Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 stycznia 2016

Wojciech Jagielski o obozach dla uchodźców

W ciągu ostatnich kilku miesięcy w mediach co chwilę pojawiały się doniesienia o niepokojących wydarzeniach w obozach dla uchodźców i imigrantów. Przemoc seksualna i przemoc w ogóle wydają się największą plagą w takich miejscach. Wielu zapewne zadaje sobie pytanie, skąd bierze się ta agresja. Część z przebywających tam osób to po prostu przestępcy? A może nietypowa sytuacja, w jakiej się znaleźli, i zerwanie więzów społecznych wyzwoliło w zwyczajnych do tej pory ludziach jakieś ukryte pokłady zła? Problem nie jest wcale nowy, przemoc seksualna, jak jakaś zmora, pojawia się w obozach bez względu na kontynent czy wyznawaną przez uchodźców religię. Chyba najtrafniej nastroje panujące w tego typu miejscach opisał Wojciech Jagielski w Nocnych wędrowcach. Poniższy fragment dotyczy rządowego obozu dla uciekających przed rebeliantami Aczolich w Ugandzie.
   Chowając się pod strzechami chat przed deszczem i słońcem, oparci plecami o chropawe gliniane ściany, mężczyźni w milczeniu palili tytoń. Siedzieli tak całymi dniami, pozbawieni wszelkiego zajęcia, nie wiedząc, co począć z czasem, z bezczynnymi rękami, wielkimi i sękatymi od ciężkiej pracy na polu. Zwijali je z chrzęstem w pięści, wciskali w kieszenie spodni, prostowali, zaplatali na piersiach, kościstymi palcami chwytali z ziemi źdźbła trawy, kamienie. Prędzej czy później sterane ręce i tak zwisały niezdarnie w geście kapitulacji, jakby niedopasowane, do niczego niepotrzebne, do niczego niepasujące.
   Wystawali też przy drodze, przed drzwiami kilku sklepów, które rozepchnęły się tam wśród stożkowatych chałup. Można w nich było kupić przeterminowaną żywność, papierosy, lemoniadę i piwo. Piwo było ciepłe, bo w Palendze wciąż wyłączano prąd, ale i tak nigdy nie brakowało na nie chętnych.
   Żołnierze z miejscowego posterunku i kierowcy ciężarówek zmierzających do Kampali przysiadali z otwartymi butelkami na drewnianych skrzyniach. Pili piwo powoli, z przymkniętymi oczami, zdając się nie zauważać mężczyzn, którzy obstępowali ich nieśmiałym, niepewnym, ale zacieśniającym się kręgiem. Przysiadali tuż obok, niby nie zwracając na nic uwagi, a naprawdę czujni, wypatrujący przekrwionymi oczyma najmniejszego gestu zachęty ze strony żołnierzy czy kierowców, każdej okazji do pogawędki, która przy odrobinie szczęścia mogłaby się przecież okazać także zaproszeniem do miłej i darmowej biesiady.
   Sprzedawane w sklepach butelkowe piwo było zbyt drogie, by się nim upijać. Ci więc spośród mieszkańców Palengi, którzy codziennej beznadziei nie potrafili już znieść na trzeźwo, odurzali się pędzonym przez miejscowe kobiety kwete, piwem z sorgo, bananów i kukurydzy. Upijali się także dlatego, że nic lepszego do roboty po prostu nie mieli.
   Najpierw stracili na wojnach stada długorogiego bydła, będącego dla Aczolich nie tylko symbolem dostatku, ale i godności, powodem do dumy. Potem odebrano im ziemię, wioski, a nawet cmentarze, gdzie spoczywały prochy przodków.
   Straciwszy ostatnie źródła dochodów, nie mogli już dłużej utrzymywać swoich rodzin, a po ucieczce przed partyzantami, spędzeni przez żołnierzy do przydrożnych obozów, nie potrafili nawet zadbać o bezpieczeństwo własnych dzieci. Nienawidzili swego losu, samych siebie i wszystkich dokoła. Nie mogąc zaś w czymkolwiek zmienić życia, które zdawało im się tak nieznośne, wyrzekali się go i marnieli, umierali jak ich porzucone i obracające się w ugory poletka.
   Ostatnimi uczuciami, jakie w nich jeszcze drzemały, były złość i pożądanie. Złość, bezradna, mściwa i ślepa, zwracająca się nie przeciwko sprawcom ich nieszczęścia – ci byli potężni, nieosiągalni – lecz przeciwko wszystkim tym, którzy z dobroci serca próbowali im pomagać. Pomagając, stawali się świadkami ich upadku i upokorzenia, a więc winowajcami.
   Ze złości, a nie z miłości brało się też pożądanie. Nie było w nim żaru, troski czy czułości, lecz przemoc, chęć niszczenia, zadania bólu, zatracenia się w wyrządzonej krzywdzie i czerpania z niej siły.
   Abola Imbakasi, naczelnik Palengi, uważał, że te złe, mroczne uczucia brały się z tego, iż miejscowi mężczyźni za wiele kobietom zawdzięczali, zanadto stali się od nich zależni. Nie mogąc, a może po prostu nie chcąc wyrwać się z wygnańczego odrętwienia, pozwolili, by ich kobiety wzięły na siebie ciężar utrzymania rodzin, wychowania dzieci. Wypalały cegły i węgiel drzewny, warzyły piwo i sprzedawały je potem w przydrożnych kramach. Zarobione pieniądze musiały dobrze ukrywać przed mężczyznami, by ich nie wykradli i nie roztrwonili na tani, gorzki dżin albo na dziewczyny z Gulu, które za garść szylingów szły z żołnierzami do lasu za wsią.
   Mężczyźni z Palengi nie mieli pieniędzy i nie mogli kupować sobie miłości. Brali więc kobiety siłą, jakby tylko zadawanym gwałtem budzili się do życia z martwoty, w którą zaraz na powrót zapadali.
źródło: lubimyczytac.pl

piątek, 4 grudnia 2015

Sudan Południowy albo opowieść o chciwości


Film Jesteśmy waszymi przyjaciółmi na pewno nie jest dokumentem idealnym, czasem za dużo tam dopowiedzeń reżysera, a momentami w narrację wkrada się chaos, który widzowi bez jakiejkolwiek wiedzy o Sudanie Południowym utrudni interpretację. Niemniej to odważna próba wyjaśnienia, co naprawdę stało się z największym państwem Afryki. Reżyser podważa schematy i obnaża pozorność działań pokojowych, a to już wystarczający powód, żeby film obejrzeć. 

Hubert Sauper przybywa do Sudanu Południowego własnoręcznie skonstruowaną awionetką na chwilę przed uzyskaniem niepodległości przez to najmłodsze państwo świata. Opowieść zaczyna jednak od nawiązania do kolonializmu. Głosami Sudańczyków przypomina, jak kolonialni władcy, których noga nieraz nawet nie postała na kontynencie, podzielili go na strefy wpływów, nie bacząc przy tym na istniejące podziały etniczne czy państwowe. Sam Sudan od początku był więc tworem sztucznym. Arabski i muzułmański na północy, a rdzennie afrykański i chrześcijański na południu nie mógł uniknąć rozpadu. Europejska opinia publiczna, a szczególnie ta jej część niezbyt zainteresowana sprawami Afryki, zwykła uznawać kolonializm za element historii. Hubert Sauper udowadnia jednak bliską memu sercu tezę, że taka polityka państw pierwszego świata wobec Afryki nigdy się nie skończyła, nabrała tylko nieco bardziej ekonomicznego charakteru. Dlatego już w momencie przedstawiania nam najważniejszych postaci sudańskiej sceny politycznej reżyser wyjaśnia, kto cieszy się poparciem światowych mocarstw. 

źródło: filmweb.pl

Przez kadry filmu przewija się cała galeria postaci mających wpływ na los Sudańczyków. Są tam skorumpowani politycy, którzy za bezcen oddają w dzierżawę zachodnim koncernom najlepsze tereny, przedstawiciele amerykańskich koncernów naftowych z całym tym ich luzem i groteskowymi przemówieniami o równości i rozwoju, a nawet oderwani od rzeczywistości misjonarze z Teksasu, którzy za największy problem miejscowej ludności uważają brak ubrań i próbują na siłę wciskać małym dzieciom skarpetki na nogi. Jest wreszcie kontrowersyjna obecność chińskiego kapitału, który już od kilku lat szturmem wdziera się na kontynent afrykański. Z pozoru współpraca z Chińczykami wydaje się niezłym rozwiązaniem. Przynajmniej nie inspirują wojen i przewrotów ani nie dozbrajają różnych szemranych bojówkarzy czy rebeliantów, jak to od lat mają w zwyczaju choćby Amerykanie, Francuzi czy Brytyjczycy. Chińskie inwestycje nic jednak Sudańczykom nie dają. Dla pracowników rafinerii buduje się co prawda całe kompleksy biur i hoteli, ale miejscowi mogą w nich być co najwyżej stróżami lub sprzątaczkami. 

