piątek, 2 października 2015

Wszystkie grzechy miasta Arras


Kiedy sięgałam po Mszę za miasto Arras, spodziewałam się powieści historycznej. Dostałam znacznie więcej. Szczypiorski napisał książkę o wszystkim. O klęskach, jakie dotknęły średniowieczne miasto, chyba najmniej. A gdybym miała określić temat utworu, zupełnie jak w szkole? Powiedziałabym pewnie, że Msza za miasto Arras jest o przewrotności ludzkiej natury, która prawym każde robić złe rzeczy, a grzesznikom naprawiać ich błędy. Oraz o tym, że szaleństwo o wiele łatwiej dopada człowieka w tłumie, niż w odosobnieniu. 

Andrzeja Szczypiorskiego naszła ochota, żeby umieścić akcję swojej powieści w piętnastowiecznym mieście Arras, które słynęło z wyrobu tkanin i któremu udało się zachować dość dużą niezależność od władców francuskich i angielskich. Nawiedziły je jednak dwie klęski. W 1458 roku mieszkańców przetrzebiła zaraza. Zaledwie trzy lata później na Arras spadłą klęska nienawiści i zapłonęły stosy. Już sama opowieść o tych wydarzeniach byłaby niezwykle interesująca, ale autorowi wyraźnie szło o co innego. Chciał choć trochę zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że z pozoru zwyczajni i całkiem dobrzy ludzie posuwają się czasem do rzeczy starszych. W powieści ścierają się dwie siły i to zdaje się w utracie równowagi pomiędzy nimi Szczypiorski upatruje źródeł nieszczęścia. Pierwszą reprezentuje Albert, duchowy przewodnik miasta. Człowiek nastawiony całkowicie na sacrum, żyjący niemal w ascezie, dla którego zbawienie duszy jest jedynym celem istnienia. Druga siła to bękart królewski i biskup Utrechtu Dawid, który korzysta w pełni z uciech, jakie może mu zapewnić profanum, i do tego samgo nakłania ludność podległych mu miast, dbając raczej o napełnienie brzuchów, niźli o zbawienie duszy. Gdzieś pomiędzy nimi jest Jan, uczeń Alberta, przyjaciel Dawida i narrator tej opowieści. Jednak już po kilku stronach lektury można odnieść wrażenie, że bohaterowie nie do końca są tymi, za których się podają. Ich sposób myślenia wykracza poza mury Arras. Gdyby rzeczywiście byli dziećmi swoich czasów, pewnie uznano by ich za heretyków. Weźmy na przykład nauki Alberta:
Nie wszystko, czego Bóg pragnie, zostało zapisane w księgach, i nie wszystko, co Bóg zamyślił, jest wiadome człowiekowi, choćby należał do książąt Kościoła. Wystaw sobie na przykład, że twoje wierzchowce i stada, pasące się na łąkach Brabancji, też mają jakieś zwierzęce niebo. Cóż w tym złego i jakaż to obraza nauk chrześcijańskich?
Z kolei w słowach Dawida, za fasadą rubaszności i rozwiązłości, można znaleźć całkiem sporo stoicyzmu.
Czyż nie lepiej trwać spokojnie przy ucztach, polować z sokołami i słuchać, jak się chłodna obojętność wobec świata wkrada do serca? Nie witając dnia - nie musisz go żegnać. Nie ciesząc się wschodem słońca  - nie musisz się smucić, że zaszło. Nie kochając - wolny jesteś od rozpaczy. Nie pragnąć zbawienia - nie lękasz się piekła. 
Podczas gdy filozofia Dawida czyni go coraz bardziej obojętnym i znudzonym, gorliwość Alberta prowadzi go do pogardy wobec wszystkiego co ziemskie, w tym ludzkiego życia. Powiedzie on swoje miasto na skraj zagłady, kiedy to sąsiad będzie skazywał sąsiada na stos w imię niskich interesów. Całe to szaleństwo nie byłoby jednak możliwe bez wcześniejszego doświadczenia kataklizmu. Podczas zarazy mieszkańców Arras po raz pierwszy pozostawiono sam na sam z ich ludzką naturą, kompletnie bez przygotowania. Do tamtej pory zawsze mieli przecież książąt, księży, wyższe stany i urzędy, które kontrolowały bieg ich życia. Nagle poczuli się opuszczeni przez władzę ziemską i boską. Historia już nieraz pokazywała, że takie zniszczenie struktur i schematów wyciąga z człowieka to, co w nim siedzi najgłębiej, czy to dobrego, czy to złego. Potem wystarczyło, żeby Albert dał tym samym mieszczanom miejsce w Radzie i możliwość decydowania o Arras, żeby tkwiąca w nich chęć dominacji nad innymi przemieniła się w żądzę krwi. Ustami ogarniętego szaleństwem duchowego przewodnika miasta Szczypiorski odkrywa nam mechanizmy manipulacji ludem. Bardzo znacząca jest rozmowa Alberta z Janem o potędze słowa, w której ten pierwszy stwierdza, że rzeczy nie są tym, czym są, a jedynie tym, czym jest imię, które im nadamy. Zaraz po ukazaniu się Mszy za miasto Arras czytelnicy byli skłonni odnosić to do wydarzeń z Marca '68, kiedy to antysemityzm nazwano syjonizmem. Dziś wydają się jeszcze bardziej aktualne. Imiona usankcjonowano międzynarodowymi traktatami, a od tego, czy nazwiemy coś ludobójstwem, czy tylko zamieszkami, zależy nieraz życie tysięcy ludzi. 

