesterol prowadzi do chorób serca i że jedynym źródłem cholesterolu w diecie są pokarmy pochodzenia zwierzęcego. Najprościej byłoby je po prostu odstawić. Ludzka wątroba produkuje co prawda trochę potrzebnego nam cholesterolu, ale nie w takich ilościach, żeby nas zabić. Nadmiar pochodzi z wątrób innych zwierząt i trafia do naszych organizmów na talerzu. Ale spróbujcie przekonać do tego moją mamę! Ale przecież wszyscy tak jedzą". To co ja mam niby jeść?" Na to nakłada się jeszcze szum informacyjny. Nasze wykształcenie w większości nie pozwala nam na odróżnienie wiarygodnych naukowych informacji od plotek i pogłosek, a w internecie nie brakuje różnych znachorów, którzy na problemy z cholesterolem zalecają jedzenie... większych ilości cholesterolu. Nie wspominam już nawet o rożnych krążących gusłach, które nigdy nawet nie leżały w okolicach nauki, jak na przykład dość powszechne wśród niektórych mężczyzn przekonanie, jakoby mężczyzna musiał jeść mięso, bo inaczej zapewne zanikną mu genitalia (co jest w sumie zabawne, bo akurat problemy z krążeniem najszybciej odbijają się właśnie na tej części ciała). W efekcie lwia część pacjentów, zamiast przejść na dietę, wybiera przyjmowanie statyn, które są mało skuteczne, a do tego mają wiele nieprzyjemnych działań ubocznych. 

Zabójcą numer dwa Polaków są nowotwory i to wcale nie jakieś tam rzadkie, a te najbardziej powszechne: rak płuc, piersi, prostaty i jelita grubego. Razem z innymi nowotworami odpowiadają za jedną czwartą zgonów w Polsce. Razem z chorobami serca to już ponad 70% wszystkich zgonów. Te powszechne nowotwory są już dość dobrze przebadane, a ich związek z dietą i stylem życia znany nauce. Wszak w Trzecim Świecie prawie nikt na nie nie umiera. Wyobrażacie sobie, jakby nagle w Polsce zaczęło umierać o 70% mniej osób? Zakłady pogrzebowe masowo by plajtowały. Na ich szczęście statystyczny Polak wciąż robi wszystko, żeby nie zostawić grabarzy bez zajęcia. Tym czterem najpowszechniejszym typom nowotworów doktor Greger również poświęcił osobne rozdziały książki. Nie od dziś wiadomo, że palenie powoduje raka płuc (a tak naprawdę raka wszystkiego, bo dym papierosowy jest tak silnym oksydantem, że wpływa na nowotworowienie komórek w zasadzie w całym ciele, a nie tylko w płucach). Kiedy jednak kilka lat temu Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że czerwone i przetworzone mięso jest potencjalnie rakotwórcze, większość polskich mediów zareagowała na to milczeniem zapewne w obawie przed miłośnikami schabowego. A trzeba zaznaczyć, że Światowa Organizacja Zdrowia jest jednak dość kostyczną instytucją i wciąga do swoich zaleceń jedynie dobrze ugruntowane w nauce odkrycia. Ja słyszałam już o tym dawno temu, ale doktorowi Gregerowi i tak udało się mnie zaskoczyć. Myślałam bowiem, że zagrożenie występuje tylko, gdy jemy mięso. Okazuje się jednak, że substancje powstające na skutek ścinania się białka podczas smażenia i grillowania są na tyle toksyczne, że mogą nam zaszkodzić, nawet kiedy tylko je wdychamy. Badania wykazały, że ludzie mieszkający nad restauracjami dużo częściej zapadają w związku z tym na raka płuc. Już nigdy nie będę miała oporów, żeby zwrócić uwagę grillującemu przed oknem sąsiadowi. Rok jelita grubego jest już w książkach o odżywianiu niemal symbolem Ameryki. W tej konkurencji wcale nie jesteśmy już tak bardzo w tyle, nowotwór ten jest trzecim najczęściej występującym nowotworem u mężczyzn i drugim u kobiet w Polsce. Bezpośrednią przyczyną tej choroby jest dieta obfitująca w tłuste, ciężkostrawne i przetworzone pokarmy, których trawienie zbyt obciąża właśnie jelito grube. Z najpowszechniejszych nowotworów pozostają jeszcze rak piersi i prostaty. Wokół tego pierwszego zrobiło się głośno kilka lat temu, kiedy to Angelina Jolie usunęła sobie profilaktycznie obie piersi, ponieważ jest nosicielką genu sprzyjającego tej chorobie. Dziś test na obecność genu BRCA można sobie zrobić za kilkaset złotych. W całej tej dyskusji o genetyce pominięto jednak ważną informację, że taki gen wcale nie musi zostać aktywowany. Do tego potrzeba odpowiednich warunków i odpowiednio grubego portfela, bo znów w krajach Trzeciego Świata ta choroba niemal nie występuje. Za najsilniejszą broń przeciwko rakowi piersi uważa się dziś umiarkowanie w jedzeniu i picu (naprawdę, alkohol zwiększa ryzyko tej choroby), duży udział zieleniny i błonnika w diecie oraz ruch. Podobnie rzecz ma się z rakiem prostaty. Coraz więcej mówi się też związkach tej choroby z wysokim spożyciem mleka krowiego, a konkretnie z zawartym w nim insulinopodobnym czynnikiem wzrostu. 

O jakich jeszcze chorobach pisze doktor Greger? Pozostałe rozdziały są poświęcone chorobom mózgu, infekcjom, cukrzycy, nadciśnieniu, chorobom wątroby i nerek, depresji oraz chorobie Parkinsona. Dla mnie szczególnie interesujący był rozdział poświęcony śmierci z powodów jatrogennych, czyli na skutek powikłań po leczeniu albo w efekcie niepożądanych działań leków. Na pewno na długo pozostanie mi w pamięci wiadomość, że zdarzają się przypadki zapalenia się gazów i wybuchu jelita w czasie kolonoskopii. Okazuje się, że nawet do profilaktyki trzeba podchodzić z umiarem. Przeczytałam już w życiu kilka książek o zdrowiu i odżywianiu, ale muszę przyznać, że Jak nie umrzeć przedwcześnie jest chyba najrzetelniej przygotowaną i uporządkowaną z nich. Autor dawkuje informacje w odpowiednich ilościach, a dociekliwym pozostawia bagatela  dwieście stron przypisów do badań klinicznych. Doktor Greger nie kończy jednak swojej opowieści na chorobach. 