A gdzie w tym wszystkim Sudańczycy? Można ich znaleźć w naprędce skleconych wioskach pośród gór śmieci za ogrodzeniami fabryk. Tam, gdzie woda nie nadaje się już do picia, bo zatruł ją przemysł naftowy. Na najgorszych ziemiach, bo te żyzne już dawno przejęły koncerny spożywcze pod uprawę palm olejowych. Sam reżyser podchodzi do Sudańczyków podmiotowo, co chyba najbardziej spodobało mi się w jego filmie. Ci nie wyglądają tu jak w reklamach organizacji humanitarnych, nie są bezmyślnymi obiektami, którym trzeba pomóc nawet bez pytania ich o zdanie. Sudańczycy w Jesteśmy waszymi przyjaciółmi są biedni, ale na pewno nie głupi. Nawet jeśli brakuje im wyszukanych słów, w prosty sposób wyjaśniają przyczyny swojego nieszczęścia. Dużo w tym rezygnacji i zawiedzionych nadziei, jak choćby słowach pewnego starszego mężczyzny, który stwierdza, że nawet jeśli trafi się jakiś silny i uczciwy przywódca, to pewnie i tak zginie w wypadku lotniczym. Jesteśmy waszymi przyjaciółmi to gorzka pigułka zwłaszcza dla tych mieszkańców pierwszego świata, którzy ciągle wierzą w swoją misję cywilizacyjną. 


wtorek, 28 stycznia 2014

Gdy bogactwo przynosi biedę, czyli krótka historia Demokratycznej Republiki Konga