Co jednak skłoniło Alberta do postępowania - wydawałoby się - w całkowitej sprzeczności ze swoimi naukami? Całkiem niezłą odpowiedź daje grabia de Saxe:
Tak to bywa pod słońcem. Słyszałem o niewieście, imieniem Małgorzata*, żyjącej w dawnych czasach, która sądziła, że jej dusza została całkiem wchłonięta przez Boga. Nie mogła już grzeszyć, bowiem sam Bóg kierował jej czynami. Była to podobno bardzo zacna kobieta, choć ją spalono w Paryżu za zdrożną herezję. Zdarzali się też inni. Ci powiadali, że tak się w Bogu unicestwili, iż każdy ich gest, krok i słowo wywiedzione są z woli bożej. Gdy pili, Bóg pił przez ich usta. Gdy gwałcili, Bóg kierował swawolą ich przyrodzenia, Gdy zabijali, Bóg unosił ich miecze do ciosu. No, sam powiedz, czy może istnieć słodsze unicestwienie? 
Wierność własnym poglądom to niewątpliwie rzecz dobra, nie należy jej jednak mylić z wiarą we własną nieomylność.


* Chodzi zapewne o francuską mistyczkę średniowieczną Małgorzatę Porete, autorkę dzieła Zwierciadło dusz prostych. Spalono ją na stosie w 1310 roku.

poniedziałek, 21 września 2015

Miłość i krew mają ten sam kolor


Jeśli odłożymy na chwilę na bok informację, że Giacomo Puccini wielkim włoskim kompozytorem był, okaże się, iż jego Madame Butterfly jest historią dość kiczowatą. Może nie pod względem muzycznym, tu opera trzyma oczywiście poziom, choć brakuje jej arii na miarę Nessun dorma. Libretto podsuwa nam jednak historię do bólu schematyczną, żeby nie powiedzieć oklepaną. Oto niewinne dziewczę zakochuje się w starszym mężczyźnie, dla którego porzuca dotychczasowe życie. Ten wykorzystuje jej naiwność i zostawia, a wszystko kończy się tragedią. Czy może być banalniej? Może. Pucciniego skusiła bowiem panującą na przełomie wieków moda na orient i osadził akcję w Japonii. Dziewczę okazało się gejszą, a niewierny mężczyzna oficerem okrętu marynarki Stanów Zjednoczonych. Piszę to wszystko, żeby pokazać, jak śliskim tematem jest Madame Butterfly i jak łatwo ulec pokusie ubrania bohaterów w kwieciste yukaty i przeładowania sceny lampionami oraz kwitnącymi wiśniami. 

