sobota, 9 lutego 2013

"Bronson" i "Valhalla: Mroczny wojownik"


Na tej roli Toma Hardy'ego inni aktorzy powinni uczyć się fachu. Hardy nie gra Charlesa Bronsona, on jest Bronsonem. Widzimy szaleństwo w jego oczach i jedyne czego możemy być pewni to, że bohater zaraz zrobi coś całkowicie nieobliczalnego. Podobno aktor przygotowując się do roli robił 2500 pompek dziennie z obciążeniem 19 kg na plecach. Efekt jest niesamowity.

źródło: stopklatka.pl

Charles Bronson to postać autentyczna, gwiazda wśród brytyjskich więźniów. Urodził się jako Michael Peterson w Luton, Bedfordshire. Chłopak nie wyróżniał się niczym, poza niekontrolowanymi napadami agresji. Pierwszy raz trafił do więzienia w 1974 roku za napad na pocztę. Dopiero za kratkami Michael odkrył swój prawdziwy talent i stwierdził, że może dzięki niemu stać się sławny. Tabloidy wkrótce ogłosiły go najbardziej agresywnym więźniem Wielkiej Brytanii. Bronson spędził w więzieniu 34 lata, z czego 30 w izolatce.

Ale "Bronson" to nie jest typowa, wierna biografia psychopatycznego więźnia. Drugą gwiazdą w tym filmie jest reżyser, Nicolas Winding Refn, który stworzył dzieło odrealnione, artystyczne i nieco psychodeliczne. "Bronson" to prawdziwy spektakl. Reżyser szuka piękna tam, gdzie większość go nie dostrzega - w scenach przemocy. Często widzimy je w zwolnionym tempie i nietypowych ujęciach. Można by je porównać do tych z "Urodzonych morderców" Stone'a. Ważną rolę gra tu muzyka, głośna, przytłaczająca i znacząca. W "Bronsonie" widać początki stylu, który w pełni rozwinie się w kolejnym filmie Refna, czy w "Drive". I podobnie jak w przypadku "Drive", "Bronsona" można pokochać albo z nienawidzić. Ja pokochałam i z pewnością obejrzę kolejne filmy duńskiego reżysera.

źródło: gutekfilm.pl

Niestety niczego równie pozytywnego nie mogę powiedzieć o filmie "Valhalla: Mroczny wojownik", który choć został nakręcony w 2009, w naszych kinach pojawił się dopiero w zeszłym roku po sukcesie "Drive". Ciężko tu mówić o muzyce budującej nastrój, bo przez znaczną część filmu panuje cisza. Zdziwi się też ten, kto spodziewa się wartkiej akcji, ta bowiem wlecze się niemiłosiernie.

Recz dzieje się w 1000 roku w bliżej nieokreślonym miejscu (zdjęcia zrobiono w Szkocji). Tytułowemu  tajemniczemu jednookiemu wojownikowi udaje się uwolnić z niewoli Wikingów. Przyłącza się do grupy chrześcijańskich rycerzy, wybierających się na krucjatę do Jerozolimy. Grupa nigdy jednak tam nie dotrze. Świat przedstawiony w "Valhalli: Mrocznym wojowniku" jest do granic możliwości nieprzyjazny i mroczny. Na bohaterów czeka tylko pustka i śmierć. Ciemne wieki jeszcze nigdy nie były tak ciemne i pozbawione nadziei. Czy bohaterowie są w piekle? Możliwe, ale takim, które człowiek sam sobie zgotował. Są tylko trybikami w tej machinie. Nie ma znaczenia, jakiej kultury czy religii są przedstawicielami i tak mają tylko jeden wybór: zabijać albo umrzeć. Tym bardziej mali wydają się na tle monumentalnej przyrody. Nie odważyłabym się nikomu tego filmu polecić, to coś tylko dla osób szukających nowych i nietypowych filmowych doznań. Choć prawdą jest też, że zapoznanie się z całą twórczością Nicolasa Windinga Refna wymaga odrobiny odwagi.

piątek, 8 lutego 2013

"I ktoś rzucił za nim zdechłego psa"