No bo czym jest właściwie ta zdrowa dieta, o której ciągle tyle słyszymy? Z mediów i internetu docierają do nas szczątkowe i czasem sprzeczne informacje. W drugiej części książki autor stara się je uporządkować i podać tak, żebyśmy już więcej się w tym nie pogubili. Poszczególne grupy produktów oznacza według modelu sygnalizacji świetlnej. Zielone światło daje wszystkim nieprzetworzonym produktom roślinnym, które możemy jeść w dowolnych ilościach. Po produkty spod żółtego światła możemy sięgać czasem (w tej kategorii znalazły się przetworzone produkty roślinne i nieprzetworzone zwierzęce), bo lepiej zjeść porcję warzyw polanych niezbyt zdrowym sosem niż nie zjeść ich wcale. Natomiast od produktów spod znaku czerwonego światła powinniśmy się trzymać z daleka. W tej grupie znalazły się wysoko przetworzone produkty roślinne i przetworzone produkty zwierzęce. Cenny dla czytelnika może się też okazać codzienny tuzin, czyli lista produktów tak zdrowych, że warto je jeść codziennie. Znalazły się na niej rośliny strączkowe, owoce jagodowe i inne owoce, warzywa kapustowate, zielenina, inne warzywa, siemię lniane, orzechy, przyprawy, produkty pełnoziarniste, napoje (najlepiej woda) i... aktywność fizyczna. Najbardziej w tej części książki spodobało mi się jednak uzmysłowienie czytelnikowi, jak zdrowe są warzywa. Niby wszyscy wiemy, że są, ale jakoś tak sobie tego nie wyobrażamy. Kiedy jednak ktoś mi mówi, że antyoksydanty zawarte w oregano są tak silne, że mogą chronić DNA komórki przed promieniowaniem radioaktywnym (przynajmniej w laboratorium), w głowie zapala mi się lampka. W naszych organizmach toczy się nieustanna walka między oksydantami, które powodują starzenie się komórek i uszkodzenia DNA (a w efekcie także nowotwory) z powstrzymującymi ten proces antyoksydantami. Jeśli zaprzęgniemy do tej walki tak potężne antyoksydanty jak choćby kurkuma, zioła czy jagody jesteśmy na wygranej pozycji. 

Autor stara się też prostować dietetyczne mity, nawołując przy tym do zdrowego rozsądku. Wielu ludzi na przykład boi się jeść warzywa, ponieważ te zawierają pestycydy. Szkodliwość pestycydów nie jest jednak aż tak duża, jak korzyści płynące z jedzenia warzyw i owoców. Poza tym jedzenie produktów mięsnych naprawdę nie jest najlepszym sposobem na ich uniknięcie. Zwierzęta też przecież jedzą te warzywa, a pestycydy i metale ciężkie mają tę właściwość, że kumulują się w mięśniach. U zwierząt hodowlanych kumulują się tam miesiącami, czasem latami, a do tego dochodzą jeszcze inne szkodliwe substancje dodawane do pasz i później w procesie produkcji. Całkiem sporo pestycydów spływa też do mórz. Badania wykazały, że filet z łososia może ich zawierać nawet ponad dwadzieścia rodzajów. Długo można by jeszcze opowiadać, bo książka nie należy do najcieńszych. Niemniej chyba nie ma osoby, której bym jej nie poleciła. Przeczytanie Jak nie umrzeć przedwcześnie może naprawdę uratować życie, a na pewno pozwoli krytycznie spojrzeć na swoją dietę i zmusi do zadania sobie pytania: czy ja aby nie popełniam cichego samobójstwa? 

źródło: www.czarnaowca.pl

czwartek, 1 czerwca 2017

AfryKamera 2017

Maj był dla mnie bardzo intensywnym miesiącem, przez co cierpiałam na chroniczny brak czasu. Nie udało mi się niestety obejrzeć wszystkich filmów, na które miałam ochotę, podczas tegorocznej AfryKamery. Obejrzałam za to dwa bardzo podnoszące na duchu dokumenty. 

Opowieść ugandyjska




Jesteśmy w północnej Ugandzie, rejonie zamieszkałym głównie przez lud Aczolich, któremu kulturowo i językowo zdecydowanie bliżej jest do nilotyckich ludów z południowego Sudanu niż do mieszkańców południa kraju. Dodatkowo rejon ten zaledwie od około dziesięciu lat cieszy się względnym spokojem po trwającej dwadzieścia lat wojnie domowej. Północna Uganda została zdewastowana przez bojówki Armii Bożego Oporu Josepha Kony'ego, które słynęły między innymi z porywania dzieci. W efekcie prawie 2 miliony Aczolich zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów i chronienia się w rządowych obozach dla uchodźców, które też szybko stały się siedliskiem wszelkiej patologii. O takich obozach pisał w znakomitej książce Nocni wędrowcy Wojciech Jagielski. Ten film nie jest jednak o wojnie, a o stopniowym powracaniu do normalności. 

Film powstał pod auspicjami ONZ, przez co ma nieco propagandowy charakter i pokazuje różne agencje tej organizacji w zbyt cukierkowy sposób. Jeśli jednak wytniemy te fragmenty, obraz, który pozostanie, ciągle jest naprawdę optymistyczny. Widzimy ludzi, który zakładają gospodarstwa rolne, przetwórnie, szkoły i po prostu próbują wreszcie normalnie żyć. Poznajemy kolejnych bohaterów dnia codziennego takich jak Louis Lakor, który po odzyskaniu wolności (jako dziecko został porwany przez Armię Bożego Oporu) skończył szkołę zawodową, otworzył warsztat i teraz uczy inne dzieci ulicy zawodu spawacza. Poznajemy kobiety w grupy wsparcia, porwane jako małe dziewczynki i wykorzystywane jako niewolnice seksualne przez rebeliantów, które teraz marzą już tylko o tym, żeby posłać dzieci do szkoły, bo im nigdy nie było dane się uczyć.Wszyscy ci ludzie wykazuję się niezwykłą wolą przetrwania i zarażają optymizmem. Patrząc na nich, uświadamiamy sobie, że normalność jest prawdziwym darem losu. To pewnie dość banalna konkluzja, ale po obejrzeniu tego filmu trudno nie odnieść wrażenia, że zdecydowanie za często narzekamy na nasze nudne życia, podczas gdy ta nuda jest właśnie tym, o czym wielu może tylko pomarzyć. 

Kolwezi na fali 




W Demokratycznej Republice Konga skumulowały się chyba wszystkie nieszczęścia, jakie dotknęły kontynent afrykański. Od jednego z największych w dziejach ludzkości ludobójstw w czasach kolonialnych, kiedy Kongo było prywatną własnością belgijskiego króla Leopolda II, przez zamordowanie pierwszego wybranego w demokratycznych wyborach prezydenta i ustanowienia krwawej dyktatury wspieranej przez kraje zachodnie (w tym wypadku Belgię i Francję) aż do wieloletniej wojny domowej w czasach już nieco bliższych naszym, kiedy to okazało się, że do produkcji telefonów komórkowych i innych sprzętów elektronicznych potrzeba minerałów rzadkich, a Kongo ma największe ich złoża na świecie. Jeśli ktoś jest zainteresowany historią tego kraju odsyłam do mojej notki z 2014 roku Gdy bogactwo przynosi biedę, czyli krótka historia Demokratycznej Republiki Konga. Szczerze polecam też książkę dziennikarza Tima Butchera Rzeka krwi. Podróż do pękniętego serca Afryki, o której pisałam tutaj. Niedawno nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukazała się obszerna publikacja Davida van Reybroucka Kongo. Opowieść o zrujnowanym kraju. Już stoi na mojej półce, ale jeszcze jej nie przeczytałam, więc nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest godna polecenia. 