źródło: teatrwielki.pl

Reżyserowi Mariuszowi Trelińskiemu należą się ogromne brawa za to, że jego Madame Butterfly w Operze Narodowej wygląda zupełnie inaczej. Trochę jak Szekspir u Kurosawy. Nieliczne - choć momentami monumentalne - dekoracje, które odznaczają się od ciemnego tła, a do tego kontrastujące ze sobą, podstawowe kolory. Dzięki symbolice i oderwaniu od konkretnej epoki historycznej dostajemy iście klasyczną tragedię, w której nie ma dla bohaterki dobrych wyborów, a jedyną ucieczką od okrycia się hańbą jest honorowa śmierć. Kontrasty w scenografii uwydatniają też element tej opowieści, który być może pozostałby ukryty, gdyby do tej opery podejść jak do typowego romansu, a mianowicie zderzenie dwóch kultur i ich koncepcji miłości i honoru. W końcu tym, co rozdzieliło Pinkertona i Ciociosan nie była jedynie zła wola, a przede wszystkim wzajemne niezrozumienie. Pinkerton potraktował młodą żonę jakby była piętnastolatką ze jego kręgu kulturowego, która dopiero próbuje życia i się bawi i która szybko o nim zapomni. Z kolei Ciociosan patrzyła na męża jak na tradycyjną japonkę przystało, czyli niemal jak na domowe bóstwo, dla którego warto poświęcić wszystko, nawet rodzinę i religię. Ostatecznie oboje zachowali się honorowo, tyle że w rozumieniu własnych kultur i światów. Dla Pinkertona takim honorowym wyjściem było zaoferowanie opieki nad synem, dla Ciociosan zmycie ciążącej na niej i dziecku hańby własną krwią. 

Ukłony należą się też twórcom kostiumów, które - choć może nie do końca tradycyjne - świetnie wpisują się w klimat przedstawienia. Występująca w głównej roli Koreanka Karah Son wygląda w nich jeszcze lepiej niż śpiewa. Naprawdę trudno oderwać od niej oczy. Świetnym dopełnieniem są nieme postacie nawiązujące do teatru kabuki, które swoim tańcem zapowiadają fatalny los bohaterów. 


sobota, 12 września 2015

Anatomia pogardy małżeńskiej


Wieść gminna głosi, że Alberto Moravia był wielkim pisarzem oraz że wszystkie jego książki są do siebie dość podobne. Prawdziwość pierwszego mogę już zweryfikować. Był. Chociaż doceniam kunszt Włocha, nie dołączy on jednak do grona moich ulubionych pisarzy. Z kilku powodów. Ale najpierw o zaletach. 

Bohaterem Pogardy jest młody scenarzysta z dramatopisarskimi aspiracjami, który próbuje zrozumieć, dlaczego jego niedawno poślubiona żona Emilia właśnie przestała go kochać. Mało tego, zaczęła nim pogardzać. Mamy więc do czynienia z prozą na wskroś psychologiczną, co ma swoje wady i zalety. Niewątpliwą korzyścią jest wiarygodność głównego bohatera. A jeśli chce się pokazać drogę od miłości do nienawiści, to naprawdę sztuka. Przy tak skrajnych emocjach łatwo o banał i rozwiązanie fabularne rodem z brazylijskiej telenoweli. Riccardo jest ludzki i przekonujący, co Moravii udało się osiągną przez wady bohatera. Warto tu dodać, że wady bardzo rozpowszechnione wśród homo sapiens. Bohater ma skłonność do wybielania własnej osoby i stawiania się w dobrym świetle, co oczywiście zaciemnia jego ocenę sytuacji i pozwala wodzić czytelnika za nos. Widzi się w roli tego, który dla małżeństwa poświęca swoje ambicje i godzi się na pisanie komercyjnych scenariuszy, aby opłacić raty za mieszkanie. Przy czym pocałunek z sekretarką ma być przy tym jedynie błahostką, a wręcz pomyłką. Jest więc kochającym mężem, który zapewnia żonie spełnienie wszystkich - w tym materialnych - pragnień. Problem Riccarda polega jednak na tym, że z góry założył jakie Emilia ma pragnienia i nie pofatygował się, żeby ją o to zapytać. Dość butnie też przyznaje się do wyższości intelektualnej nad mniej wykształconą żoną, a nawet nie ukrywa, że to uroda Emilii go do niej przyciągnęła. Dopiero kiedy wyczuwa zmianę w uczuciach żony, zaczyna zadawać pytania. Nie dostaje jednak prostej odpowiedzi, sam musi dojść do prawdy po poszlakach, a jego własna niedoskonałość, choć chciałoby się powiedzieć człowieczeństwo, wodzi go nieraz na manowce. W tle tych rozważań trwają prace na scenariuszem do Odysei, a przeinterpretowane w duchu psychoanalizy stosunki pomiędzy Odyseuszem i Penelopą stają się dla Riccarda obrazem jego własnego małżeństwa. 

