Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 października 2015

Gdy zmysły zawodzą


Dziś chciałam Wam polecić trzy mało znane filmy, których bohaterowie szybciej lub wolniej tracą zmysły, a reżyserzy robią wszystko, żebyśmy nie mogli zaufać naszym. Plączą, mocą i mieszają wątki, tak że już nie wiadomo, co wydarzyło się naprawdę, a co tylko przywidziało bohaterom. Na temat szaleństwa nakręcono oczywiście obrazy lepsze i bardziej popularne, które z przyjemnością pomijam, bo co to za sens polecać ludziom coś, co już znają. 

Obłąkani

źródło: filmweb.pl

Niech nikogo nie zniechęci tytuł jak z horroru klasy B, to tylko wymysł naszych kochanych dystrybutorów. W oryginale film nosi tytuł Eliza Graves i wzorowany jest na opowiadaniu Edgara Allana Poego System doktora Smoły i profesora Pierza. Scenariusz znacznie odbiega od literackiego pierwowzoru, ale zachowuje jego specyficzne poczucie humoru. Jest rok 1899, do zakładu dla obłąkanych Stonehearst przybywa młody psychiatra z Oksfordu Edward Newgate (Jim Sturgess). Ciągnie go tam chęć odbycia stażu, a także fascynacją jedną z pacjentek, która cierpi na dość częstą w owym czasie wśród kobiet histerię. Ośrodkiem kieruje ekscentryczny doktor Silas Lamb (Ben Kingsley). Adept psychiatrii szybko przekona się, że trafił do prawdziwego domu wariatów. Pacjentów nie leczy się co prawda popularnymi w XIX wieku metodami, jak polewanie lodowatą wodą czy elektrowstrząsy i nawet jadają przy jednym stole z personelem, ale coś tu wyraźnie jest nie w porządku. Lekarze i pielęgniarki zwariowali? A może to Edward Newgate traci zmysły? Tak przewrotnego zakończenia nie powstydziłyby się sam Edgar Allan Poe. Dużym plusem filmu są naprawdę dobre role Bena Kingsleya i Davida Thewlisa. Młodsze pokolenie sprawuje się nieco gorzej, zwłaszcza Kate Beckinsale w roli Elizy Graves, która przeważnie tylko ładnie wygląda. 

Perfect Blue

źródło: subscene.com

Perfect Blue, czy raczej jak głosi oryginalny tytuł Pafekuto Buru (co świetnie odzwierciedla sposób, w jaki Japończycy traktują język angielski), to rzecz nieco starsza i animowana, bo zestawienie bez anime byłoby zestawieniem straconym. Opowieści o gwiazdkach pop bywają zwykle przesłodzone, tu jednak jest mrocznie i krwawo. Młodziutka Mima zdobyła już pewną popularność w girlsbandzie, jednak jej wytwórnia postanawia zrobić z niej aktorkę. Jako że jesteśmy w Japonii, dziewczyna nie ma wiele do gadania. W serialu będzie musiała zagrać kilka odważnych scen, co niekoniecznie spodoba się jej fanom. Wkrótce Mima zaczynie widzieć zjawę dawnej siebie, a w jej otoczeniu dojdzie do serii tajemniczych morderstw. Kto zabija? Psychopatyczny fan? A może sama Mima? Reżyser podsuwa nam aż za dużo możliwych rozwiązań, a zakończenie oczywiście zaskakuje. Gdyby tylko kreska była lepsza, ale w końcu ta produkcja ma już osiemnaście lat. 

Dolores 

źródło: filmweb.pl

Tu mniej jest szaleństwa, całkiem sporo za to kłopotów z pamięcią i oceną, kto tu tak naprawdę jest zły. Z początku Dolores przypomina nieco Misery i nie bez powodu. To kolejna ekranizacja prozy Stephena Kinga, a w roli głównej znów zobaczymy Kathy Bates. Ta jest jednak moim skromnym zdaniem lepsza, bo wiele tu niuansów. Takiego Kinga mogłabym nawet polubić. Kiedy w gwałtowny sposób ginie Vera Donovan (Judy Parfitt), podejrzenia padają na jej wieloletnią opiekunkę Dolores Claiborne, zwłaszcza że mąż bohaterki zginął w równie tajemniczych okolicznościach. Do miasta przyjeżdża córka Dolores Selena (Jennifer Jason Leigh), która nie widziała matki od piętnastu lat. Z tej postaci mógłby być dumny Zygmunt Freud, kobieta jest bowiem chodzącym modelem jego teorii. Pozornie niezależna i utalentowana dziennikarka (pominę złośliwe uwagi na temat różnic w tym, jak wykonywanie tego zawodu wygląda naprawdę, a jak jest zwykle przedstawiany w filmach), która zmienia facetów jak rękawiczki, ale w rzeczywistości całe jej dorosłe życie jest naznaczone piętnem z dzieciństwa, a trauma sprzed lat wyjaśnia wszystkie obecne problemy. Rys psychologiczny jest może nieco toporny, na szczęście nie dostajemy wszystkich informacji naraz. Największym walorem Dolores jest właśnie dawkowanie informacji i manipulowanie osądem widza na temat bohaterów. To naprawdę miła odmiana, kiedy się od początku nie wie, kogo w filmie powinno się lubić. 