Teren Demokratycznej Republiki Konga, a zwłaszcza jej wschodnie prowincje, jest jednym z najbogatszych geologicznie na świecie. Występują tu złoża miedzi, diamentów, cynku, kobaltu, srebra, złota, manganu i uranu. W przypadku pierwszych trzech minerałów DRK, pomimo trudnej sytuacji politycznej, pozostaje jednym z największych na świecie wydobywców. Tak bogate zasoby mogłyby stać się fundamentem, na którym Kongo zbuduje swój dobrobyt. Historia regionu wygląda jednak zgoła odmiennie. Bogactwa naturalne okazały się czynnikiem destabilizującym, który w konsekwencji doprowadził państwo na skraj upadku. Chęć uzyskania wpływów w eksploatacji bogactw naturalnych nie tylko wywoływała konflikty wewnętrzne, ale była także jedną z głównych przyczyn zainteresowania państw ościennych i mocarstw europejskich. Już w XIX wieku kość słoniowa i kauczuk przyciągnęły do Konga króla Belgii Leopolda II. Wolne Państwo Kongo, a późniejsze Kongo Belgijskie, szybko zyskało zła sławę przez wykorzystywanie miejscowej ludności na ogromną skalę. Surowce naturalne były także powodem, dla którego Belgia nie chciała rezygnować ze swoich wpływów w Kongu również po uzyskaniu przez kraj niepodległości. Kiedy po pierwszych demokratycznych wyborach nowy premier, Patrice Lumumba, ostro skrytykował politykę Belgii, rząd belgijski podjął kroki w celu usunięcia go ze stanowiska. Temu służyć miało m. in. poparcie buntu dowódców w kongijskiej armii czy recesji prowincji Katanga. Gwoździem do trumny Lumumby okazała się chęć nawiązania współpracy z ZSRR, co zaniepokoiło nie tylko Belgię, ale i USA. Lumumba został uprowadzony, przewieziony do Katangi i tam zamordowany. Zdaniem świadków w uprowadzeniu brali udział belgijscy komandosi. Dyktatorską władzę w państwie, które nosiło od tej pory nazwę Zair, objął popierany przez USA i Belgię Mobutu Sese Seko, który dzięki lukratywnym kontraktom dla zachodnich przedsiębiorstw i militarnemu wsparciu politycznych sojuszników zdołał utrzymać się u władzy przez następne trzy dekady. Najbardziej krwawa i katastrofalna dla ludności walka o udziały w eksploatacji zasobów naturalnych w Kongu miała się jednak rozpocząć dopiero w latach dziewięćdziesiątych, w dużej mierze za sprawą rozwoju technologii i zwiększającego się zapotrzebowania na minerały rzadkie na światowym rynku.
W drugiej połowie XX wieku do grona najbardziej pożądanych bogactw naturalnych na świecie dołączył koltan, rzadki minerał również występujący w Kongu. Pod nazwą koltan kryją się tak naprawdę dwa minerały o podobnej strukturze: tantal i niob. W Afryce znajdują się największe złoża tego rzadkiego minerału na świecie, z czego 80% na terenie Demokratycznej Republiki Konga, głównie we wschodniej części kraju. Są to oczywiście dane szacunkowe, jako że trwające od lat konflikty zbrojne w regionie uniemożliwiają zebranie wiarygodnych danych. Autor książki „Coltan” Michael Nest twierdzi, że podawane dane są zawyżone i udział koltanu pochodzącego z Demokratycznej Republiki Konga w światowym wydobyciu nie przekracza 20-30%. Koltan jest wykorzystywany w przemyśle elektronicznym, tantal ma zastosowanie w produkcji telefonów komórkowych i laptopów, a także w lotnictwie oraz przy wytwarzaniu energii atomowej. Zapotrzebowanie na niob wytwarza z koli budownictwo, gdyż pierwiastek ten jest potrzebny do produkcji szklanych i żelaznych stopów metali. Oba rodzaje koltanu są zatem niezbędne w rozwoju elektroniki i przemysłu, a przy tym rzadkie i bardzo drogie, cena za funt waha się od 50 do 200 dolarów. Rocznie wydobywa się około 900 ton koltanu, z czego większość w Środkowej Afryce. Nic zatem dziwnego, że kupcy są zainteresowani pozyskaniem koltanu z tańszych i niekoniecznie etycznych źródeł. Trudno o bardziej konkurencyjne oferty niż te zbrojnych bojówek, które przy wydobyciu korzystają z niewolniczej pracy lokalnej ludności. Według Raportu o nielegalnej eksploatacji zasobów naturalnych Rady Bezpieczeństwa ONZ chęć udziału w zyskach ze sprzedaży koltanu była jednym z czynników, dla których w konflikt kongijski zaangażowały się też państwa ościenne. Największy w historii skok cen koltanu nastąpił w 2000 roku. Funt tego minerału zdrożał wtedy z 30 do 380 dolarów. Nie pozostał to bez znaczenia dla sytuacji politycznej w rejonie jego występowania. Prowincja Kiwu była wówczas zajęta przez odłam opozycyjnego Zgromadzenia na Rzecz Demokracji (RCD) – RCD-Goma, organizację blisko współpracującą z armią ruandyjską. Monopol na wydobycie koltanu uzyskało nowo powstałe przedsiębiorstwo Société Miniere des Grands Lacs, które wkrótce zawarło umowy handlowe z kilkoma europejskimi firmami. Na eksportowany z ich terenu koltan rebelianci nałożyli podatek, uzyskane kwoty wykorzystywano m. in. do zakupu broni, amunicji i narkotyków. Na wydobyciu zyskała również Ruanda, z danych ONZ wynika, że armia ruandyjska mogła w 2000 roku uzyskać z nielegalnego wydobycia koltanu dochód w wysokości nawet 250 milionów dolarów. I chociaż skok cen koltanu okazał się krótkotrwały, w prowincji Kiwu wytworzyła się grupa osób specjalizujących się w nielegalnym obrocie tym minerałem.
Eksploatacja złóż naturalnych we wschodniej DRK przez siły rebelianckie i państwa ościenne sięga jednak znacznie dalej i rozpoczęła się w 1994 roku, kiedy państwo nosiło jeszcze nazwę Zair. Na terenie Zairu schronili się wówczas przedstawiciele plemienia Hutu z sąsiedniej Ruandy, w tym bojówki Interhamwe, które zaczęły atakować zamieszkującą południową część prowincji Kiwu grupę etniczną Banyamulenge, czyli kongijskich Tutsich. Wydarzenia te były oficjalną przyczyną interwencji wojsk ruandyjskich na terenie Zairu. Nowy konflikt miał się okazać jeszcze bardziej krwawym niż samo ludobójstwo, liczbę ofiar wydarzeń w Ruandzie szacuje się na 900 tysięcy Tutsich, podczas gdy w wojnie kongijskiej miało zginąć nawet 4 miliony ludzi (Konarski 2006). Ruanda i Uganda poparły także opozycyjne wobec Mobutu Sese Seko i rebelianckie ugrupowanie Laurenta-Désiré Kabili, czyli Sojusz Sił Demokratycznych na rzecz Wyzwolenia Konga (AFDL). Wsparcie to jednak okupione było przywilejami i stanowiskami w przedsiębiorstwach zajmujących się eksploatacją złóż mineralnych. Sytuacji nie poprawiło zdobycie Kinszasy i przejęcie władzy przez Kabilę w 1997 roku. Kabila nie chciał bowiem kontynuować współpracy z zagranicznymi sojusznikami, dlatego już rok później Ruanda, Uganda i Burundi utworzyły Koalicję Wielkich Jezior i za pomocą kolejnej „rebelianckiej” armii wkroczyły na teren Demokratycznej Republiki Konga. Kabili udało się uzyskać poparcie Zimbabwe, Namibii i Angoli. I choć walki oficjalnie zakończyły się w 2002 roku, znaczne obszary kraju – zwłaszcza w prowincjach Katanga i Kiwu – ciągle pozostają we władzy rebeliantów. Postępowanie Kabili i tak najprawdopodobniej było tylko pretekstem do wznowienia działań zbrojnych, do wojny parli bowiem ruandyjscy i ugandyjscy wojskowi. Raport OZN odnotowuje, że jeszcze przed wznowieniem konfliktu okupowane tereny odwiedził syn ugandyjskiego prezydenta Yoweriego Museveniego wraz z generałem Salimem Salehiem, a celem wizyty miało być zorganizowanie kontroli nad wydobyciem występujących tam surowców naturalnych. Zaraz po wznowieniu walk w 1998 roku rządy Ugandy i Ruandy z pomocą rebelianckiego Kongijskiego Ruchu na rzez Demokracji (RDC) rozpoczęły masowy rabunek przygranicznych prowincji. Początkowo chaotyczna eksploatacja stawała się coraz bardziej zorganizowana i obejmowała coraz większe tereny. Tylko od listopada do kwietnia następnego roku skonfiskowano od 2 do 3 tysięcy ton cynku i 1,5 tysiąca ton kobaltu z zagłębia górniczego SOMINKI w prowincji Kiwu. Łupem padały także plony rolnicze, m. in. kawa. Na okupowanych terenach wydobywano także złoto, zwykle w dość prymitywnych warunkach, co często skutkowało wypadkami. Jak alarmowała organizacja Human Rights Watch, ludność była zmuszana do pracy przez wojsko, a w kopalniach pracowały także dzieci. Na skutek rabunkowego wydobycia degradacji uległo także środowisko naturalne. O skali zjawiska może świadczyć fakt, że Ruanda, Uganda i Burundi praktycznie z dnia na dzień stały się eksporterami złóż naturalnych, które na ich własnym terenie występują w niewielkich ilościach. Eksport diamentów z Ruandy wzrósł podczas wojny dwukrotnie, a diamentów pięciokrotnie. Wartość złota eksportowanego przez Ugandę wzrosła z 23 milionów dolarów do 105 milionów dolarów rocznie. Rabunków dokonywali także rebelianci, którzy m. in. konfiskowali pieniądze z miejscowych banków. Wiele organizacji pozarządowych zajmujących się prawami człowieka apelowało w tym czasie o bojkot „krwawych surowców” eksportowanych przez okupantów Demokratycznej Republiki Konga. Ale jak słusznie zauważa Michael Nest, nawet ścisłe embargo nie rozwiązałoby sprawy. Korzyści z nielegalnego wydobycia surowców czerpały bowiem także oficjalne władze państwowe, czyli rząd Laurenta Kabili, a później jego syna Josepha. Kabila finansował w ten sposób prowadzenie działań wojennych, na przykład płacąc Zimbabwe za wsparcie wojskowe. Jednym słowem, surowce naturalne nie tylko były jednym z powodów wybuchu konfliktu w Kongu, ale też stały się głównym źródłem jego finansowania i umożliwiły jego przedłużanie przez następne lata.
Nasuwa się zatem pytanie, kto jest kupcem zrabowanych surowców. W przypadku takich minerałów jak kobalt czy koltan naturalnym nabywcą będą firmy produkujące sprzęt elektroniczny. Czy sprawdzają one, skąd pochodzą kupowane minerały? Na to pytanie próbował odpowiedzieć duński dziennikarz Frank Poulsen w filmie dokumentalnym „Krew w twoim telefonie”. Poulsen próbował uzyskać od firmy Nokia informacje o dostawcach, a jedyne co dostał po roku starań to bardzo wymijająca odpowiedź, według której łańcuch dostawców i podwykonawców jest zbyt skomplikowany, żeby można całkowicie go prześwietlić. Takie wyjaśnienia wydają się mało przekonujące. Zachodnie firmy zajmowały też bardziej aktywną postawę w tym procederze. Jak podaje Maciej Konarski w Portalu Spraw Zagranicznych, międzynarodowe konsorcja górnicze odegrały znaczącą rolę w wywołaniu i przedłużeniu wojny w Demokratycznej Republice Konga. Firmy te miały być aktywne i zawierać porozumienia z rebeliantami jeszcze przed zdobyciem władzy przez Kabilę. Konarski wymienia tu: Consolidated Eurocan Venture, członka konsorcjum Lundin Group; zajmującą drugie miejsce na świecie pod względem wydobycia złota Barrick Gold Corporation oraz największą poza sektorem naftowym firmę wydobywczą Anglo American Corporation. Autor szczególną uwagę zwraca na korporację American Mineral Fields Inc. (AMFI), która choć na tle pozostałych jest graczem drugoplanowym, odegrała w kongijskiej wojnie szczególną rolę. Już miesiąc po wkroczeniu wojsk Kabili do Kinszasy AMFI podpisało z jego rządem szereg kontraktów wartych 1,5 miliarda dolarów. Dotyczyły one wydobycia miedzi i kobaltu w prowincji Katanga (wówczas Szaba), a także eksploatacji złóż cynku w rejonie miasta Kipushi (Górna Katanga). Konarski idzie nawet dalej, jego zdaniem poszczególni członkowie konsorcjum mieli być zamieszani w kongijski konflikt jeszcze przed jego wybuchem. Jeden z jego kierowników, Jean-Raymond Boulle, współpracował bowiem z prezydentem Ugandy Yowerim Musavenim i Paulem Kagame (wówczas jeszcze wiceprezydentem Ruandy) jeszcze przed śmiercią prezydenta Ruandy Juvénala Habyarimany w katastrofie lotniczej w kwietniu 1994 roku. Dlatego pojawiły się teorie, jakoby biznesmeni związani z AMFI mieli współfinansować zamach na prezydenta, a w 1995 roku, kiedy konsorcjum oficjalnie powstało, plany przyszłych działań wojennych w Demokratycznej Republice Konga miały być już gotowe. Oczywiście nie ma dowodów na poparcie tej tezy, jednakże szczególne uprzywilejowanie właśnie tego konsorcjum przez rząd Kabili może wskazywać na wcześniejsze powiązania. Współpraca ta nie trwała jednak długo, rząd Kabili zrewidował bowiem kontrakty, przekazując uprawnienia do wydobycia surowców południowoafrykańskiemu koncernowi Anglo American Corporation. I tak AMFI znalazło się po stronie rebeliantów walczących z wojskami Laurenta Kabili. Działania rebeliantów Kabili ograniczały się do współpracy z prywatnymi firmami. Jak podaje Piotr Kucharski, autor książki „Zair 1996-1997”, pomoc Stanów Zjednoczonych odegrała w tym konflikcie kluczową rolę. Amerykański sprzęt wojskowy był dostarczany rebeliantom za pośrednictwem lotnisk w Kigali i Entebbe (miasto nad Jeziorem Wiktorii w Ugandzie). Waszyngton przyznał się później do organizowania dla ADFL na terenie Runady, Konga-Brazzaville i Demokratycznej Republiki Konga (wówczas Zairu) regularnych szkoleń wojskowych. Nie należy również zapominać o znaczącym udziale najemników w rebelianckiej armii, pochodzących z Francji, Belgii, Ukrainy, Serbii, Chorwacji, RPA, Angoli i Mozambiku. Oddział dowodzony przez serbskiego wojskowego nazywanego pułkownikiem Dominikiem Yugo nazywany był Białym Legionem i liczył około 300 osób.