Jednakże subiektywizm, który na początku czytelnika oczarowuje, z czasem zaczyna nużyć. Pojawia się potrzeba wyjścia poza obraz rzeczywistości stworzony przez świadomość bohatera, a może nawet irytacja, że tak wolno dochodzi do wniosków, które osobie z zewnątrz już dawno przyszły do głowy. Najbardziej brakowało mi głosu Emilii. Gdyby Moravia zdecydował się na napisanie drugiej części książki z jej perspektywy, przeczytałabym ją z zapartym tchem. Niestety wolał pozostawić ją niemą i to na wieki. 


czwartek, 20 sierpnia 2015

Stare kobiety


Czytałam ostatnio Nocnych wędrowców Jagielskiego i - gdyby nie moja gapowatość - pewnie pojawiłaby się tu ich recenzja. Niestety zapomniałam prolongować książkę w bibliotece i musiałam ją oddać. Zamiast recenzji będzie więc refleksja i to nie byle jaka, bo słowami Tadeusza Różewicza. Zawsze, kiedy w jakimś reportażu pojawia się wątek obozów dla uchodźców, uderza mnie jedna rzecz. Mężczyźni załamują się i rozpijają, a one biorą się do pracy. Przez nikogo niezauważone, małe jak mrówki. Plotą paciorki, żeby później sprzedać je na targu, wypalają węgiel drzewny, uprawiają mikroskopijne poletka i gotują posiłki zupełnie z niczego. Zapewniają przetrwanie gatunku. Stare kobiety - czysta siła witalna. 


Opowiadanie o starych kobietach
Tadeusz Różewicz

Lubię stare kobiety
brzydkie kobiety
złe kobiety

są solą ziemi

nie brzydzą się
ludzkimi odpadkami
znają odwrotną stronę
medalu
miłości
wiary

przychodzą i odchodzą
dyktatorzy błaznują
mają ręce splamione
krwią ludzkich istot

stare kobiety wstają o świcie
kupują mięso owoce chleb
sprzątają gotują
stoją na ulicy z założonymi
rękami

milczą

stare kobiety
są nieśmiertelne

Hamlet miota się w sieci
Faust gra rolę nikczemną i śmieszną
Raskolnikow uderza siekierą
stare kobiety są
niezniszczalne
uśmiechają się pobłażliwie

umiera bóg
stare kobiety wstają jak co dzień
o świcie kupują chleb wino rybę

umiera cywilizacja
stare kobiety wstają o świcie
otwierają okna
usuwają nieczystości

umiera człowiek
stare kobiety
myją zwłoki
grzebią umarłych
sadzą kwiaty
na grobach

lubię stare kobiety
brzydkie kobiety
złe kobiety

wierzą w życie wieczne
są solą ziemi
korą drzewa
są pokornymi oczami zwierząt

tchórzostwo i bohaterstwo
wielkość i małość
widzą w wymiarach właściwych

zbliżonych do wymagań
dnia powszedniego

ich synowie odkrywają Amerykę
giną pod Termopilami
umierają na krzyżach
zdobywają kosmos

stare kobiety wychodzą o świcie
do miasta kupują mleko chleb
mięso przyprawiają zupę
otwierają okna

tylko głupcy śmieją się
ze starych kobiet
brzydkich kobiet
złych kobiet

bo to są piękne kobiety
dobre kobiety

stare kobiety
są jajem
są tajemnicą bez tajemnicy
są kulą która się toczy

stare kobiety
są mumiami
świętych kotów

są małymi
wysychającymi źródłami
pomarszczonymi owocami
albo tłustymi
owalnymi buddami

kiedy umierają
z oka wypływa
łza
i łączy się
na ustach z uśmiechem
młodej dziewczyny

Na potwierdzenie tych słów zdjęcie mojej własnej babci, urodzonej w roku, w którym zamordowano prezydenta Narutowicza, po raz pierwszy wykorzystano insulinę w leczeniu cukrzycy, a pieść Deutschland, Deutschland über alles została hymnem Niemiec. Moja babcia jest też rówieśniczką lodów na patyku, stacji BBC i Avy Gardner.

czwartek, 23 lipca 2015

Madame la Directrice

Chodząc na spektakle na podstawie książek, których nie czytałam, czuję się uprzywilejowana. Omija mnie obowiązek porównywania, doszukiwania się pominięć i przeinaczeń. Mogę po prostu cieszyć się sztuką i nie czuję rozczarowania, bo nie miałam żadnych oczekiwań. Na Madame w Teatrze Dramatycznym bawiłam się świetnie, czego nie mogę powiedzieć o wszystkich widzach, a co wnoszę z rozmów zasłyszanych po spektaklu. 