Zwolennicy praw zwierząt często mówią, że stosunek ludzi do zwierząt odzwierciedla poziom naszej cywilizacji. Jean Rolin w swojej fascynującej książce daje dowody na coś więcej: stosunek do zwierząt, a zwłaszcza psów, odzwierciedla stopień spójności wspólnoty, jej harmonię, wewnętrzny spokój lub przeciwnie - rozpad struktur i więzi. Życie psów "feralnych", czyli zdziczałych, które obserwuje autor we wszystkich zakątkach świata, mówi nam wiele o ludzkich społecznościach, a nawet ludzkiej naturze. Pokaż mi psy w swojej wspólnocie - zdaje się mówić autor - a powiem ci, jaka ona jest. Przyjrzyj się psom, które już nikomu nie towarzyszą, a zobaczysz, jaka może być przyszłość naszej cywilizacji. 
Ten tekst autorstwa prof. Magdaleny Środy możemy przeczytać na okładce "I ktoś rzucił za nim zdechłego psa". Chciałabym to wszystko znaleźć w książce!  Autor, Jean Rolin, rzeczywiście wydaje się zainteresowany psami. Zabiera czytelnika w podróż po różnych zakątkach świata (przewija się tu Rumunia, Tanzania, Liban czy Australia) pod pretekstem obserwacji bezdomnych, czy jak sam je nazywa, "feralnych" psów. Sam pomysł ma sens i mógłby być przekrojowym i spójnych spojrzeniem na sprawę. Niestety dostajemy tekst bardzo epizodyczny i dygresyjny, w którym ciężko odnaleźć jakąś spójną myśl czy porządek w kolejności prezentowanych czytelnikowi fragmentów. Książka Jeana Rolina to mozaika opisów różnych miejsc, ku mojemu rozczarowaniu dość powierzchowna.

W tym zbiorze notatek z podróży autor poświęca bardzo mało uwagi samym psom, które co prawda cały czas gdzieś się przewijają, ale tylko w tle. Autor nie zgłębia specjalnie ich sytuacji, a jedynie odnotowuje, że w mieście X widział mało lub dużo owych "feralnych" psów. Jedynym, co może czytelnikowi rekompensować te braki, są kulturoznawcze i naukowe zapędy autora. Zwraca on uwagę na rolę psów w danej tradycji czy w sztuce. Cytuje też wiele źródeł na temat m.in. historii udomowienia tych zwierząt. Mimo tego odniosłam wrażenie, że autor skupia się przede wszystkim na sobie. Nie skąpi bowiem czytelnikowi informacji na temat swoich wrażeń, myśli czy nawet snów. Zdecydowanie nie jest to też książka dla zbyt wrażliwych miłośników zwierząt, opisywane psy są "feralne" nie tylko ze względu na swoją bezdomność, często po prostu niezbyt szczęśliwie kończą swój żywot. Kolejnym problemem jest język, tekst po prostu źle się czyta, mnóstwo w nim nienaturalnych dla polszczyzny sformułowań. Choć to akurat zarzut wobec tłumacza, przypuszczam, że to po prostu kalki z języka oryginału. Tak naprawdę jedynym, co doceniłam u Rolina, jest obrazowość i sugestywność jego opisów. Autor nakreśla sceny z taką precyzją, że rzeczywiście jesteśmy w stanie je sobie bez trudu wyobrazić.

Książka "I ktoś rzucił za nim zdechłego psa" jest jednym z gorszych reportaży, jakie czytałam. Jest też dowodem na to, że nie wystarczy gdzieś pojechać, żeby napisać dobry reportaż. Nawet w najbardziej egzotycznym miejscu świata, podczas najbardziej emocjonującego przewrotu, jeśli będziemy zwracać uwagę tylko na siebie, a nie na innych, dziennikarska praca pójdzie na marne.

źródło: www.czarne.com.pl

niedziela, 3 lutego 2013

"Drogówka"


"Drogówka" Wojciecha Smarzowskiego jest filmem takim, jakiego można się było spodziewać. Ten sam styl, ci sami aktorze, a jednocześnie coś zupełnie nowego i publiczność, która znów opuszczała kino w kompletnej ciszy. U Smarzowskiego po raz kolejny kumulują się ludzkie przywary i patologie życia społecznego. W efekcie otrzymujemy przerysowany, ale paradoksalnie też do bólu prawdziwy obraz pracy polskiej policji. "Drogówka", poprzez pojawienie się pewnych elementów komicznych, przypomina nieco "Wesele" tego samego reżysera. Jedno nie ulega zmianie, Smarzowski jest wciąż zafascynowany złem, i to nie takim, które uderza z zewnątrz, ale pochodzącym z wnętrza człowieka.