Skutki tej międzynarodowej gry o wpływy były dla mieszkańców Demokratycznej Republiki Konga tragiczne. Różne źródła szacują liczbę ofiar konfliktu na od 2 do nawet 4 milionów, w zależności od tego, czy wliczane są także ofiary chorób i głodu, będących następstwem wyniszczających działań wojennych. Ciekawy opis tego, jak dziś wygląda życie we wschodnich prowincjach Konga, pozostawił dziennikach "The Daily Telegraph" Tim Butcher. Wybrał się on w podróż śladami XIX-wiecznego podróżnika, Henry'ego Mortona Stanleya, od jeziora Tanganika do rzeki Kongo, a potem aż do Oceanu Atlantyckiego, a swoje przeżycia opisał w wydanej w 2007 roku książce „Rzeka krwi.Podróż do pękniętego serca Afryki”. Zdaniem autora zbiorowa świadomość Kongijczyków jest ukształtowana przez wieloletnie walk i nieustający strach:
Ludzie doskonale pamiętają przebłyski z przeszłości - bestialstwo pierwszych kolonialistów, późniejszy chaos, mordowanie przywódców, korupcję dyktatorów, najemników rozpętujących wojny zbyt skomplikowane, by mogły zainteresować świat, rebeliantów hołdujących kanibalizmowi. Zagraniczni dziennikarze wzdrygają się na wspomnienie starej historii z lat sześćdziesiątych XX stulecia, gdy gwałty zdarzały się tak często, że kiedy brytyjski reporter podszedł do grupki uchodźców i zapytał: "Czy jest tu jakaś zgwałcona zakonnica, która mówi po angielsku?", nikt się nie zdziwił. 
Pierwszy etap podróży to właśnie Katanga i Maniema. Butcher opisuje te prowincje jako miejsca, w których nie tyle czas się zatrzymał, co w których czas się cofa. Tutaj to dziadek opowiada wnukom o wynalazkach XX wieku, o motorach, prądzie elektrycznym, o tym czym były samoloty. Tutaj prądu nie ma już od lat, żadne urządzenia nie działają, a ludzie wrócili do stanu, w jakim żyli w XIX wieku. Zagubione w dżungli wioski są odcięte od świata. Dawne drogi zamieniły się w błotniste bajora, a nieużywane tory pochłonęła dżungla. Jeszcze tylko stary naczelnik stacji kolejowej przychodzi codziennie do pracy z nadzieją, że kiedyś w kraju będzie znów normalnie i pociągi zaczną jeździć. Kongo Butchera to kraj bez historii. On jako obcokrajowiec więcej wie o historii Demokratycznej Republiki Konga niż jej mieszkańcy. Tu nikt historii nie spisuje, nie buduje się pomników ofiar masakr. Wiedza umiera wraz z najstarszym pokoleniem, a w tym piekle na ziemi trudno dożyć starości. Wszystko tu jest tymczasowe. Wsie to tak naprawdę tylko kilka lepianek. Mieszkańcy zapytani, czemu nie zbudują sobie porządnych domów, odpowiadają: „Po co? Przecież i tak zaraz przyjdą kolejne bojówki i wszystko spalą”. Tutaj najbezpieczniejszym miejscem jest dżungla. Stan pierwotny gwarantuje przetrwanie. Bo to przed ludźmi trzeba się chować. Poza tym dzikich zwierząt nie zostało już wiele. Przez te ciągle grabieże ciężko coś uprawiać, czasem wyrośnie maniok, ale też nie zawsze zdąży. Ludzie są niedożywieni, zjedli już większość zwierząt. A przede wszystkim nie działa prawo, nie ma żadnych zasad. To chyba jest dla ludzi najgorsze. Bojówki mogą zabijać kogo chcą, kompletnie bez powodu i nie spotka ich żadna kara. Tak wygląda pierwsze 1200 kilometrów podróży Tima Butchera - motorem przez dżunglę i pirogą po rzece Kongo. Aż do Kisangani, drugiego co do wielkości miasta w kraju. To pierwszy punkt trasy, w którym jest bieżąca woda i elektryczność. Ale to tylko jedna z nielicznych zalet miast w Kongu. Działania paraliżuje w nich przerośnięta administracja i żarłoczna korupcja. Pozory bezpieczeństwa sprawiają placówki ONZ-etu.  Chociaż i tak wszyscy wiedzą, że w razie prawdziwego zagrożenia, to oni ewakuują się pierwsi. Z tą całą tymczasowością ludzkiej egzystencji kontrastuje majestatyczna rzeka Kongo, spokojnie tocząca swoje wody w stronę Oceanu Atlantyckiego. Porażające w tym opisie są nie tylko fatalne warunki życia i ciągłe zagrożenie ze strony bojówek, ale i całkowita bezsilność Kongijczyków. Ich państwo znajduje się praktycznie w stanie upadku, administracja ani służby porządkowe nie spełniają swoich funkcji, nie ma do kogo zwrócić się o pomoc. Niepokój budzie też raczej powierzchowna działalność organizacji międzynarodowych, ograniczających się do monitorowania sytuacji i pomocy humanitarnej.
Sam konflikt kongijski można też rozpatrywać w perspektywie kolejnej porażki społeczności międzynarodowej. Pierwsza propozycja wysłania do Zairu sił pokojowych pojawiła się już w listopadzie 1996 roku na szczycie prezydentów państw Wielkich Jezior w Nairobi, w którym brały udział Tanzania, Kenia, Zambia, Uganda, Erytrea, przewodniczący Organizacji Jedności Afrykańskiej, a także wysłannicy z Republiki Południowej Afryki, Etiopii i Kamerunu. Ze względu jednak na niestawienie się na szczycie przywódców dwóch najbardziej zaangażowanych państw – Zairu i Ruandy – ograniczono się do wezwania RPA o zaprzestanie dostaw broni do Ruandy. 7 listopada Unia Europejska zwróciła się do Rady Bezpieczeństwa ONZ o podjęcie działań humanitarnych we wschodnim Zairze. Gotowość udziału zgłosiło dwanaście państw, planowano wysłać na miejsce od 10 do 12 tysięcy żołnierzy. Zanim jednak misja doszła do skutku uchodźcy z Ruandy zaczęli wracać do domów, a media i opinia publiczna straciły zainteresowanie konfliktem. Do interwencji nie doszło. Dopiero 16 czerwca 2000 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła rezolucję, nakazującą wycofanie obcych sił z terenu Demokratycznej Republiki Konga. Przyjęto ją w obecności szefów dyplomacji państw zaangażowanych w konflikt, w tym Ruandy i Ugandy. Jednakże w lipcu Rada Bezpieczeństwa odroczyła wysłanie misji z powodu oporu kongijskiego rządu. Fiaskiem zakończył się również zorganizowany w tym samym roku szczyt w Lusace, jedynym co udało się osiągnąć był przedłużenie mandatu Misja Stabilizacyjna Organizacji Narodów Zjednoczonych w Demokratycznej Republice Konga (MONUSCO). Niespodziewanym zwrotem okazała się śmierć Laurenta Kabili w zamach w styczniu 2001 roku. Po zaprzysiężeniu nowego prezydenta, Josepha Kabili, wznowiono negocjacje, które w lipcu 2002 roku zakończyły się podpisaniem w Pretorii traktatu pokojowego pomiędzy Ruandą i Demokratyczną Republiką Konga. Traktat zakładał wycofanie wojsk ruandyjskich ze wschodnich kongijskich prowincji. Dotyczył on zatem tylko zewnętrznego wymiaru konfliktu, stanowiąc jedynie częściowe rozwiązanie problemu. Kwestia licznych bojówek jeszcze przez lata miała pozostać nierozwiązana. 
24 lutego 2013 roku podpisano w Addis Abebie pod auspicjami ONZ kolejne porozumienie pokojowe w sprawie wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga. Sygnatariuszami byli prezydenci Demokratycznej Republiki Konga, Ugandy, Angoli, Burundi, Ruandy, Tanzanii, Zambii, Republiki Środkowoafrykańskiej, Republiki Konga, Republiki Południowej Afryki i Sudanu Południowego. Zgodnie z tym porozumieniem brygada interwencyjna MONUSCO może brać udział w walkach ze zorganizowanymi grupami rebelianckimi. Celem jest demobilizacja zbrojnych grup, pomoc organizacjom niosącym pomoc humanitarną i zapewnienie przestrzegania praw człowieka.
Słabe zainteresowanie światowych mediów ruandyjskim konfliktem też z pewnością ułatwiło prowadzenie działań zbrojnych i eksploatację ogarniętego wojną kraju. O ile bowiem o ludobójstwie w Ruandzie z 1994 roku mówiło się bardzo dużo, o tyle wojna kongijska nie wzbudziła już aż takiego zainteresowania. Być może opinia publiczna była już zmęczona konfliktami w tej części Afryki. Trzeba też przyznać, że sytuacja w Demokratycznej Republice Konga jest na tyle skomplikowana, że trudno ją w kilka minut wyjaśnić osobie nieobeznanej z afrykańską polityką, a tyle przeważnie poświęca się na jeden temat w ogólnokrajowych serwisach informacyjnych. Ludobójstwo w Ruandzie dało się łatwo wyjaśnić konfliktem etnicznym pomiędzy Hutu i Tutsi, sytuacja w Kongu jest o wiele bardziej zawiła i choć element etniczny również nie był tu bez znaczenia, nie wydaje się on najważniejszym aspektem. Zaangażowanie zachodniego kapitału i rządu Stanów Zjednoczonych w konflikt również utrudniało sytuację, podanie takich informacji przez jakąkolwiek redakcję bez twardych dowodów mogłoby się skończyć pozwem. Oczywistym jest, że również w interesie samych zainteresowanych nie leżało nagłaśnianie konfliktu. W kolejnych latach zachodnia opinia publiczna była już zbyt zajęta atakami terrorystycznymi, Afganistanem i Irakiem, żeby zwracać uwagę na sytuację w Demokratycznej Republice Konga. A ta – pomimo podpisanego porozumienia - jest niestabilna do dziś, ostatnie doniesienia o starciach sił rządowych z rebelianckimi pojawiły się 30 grudnia 2013 roku, kiedy to uzbrojone grupy zaatakowały lotnisko, koszary wojskowe i siedzibę publicznej telewizji. Akty przemocy zanotowano także w stolicy prowincji Górna Katanga – Lubumbashi.
Na świecie są państwa, które na bazie bogactw naturalnych zbudowały swoją potęgę. Zgoła inaczej jednak wyglądała sytuacja w Afryce Subsaharyjskiej, czego najjaskrawszym przykładem jest Demokratyczna Republika Konga. Choć warunków naturalnych mogłyby jej pozazdrościć największe światowe potęgi, DRK znajduje się dziś wśród dziesięciu najbiedniejszych krajów świata. W państwie tym przez lata prowadzono rabunkową gospodarkę, która doprowadziła je na skraj upadku. Systematyczny wyzysk rozpoczął się jeszcze w czasach kolonializmu, a jego apogeum nastąpiło podczas pierwszej i drugiej wojny domowej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. W wschodniej części kraju jeszcze przez następne dziesięciolecie toczyły się krwawe walki, dzięki którym liczni watażkowie i wojskowi dorobili się fortun. Złożoność konfliktu i zaangażowanie wielu stron przez lata paraliżowały próby podjęcia działań pokojowych i stabilizacji sytuacji w regionie. Pomimo etnicznego zaplecza konfliktu, który na początku przez społeczność międzynarodową traktowany był jako echo ludobójstwa w Ruandzie, nie było innego równie ważnego powodu do kontynuowania działań wojennych przez te wszystkie lata niż czysto ekonomiczny. Biorąc po uwagę, iż popyt na występujące w Demokratycznej Regulice Konga minerały nie zmniejsza się, a w przypadku minerałów rzadkich nawet rośnie, kraj ten czeka jeszcze długo droga do osiągnięcia stanu, który można by nazwać stabilnym i pokojowym. I równie długa droga do demokratyzacji. Usprawnienie systemu kontroli nad surowcami mineralnymi jest też ogromnym wyzwaniem dla społeczności międzynarodowej. Dopóki bowiem firmy nie będą musiały rozliczać się ze źródeł pochodzenia wykorzystywanych surowców, dopóty wojny o zasoby naturalne i gospodarka rabunkowa będą opłacalne. Ważną rolę mogą tu też odegrać konsumenci. Zgodnie z podstawową zasadą gospodarki rynkowej podaż jest bowiem odpowiedzią na popyt. W Europie i Stanach Zjednoczonych coraz większą popularnością cieszą się idee sprawiedliwego handlu czy kupowania jedynie produktów cruelty-free. Być może w przyszłości również idea unikania produktów wytworzonych z surowców pochodzących z terenów ogarniętych konfliktami i uzyskanych przy pomocy pracy przymusowej zyska szerszy społeczny oddźwięk. 