Znam z grubsza fabułę Madame, to w końcu jedna z głośniejszych polskich powieści drugiej połowy XX wieku. Nie spodziewałam się jednak, że tyle w niej inteligentnego humoru. Postać głównego bohatera (w tej roli Waldemar Barwiński), którą przez podobieństwo doświadczeń i zainteresowań można zapewne traktować jako alter ego Antoniego Libery, od razu budzi sympatię. Niewątpliwie mamy do czynienia z inteligentnym chłopakiem, który tak bardzo chce się wybić ponad przeciętną, że momentami popada w egzaltację. Nie brakuje mu jednak przy tym zdolności do autoironii. Choć nie jest jedynym z uczniów zafascynowanych nową nauczycielką francuskiego, swoje uczucia postanawia okazać w nietypowy sposób. Chłopak stara się dowiedzieć o Madame jak najwięcej, a pozyskane informacje dość pokrętnie przemyca na lekcjach i w wielostronicowych wypracowaniach. Miłość pcha go też w objęcia sztuki, nasz bohater staje się bowiem stałym bywalcem niemal wszystkich związanych z Francją wydarzeń kulturalnych w Warszawie. Licealista Antek jest więc postacią ciekawą i nietuzinkową, czego nie można powiedzieć o obiekcie jego westchnień. Madame w wykonaniu Aleksandry Bożek pozostaje bezbarwna. Niewiele o niej wiemy, ale nie czyni jej to wcale intrygującą. Tak jak eleganckie i zgrabne sukienki nie czynią jej wyrafinowaną. Można się nawet dziwić bohaterowi, co takiego w niej widzi. Muszę przyznać, że nijakość tej postaci najbardziej mnie w spektaklu rozczarowała. Bo i czego Antek miałby się od niej nauczyć? Jak pod jej wpływem dorosnąć? Miłym zaskoczeniem, a wręcz wisienką na torcie, była za to postać Picassa odegrana przez Zdzisława Wardejna. Nie podejrzewałam go o taki komediowy talent.

Polityczne aspekty życia w dobie PRL-u nie wychodzą - przynajmniej w spektaklu Jakuba Krofty - poza utarte schematy. Wiemy, że ciężko było wtedy wyjechać za granicę i ludzie byli z tego powodu nieszczęśliwi, ale nikt nie zamierza zagłębiać się w ten temat. Nie kładzie się on też cieniem na dość lekkiej atmosferze wspomnień z lat szkolnych. W efekcie Madame wywołuje raczej ciepłe uczucia, aniżeli skłania do rozrachunków z minioną epoką. Nieraz zastanawiałam się, co sprawia, że okres końca szkoły średniej jest tak pociągający zarówno dla pisarzy, jak i dla większości z nas. To zapewne połączenie poczucia ogromu możliwości towarzyszące początkowi dorosłego życia z wyidealizowanymi po latach wspomnieniami sprawia, że z taką pobłażliwością patrzymy na literackich bohaterów, którzy dopiero popełniają swoje pierwsze błędy.


środa, 15 lipca 2015

O odmianie egzotycznych nazwisk

Ten temat chodził mi po głowie już od dłuższego czasu, bo chociaż przerobiłam już niejeden podręcznik poprawnościowy, ciągle mam problemy z odmianą niektórych pozaeuropejskich nazwisk. A kiedy piszę się recenzje książki z Azji czy Afryki, naprawdę trudno tego uniknąć. Same podręczniki poświęcają sporo miejsca deklinacji obcych - czyli w ich rozumieniu europejskich - nazwisk, ale te bardziej egzotyczne traktują po macoszemu lub w ogóle o nich nie wspominają. 

Kilka podstawowych zasad

Nazwiska kobiet odmieniamy tylko wtedy, gdy te kończą się na a. To samo tyczy się imion. Nazwiska mężczyzn odmieniamy prawie zawsze. Jedyne wyjątki to:
- nazwiska zakończone na dźwięk, którego w polszczyźnie nie ma (tu sporo francuskich, zwłaszcza tych zakończonych na -ła, czyli Maurois czy Delacroix);
- zakończone na u, np. Nehru, Mobutu;
- zakończone na akcentowane o (bez względu na sposób zapisu), np. Hugo czy Marivaux. 
Odmiana imion i nazwisk zawsze zależy od ich wymowy, dlatego warto przypomnieć też o apostrofie, którego używamy tylko, żeby zaznaczyć różnice fonetyczne pomiędzy mianownikiem a pozostałymi przypadkami. Gdy mianownik kończy się na głoskę niewymawianą lub wymawianą w zupełnie innych sposób. I tam mamy Schwarzeneggera, ale już Stallone'a, Joyce'a i Robespierre'a czy Kennedy'ego. No dobrze, a jak odmieniać?