Sierżant Adam Król (Bartłomiej Topa) nie jest ideałem, ani żadnym bohaterem. Daleko mu do osoby, która ma ochotę poświęcać się dla innych, żaden z niego wierny mąż, a tym bardziej abstynent. Pracuje w warszawskiej drogówce, razem z kolegami zalewa się w trupa i włóczy po stołecznych burdelach. Jednym jednak różni się od kolegów, podobno nie bierze łapówek. Policjanci mają co odreagowywać, w pracy stykają się bowiem z najgorszym sortem ludzi - kierowcami chamskimi, zwykle pijanymi, którzy za nic mają życie innych. Król zostanie poddany prawdziwej próbie charakteru, kiedy stanie się głównym podejrzanym o zabójstwo kolegi z wydziału, Lisowskiego (Marcin Dorociński). Komu może zaufać? Wielbicielowi prostytutek Bogdanowi Petryckiemu (Arkadiusz Jakubik), rasiście Markowi Banasiowi (Eryk Lubos) czy alkoholikowi Jerzemu Trybusowi (Jacek Braciak)? Posterunkowa Madecka pomoże Królowi, czy go znienawidzi? Trzeba przyznać, że Smarzowskiemu wyszedł całkiem niezły kryminał. Ale nie to jest w tym filmie najważniejsze. "Drogówka" nie powstała też, żeby stworzyć jakikolwiek obraz pracy policji czy rozprawić się z problemem korupcji. Choć fragmenty scen kręcone telefonem komórkowym zapewne miały stworzyć wrażenie bliskie dokumentowi.

Tematem "Drogówki" jest walka dobra ze złem. Smarzowski zagłębia się w najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy i jakimś cudem znajduje tam nadzieję. Ci, którzy powinni być porządni i odpowiedzialni, okazują się pozbawieni zasad. Ci, po którzy nie spodziewany się niczego dobrego, okazują się lojalnymi kolegami i nadstawiają karku, żeby dociec prawdy. Smarzowski pokazuje świat, w którym jest miejsce na dobro, nawet jeśli wszystko wokół tapla się w kłamstwie i beznadziei. W "Róży" miłość wykiełkowała w miejscu, w którym nie było na nią miejsca, w "Drogówce" znajdzie się ktoś, kto zawalczy o prawdę i uczciwość, nawet jeśli wszyscy wokół wydają się skorumpowani. Wrażliwość na niuanse i świadomość złożoności ludzkiej duszy stanowią prawdziwą siłę kina Smarzowskiego.

źródło: filmweb.pl

wtorek, 29 stycznia 2013

Pierwsze spotkanie z Johnem Grishamem


Nigdy nie byłam fanką kryminałów ani literatury sensacyjnej, ale z prozą Johna Grishama miałam ochotę się zapoznać już od dawna. Książkę wybrałam dość przypadkowo, padło na "Klienta". Pierwsze spotkanie było też dość nietypowe, bo przybrało formę audiobooka.

Trzeba przyznać, że Grisham jest mistrzem w swoim fachu. Zawsze mi się bowiem wydawało, że nie ma nic gorszego, niż już w pierwszym rozdziale zdradzić czytelnikowi, kto zabił. W "Kliencie" tajemnicę zdradza prawnik pewnego gangstera, Barry'ego "Brzytwy" Muldanno, Jerome Clifford. Na chwilę przed swoją samobójczą śmiercią wyznaje jedenastoletniemu Markowi bardzo niebezpieczną tajemnicę, dotyczącą tego gdzie Barry ukrył ciało zamordowanego senatora Boyda Boyette'a. Funkcjonariusze FBI chcą za wszelką cenę znaleźć zwłoki i są tym zdecydowanie bardziej zainteresowani, niż pomocą zagrożonemu chłopcu. Na szczęście Mark spotyka na swojej drodze charyzmatyczną prawniczkę Reggie Love.