                                                                     źródło: wikipedia.org

Bibliografia:
  1. Butcher T., Rzeka krwi. Podróż do pękniętego serca Afryki, Carta Blanca, Warszawa 2009.
  2. Davidson B., Społeczna i polityczna historia Afryki w XX wieku, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011.
  3. Jaremczuk E. J., Zair, Demokratyczna Republika Konga, przemiany wewnętrzne i ich implikacje międzynarodowe, Wydawnictwo Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Elblągu, Elbląg 2007.
  4. Konarski M., Uczta sępów, 6.02.2006
  5. Kucharski P., Zair 1996-1997, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2002.
  6. Zalega D., Człowiek Afryki, 19.01.2011

sobota, 23 listopada 2013

Grbavica


Kiedy w jakimś rejonie wybucha konflikt, zbierają się tam media z całego świata, rozpisują się o nim gazety. Wszystko do czasu, aż konflikt przycichnie lub przyćmi go jakieś inne równie dramatyczne wydarzenie. Ludzie, którzy ów konflikt przeżyli, zostają sami i muszą nauczyć się jakoś żyć. A przecież nic dookoła nie jest takie, jakie było wcześniej. I nie będzie, nawet w następnym pokoleniu. W "Grbavicy" od wojny w byłej Jugosławii minęło już piętnaście lat, a rzeczy wciąż nie chcą układać się tak, jak powinny. Ciągle odkopuje się zbiorowe mogiły, niektórzy wciąż nie odnaleźli ciał bliskich. Nie zabliźniły się też rany. Wojna pozostawiła wiele kobiet, które nie tylko straciły całe rodziny, ale i padły ofiarą broni wojennej równie potężnej jak kule - gwałtów.

Tytułowa Grbavica to dzielnica Sarajewa, w której mieszka Esma (Mirjana Karanović) i jej piętnastoletnia córka Sara (Luna Mijović). Przed wojną Esma miała rodziców i plany na przyszłość, potem pozostała jej już tylko niechciana ciąża. Nic też nie wyszło z jej życiowych planów, na rodzinę zarabia pracując jako kelnerka. Sarze powiedziała, że jej ojciec był żołnierzem i zginął bohatersko w obronie kraju. Długo budowaną legendę zachwieje u podstaw zwykła szkolna wycieczka, na którą Esmy nie stać. Dzieci bohaterów wojennych płacą mniej. Tylko, że do tego trzeba dowodów czyjegoś istnienia. Sprawy nie ułatwia sama Sara, buntująca się chłopczyca, która właśnie wkracza w dorosłość i przeżywa pierwszą miłość. Zadziorna dziewczyna coraz częściej zadaje niewygodne pytania i nie zawaha się postawić matki pod ścianą.

Trzeba przyznać, że obie postacie zostały świetnie naszkicowane. Jeśli miałabym coś charakterystyce Esmy zarzucić to nieco nazbyt oczywiste zagrania, mające pokazać widzowi, że bohaterka nie pozbyła się jeszcze traumy po gwałtach w obozie dla uchodźców. Esma denerwuje się, kiedy podczas wygłupów z córką nagle znajduje się na podłodze albo gdy w autobusie ociera się o nią mężczyzna. Te sceny są oczywiście łatwo czytelne dla widza, który takiej traumy nigdy nie przeżył, nie wydaje mi się jednak, żeby ludzka psychika była tak oczywista. Trzeba jednak przyznać, że kreacja Mirjany Karanović jest naprawdę dobra. Esma w jej wykonaniu to kobieta, która żyje, ale trochę tak bez przekonania. Nawet jeśli myśli o przyszłości, to przeszłość wciąż trzyma ją w miejscu. Równie ciekawą postacią jest Pelda (Leon Lucev), ochroniarz w dyskotece, w której Esma roznosi drinki. To świetny przykład na to, że wojna z niektórych robi ofiary, a z innych oprawców i to często bardzo przypadkowo. Z niego zrobiła drobnego rzezimieszka, który zarabia na życie świadcząc usługi drobnym przestępcom, których poznał jeszcze w wojsku. Pozostało mu jednak dobre serce, które kontrastuje z nabytą brutalnością. Nic dziwnego, że tych dwoje od razu dostrzega w sobie bratnie dusze.

Reżyser filmu, Jasmila Zbanić, nie rozczula się nad losem swoich bohaterów, ale też nie wprowadza niepotrzebnej brutalności. Po prostu daje swoim bohaterom żyć życiem, którego nie wybrali. I pewnie dlatego "Grbavicę" tak dobrze się ogląda.

źródło: repertuary.pl

piątek, 17 maja 2013

Rzeka krwi. Podróż do pękniętego serca Afryki


Tim Butcher wybrał się w podróż, dla której określenie szalona byłoby eufemizmem. To podróż samobójcza, przez region od lat targany wojną domową. I to nie jedną z wielu, a wojną która pochłonęła najwięcej ofiar od czasów II wojny światowej. Różne źródła podają od 4 do 5 milionów ofiar. Butcherowi marzy się podróż śladami XIX-wiecznego podróżnika, Henry'ego Mortona Stanleya, od jeziora Tanganika do rzeki Kongo, a potem aż do Oceanu Atlantyckiego. Autor pracuje nawet w tej samej gazecie, co Stanley. Też jest dziennikarzem "The Daily Telegraph". Ale wyprawa Stanleya to nie tylko podróżnicze osiągnięcie, od niej zaczęła się kolonizacja regionu. Zafascynowany opisami podróżnika król Leopold II postanowił objąć okolice rzeki Kongo belgijskim panowaniem. Przygotowania do podróży zajmują Butcherowi 10 lat. Dlaczego aż tak bardzo mu zależy? Bo Kongo to symbol, pęknięte serce Afryki, które zdaniem autora odzwierciedla wszystkie nieszczęścia, jakie spadły na ten kontynent. Najpierw w postaci kolonializmu i to w najgorszej postaci. Nie bez powodu Joseph Conrad wybrał na miejsce akcji swojego "Jądra ciemności" właśnie Kongo Belgijskie. To najbogatszy w surowce kraj świata, którego mieszkańcy żyją w ubóstwie. W XIX wieku Europejczycy wywozili stamtąd kauczuk i miedź, dziś wywozi się głównie diamenty, kobalt i koltan. Te ostatnie to rzadkie minerały, niezbędne do produkcji sprzętu elektronicznego. Po kolonializmie przyszła krwawa dyktatura Mobutu Sese Seko, a po jego obaleniu niekończąca się wojna domowa. Tima Butchera denerwuje to, jak mało się o nieszczęściu tego kraju mówi w zachodnich mediach. Jakby świat kompletnie o nim zapomniał. O wydarzeniach w sąsiedniej Ruandzie mówiło się tak wiele. Czemu nikt nie pamięta o Kongu? Mnie tez to denerwuje i mam na ten temat nawet pewną teorię.

-------------------------------------- Uwaga! Długa dygresja!----------------------------------------

Pewien mądry człowiek powiedział mi kiedyś, że telewizyjne programy informacyjne nie są po to, żeby się widz czegoś dowiedział, ale żeby się utwierdził w tym, co już wie. Widz nie lubi wcale, żeby mu ktoś świat do góry nogami przewracał. Jak moja 90-letnia babcia, która twierdzi, że kobiety nie pija wódki. I choćbym pół litra przy niej opróżniła, to nie zmieni zdania. Bo nie chce. I rzeczywiście, jeśli jest nawet jakaś nowa informacja, to i tak znaczna część materiału pokazuje wyraźnie, że świat wygląda właśnie tak, jak widz to sobie wyobrażał. Po pierwsze chodzi o to, żeby się widz nie przemęczył przed tym telewizorem po ciężkim dniu pracy. Bo, nie daj Bóg, zmieni kanał. No i poziom intelektualny też jest różny, więc trzeba zrobić tak, żeby jak najwięcej osób zrozumiało. Po drugie to polepsza samopoczucie widza, że taki jest mądry i tyle o świecie wie. Samopoczucie widza jest ważnie, jak mu się pogorszy to może, nie daj Bóg, zmienić kanał. A tu kryzys i budżet i tak się nie domyka. Nawet tzw. kontrowersyjne sprawy są już widzowi dobrze znane. Za czy przeciw aborcji? Za czy przeciw religii w szkołach? Widz to już słyszał setki razy, wie jakie argumenty padną po jednej i po drugiej stronie. Z podanych jak na tacy propozycji wybierze sobie to, co mu pasuje. Bez wysiłku wymyślania czegoś samemu. I też się lepiej poczuje. Ma zdanie na ważne tematy, jest na bieżąco. Albo poczuje się dobrze, bo popiera to, co jest określane jako nowoczesne i postępowe albo z drugiej strony - tradycyjne i honorowe. W tej czarno-białej bajce nie ma miejsca na szarości. Jakiś naukowiec chce zbadać rzeczywiste psychologiczne skutki wychowania w rodzinie stworzonej przez homoseksualistów? Fe! Wsadzamy do szufladki homofob i jedziemy dalej. Ale są też newsy problematyczne. Jak ostatnia sprawa zawalonej fabryki w Bangladeszu. I jak to widzowi wyjaśnić. Prawdę powiedzieć? Że matka ośmiorga dzieci zginęła, a dziecko niewiele starsze od twojego dziecka widzu, które od dwóch lat pracowało w fabryce, przygniotła ściana i ucięło mu nogi, bo ty widzu chcesz mieć tanią koszulkę z C&A i nie obchodzi cię, dlaczego jest tania? Bo przecież zarabiasz biedaku tylko 2 tysiące i nie stać cię na telewizor LCD 30 cali. Niech się bogaci martwią. Tego widzowi nie powiemy, bo zmieni kanał. Nie daj Boże. Widz ma czuć się dobrze. Woli słuchać, jacy źli są politycy, niż że sam tego polityka wybrał i nawet mu się nie chciało przeczytać programu wyborczego partii.