Ale wróćmy do filmu, który śledzi losy dziennikarzy pracujących w największej niezależnej stacji radiowej i telewizyjnej w Kolwezi, głównym mieście prowincji Katanga we wschodniej części kraju, która najbardziej ucierpiała na skutek wojny domowej. Jesteśmy więc w miejscu biednym i zacofanym, lata wojny oznaczają bowiem brak prądu, bieżącej wody i zamknięte szkoły. Kolwezi leży też wiele kilometrów od stolicy kraju, władze państwowe zwykle więc traktują ten region po macoszemu. No chyba, że któryś z dziennikarzy powie coś nieodpowiedniego, bo Demokratyczna Republika Konga zdecydowanie nie jest demokratyczna. Bohaterowie filmy na co dzień zmagają się z całym szeregiem trudności od nagłych przerw w dostawach prądu aż do cenzury. Kamera podąża kolejno za poszczególnymi dziennikarzami stacji RTMA. Ich praca często ma znamiona prowizorki, oprawa graficzna programów wygląda, jakby została wykonana w programie MS Paint, a główne studio to tylko pokój ze stołem pośrodku i z kolorową płachtą zakrywającą ścianę. Dziennikarzom nie można jednak odmówić poczucia misji, angażują się w lokalne sprawy całym sercem, czy chodzi o zwykły wypadek drogowy, czy o problemy górników pracujących przy wydobyciu radioaktywnych substancji bez odzieży ochronnej. Paradoksalnie przez moment poczułam nawet ukłucie zazdrości. Oczywiście nikomu nie życzę życia w kraju zniszczonym przez wojnę. Po prostu dziennikarze z Kolwezi wiedzą, po co wykonują swój zawód. Cały czas podkreślają, że służą lokalnej społeczności. U nas też sporo mówi się o misji, ale mam wrażenie, że już dawno zastąpiły ją słupki oglądalności i przychody z reklam, a dziennikarze zdecydowanie zbyt często traktują widzów z pobłażaniem i niepotrzebnie angażują się w polityczne przepychanki.Bohaterowie filmu nie są ideałami, nikt nie jest przecież nieomylny czy w pełni obiektywny, ale mają w sobie tak dużo chęci działania i pasji, że trudno ich za to nie podziwiać. 

czwartek, 20 kwietnia 2017

Z pamiętnika XIX-wiecznej guwernantki

Chyba wyrosłam już z XIX-wiecznych powieści dla panien z dobrych domów. Gdybym sięgnęła po Agnes Grey kilkanaście lat temu, pewnie byłabym zachwycona. Dziś doczytałam książkę do końca tylko ze względu na piękną angielszczyznę autorki. Anne, najmniej znana z sióstr Brontë, korzystała podczas tworzenia fabuły z własnych przeżyć i wspomnień, przez co z miejsca zaczęłam jej współczuć. Nie żeby los XIX-wiecznej angielskiej guwernantki był tak straszny, uderzyło mnie po prostu, jak mały był ten świat. Jego klaustrofobiczność jest przytłaczająca.
 
Agnes spędziła większość życia z rodzicami i siostrą. I tylko z nimi. Za edukację dziewczynek odpowiadała matka pochodząca z arystokratycznej rodziny, ale wydziedziczona na skutek mezaliansu. Skromny wikt zapewniał ojciec, wiejski pastor. I choć dom opisywany jest jako oaza miłości i bezpieczeństwa, Agnes wiodła w nim niemal pustelniczy żywot. Kiedy dziewczyna dorosła, postanowiła wspomóc finansowo rodziców i podjęła się jedynego dostępnego dla niej zajęcia, czyli roli guwernantki dzieci z zamożnych domów. O ile jednak jej uczniom płci męskiej przekazywana przez Agnes wiedza mogła się jeszcze do czegoś przydać, starsi chłopcy byli w końcu zwykle wysyłani do szkół z internatem w celu dalszej edukacji, a w przyszłości mieli też zarządzać rodzinnym majątkiem, o tyle pannom była całkowicie zbędna. Dziewczęta uczyły się rachunków, geografii, rysunku, gry na instrumentach i języków obcych, żeby nigdy tych umiejętności nie użyć i nie opuszczać zbyt często rodzinnej posiadłości. Chociaż znajomość języków mogła się jeszcze przydać do czytania książek i zabijania nudy, i tak jedynym naprawdę istotnym wydarzeniem w życiu młodej damy było zamążpójście i urodzenie syna. Oczywiście dobrze sytuowane kobiety były w o niebo lepszej sytuacji od wieśniaczek, mieszkały w wygodnych domach i jadały do syta. Niemniej od ich stylu życia wieje takim marazmem, że umycie toalety wydaje się przy tym ekscytującą przygodą.
 
Ale wróćmy do Agnes. W pierwszym z domów bohaterka trafia na sztywnych i przekonanych o własnej wyższości rodziców z trójką rozpieszczonych, złośliwych dzieci o psychopatycznych zapędach, które doskonale zdają sobie sprawę, że guwernantka nie ma nad nimi żadnej władzy. Najgorszy jest chyba najstarszy z podopiecznych. Chłopiec lubi w wolnych chwilach wyrywać pisklętom skrzydełka i znęcać się na różnymi innymi małymi zwierzątkami. Rzecz niepokojąca nawet w czasach, w których polowanie uważano za najbardziej nobilitujący ze sportów. W drugim z domów jest tylko trochę lepiej. Tutaj podopiecznymi Agnes są nieco starsze, ale za to dość puste i nastawione materialistycznie do życia dziewczęta. Tym sposobem guwernantka wiedzie jeszcze bardziej pustelnicze życie niż w rodzinnym domu.
 
Obraz arystokracji jest w Agnes Grey aż nazbyt wyraziście negatywny. Autorka tworzy tu wyraźny, niemal czarno-biały podział. Po jednej stronie są zepsuci i zadufani w sobie bogacze, po drugiej biedni, ale uczciwi ludzie, czyli rodzina Agnes. Za ich pomocą Anne Brontë szkicuje obraz idealnego społeczeństwa złożonego z ciężko pracujących, religijnych i hołdujących jedynie przymiotom ducha ludzi. W pewnym sensie można tę książkę traktować jako wezwanie do odnowy moralnej, bo raczej nie jako opis rzeczywistego stanu rzeczy. Historia uczy raczej, że i biedni miewali swoje za uszami. Pomimo tego dydaktyzmu Agnes Grey jest warta przeczytania, choćby tylko po to, żeby docenić daną nam wolność wyboru i nacieszyć się nieco bardziej wyszukanym językiem angielskim.

Źródło: www.penguin.co.uk

piątek, 14 kwietnia 2017

Wielkanoc


Zamiast życzeń świątecznych wiersz ks. Twardowskiego.


Wiem

Teraz wiem
że musisz być
przeraźliwie doskonały
wieczny i nieśmiertelny
nierozpoczęty i nieskończony
zbawiający i umiejący słuchać
skoro nie lękałeś się umierać z miłości
skoro nie bałeś się być słabym
oddychać ciężko po każdym złudzeniu
być zbitym na kwaśne jabłko


niedziela, 12 marca 2017

Na salonach i w rynsztokach II Rzeczpospolitej


Książki Kamila Janickiego polecało mi już kilka osób, raz były to Kobiety dyktatorów, innym razem Upadłe damy II Rzeczpospolitej. Co ciekawe, osób polecających nie podejrzewałabym o jakieś szczególne zainteresowanie tematami historycznymi. Seria podobno nieźle się też sprzedała. Wiedziona ciekawością zapisałam się więc w dość długiej bibliotecznej kolejce i kiedy zdążyłam już całkowicie o całej sprawie zapomnieć, dostałam powiadomienie, że czeka na mnie książka Upadłe damy II Rzeczpospolitej. Historie prawdziwe. 