Sympatia czytelnika jest od początku po stronie Marka. Nawet nie chciałam brać pod uwagę, że chłopcu może się nie udać, tak genialnie bowiem jest skonstruowana ta postać. Chłopiec jest niezwykle rezolutny i nad wiek dojrzały, co zapewne wynika z jego trudnego dzieciństwa i przejść ze znęcającym się nad rodziną ojcem. Gdyby nie fakt, że czasem pląta się w zeznaniach albo nie potrafi powstrzymać płaczu, zupełnie zapomniałabym, że jest jedenastoletnim dzieckiem. Rozsądku i poczucia odpowiedzialności za rodzinę mógłby mu pozazdrościć niejeden dorosły. Ale nawet tak inteligentne dziecko potrzebuje wsparcia. I tu pojawia się kolejna wielowarstwowa i intrygująca postać, czyli Reggie Love. To kobieta około pięćdziesiątki, która też nie ma za sobą łatwego życia. Tak naprawdę o mało kiedyś nie umarła. Potem odbiła się od dna, skończyła prawo i postanowiła pomagać dzieciom. Na początku to ona prowadzi Marka. Nie jest jednak tak, że chłopiec nie ma swojego zdania. Docieranie się tych dwojga jest nawet ciekawsze, niż sam wątek kryminalny. W "Kliencie" nie brakuje też gradacji napięcia czy naprawdę emocjonujących momentów. Wszystko to sprawia, że na pewno jeszcze do jego prozy powrócę.

źródło: ecsmedia.pl

poniedziałek, 21 stycznia 2013

"Atlas chmur": głupiutki, ale uroczy


Bardzo lubię filmy, w których przeplatają się różne historie. Cenię sobie "Babel" czy "21 gramów" Alejandro Gonzaleza Inarritu albo choćby polskie "Zero" w reżyserii Pawła Borowskiego. Okazuje się jednak, że decydując się na tę formę, trzeba być ostrożnym, bo może wyjść film przekombinowany jak "Atlas chmur" Toma Tykwera i rodzeństwa Wachowskich.

W "Atlasie chmur" przeplatają się historie nie tyle z różnych epok, co reprezentujące odmienne gatunki filmowe. Mamy tu: melodramatyczną historię młodego biseksualnego artysty; angielską komedię o staruszkach uciekających z domu spokojnej starości; opowieść sprzed Wojny Secesyjnej o zwolenniku niewolnictwa, który uratowany przez zbiegłego niewolnika, postanawia walczyć z systemem (dodatkowo stylistyką i miejscem akcji przypominającą nieco "Amistad"); thriller polityczny z lat 70.; futurystyczny bunt w Neo Seulu i postapokaliptyczną wizję świata nawiązującą do klasyków gatunku. Co je łączy? Tak naprawę niewiele, głównie postacie aktorów.

Brak wyraźnego powiązania pomiędzy poszczególnymi epizodami to mój największy zarzut wobec filmu. W tej konwencji historie te powinny, jeśli nie się przeplatać, to chociaż wzajemnie na siebie oddziaływać. Tu powiązania są dość nikłe i polegają bardziej na domyślaniu się, że owe opowieści może coś łączyć. Mamy tu oczywiście popkulturową wersję filozofii Wschodu. Poszczególne postacie mają być swoimi reinkarnacjami, o czym świadczą nie tylko te same twarze, ale i charakterystyczne znamiona w kształcie spadającej gwiazdy.  Bohaterowie w poszczególnych historiach dają widzowi wyraźnie znać, że już się kiedyś spotkali. Jest tu także mowa o karmie, o tym, że śmierć jest początkiem czegoś nowego, a nasze losy mają wpływ na przyszłe pokolenia. Bohaterowie wygłaszają te quasi-filozoficzne teksty, a w tle słychać nastrojową muzykę. Pierwsze dwie z tych wzruszająco-wzniosłych scen oglądałam z zaciekawieniem, pod koniec filmu jest ich jednak zdecydowanie za dużo, tak że aż zaczęły mnie śmieszyć.

Nie chcę jednak wyjść na zawziętego krytyka, film ma bowiem sporo plusów. Przede wszystkim możemy w nim podziwiać plejadę znakomitych aktorów. Czy trzeba reklamować Toma Hanksa, Hugh Granta, Susan Sarandon, Jima Broadbenta czy nawet Halle Berry? To jednak ciągle niewiele wobec niesamowitej pracy charakteryzatorów! W tej kategorii "Atlas chmur" zasłużył na nominacje do Oscara. Jeśli jeszcze nie widzieliście filmu, proponuję grę: w ilu rolach jesteście w stanie rozpoznać występujących aktorów? Mała podpowiedź, gwiazdy zmieniają nie tylko płeć, ale i rasę. Zostańcie koniecznie na napisy, wtedy wszystko się wyjaśni. Trzeba też przyznać, że "Atlas chmur" w zadziwiający sposób podnosi na duchu. Nie sądzę jednak, żebym kiedykolwiek miała sięgnąć po książkowy pierwowzór.