Niektórzy twierdzą, że podwójną moralność mamy w genach. Że to się zaczyna już w dzieciństwie. Mama pokazuje dziecku świnki: "Zobacz jakie śliczne prosiaczki!", potem czyta mu bajkę o mądrej śwince, co przechytrzyła wilka, który chciał ją pożreć. A potem... Daje dziecku schabowy na obiad. I nie widzi dysonansu. Widz ogląda materiał o obozach pracy gdzieś w Azji i bardzo współczuje pokazywanym ludziom. Ogólnie to dobry człowiek. Wysyła SMS-y o treści POMAGAM. A potem idzie kupić najki albo adidasy, wyprodukowane tam w Azji, i nie widzi dysonansu. I tu dochodzimy do pytania, dlaczego o ludobójstwie w Ruandzie z 1994 było tak głośno, a o najbardziej krwawym konflikcie na świecie od czasów II wojny światowej w Demokratycznej Republice Konga mówi się tak niewiele?  Bo konflikt pomiędzy Hutu i Tutsi łatwo wyjaśnić. Etniczne wojny plemienne. Po co więcej pytać? Oni tam tak mają, dzicy ludzie ot co! Nie to co my, wykształceni Europejczycy. Powyrzynali się i tyle. Ale szkoda człowieka, można dać 5 zł na akcję humanitarną. A to, co się dzieje w Kongu? Jak to wyjaśnić? Wojna o surowce. Ale gdzie te surowce? Rozejrzyj się widzu po swoim sprzęcie RTV i AGD. Tutaj. Ci rebelianci dalej tam są i mogą gwałcić nawet małe dziewczynki, żebyś ty miał nowy sprzęt. W promocji albo na raty. Bo przecież gdyby jego producenci nie kupowali surowców od pośredników, a ci od rebeliantów, sprzęt musiałby być dużo droższy. Ale skąd ja miałem wiedzieć? Z tym nic nie da się zrobić, to wielkie koncerny, tak jest świat urządzony - powie widz. Masz internet drogi widzu, świat jest globalną wioską. I nowego telefonu komórkowego w abonamencie też nie trzeba brać co roku. I jeszcze narzekać, że dali jakieś dwuletnie badziewie zamiast nowego Samsunga Galaxy. Zresztą koncerny też wcale nie chcą, żeby się obraz taki upowszechnił. Przekaz marketingowy jest zgoła inny. Masz prawo zrobić coś dla siebie! Dobrze, że jesteś na bieżąco z nowinkami technicznymi, zawsze taki nowoczesny. Masz świat u swoich stóp! Niestety widzu, u twoich stóp jest co najwyżej trup. Tego nikt by nie chciał usłyszeć w  programie informacyjnym po ciężkim dniu.

--------------------------------------Koniec długiej dygresji.-----------------------------------------------

Tak naprawdę, po odejściu Belgów, nie miał kto objąć władzy w Kongu. Za czasów kolonialnych nie dopuszczano przecież czarnych do pełnienia wyższych stanowisk w państwie, praktycznie nie było ludzi z wyższym wykształcenie. To idealna sytuacja dla karierowiczów, takich jak choćby Mobutu Sese Seko. Pierwsze wolne wybory wygrał jednak Patrice Lumumba. Problem z Lumumbą był taki, że miał on zapędy socjalistyczne i przychylnie wyrażał się o Związku Radzieckim. A Bruksela nie miała zamiaru rezygnować z kongijskich surowców. Lumumba został zamordowany. A w 1970 roku Mobutu Sese Seko, z poparciem Belgii i USA, dokonał przewrotu i objął urząd prezydenta. Butcher twierdzi, że Mobutu zrobił nawet coś więcej, niż tylko wrócił do tradycji rządów plemiennych. Bo przed Belgami władcy odpowiadali choćby przed swoim plemieniem i mogli zostać obaleni.  Mobutu nie musiał się tego obawiać, z bronią zafundowaną mu przez Waszyngton mógł pozbyć się wszystkich niepokornych. A jego rządy bywały krwawe. Autor przywołuje choćby historię przywódcy powstania Mulele Mai, Pierre'a Mulele, który zmarł w trakcie tortur, po tym jak obcięto mu genitalia i wszystkie kończyny. Ale Zachód był zadowolony, że ma stabilną sytuację w regionie. A sam Mobutu Sese Seko bardziej znany jest z kampanii afrykanizacji, w której pozamieniał wszystkie nazwy w kraju z francuskich na afrykańskie. W tym nazwę państwa na Zair. Dyktator wiedział jak żyć ze swoimi zagranicznymi sojusznikami, on i jego administracja, skorumpowana do granic możliwości, bogacili się na handlu surowcami. Mobutu był też przyjacielem prezydenta Habyarimany, którego zabójstwo w 1994 roku rozpoczęło rzeź Tutsich przez Hutu w Ruandzie. Mobutu sprowadził nawet zwłoki przyjaciela do Kinszasy, a morderców z Interahamwe zaprosił, aby schronili się w Kongu. To był początek końca dyktatora. Ruanda i Uganda wsparła przewrót Laurenta Kabili, który zajął miejsca Mobutu. Szybko się jednak okazała, że wojska ruandyjskie i ugandyjskie wcale nie chcą opuszczać bogatych w surowce mineralne prowincji Kiwu i Katanga. Siedem lat później, kiedy Tim Butcher wyrusza na swoją wyprawę, walki wciąż trwają. Zdaniem autora zbiorowa świadomość Kongijczyków jest ukształtowana przez te wieloletnie walki i nieustający strach:

Ludzie doskonale pamiętają przebłyski z przeszłości - bestialstwo pierwszych kolonialistów, późniejszy chaos, mordowanie przywódców, korupcję dyktatorów, najemników rozpętujących wojny zbyt skomplikowane, by mogły zainteresować świat, rebeliantów hołdujących kanibalizmowi. Zagraniczni dziennikarze wzdrygają się na wspomnienie starej historii z lat sześćdziesiątych XX stulecia, gdy gwałty zdarzały się tak często, że kiedy brytyjski reporter podszedł do grupki uchodźców i zapytał: "Czy jest tu jakaś zgwałcona zakonnica, która mówi po angielsku?", nikt się nie zdziwił. 

Pierwszy etap podróży to właśnie Katanga i Maniema. Butcher opisuje te prowincje jako miejsca, w których nie tyle czas się zatrzymał, co w których czas się cofa. Tutaj to dziadek opowiada wnukom o wynalazkach XX wieku, o motorach, prądzie elektrycznym, o tym czym były samoloty. Tutaj prądu nie ma już od lat, żadne urządzenia nie działają, a ludzie wrócili do stanu, w jakim żyli w XIX wieku. Zagubione w dżungli wioski są odcięte od świata. Dawne drogi zamieniły się w błotniste bajora, a nieużywane tory pochłonęła dżungla. Jeszcze tylko stary naczelnik stacji kolejowej przychodzi codziennie do pracy z nadzieją, że kiedyś w kraju będzie znów normalnie i pociągi zaczną jeździć. Kongo Butchera to kraj bez historii. On jako obcokrajowiec więcej wie o historii Demokratycznej Republiki Konga niż jej mieszkańcy. Tu nikt historii nie spisuje, nie buduje się pomników ofiar masakr. Wiedza umiera wraz z najstarszym pokoleniem, a w tym piekle na ziemi trudno dożyć starości. Wszystko tu jest tymczasowe. Wsie to tak naprawdę tylko kilka lepianek. Mieszkańcy zapytani, czemu nie zbudują sobie porządnych domów, odpowiadają: Po co? Przecież i tak zaraz przyjdą kolejne bojówki i wszystko spalą. Tutaj najbezpieczniejszym miejscem jest dżungla. Stan pierwotny gwarantuje przetrwanie. Bo to przed ludźmi trzeba się chować. Poza tym dzikich zwierząt nie zostało już wiele. Przez te ciągle grabieże ciężko coś uprawiać, czasem wyrośnie maniok, ale też nie zawsze zdąży. Ludzie są niedożywieni, zjedli już większość zwierząt. A przede wszystkim nie działa prawo, nie ma żadnych zasad. To chyba jest dla ludzi najgorsze. Bojówki mogą zabijać kogo chcą, kompletnie bez powodu i nie spotka ich żadna kara. Tak wygląda pierwsze 1200 kilometrów podróży Tima Butchera - motorem przez dżunglę i pirogą po rzece Kongo. Aż do Kisangani, drugiego co do wielkości miasta w kraju. To pierwszy punkt trasy, w którym jest bieżąca woda i elektryczność. Ale to tylko jedna z nielicznych zalet miast w Kongu. Działania paraliżuje w nich przerośnięta administracja i żarłoczna korupcja. Pozory bezpieczeństwa sprawiają placówki ONZ-etu. Chociaż i tak wszyscy wiedzą, że w razie prawdziwego zagrożenia, to oni ewakuują się pierwsi. Z tą całą tymczasowością ludzkiej egzystencji kontrastuje majestatyczna rzeka Kongo, spokojnie tocząca swoje wody w stronę Oceanu Atlantyckiego. Tim Butcher pokona jeszcze prawie 2 tysiące kilometrów, żeby zobaczyć ujście tej drugiej co do długości rzeki w Afryce.