Na początku warto zaznaczyć, że tytuł kłamie. Nie wszystkie bohaterki wywodzą się z wyższych warstw społecznych, a historie nie są takie do końca prawdziwe, o czym informuje sam autor. Bardziej adekwatnym tytułem byłyby fabularyzowane historie najgłośniejszych procesów kryminalnych z udziałem kobiet w II RP. Na łamach książki znalazły się opowieści o księżniczce Woronicekiej, która zastrzeliła uchylającego się od ślubu narzeczonego, stręczycielce Genzlerowej, pewnej szantażystce z Poznania, tkaczce Zajdlowej, która zabiła własną córkę, a jej ciało utopiła w wychodku, parającej się niezbyt skuteczną płatną protekcją sędzinie Parylewiczowej i jej wspólniczce żydowskiej przekupce Fleischerowej oraz o zagadkowej śmierci pewnego warszawskiego inżyniera, o którą oskarżono jego własną siostrę. Autor pominął chyba najbardziej znaną tego typu historię z dwudziestolecia międzywojennego, czyli proces Rity Gorgonowej, choć wspomina o niej w prologu. Trzeba przyznać, że Janicki nie miał wcale łatwego zadania. Część dokumentacji sądowej przepadła bowiem później w wojennej zawierusze, a gazety z tamtego okresu dość często drukowały niesprawdzone plotki, przez co ciężko na nich polegać. Wybrnął z tego przez dodawanie w niektórych momentach fabularyzowanych elementów lub podawanie kilku możliwych wersji zdarzeń. Można by się oczywiście kłócić, czy historykowi tak przystoi i czy nie powinien się trzymać faktów. Z perspektywy czytelnika efekt jest jednak zadowalający, bo Upadłe damy... naprawdę dobrze się czyta. 

Same przedstawione w książce historie nie są aż tak ciekawe i niewiele różnią się od tych opisywanych dziś w tabloidach. Ponadto część bohaterek nie grzeszy inteligencją, a inne wydają się dość nijakie. Gdyby Janicki ograniczył się tylko do ich opisu, raczej nie mógłby liczyć na komercyjny sukces. Autor całkiem sprawnie przemyca jednak do swoich opowieści ducha epoki, a prawdziwym bohaterem książki wydają się przedwojenna prasa i kondycja społeczeństwa II Rzeczpospolitej. Oto jesteśmy w czasach, w których rodzą się mass media, jakie znamy dziś. I nie jest to wcale komplement. Reporterzy gonią za sensacją, opisują najbardziej intymne szczegóły, nie sprawdzają źródeł i robią to rozmyślnie, bo wiedzę, że tylko tak mogą zwiększyć sprzedaż tytułu. Prasę trudno też nazwać niezależną, bo jeśli jakiś tytuł nawet nie jest organem partyjnym, i tak prezentuje określony zestaw poglądów i próbuje naginać do nich rzeczywistość. Nie najlepiej wypadają też międzywojenne elity. Wydaje się, że niemal każdy ma tu jakieś drugie życie i coś do ukrycia. Choć dużo mówi się o moralności,  jej praktykowanie zostawia się masom. Masy natomiast szukają taniej podniety w postaci choćby właśnie głośnych procesów sądowych. 

Klimat epoki chyba najlepiej oddaje historia szantażystki Marii Lewandowskiej, która - choć pochodziła z bogatego domu - dla żartu lub rozgłosu wysyłała zamożnym i szanowanym obywatelom Poznania anonimy z prośbą o konkretną sumę pieniędzy w zamian za milczenie na temat romansu, który miał łączyć nadawczynię listu z jego odbiorcą. Cóż, nie tak dziwne wiadomości zdarza się ludziom wysyłać, o czym przekonaliśmy się najdobitniej dopiero wtedy, kiedy na świecie pojawił się internet. W tej historii zabawne (a może tragiczne) jest jednak to, że większość owych szanowanych obywateli wolała na wszelki wypadek zapłacić nawet bez dowiadywania się, z kim w ogóle mają przyjemność. Pouczająca jest też historia sędziny Parylewiczowej. Wielu chciałoby dziś wierzyć, że tendencje do korupcji zostały w polskie społeczeństwo wtłoczone przez zgniły aparat państwowy Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Nic z tych rzeczy! Szepnięcie słówka w czyimś imieniu przez wysoko postawioną osobę było w II RP rzeczą tak naturalną, że jeden z takich interwencyjnych listów pani Parylewiczowej dołączono nawet do oficjalnych akt w pewnej sprawie kryminalnej. Choć pani sędzina wykazywała się w swoich działaniach gracją na miarę słonia w składzie porcelany, uprawiała swój korupcyjny proceder ładnych parę lat, zanim ktoś w ogóle wpadł na to, że takie działanie może mieć znamiona przestępstwa. Ale nawet po aresztowaniu nie bardzo było wiadomo, z jakiego paragrafu ją sądzić, bo polski kodeks karny w ogóle o płatnej protekcji nie wspominał. Podsumowując, Upadłe damy II Rzeczpospolitej udowadniają, że XX-lecie międzywojenne w Polsce było piekielnie interesującą epoką, ale na pewno nie tak chlubną, jak wielu chciałoby ją dziś widzieć. 

źródło: www.znak.com.pl

czwartek, 19 stycznia 2017

Co jest najtrudniejsze w nauce języków obcych?



W internecie można znaleźć mnóstwo list najtrudniejszych języków świata. Co i rusz powstają nowe, chociaż już samo ich tworzenie wydaje się dyskusyjne. Takie listy są w końcu tylko trochę bardziej obiektywne niż odpowiedź na pytanie, która zupa jest najsmaczniejsza. Świetnie zresztą opisał to Karol z blogu Woofla. Świat języków obcych. Jednak co tak naprawdę sprawia, że dany język uważamy za trudniejszy bądź łatwiejszy? Nie mam ambicji odpowiadać na to pytanie w imieniu całej ludzkości, chciałabym raczej podzielić się swoimi własnymi wrażeniami. A uczyłam się do tej pory angielskiego, francuskiego, włoskiego, suahili i hausa. Większości niestety wciąż z niezadowalającym mnie skutkiem. Oto lista zagadnień, które zwykle sprawiały mi najwięcej problemów.


1. Fonetyka


Są na tym świecie osoby, które mają tak dobry słuch muzyczny, że bez problemów słyszą tony i są w stanie powtórzyć najtrudniejszy nawet dźwięk zasłyszany po raz pierwszy. Ja do nich nie należę. Mój mózg i aparat mowy są przyzwyczajone do dźwięków typowych dla polszczyzny i kiedy próbuję wydać z siebie inne, wychodzi tylko marna imitacja. Jestem świadoma, że już zawsze będę mówić po angielsku z polskim akcentem. Przez dwa lata uczyłam się wymawiania spółgłosek glotalizowanych w hausa. A są zaledwie trzy: ɓ, ɗ i ƙ. Mądrzejsi ludzie ode mnie badali trudności uczących się języka z przyswajaniem nowych fonemów i doszli do wniosku, że spółgłoski to jeszcze nie problem. Najtrudniejsze są samogłoski. W języku polskim mamy ich pięć*, a więc nasze uszy przez całe nasze życie przyzwyczaiły się do rozróżniania pięciu samogłosek. Niestety w niektórych językach jest ich więcej (czasem siedem, czasem dziewięć), uczącemu się bardzo trudno je wychwycić. A istnieją przecież i bardziej egzotyczne dla Polaka dźwięki, jak choćby osławione tony (żegnaj kariero sinologa) czy występujące w językach z rodziny khoisan mlaski (angielska nazwa clicks lepiej oddaje ich charakter). Mlaski funkcjonują jak wszystkie inne spółgłoski, mogą być na przykład dźwięczne lub bezdźwięczne, i może być ich bardzo dużo.