źródło: news.o.pl

piątek, 18 stycznia 2013

"Klip": od Rosłaniec wolę Miloš


Film Mai Miloš wywołuje sprzeczne uczucia, z jednej strony jest wulgarny, z drugiej uderza autentycznością. Jedno jest pewne - na długo zostaje w pamięci. Reżyserka pokazuje obraz zdegenerowanej i zagubionej serbskiej młodzieży, ale robi to o niebo lepiej, niż nasza rodzima Katarzyna Rosłaniec.

Bohaterką filmu jest Jasna (pierwsza i odważna rola Isidory Simijonović), nastolatka, która buntem reaguje na beznadzieję otaczającego ją świata i sytuację rodzinną. Od choroby ojca ucieka w imprezy, narkotyki i przypadkowy seks. Ale czy tak naprawdę przypadkowy? Jasna chce uprawiać seks z chłopakiem o imieniu Djole (Vukasin Jasnic), który wyraźnie wpadł jej w oko. Jaskrawe, tandetne i skąpe ubrania Jasnej i jej koleżanek kontrastują z szarością otaczającego świata i obskurnymi blokowiskami. W tle słyszymy kiczowatą muzykę, przypominającą disco polo. I pewnie tak bym ten film odebrała, jako obraz buntu wyrażającego się w coraz bardziej niebezpiecznych rozrywkach, może też jako portret pokolenia, które jeszcze nie znalazło swojego miejsca w nowej Serbii. Wszystko zmienia zakończenie, które przewartościowuje zachowanie bohaterów. Okazuje się, że problemem nie jest brak emocji, a wręcz ich nadmiar. Skrywane emocje uderzają z podwójną siłą, a młodzi wyraźnie sobie z nimi nie radzą.

Relacje Jasnej i Djolego odwracają tradycyjne schematy. To ona o niego zabiega, seks jest tylko środkiem, za pomocą którego Jasna chce zwrócić uwagę chłopaka. Sceny seksu mogą szokować, są bardzo naturalistyczne, pewnie nawet za bardzo. Szokujący jest też sam seks, upokarzający dla dziewczyny, to ona prosi się o zbliżenie, Djole wyraźnie o to nie dba. To typ szkolnego cwaniaczka, który może mieć każdą. Seks nie jest też niczym intymnym, wręcz przeciwnie, nie wymaga emocjonalnego zaangażowania. Młodzi przechodzą etapy związku w odwrotnej kolejności, po seksie przychodzi czas na pocałunki, potem na złapanie się za rękę, a na końcu na rozmowę. Nie będę wyrokować na temat tego, co spowodowało takie przewartościowanie. Może brak wzorców, które można by czerpać od starszego pokolenia, może zderzenie z ociekającą seksem kulturą masową. Znamienne jest, że Jasna nie rozstaje się ze swoją komórką, filmując wszystko dookoła, nawet seks. Dziewczyna chce być zauważona, a tylko tak potrafi zwrócić na siebie uwagę.

Obsadzenie nastoletnich aktorów w filmie z tak odważnymi scenami erotycznymi wśród wielu budzi kontrowersje. Trzeba jednak przyznać, że ich kreacje są znakomite. To co widzimy na ekranie jest przede wszystkim autentyczne, a jak wiemy z własnego podwórka, zrobienie filmu o nastolatkach bez fałszu to nie lada sztuka.

źródło: www.tongariro.pl

piątek, 11 stycznia 2013

"Krew w twoim telefonie" i "Bóg jest z nami, mężczyznami"


Rzadko pojawiają się tu filmy dokumentalne. Ale o tych dwóch warto opowiedzieć. Może nie ze względu na formę i sposób realizacji, ale ważne, trudne i intrygujące tematy, jakie poruszają.

źródło: filmweb.pl

Konflikt w Demokratycznej Republice Konga nie cieszy się zainteresowaniem mediów, tak naprawdę prawie nic o nim nie słychać. O ludobójstwie w Ruandzie słyszeli wszyscy. O wojnie domowej w DRK prawie nikt. Ale to właśnie konflikt w Demokratycznej Republice Konga jest najkrwawszym od czasów II wojny światowej. Autor filmu "Krew w twoim telefonie" podaje, że do tej pory zginęło tam 5 milionów ludzi. Według raportu portalu psz.pl "Surowce - przekleństwo Afryki" ponad 4 miliony. Setki tysięcy kobiet zgwałcono. Ciągnie ginie tam 38 tysięcy ludzi miesięcznie. Demokratyczna Republika Konga jest jednym z najbardziej obdarzonych przez naturę - surowcami naturalnymi - krajów świata. Znajdują się tam duże złoża miedzi, diamentów, ale przede wszystkim tzw. rzadkich minerałów, w tym kobaltu i koltanu wykorzystywanych m.in. do produkcji telefonów komórkowych.