Książka Tima Butchera "Rzeka krwi" to nie tylko relacja z podróży. To prawdziwe kompendium wiedzy o Demokratycznej Republice Konga. Niektórzy twierdzą, że dygresji o historii kraju jest za dużo. Ale jak inaczej zrozumieć skomplikowaną sytuację, w jakiej znaleźli się jego mieszkańcy? Butcher nie poszedł na łatwiznę. Nie opisał wzruszającej historii jednego człowieka. Ta książka ma większe ambicje. Chce być portretem pokoleń ludzi mieszkających w rejonie rzeki Kongo. I szczerze mówiąc nie pamiętam innej pozycji,  z której dowiedziałabym się o Afryce tak wiele. Poza tym Tim Butcher ma też dar syntezy, podobnie jak choćby Ryszard Kapuściński  potrafi analizować zastaną sytuację i wyciągnąć z niej wnioski. Nie będę próbowała rozsądzać, który typ reportażu jest cenniejszy. Jest przecież mnóstwo dobrych książek opisujących wydarzenia z typowo ludzkiej strony. Zostając w obszarze Afryki równikowej, wystarczy wspomnieć "Dzisiaj narysujemy śmierć" Wojciecha Tochmana czy ruandyjską trylogię Jeana Hatzfelda. Tyle, że po przeczytaniu kilku takich książek, człowiek chciałby wiedzieć coś więcej. Nie tylko, co spotkało bohaterów, ale dlaczego to się wydarzyło. Ta pozycja to właśnie próba pogłębionej analizy. Jak na reportaż mało w "Rzece krwi" opisów spotykanych ludzi i mijanych miejsc. Autor czasem nawet przyznaje się przed czytelnikami do słabości, że był albo zbyt zmęczony całodzienną wędrówką i upałem, albo zbyt przestraszony wizją spotkania z bojówkami, żeby zadawać dodatkowe pytania i poznawać mieszkańców. Nawet mimo tych wad książka to prawdziwe arcydzieło. I pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika Afryki.

PS Zainteresowanym tematem polecam też film dokumentalny "Krew w twoim telefonie" oraz raport portalu psz.pl "Surowce - przekleństwo Afryki".

źródło: ecsmedia.pl

piątek, 11 stycznia 2013

"Krew w twoim telefonie" i "Bóg jest z nami, mężczyznami"


Rzadko pojawiają się tu filmy dokumentalne. Ale o tych dwóch warto opowiedzieć. Może nie ze względu na formę i sposób realizacji, ale ważne, trudne i intrygujące tematy, jakie poruszają.

źródło: filmweb.pl

Konflikt w Demokratycznej Republice Konga nie cieszy się zainteresowaniem mediów, tak naprawdę prawie nic o nim nie słychać. O ludobójstwie w Ruandzie słyszeli wszyscy. O wojnie domowej w DRK prawie nikt. Ale to właśnie konflikt w Demokratycznej Republice Konga jest najkrwawszym od czasów II wojny światowej. Autor filmu "Krew w twoim telefonie" podaje, że do tej pory zginęło tam 5 milionów ludzi. Według raportu portalu psz.pl "Surowce - przekleństwo Afryki" ponad 4 miliony. Setki tysięcy kobiet zgwałcono. Ciągnie ginie tam 38 tysięcy ludzi miesięcznie. Demokratyczna Republika Konga jest jednym z najbardziej obdarzonych przez naturę - surowcami naturalnymi - krajów świata. Znajdują się tam duże złoża miedzi, diamentów, ale przede wszystkim tzw. rzadkich minerałów, w tym kobaltu i koltanu wykorzystywanych m.in. do produkcji telefonów komórkowych.

Największe pokłady kobaltu i koltanu znajdują się na północy kraju, w prowincji Kivu. I właśnie ta część kraju od lat ogarnięta jest wojną. Bojówki walczą ze sobą, żeby przejąć kontrolę nad kopalniami. Rebelianci nie wzięli się tam jednak znikąd. Jak podaje raport psz.pl, są wspierani przez sąsiednie kraje: Ruandę i Ugandę. Te kraje są też największym eksporterem rzadkich minerałów, chociaż same praktycznie nie mają złóż. Kupców im nie brakuje, w raporcie możemy znaleźć nazwy amerykańskich, kanadyjskich, południowoafrykańskich czy izraelskich koncernów.

Twórca filmu "Krew w twoim telefonie", duński dziennikarz Frank Poulsen, próbuje przerwać zmowę milczenia. Wychodzi z prostego założenia, chce się dowiedzieć, czy koncern Nokia, którego telefonów sam używa, korzysta z minerałów z kopalni w DRK. Jak nietrudno się domyślić, przedstawiciele Nokii nie palą się do rozmów. Poulsen wyrusza więc do prowincji Kivu, żeby zobaczyć kopalnie na własne oczy. Film "Krew w twoim telefonie" to nie jest mistrzostwo jeśli chodzi o realizację, dość schematycznego sposobu przedstawiania zdarzeń (kiedy lektor mówi, że samolot wylądował, musimy koniecznie zobaczyć na ekranie lądujący samolot), dopełnia toporny montaż. Niemniej efekty pracy Poulsena i jego ekipy i tak są warte zobaczenia, pojechali w końcu sfilmować coś, od czego cały świat woli odwracać wzrok. Ludzie mają różne wymówki, żeby nie chcieć słuchać o tym, co się dzieje w DRK. A to "są zbyt wrażliwi" albo twierdzą, że "i tak nic nie mogą zrobić". Obie mało wiarygodne. Żadna to wrażliwość, kiedy nie obchodzi nas, że komuś dzieje się krzywda. Poza tym kapitalizm to system rządzący się prawem podaży i popytu. Firmy będą sprzedawały tylko to, na co jest popyt.

Informacja dla tych, którzy jednak wolą wiedzieć: film "Krew w twoim telefonie" dostępny jest za darmo, legalnie i prawie bez reklam na platformie iplex.pl. Raport "Surowce - przekleństwo Afryki" znajdziecie pod tym linkiem: http://www.geografia.lo4.poznan.pl/artykuly/wojnyosurowce.afryka.pdf

źródło: www.ipla.tv

"Bóg jest  z nami, mężczyznami" to kolejny film, który może pochwalić się fascynującym tematem i wykonaniem na poziomie kina półamatorskiego.  Autorem scenariusza i reżyserem jest Jerzy Sosiński. Rzecz dzieje się w małej wiosce w północno-wschodniej Albanii, gdzie najważniejszym obowiązującym prawem jest ciągle tradycyjny kodeks Kanun. Bohaterką filmu jest Bedri, kobieta która postanowiła zostać mężczyzną. Ma teraz takie same prawa, jakie tradycyjnie przysługują mężczyznom, ale już na zawsze musi pozostać dziewicą. W pierwszym odruchu słuchanie wypowiedzi braci Bedri o kobietach, może wywołać złość kobiety z Zachodu i chęć pacnięcia delikwenta patelnią. Sytuacja jest jednak intrygująca. Rodzina Bedri jest biedna, wszyscy bracia z żonami i dziećmi mieszkają w jednym domu, każdy gnieździ się z rodziną w jednym pokoju. A mimo to mężczyźni są bardzo daleko od kobiet, oddziela ich niewidzialny mur. Bracia Bedri twierdzą, że ich młodszy brat jest łącznikiem pomiędzy światem mężczyzn i kobiet. Zupełnie jakby te światy dzieliły setki kilometrów.

piątek, 28 grudnia 2012

Szekspir po nowemu


Nigdy nie lubiłam czytać Szekspira, zwłaszcza w oryginale. Bo o ile stylizowana na archaiczną polszczyzna jeszcze jakoś mi podchodzi, angielski rodem z XVI wieku jest nie do przetrawienia. Nie mam jednak z tego powodu wyrzutów sumienia, w końcu dramaty są do wystawiania na deskach teatru, a nie do robienia z nich szkolnych lektur. Dopiero wtedy oddziałują na widza, tak jak to sobie autor wymyślił, wywołując fale emocji od podziwu aż po grozę. Z chęcią też oglądam wszelkie ekranizacje dzieł Szekspira, moim łupem padły ostatnio dwie: "Koriolan" w reżyserii Ralpha Fiennesa i "Tytus Andronikus" Julie Taymor.

Oba filmy mają ze sobą wiele wspólnego. Przede wszystkim głównego bohatera - walecznego wodza - którym wzgardził Rzym. W obu mamy do czynienia z najwyższej klasy akrotstwem, w postać Tytusa Andronikusa wciela się bowiem Anthony Hopkins, a generała Gnejusza Marcjusza Ralph Fiennes (Koriolan to nazwisko, które bohater otrzymuje za swoje wybitne zasługi). Kolejne podobieństwo jest tylko pozorne, akcja została bowiem przeniesiona w czasy współczesne, a oryginalny tekst zachowany. Mimo tego filmy są kompletnie do siebie niepodobne.