2. Elementy gramatyczne nieistniejące w języku rodzimym

Nie bez kozery koszmarem polskich uczniów są angielskie rodzajniki czy włoski tryb congiuntivo. Takie elementy nie istnieją w naszym rodzimym języku i nasze mózgi do tej pory świetnie sobie bez nich radziły. Nic dziwnego, że nie widzą potrzeby ich używania. Lubimy się chwalić, że w języku polskim mamy aż siedem przypadków i to takie strasznie trudne. Tylko, że język estoński ma ich czternaście, fiński piętnaście, a węgierski… dwadzieścia dziewięć. Trudno sobie nawet wyobrazić, do czego służą pozostałe, prawda? Dobrym przykładem są też występujące w niektórych językach Dalekiego Wschodu klasyfikatory (np. w japońskim). Wszystkie japońskie czasowniki są niepoliczalne i dopiero dodanie klasyfikatorów, które dzielą rzeczowniki na grupy w zależności od pewnych cech i przeznaczenia, pozwala je policzyć. Problem w tym, że takich klasyfikatorów jest kilkadziesiąt. 

4. Niespokrewnione ze sobą języki


Sytuacja językowa w Europie jest o tyle nietypowa, że dominuje tu tylko jedna rodzina języków indoeuropejskich. Gdyby zapytać, które z używanych w Europie języków są najtrudniejsze, zapewne wśród najczęściej wymienianych znalazły by cię baskijski (niespokrewniony z żadnym innym językiem) oraz węgierski i fiński (należące do rodziny języków uralskich). Czy rzeczywiście są takie trudne, czy może tylko bardziej obce? W gruncie rzezy żyjemy na kontynencie, na którym używa się dość podobnych języków. Oczywiście zbytnie podobieństwo czasami przeszkadza. Poznałam kiedyś dziewczynę, u której w domu mówiło się w lingala, przez co miała spore problemy z nauczeniem się suahili (podobieństwo na pierwszy rzut ucha jak między polskim a słowackim). Za bardzo myliły jej się słowa. Na takie problemy narzeka wielu Polaków uczących się innych języków słowiańskich. Jednak z zasady podobieństwa raczej ułatwiają naukę. W językach z tej samej rodziny trudniej trafić na egzotyczne elementy gramatyki czy fonetyki, dość podobna będzie składnia zdania (przeważnie wg schematu podmiot-orzeczenie-dopełnienie, choć są wyjątki, np. łacina), a naukę ułatwią nam internacjonalizmy. Kiedy zaczęłam uczyć się włoskiego byłam zdziwiona, ile rdzeni wyrazów rozpoznaje ze względu na znajomość angielskiego. Zdarzało się to zwłaszcza w wypadku czasowników. Podobno w angielskim odmiana czasowników z końcówką -ed była kiedyś zarezerwowana dla zapożyczeń. Z czego wynika, że większość angielskich czasowników to zapożyczenia. I to głównie z francuskiego. A rdzenie czasowników powtarzają się w językach romańskich. Zagadka rozwiązana. Nazw warzyw po włosku w zasadzie w ogóle nie musiałam się uczyć, bo ich lwią część zapożyczyliśmy sobie do polskiego (to te warzywa, które przywiozła do Polski królowa Bona). Nie twierdzę oczywiście, że w językach spoza rodziny indoeuropejskiej zapożyczenia nie występują. W suahili i hausa jest na przykład bardzo dużo zapożyczeń z… arabskiego. Tylko że ja nie znam arabskiego, więc niewiele mi to pomogło. Nie miałam szans na domyślenie się znaczenia słowa, praktycznie wszystkich słów musiałam się uczyć od początku (no może poza słowem mama).

5. Inna logika języka

Jak już wspomniałam, żyjemy na kontynencie, na którym większość języków należy do tej samej rodziny. Do pewnych kategorii przyzwyczailiśmy się tak bardzo, że uznajemy je za oczywiste. Jesteśmy pewni, że kiedy określamy cechę jakiejś rzeczy lub osoby, powinniśmy użyć przymiotnika. Że czasownik odmienia się od tyłu. Że istnieją rodzaje gramatyczne (męski, żeński, a czasem nijaki) oparte do pewnego stopnia na płci (no może nie w przypadku rzeczowników nieożywionych). I wtedy zaczynamy się uczyć języka, który nic sobie z tego nie robi, np. suahili. I dowiadujemy się, że czasowniki odmieniają się od przodu. Że zamiast rodzaju gramatycznego są klasy rzeczownikowe, przez co kobiety i mężczyźni odmieniają się tak samo, ale już ludzie i rośliny nie. I że trochę brakuje przymiotników, a z opisywaniem cech musimy sobie poradzić w inny sposób. Czyli na przykład, jeśli chcemy powiedzieć, że coś jest mokre, powiemy raczej, że ma wodę. Słowem, dowiadujemy się, że logika, do której byliśmy przyzwyczajeni, jest tylko jedną z możliwych.

6. Alfabet

Większość narodów posługujących się alfabetem łacińskim uparcie twierdzi, że przecież w ich języku czyta się tak, jak się pisze. No cóż, tak naprawdę można to powiedzieć chyba tylko o łacnie, dla której ten alfabet został stworzony. Zasób fonetyczny pozostałych języków nieco jednak różnił się od tego łacińskiego i trzeba było sobie jakoś z tym poradzić. Dlatego w poszczególnych językach dodano znaki specjalne i dwuznaki (jak nasze ć, ź, cz, dź) i ustalono trochę inny sposób odczytywania poszczególnych liter. Pół biedy, kiedy sposób odczytywania tych znaków i połączeń jest stały, jak na przykład w językach romańskich. Ale w takim angielskim to już trochę wolnoamerykanka. Jeśli język, którego zamierzamy się uczyć, posługuje się alfabetem łacińskim, mamy ułatwione zadania. Czasem jednak trzeba nauczyć się innego alfabetu. Najprostsze, bo najkrótsze, są alfabety oparte na fonetyce. Nauczenie się cyrylicy nie jest w końcu aż takie straszne. Trochę dłuższe są zwykle sylabariusze, ale prawdziwe schody zaczynają się podczas nauki systemów pisma nie mających nic wspólnego z fonetyką. Najbardziej znane z nich to oczywiście pismo chińskie i wywodzące się z niego japońskie kanji. W głębi duszy uważam ten system za genialny, to naprawdę niesamowite, że Chińczycy z różnych części Chin, którzy posługują się na co dzień innymi językami i za nic by się ze sobą nie dogadali, mogą przeczytać tę samą gazetę. Ale dla uczącego się to katorga. Niewielkim pocieszeniem może być fakt, że uczniom chińskich i japońskich szkół opanowanie kilku tysięcy znaków także zajmuje lata.

7. Kontekst

Tłumacze zwykli mawiać, że wszystko zależy od kontekstu, ale nie taki kontekst mam w tej chwili na myśli. W kulturoznawstwie kultury dzieli się na te niskiego i wysokiego kontekstu. Przedstawiciele pierwszego typu zwykli wyrażać swoje myśli wprost, a rozmowa z nimi nie wymaga zbyt dużej wiedzy pozajęzykowej. Jak typowy przykład zwykle podaje się Amerykanów. W kulturach wysokiego kontekstu uważnie dobiera się słowa i nie wyraża w sposób bezpośredni, dlatego zrozumienie komunikatu wymaga znacznie większej wiedzy o przyjętych w danej kulturze zwyczajach. Sztandarowymi przedstawicielami takiego typu kultury są Japończycy, którzy są znani z zaznaczania hierarchii w języku i rozbudowanego systemu zwrotów grzecznościowych.