Największe pokłady kobaltu i koltanu znajdują się na północy kraju, w prowincji Kivu. I właśnie ta część kraju od lat ogarnięta jest wojną. Bojówki walczą ze sobą, żeby przejąć kontrolę nad kopalniami. Rebelianci nie wzięli się tam jednak znikąd. Jak podaje raport psz.pl, są wspierani przez sąsiednie kraje: Ruandę i Ugandę. Te kraje są też największym eksporterem rzadkich minerałów, chociaż same praktycznie nie mają złóż. Kupców im nie brakuje, w raporcie możemy znaleźć nazwy amerykańskich, kanadyjskich, południowoafrykańskich czy izraelskich koncernów.

Twórca filmu "Krew w twoim telefonie", duński dziennikarz Frank Poulsen, próbuje przerwać zmowę milczenia. Wychodzi z prostego założenia, chce się dowiedzieć, czy koncern Nokia, którego telefonów sam używa, korzysta z minerałów z kopalni w DRK. Jak nietrudno się domyślić, przedstawiciele Nokii nie palą się do rozmów. Poulsen wyrusza więc do prowincji Kivu, żeby zobaczyć kopalnie na własne oczy. Film "Krew w twoim telefonie" to nie jest mistrzostwo jeśli chodzi o realizację, dość schematycznego sposobu przedstawiania zdarzeń (kiedy lektor mówi, że samolot wylądował, musimy koniecznie zobaczyć na ekranie lądujący samolot), dopełnia toporny montaż. Niemniej efekty pracy Poulsena i jego ekipy i tak są warte zobaczenia, pojechali w końcu sfilmować coś, od czego cały świat woli odwracać wzrok. Ludzie mają różne wymówki, żeby nie chcieć słuchać o tym, co się dzieje w DRK. A to "są zbyt wrażliwi" albo twierdzą, że "i tak nic nie mogą zrobić". Obie mało wiarygodne. Żadna to wrażliwość, kiedy nie obchodzi nas, że komuś dzieje się krzywda. Poza tym kapitalizm to system rządzący się prawem podaży i popytu. Firmy będą sprzedawały tylko to, na co jest popyt.

Informacja dla tych, którzy jednak wolą wiedzieć: film "Krew w twoim telefonie" dostępny jest za darmo, legalnie i prawie bez reklam na platformie iplex.pl. Raport "Surowce - przekleństwo Afryki" znajdziecie pod tym linkiem: http://www.geografia.lo4.poznan.pl/artykuly/wojnyosurowce.afryka.pdf

źródło: www.ipla.tv

"Bóg jest  z nami, mężczyznami" to kolejny film, który może pochwalić się fascynującym tematem i wykonaniem na poziomie kina półamatorskiego.  Autorem scenariusza i reżyserem jest Jerzy Sosiński. Rzecz dzieje się w małej wiosce w północno-wschodniej Albanii, gdzie najważniejszym obowiązującym prawem jest ciągle tradycyjny kodeks Kanun. Bohaterką filmu jest Bedri, kobieta która postanowiła zostać mężczyzną. Ma teraz takie same prawa, jakie tradycyjnie przysługują mężczyznom, ale już na zawsze musi pozostać dziewicą. W pierwszym odruchu słuchanie wypowiedzi braci Bedri o kobietach, może wywołać złość kobiety z Zachodu i chęć pacnięcia delikwenta patelnią. Sytuacja jest jednak intrygująca. Rodzina Bedri jest biedna, wszyscy bracia z żonami i dziećmi mieszkają w jednym domu, każdy gnieździ się z rodziną w jednym pokoju. A mimo to mężczyźni są bardzo daleko od kobiet, oddziela ich niewidzialny mur. Bracia Bedri twierdzą, że ich młodszy brat jest łącznikiem pomiędzy światem mężczyzn i kobiet. Zupełnie jakby te światy dzieliły setki kilometrów.