niedziela, 24 lutego 2013

"Carrie"


Od dawna zastanawiałam się, co sprawia, że Stephen King jest jednym z najpoczytniejszych żyjących pisarzy. A najprostszym sposobem, żeby się tego dowiedzieć, jest przeczytanie jakiejś jego książki. W ręce wpadła mi "Carrie" - debiutancka powieść autora. Teraz już wiem. Czytając Kinga miałam podobne odczucia, jak przy czytaniu J. K. Rowling. Wiedziałam, że to co czytam, to tylko bajeczka, ale na tyle dobrze napisana, że nie mogłam się oderwać.

"Carrie" to powieść epistolarna, oprócz części głównej, w której wszystkowiedzący narrator opowiada nam o przebiegu wydarzeń, w jej skład wchodzą też listy, wycinki z gazet, depesze agencji prasowych, fragmenty naukowych książek czy zapisy z przesłuchań przeprowadzonych przez komisję wyjaśniającą sprawę Carrie White. Wszystko ma sprawiać wrażenie autentyczności przedstawionych wydarzeń. Same wydarzenia są niebanalne, narrator ukazuje bowiem finał balu na zakończenie roku szkolnego w Thomas Ewen Consolidated High School w Chamberlain, jako jedną z największych tragedii, jaka dotknęła Stany Zjednoczone.

Przyznam, że wątek samej Carrie był dla mnie o wiele ciekawszy niż wywody o telekinezie. King świetnie uchwycił istotę bycia szkolną ofiarą. Z Carrie drwiły nawet osoby, które nigdy by się o to nie podejrzewały, jak choćby Susan Snell. Carrie była po prosty typem ofiary, w swoich niemodnych ubraniach, z całą swoją nieporadnością i matką - fanatyczką religijną. Wiadomo, że lata szkolne to czas, w którym ludzie bywają najbardziej okrutni. Nie przyswoili jeszcze konwencji społecznych i moralnych, które zabraniają znęcać się nad słabszymi (niektórzy pewnie nigdy ich nie przyswoją), często podążają za tłumem, zależy im na akceptacji i popularności wśród rówieśników, a przy tym częściej kierują się emocjami niż rozsądkiem. Wszystko to sprawia, że życie Carrie to istne piekło. W domu nie jest lepiej, jej matka wszędzie widzi zarzewie grzechu, wystąpiła nawet z kościoła baptystów, którą to wspólnotę uważa za grzeszną i sama odprawia narzeczeństwa religijne w swoim domu. Szczególną nienawiścią darzy wszystko, co jest związane z seksualnością. Nie powiedziała Carrie, że istnieje coś takiego jak miesiączka. Kiedy dziewczyna dostaje pierwszego okresu, myśli, że wykrwawia się na śmierć. Przez co oczywiście po raz kolejny staje się pośmiewiskiem dla koleżanek z klasy. Na skutek kolejnego upokorzenia w Carrie budzą się zdolności telekinetyczne. Już wkrótce odegra się na swoich prześladowcach.

Motyw krwi menstruacyjnej jeszcze się w "Carrie" pojawi. Przypisywanie takiej niemalże magicznej mocy miesiączce nieco mnie rozbawiło. King sięga tu do lęku obecnego w wielu kulturach, którego ślady możemy znaleźć choćby w Starym Testamencie. I tak w trakcie czytania przyszło mi do głowy zdanie zapamiętane z Księgi Kapłańskiej:
A jeśli kobieta ma wyciek i tym, co wycieka z jej ciała, jest krew, pozostanie ona siedem dni w swej nieczystości menstruacyjnej i każdy, kto jej dotknie, będzie nieczysty aż do wieczora. 
Ponadto, we fragmentach udających książkę popularnonaukową, autor wyjaśnia fenomen telekinezy jako efekt działania genu, który może być dominujący tylko u kobiet. Pada tam stwierdzenie, jak przerażający jest fakt, że na świecie mogą istnieć kobiety, które są w stanie zabijać samą myślą. Czyżby jednak lęk przed kobietami panie King?

Pomijając te drobne fragmenty, który wywołały u mnie szyderczy uśmiech, "Carrie" to naprawdę niezły thriller. King pokazuje w nim, jak świetnie idzie mu opowiadanie historii. Książkę tę zalecam czytać wieczorem lub w nocy, wtedy najłatwiej poczuć dreszczyk emocji. Można również czytać po męczącym dniu, powieść jest na tyle wciągająca, że skutecznie zwalczy znużenie.