* Starsze opracowania wyróżniały jeszcze samogłoski nosowe ą i ę, dziś uznaje się je raczej za połączenie dwóch fonemów (dyftongi). Kontrowersyjna jest też przynależność głoski y, którą często uznaje się za półsamogłoskę, ponieważ raz może tworzyć sylabę, a raz nie. 

źródło: bab.la


A co Wam sprawia największą trudność, kiedy uczycie się języków?

czwartek, 12 stycznia 2017

Innego końca świata nie będzie


W śmierci zawsze zaskakuje mnie to, jak w jednej chwili sprawy, o które zabiegaliśmy całe życie, stają się nieważne. I jak bardzo świat zdaje się tego nie zauważać. Ktoś dalej kłóci się o politykę, ktoś obgaduje sąsiadkę, ktoś właśnie wymyśla słowa piosenki, która ma reklamować syrop na kaszel, a ktoś inny dostaje mandat za jazdę bez biletu komunikacją miejską. Oni jeszcze nie wiedzą, że to też kiedyś będzie nieważne. I że to będzie ich mały koniec świata. 

Czesław Miłosz
Piosenka o końcu świata

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

źródło: rafalzarski.blogspot.com

środa, 28 grudnia 2016

Trupy na krańcach świata, czyli o kilku wartych obejrzenia filmach kryminalnych

Chyba nie ma bardziej wyeksploatowanego tematu kryminalnego niż zabójstwo w małym miasteczku. Wydawałoby się, że nic już nie pozostało tu do dodania, a jednak wybrałam cztery filmy, które poruszają go w sposób oryginalny, świeży i bardzo różny, a do tego pochodzą z różnych części świata. Wszystkie zdecydowanie polecam.

Sprawa Gorgonowej



Na początek coś z własnego podwórka. Sprawa Gorgonowej to ciekawa historia, ale przede wszystkim naprawdę dobry film. Powstał w 1977 roku i ani trochę się nie zestarzał. W rolach głównych Roman Wilhelmi i Ewa Dałkowska. To historia chyba najgłośniejszego procesu sądowego II Rzeczpospolitej, o którym doniesienia nie schodziły z pierwszych stron gazet całymi miesiącami, ale też opowieść o pierwszym w Polsce prasowym samosądzie. Opinia publiczna ogłosiła bowiem Gorgonową winną na długo przed tym, zanim sąd wydał jakikolwiek wyrok. 30 grudnia 1931 roku w podlwowskich Brzuchowicach została zamordowana córka inżyniera Henryka Zaremby. Podejrzenia szybko padają na Ritę Gorgonową, gospodynię i konkubinę ojca dziewczyny. Motywem popełnienia zbrodni miał być sprzeciw dorastającej Lusi wobec związku Rity z jej ojcem. Kobieta trafia do więzienia pomimo braku bezpośrednich dowodów. Nie bez znaczenia okazuje się jej oburzający opinię publiczną jawny związek z Zarembą, z którego urodziło się nawet nieślubne dziecko. Oboje nie byli wolni, żona Zaremby od lat przebywała w zakładzie psychiatrycznym, a mąż Gorgonowej wyjechał do Stanów Zjednoczonych po tym, jak zaraził się chorobą weneryczną. Na domiar złego Rita Gorgonowa była obca, chociaż miała polskie obywatelstwo, pochodziła z Dalmacji (na terenie dzisiejszej Chorwacji). Obrony zaszczutej kobiety podejmuje się pro bono słynny lwowski adwokat Maurycy Axer (w tej roli świetny aktor starszego pokolenia Aleksander Bardini). O Gorgonowej wiadomo dziś jedynie tyle, że została zwolniona z więzienia wraz z wybuchem II wojny światowej. Reszta to głównie plotki. W filmie Janusza Majewskiego nie pada też odpowiedź na najważniejsze pytanie, czyli czy Gorgonowa była winna. Po latach nie sposób już chyba na nie odpowiedzieć. Dlatego reżyser trzyma się faktów i nakreśla przy tym naprawdę ciekawy obraz społeczeństwa II Rzeczpospolitej. Jest w tym oczywiście trochę nostalgii, widzimy w końcu świat, którzy przestał istnieć, ale też całkiem sporo krytyki. Łatwość wydawania sądów, traktowanie cudzego nieszczęścia jak taniej rozrywki...  To się akurat nie zmieniło. 

Lament



To już bardziej thriller niż kryminał i to z udziałem sił nadprzyrodzonych. Choć, jak to często bywa w przypadku koreańskiego kina, trudno jednoznacznie zdefiniować gatunek. Tamtejsi twórcy nic sobie nie robią ze sztywnych podziałów, których uparcie trzymają się europejscy i amerykańscy reżyserzy. Może to i lepiej. Życie w końcu też rzadko bywa tylko komedią albo tylko dramatem, z reguły jest w nim po trosze wszystkiego. Rzecz dzieje się w malowniczo położonym sennym miasteczku. Posterunkowy Jong-goo (w tej roli Do-Won Kwak) zostaje wezwany na miejsce brutalnego morderstwa. Żaden z niego detektyw, a takie sprawy wcześniej się tu nie zdarzały. Tymczasem tajemniczych wydarzeń jest coraz więcej, a mieszkańcy jeden po drugim zapadają na dziwną chorobę. Jong-goo początkowo szuka racjonalnego wyjaśnienia sprawy, ale kiedy niebezpieczeństwo zaczyna grozić również jego rodzinie, jest gotów nawet zatrudnić szamana. Zaczynają się poszukiwania winnego. Czy za tajemniczymi wypadkami stoi mieszkający w górach Japończyk (kto ogląda koreańskie kino, ten wie, że Japończycy odpowiadają za wszelkie zło)? Czy rzeczywiście na miasteczko uwzięły się jakieś ciemne siły, czy to tylko ludzka wyobraźnia? Lament to nie klasyczny horror, który straszy wyskakującymi z ciemności zakrwawionymi postaciami. Napięcie budowane jest stopniowo za pomocą ujęć kamery i muzyki, dzięki którym zaczynamy odnosić wrażenie, że w okolicznych lasach coś musi się czaić. Reżyser Lamentu Hong-jin Na niewątpliwie jest mistrzem stwarzania niepokojącego klimatu. 