źródło: www.strefaimprez.pl

Akcja "Koriolana" toczy się gdzieś na Bałkanach. Cała sceneria została podporządkowana tej rzeczywistości. O dziwo wcale nie kłóci się to z treścią, zapewne dlatego, że ta część Europy jeszcze niedawno była świadkiem scen równie krwawych jak u Szekspira. Ralph Fiennes postawił na realizm, rzymska tragedia doskonale spaja się z estetyką XX-wiecznego konfliktu zbrojnego. Temat jest w końcu ponadczasowy, ileż to razy w okresie pokoju wybitni dowódcy byli eliminowani przez polityków i przez swoją własną nieumiejętność dbania o wizerunek? Pamięć ludu jest krótka i niewdzięczna. Lud nawet nie wie, że potrzebuje wojska, potępia jego brutalne czyny, ale z drugiej strony, w momencie zagrożenia, liczy na ochronę. Sam Fiennes idealnie oddaje dwuznaczność tytułowej postaci, z jednej strony kierującej się honorem, z drugiej krnąbrnej i upartej. W połączeniu ze świetnymi zdjęciami film robi iście monumentalne wrażenie, przy czym wcale nie przytłacza.

źródło: stopklatka.pl


"Tytus Andronikus" nie jest już tak lekkostrawny. Widz musi przygotować się na prawdziwe wyzwanie. Film Julie Taymor jest bowiem prawie trzygodzinnym, postmodernistycznym eksperymentem. Z opisu filmu możemy się dowiedzieć, że to uwspółcześniona wersja dramatu. Nie jest to do końca prawdą, przynajmniej nie jest to takie uwspółcześnienie jak w przypadku "Koriolana". W filmie mieszają się style, z jednej strony mamy antyczne budowle, z drugiej gockich książąt ubranych w stylu punk i grający na automatach do gry. W efekcie akcja nie wydaje się osadzona w żadnym konkretnym miejscu i czasie. Jest raczej mocno odrealniona. Nie oznacza to, że "Tytus Andronikus" stracił cokolwiek ze swojej pierwotnej brutalności. To chyba najbardziej krwawy dramat Szekspira i taki też pozostaje. Bałam się nieco sceny okaleczenia Lawinii (w tej roli Laura Fraser), czy przerobienia na pasztet (sic!) Chirona i Demetriusza. Można by z nich zrobić prawdziwą masakrę piłą mechaniczną, na szczęście twórcy filmu się nade mną zlitowali, obserwujemy tylko efekty tych czynów. Niemniej "Tytus Andronikus" to film dla widzów pełnoletnich.

Po spotkaniu z tymi dwoma mniej znanymi dziełami mistrza dramatu, naszła mnie refleksja: gdzie byli wszyscy ci, którzy narzekają na brutalizację mediów? Zamiast na lekcje polskiego musieli chodzić na wagary. Trudno o bardziej krwawe dramaty niż te szekspirowskie, trudno też o bardziej tragiczne i fascynujące zarazem. Szekspir wyciąga to, co mroczne z ludzkiej duszy, pozwala się z tym zmierzyć i to oswoić. Najbardziej intrygujące są dla mnie konsekwencje swoich czynów, jakie ponoszą bohaterowie. Również tych dobrych. U Szekspira postępowanie właściwie przed niczym nie chroni, wręcz przeciwnie, sprowadza na bohatera wydarzenia, które będą prawdziwą próbą jego charakteru.

źródło: www.hamletscenen.dk

wtorek, 11 grudnia 2012

Wojna odarta z legendy


Wszystkie filmy wojenne powinny wyglądać jak "Obława", może już nikt nigdy nie pomyślałby, że wojna to dobre rozwiązanie. Życie bohaterów filmu Krzyształowicza jest odarte z godności i nadziei, mogą tylko czekać na tytułową obławę i starać się przetrwać. Zdrada jest tylko jedną ze strategii. Tu nie ma jasnych podziałów na dobrych i złych, nie dostajemy z góry wytyczonej granicy pomiędzy katem a ofiarą.

Kapral "Wydra" (w tej roli znów doskonały Marcin Dorociński) jest akowskim egzekutorem, jego niemal beznamiętnie wykonywanym zadaniem jest egzekwowanie wyroków śmierci na osobach współpracujących z Niemcami. Wraz z całym partyzanckim oddziałem porucznika "Maka" (Andrzej Zieliński) ukrywa się w lasach gdzieś na południu Polski. W oko wpadła mu młoda sanitariuszka "Pestka" (w tej roli świetnie sobie radzi Weronika Rosati). Jego kolega ze szkoły Henryk Kondolewicz znalazł się po drugiej stronie barykady. Jest donosicielem. Wiele czytałam w gazetach o tym, jak dobrze Maciej Stuhr radzi sobie w roli czarnego charakteru. Ale Henryk nie jest jednoznacznie zły, to za proste rozwiązanie jak na ten film. Jak sam o sobie mówi, jest po prostu za miękki. W czasach pokoju byłby pewnie zwykłym konformistą, w wojennych odgrywa rolę zdrajcy. To nie jedyna zdrada w tym filmie, inne są jeszcze trudniejsze do ocenienia, bo kryją się za nimi prawdziwe jednostkowe dramaty.

Krzyształowicz opowiada nam tę historię w sposób nielinearny i niechronologiczny, co moim zdaniem stanowi siłę tego filmu. Z każdą minutą odkrywamy kolejne aspekty przedstawionych wydarzeń, które każą nam zmieniać oceny wystawione bohaterom. Sama historia opowiedziana jest w sposób iście naturalistyczny, partyzanci posługują się niewybrednym językiem, a śmierć nie jest ani lekka, ani wzniosła. Momentami można wręcz wyczuć trupi odór. Jedyne czego o tym filmie nie mogę powiedzieć, to że jest kontrowersyjny. Reżyser nikogo tu o nic nie oskarża, przypomina po prostu, że wojenna zawierucha odziera z człowieczeństwa wszystkich, którzy w nią wpadną. Nawet jeśli nie ulegną i pozostaną wierni swoim wartościom, zło które widzieli, zmieni ich na zawsze.

źródło: filmweb.pl

wtorek, 30 października 2012

Pol Pot widziany ze Szwecji


Książka "Uśmiech Pol Pota" powstała ze zdziwienia. Peter Fröberg Idling przeczytał raport z dwutygodniowej wizyty szwedzkiej delegacji w Demokratycznej Kampuczy i nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że nie ma w nim słowa o uciskaniu ludności, masowych mordach i tego wszystkiego, z czego znamy Czerwonych Khmerów. "Setki mil idylli, prosto przez piekło na ziemi."

Ta książka to nie tylko opowieść o tym, jak niczym niewyróżniający się student Saloth Sar został bezwzględnym Pol Potem. Dużym plusem reportażu Ildinga jest zwrócenie uwagi na ówczesne reakcje zachodu i poparcie, jakiego wielu wybitnych intelektualistów (np. Noam Chomsky) udzieliło Czerwonym Khmerom, ignorując docierające powoli doniesienia uciekinierów z Demokratycznej Kampuczy o głodzie i masowych mordach. Poparcia opartego na ideologii i przekonaniach, a nie faktach. Tak silnego, że pozwoliło te fakty przesłonić. Dziś zachodni intelektualiści wyparli ten romans z pamięci. Bo i czy ktoś chce przyznać się, że pomylił piekło z niebem? Uczestnicy owej szwedzkiej delegacji na pewno nie, autor ma ogromne trudności, gdy próbuje szczerze z nimi porozmawiać. Ale wtedy, w 1975 roku było zupełnie inaczej. W zasadzie nie można się dziwić, że lud Kambodży popierał Czerwonych Khmerów, po przesiąkniętych korupcją rządach Lon Nola, rebelianci wydawali się wybawieniem. Dla lewicujących środowisk europejskich i amerykańskich Czerwoni Khmerzy byli zaś symbolem walki z imperializmem. Pamiętajmy, że były to czasy protestów przeciw wojnie w Wietnamie, gdy pacyfizm i antyimperializm były po prostu modne.

Sama książka ma budowę mozaikową, jej bogactwem jest wielość źródeł: wywiadów ze świadkami, fragmentów dokumentów i przemówień, artykułów z opisywanego okresu. Wszystko to na początku sprawia wrażenie dość chaotyczne, ale wkrótce z tych wszystkich elementów wyłania się wyraźny i bolesny obraz Demokratycznej Kampuczy i samego Pol Pota. Poznajemy różne fakty z jego życia, które przyczyniły się do tego, że nieśmiały student Sorbony znalazł się najpierw z karabinem w dżungli, a potem u szczytu władzy ogłosił nastanie roku zero.

Ilding robi to, co u reportera najbardziej cenię. Nie zajmuje żadnej ze stron, zbiera jak najwięcej faktów i układa je w całość. Nie wystarczają mu uproszczone odpowiedzi, drąży, szuka dalej, pyta. Wokół Czerwonych Khmerów wyrosło wiele stereotypów, są postrzegani niemal jako diabły wcielone i to ma wszystko wyjaśniać. Szwedzki reporter nie idzie tym tropem i dzięki temu dowiadujemy się np. że lokalni przywódcy zawyżali wysokość zbiorów, przez co prawie wszystko musieli oddawać do centrali, a mieszkańców ich okręgów dręczył głód. Ilding pisze też o faktach niewygodnych dla Zachodu. Nie wiadomo, ile mieszkańców Kambodży zginęło w tamtym czasie (nie było żadnego aktualnego spisu powszechnego przed rewolucją), szacuje się że około 1,5 miliona z 7 milionowej populacji kraju. Jak podkreśla Ilding nie są to jednak tylko ofiary reżimu. Jeszcze przed objęciem władzy przez Pol Pota znaczna część kraju stała się przedsionkiem wojny wietnamskiej, a amerykańskie naloty dywanowe, oficjalnie skierowane przeciwko ukrywającym się w Kambodży bojówkom wietnamskim, starły z powierzchni ziemi całe wsie i miasta wraz z ich mieszkańcami.

źródło: www.czarne.com.pl