Stare grzechy mają długie cienie



Recenzenci uparcie porównywali ten hiszpański film do serialu Detektyw prawdopodobnie dlatego, że w obu jest dość duszno, gorąco, małomiasteczkowo i giną młode dziewczyny. Różnica jest taka, że w Stare grzechy mają długie cienie nie mamy jedynie do czynienia z dwójką detektywów z przeszłością, lecz także z całym krajem po przejściach. Jesteśmy w Hiszpanii w roku 1980, czyli zaraz po upadku reżimu generała Franco i w trakcie procesu demokratyzacji. Jednak nawet jeśli stary system powoli opuszcza budynki państwowe, ciągle jeszcze głęboko siedzi w głowach. Gdzieś w położonym wśród mokradeł małym miasteczku na południu kraju giną bez śladu dwie dziewczyny. I pewnie nikt by się nie przejął, gdyby ich wujek nie był wojskowym. Z Madrytu przyjeżdżają dwaj detektywi Pedro (w tej roli rzeczywiście nieco podobny do Matthew McConaugheya Raul Arevalo) i Juan (Javier Gutierrez). Jeszcze kilka lat temu zapewne byliby po przeciwnych stronach barykady, teraz muszą współpracować. Nie jest to opowieść o przyjaźni i partnerstwie, ciężko mówić nawet o zaufaniu, dlatego każdy z policjantów rozwiązuje sprawę nieco po swojemu. Szybko okazuje się, że zaginionych jest więcej, a Pedro i Juan ścigają seryjnego mordercę. Nie ma tu jednak miejsca na nagłe przebłyski geniuszu czy magicznie pojawiające się wskazówki. Praca bohaterów wydaje się wręcz żmudna w tym gorącym i wilgotnym klimacie. Detektywi dochodzą do prawdy małymi krokami, prośbą, groźbą, a czasem nawet przemocą. Reżyserowi udało się świetnie oddać duszny klimat miasteczka bez perspektyw, którego mieszkańcy najchętniej by z niego uciekli. A beznadzieja dnia codziennego została świetnie skontrastowana z pięknem przyrody, na uwagę zasługują zwłaszcza zdjęcia z lotu ptaka. 

Wizyta inspektora






















Film telewizyjny BBC na podstawie sztuki J. B. Priestleya. Akcja osadzona jest w fikcyjnym miasteczku Brumley na północy Anglii w 1912 roku. Uroczystą kolację w domu lokalnego przedsiębiorcy pana Birlinga, wydaną z okazji zaręczyn jego córki, przerywa niespodziewana wizyta inspektora policji, który przedstawia się jako Goole. Mężczyzna pyta o okoliczności śmierci niejakiej Evy Smith. Tym razem nikt tu jednak nikogo nie zamordował, przynajmniej nie osobiście. Kobieta popełniła samobójstwo. W toku rozmowy okazuje się, że każdy z Birlingów przyczynił się do nieszczęścia Evy. Wizyta inspektora to moralitet w najczystszej postaci. Inspektor Goole (świetnie zagrany przez Davida Thewlisa) uświadamia każdemu z bohaterów jego grzechy i daje szanse na poprawę, z której jednak żaden z nich, czy to ze strachu, czy z zepsucia, nie chce skorzystać. Dużo tu zbiegów okoliczności i niedopowiedzeń, a wiele pytań pozostaje otwartych. Czy rzeczywiście cały czas chodziło o tę samą kobietę? Kim był inspektor Goole? Duchem? Wyrzutem sumienia? A może samym Bogiem? 

czwartek, 22 grudnia 2016

Antyporadnik prezentowy dla wielbiciela Afryki

Chciałabym Was dziś zaprosić do obejrzenia mojego małego antyporadnika prezentowego, czyli przewodnika po najgorszych książkach o Afryce Wschodniej, który opublikowałam na moim drugim blogu Suahili online. Być może kiedyś uda mi się go rozszerzyć o najgorsze książki o Afryce w ogóle. Recenzje godnych polecenia książek znajdziecie natomiast na tym blogu w zakładce Afryka

czwartek, 24 listopada 2016

Ptak na uwięzi

Czasem kupuję książki, kierując się tylko opisem na okładce. Już nie raz się zawiodłam. I nie mówię tylko o sytuacjach, w których zachwalana książka okazał się marna. Czasem po prostu opis ma się nijak do tego, co znajdujemy w środku. Coś takiego przydarzyło mi się właśnie z powieścią południowokoreańskiej pisarki Oh Jeonghui Ptak, którą kupiłam na którychś targach książki. Na okładce możemy przeczytać:
"Ptak" Oh Jeonghui to książka niezwykła, przejmująca i poruszająca, która pokazuje obraz dynamicznie rozwijającej się Korei Południowej widziany oczami wrażliwego dziecka pozbawionego normalnego dzieciństwa, bezpieczeństwa i wsparcia. (...) Przesiąknięta smutkiem i wyobcowaniem dziecięca wizja świata jest jednocześnie bardzo trafną obserwacją społeczeństwa koreańskiego lat 90. dwudziestego wieku. 
Spodziewałam się więc co najmniej powieści społecznej, dlatego byłam zawiedziona, że w książce tak niewiele jest samej Korei. No chyba że za obraz kraju uznamy to, że bohaterowie gotują ryż zamiast ziemniaków. Po pierwszym rozczarowaniu doceniłam jednak powieść Oh Jeonghui, to kawałek dobrej prozy. 

Naprawdę trudno jest napisać dobrą książkę, której narratorem byłoby dziecko. Pisarze dość łatwo popełniają błąd przypisywania mu zbyt dużej wiedzy, tłumią jego emocje, narzucają zbytnią bezstronność. Efekt przypomina w końcu bardziej wszystkowiedzącego narratora rodem z XIX-wiecznych powieści niż dziecko z krwi i kości. Dzieci nie są przecież idealne, dopiero uczą się świata i nie zawsze są w stanie rozróżnić prawdę od kłamstwa. Często ponoszą je emocje, zawodzi pamięć, potrafią nawet być okrutne. I co chyba najważniejsze, zwykle nie zdają sobie sprawy, że z ich światem jest (przynajmniej z perspektywy społeczeństwa) coś nie tak, po prostu przyjmują zastaną rzeczywistość bez zbędnych pytań. Bohaterka i narratorka Ptaka rzeczywiście taka jest. Czasem w jej pamięci zamazują się twarze, nie potrafi jeszcze ocenić, czy coś jest faktem, czy tylko przesądem, dlatego wszystkie docierające do niej bodźce na równi ją kształtują. W tej narracji rzeczywiste wydarzenia mieszają się z wyobrażeniami, tworząc naprawdę bogaty świat wewnętrzny dziecka (bo na pewno nie Korei Południowej). 

U-mi i jej brat U-il nie mają matki, a ich ojciec jeździ po całym kraju w poszukiwaniu pracy. Dzieci wychowują się kątem u krewnych. Pewnego dnia ojciec postanawia jednak zabrać do wynajętego mieszkania U-mi i U-ila, gdyż udało mu się znaleźć nową żonę. I ta kobieta szybko jednak odchodzi, a obraz jej twarzy powoli rozmazuje się w pamięci dzieci. Można powiedzieć, że U-mi i U-ila wychowują przypadkowo spotkani dorośli, gospodyni i inni mieszkańcy budynku, a dzieci ze strzępków uzyskanych od nich informacji budują sobie własny świat. Jak nietrudno się domyślić, ten świat niczym nie przypomina ciepłej i bezpiecznej rodziny. U-mi próbuje wychowywać brata i naśladuje przy tym dorosłych. Nie potrafi okazać chłopcu czułości, żeby pokazać, że jej zależy, obrzuca go więc epitetami. Od kogo miałaby nauczyć się cipełych słów? Od opiekunki socjalnej, która odwiedza ją w szkole raz na dwa tygodnie? 

Można oczywiście mówić, ze los tych dzieci nie jest typowy. Że to wręcz jakaś patologia. Jednak powieść Oh Jeonghui uświadomiła mi jedną bardzo ważą rzecz, a mianowicie jak istotne jest to, co pokazujemy i mówimy dzieciom. One nie mają innego świata i innego punktu odniesienia. Przyjmą za normalne wszystko to, co robimy my dorośli. Z równą łatwością nauczą się czułości jak nienawiści. Wezmą ten świat takim, jakim my go zostawimy. Tak chyba wygląda dziedziczenie biedy i wykluczenia. My nie uczymy się świata, my go nabywamy. Tak jak w językoznawstwie mówi się o nabywaniu języka rodziców z całym bagażem jego błędów, wypaczeń i udziwnień. Bardzo jestem ciekawa, jakimi dorosłymi będą U-mi i U-il, Mam nadzieję, że Oh Jeonghui napisze kiedyś kontynuację. 

źródło: ecsmedia.pl

PS Lojalnie uprzedzam, że w książce jest scena gotowania zupy z psa. Chociaż dla mnie nie ma żadnej różnicy między zabiciem psa i zabiciem świni (oba są w końcu myślącymi i czującymi stworzeniami), przyjmuję do wiadomości, że dla niektórych to problem. 

środa, 23 listopada 2016

Festiwal Filmowy Pięć Smaków 2016

Atak serca


źródło: www.imdb.com

Zaskakująco dobry film nagradzanego już na Festiwalu Pięć Smaków tajskiego reżysera, którego nazwiska nie jestem w stanie wymówić (Nawapol Thamrongrattanarit), a także ukłon w stronę freelancerów i ich ciężkiej doli. Yoon jest grafikiem komputerowym, który szczerze kocha swoją pracę. A do tego ma w sobie ten rodzaj dążenia do doskonałości, który każe mu wywiązać się z nawet najbardziej absurdalnych terminów. Świetny przepis na śmierć z przepracowania. Organizm Yoona nie chce się jednak tak łatwo poddawać i zaczyna wysyłać mu sygnały. Pierwszym jest swędząca wysypka, która pokrywa coraz to nowsze partie ciała. Yoon będzie musiał w końcu pójść do lekarza. 

Nasz bohater to prawdziwy tytan pracy. Potrafi nie spać przez kilka dni i żywić się tylko w sklepie całodobowym. Problem jednak w tym, że Yoon pracuje już zdecydowanie za długo. Zdążył zapomnieć, co w zasadzie innego mógłby w życiu robić. Dlatego zastosowanie się do zaleceń młodej pani dermatolog będzie dla niego nie lada wyzwaniem. Jego usilne starania, żeby odpocząć, przypominają trochę nasz polski Dzień świra. W tej opowieści jest jednak coś więcej, ponieważ pomiędzy Yoonem a lekarką zaczyna się rozwijać nić porozumienia. 

Niewątpliwie najmocniejszym punktem filmu są konstrukcje psychiczne bohaterów. Wyraziste, oryginalne i autentyczne. To właśnie kiedy patrzymy na takie osoby, uzmysławiamy sobie, że ludzi czasem lubi się bardziej za ich wady, niż za zalety. Oczywiście na nic nam interesujące postacie bez dobrej obsady, na szczęście Sunny Suwanmethanon i młodziutka Davika Hoorne świetnie sobie poradzili. Ich naturalne kreacje i trafiający w sedno życia freelancera (i życia uczuciowego w sumie też) humor złożyły się na naprawdę udany seans. 


Miłość za sto jenów


źródło: cdn.fantasiafestival.com

Chyba tylko Japończycy potrafią zrobić tak pozytywny film o bandzie dziwaków, którym cały czas przydarzają się złe rzeczy. Główną bohaterką jest trzydziestodwuletnia Ichiko, która nigdy nie pracowała i ciągle mieszka z rodzicami. Nie chce jej się nawet pomagać mamie i siostrze w budce z bento. Ichiko jest zaniedbana, a życie po prostu jej nie interesuje, momentami bierność bohaterki wydaje się wręcz komiczna. Jednak pewnego dnia, po kolejnej awanturze, Ichiko nieoczekiwanie decyduje się na wyprowadzkę. A co za tym idzie, będzie musiała znaleźć pracę. Najbliższa wolna posada trafia się w sklepie Wszystko za 100 jenów. Myli się jednak ten, kto sądzi, że taka zmiana będzie w stanie poruszyć bohaterkę. W pracy Ichiko też wydaje się obecna bardziej ciałem niż duchem, nie są jej w stanie poruszyć nawet osobiste nieszczęścia. 

Wszystko zmienia się, kiedy Ichiko poznaje pewnego boksera. Ale to nie z powodu miłości, która szybko okazuje się klapą. Kiedy jednak bohaterka ogląda walkę bokserską, na jej twarzy po raz pierwszy pojawiają się jakieś emocje. Do tego momentu nieco irytowała mnie gra odtwórczyni głównej roli. Do tej pory Sakura Ando jako Ichiko praktycznie nie używała mięśni twarzy! Zresztą trudno by było to zauważyć, bohaterka w końcu nieustannie chowała twarz za włosami. Dopiero w połowie filmu odkryłam, że w tym szaleństwie jest metoda. Mimika powraca u Ichiko razem z chęcią stawienia czoła życiu. Dziewczyna zaczyna... trenować boks. Dalej nie będzie jednak melodramatycznie jak w filmie Za wszelką cenę. Reżyser Masaharu Take zdecydował się na znacznie więcej czarnego humoru, co nie czyni jednak emocji bohaterów mniej realistycznymi. 

Miłości za sto jenów trzeba dać trochę czasu, żeby opowieść się rozkręciła, ale za to druga część filmu niewątpliwie rekompensuje nieśpieszne tempo pierwszej. 

Ostatni pociąg

źródło: imdb.com

Na filmweb.pl film figuruje jako Zombie express, tytuł ten jest jednak tak głupi, że nie mam serca go użyć. Dałabym mu też pewnie wyższe noty, gdyby dystrybutorzy zdecydowali się zaklasyfikować go jako komedię. Ale dramat? Naprawdę? Niektórym udało się jednak doszukać tu czegoś głębszego, na stronie festiwalu czytamy na przykład:
Film konsekwentnie wypełnia założenia gatunku, które George Romero określił już w 1968 roku w "Nocy żywych trupów". Nie brakuje tu więc mocnego komentarza społecznego i krytyki nierówności klasowych, którą można odnieść zarówno do katastrofy promu Sewol z 2014 roku jak i do kryzysu imigracyjnego na świecie.
No cóż, chyba w snach. Mamy tu do czynienia z filmem całkowicie rozrywkowym, który zresztą z tego powodu podbił box office w wielu azjatyckich krajach. I rzeczywiście ciężko się na nim nudzić. Ostatni pociąg to niezła propozycja na wieczornym seans po ciężkim dniu i to koniecznie z piwem w ręku. 

Głównym bohaterem jest Seok Woo (w tej roli Gong Yoo), pracoholik, egoista i manager w dużej korporacji, który jedzie ze swoją córeczką do mieszkającej w Pusanie byłej żony. Pech chce, że w chwili odjazdu do pociągu wbiega kobieta ugryziona przez zombie. Reszty można już się chyba domyślić. Twórcy dodali tu kilka scen melodramatycznych retrospekcji w stylu znanym na pewno fanom koreańskich dram, które jednak u bohaterów ściganych przez tabuny zombie wypadają raczej komicznie. Plusem są niewątpliwie sami bohaterowie, którzy chociaż mają jakieś charaktery i nawet można im kibicować. To się w końcu w filmach o zombie nie zdarza zbyt często.