Tabela odmian nazwisk obcych
Tak dla przypomnienia:
spółgłoski twarde: p, b, f, w, s, z, c, ch, dz, n, m, l, ł, k, g, t, d, sz, ż, cz, dż, r,
spółgłoski miękkie: p’, b’, f’ w’, ś, ź, ć, ch’, dź, m’,n’, l’, j, k’, g’ (te przecinki u góry to zmiękczenia).
Teoretycznie z tą tabelką powinniśmy być w stanie odmienić każde nazwisko, ale kto próbował, ten wie, że czasem wcale nie jest tak prosto. 

Nazwiska chińskie

Przy odmianie nazwisk azjatyckich podstawowym problemem jest odróżnienie imienia od nazwiska. W Chinach nazwisko występuje bowiem pierwsze. Niektórzy zachowują ten porządek, a inni zamieniają na nasz europejski szyk, czyli najpierw imię, a potem nazwisko. Pewną pomocą może być Wikipedia, która zwykle w nawiasie podaje oryginalną formę nazwiska. U Chińczyków sprawę ułatwia fakt, że ich nazwiska są zwykle jedno- lub dwusylabowe, a 85% ludności nosi jedno ze stu najpopularniejszych nazwisk. Stąd tak wielu panów Li, Yang czy Wu. Jak to odmieniać? Oddam głos mądrzejszym, czyli autorom dodatku do Polityki Historia Chińczyków:
Zatem w imieniu osobowym Deng Xiaoping - Deng to nazwisko, a Xiaoping to imię. Kiedy podaje się całą nazwę osobową, odmienia się tylko imię, a nazwisko tylko wtedy, kiedy występuje samo. Piszemy zatem Denga, ale Deng Xiaopinga. Jeśli nie pozwalają na to reguły fleksji języka polskiego, żaden z członów nazwy nie podlega odmianie (np. Hu Jintao).
Dokładniejsze wyśnienie z Wikipedii podesłała mi autorka blogu Biały Mały Tajfun, który przy okazji polecam wszystkim zainteresowanym Chinami.
Jeżeli chodzi o odmianę chińskich nazwisk w języku polskim nie istnieje żadna norma. W specjalistycznym piśmiennictwie utarło się jednak kilka zasad, które są na ogół przestrzegane, choć nie są zbyt konsekwentne:
Jeżeli piszemy razem nazwisko i imię, to odmieniamy tylko imię, o ile pozwala na to jego końcówka, najczęściej -ng, -n, -ui, -ei, -ai itd., np. Deng Xiaopinga, Lu Xuna, Zhou Enlaia itd. Tam gdzie końcówka nie pozwala, nazwiska nie odmieniamy: Zhang Ziyi, Zhu De albo Lin Biao.
Jeżeli jednak wymieniamy samo nazwisko, to podlega ono odmianie: np. Dengowi, Sunowi, Jiangowi itd. Nazwisko nie odmienia się, kiedy uniemożliwia to jego końcówka, np. Mao, Hu, Lu, Jiao itd., a także kiedy chodzi o kobietę: np. panią Zhang, o pani Wen itp. 
Spolszczanie i wymowa 
Istnieją nieliczne nazwiska, które mają utartą polską pisownię. To przede wszystkim Czang Kaj-szek i Sun Jat-sen, których brzmienie pochodzi z chińskich dialektów południowych i trafiło do polskiego przez angielski. Stosowanie tych form jest zalecane ze względu na uzus, aczkolwiek niektórzy autorzy stosują pisownię w hanyu pinyin: Jiang Jieshi i Sun Zhongshan.

Nazwiska japońskie 


Tu również mamy problem z kolejnością, ponieważ Japończycy podają nazwisko jako pierwsze. W polszczyźnie przyjęło się jednak przestawiać tę kolejność i używać najpierw imienia. Z odmianą tych zakończonych na a przeważnie problemu nie mamy (np. Kurosawa - filmy Kurosawy), cuda i dziwy zaczynają się dziać, kiedy odmieniamy te zakończone na inne samogłoski. Normatywiści są tu bardziej wyrozumiali niż przy deklinacji nazwisk europejskich i często pozwalają na pozostawienie nazwiska w formie mianownikowej, jeśli towarzyszy mu odmienione imię lub jakieś inne określenie wskazujące na przypadek. A co o odmianie tychże imion mówi Poradnia językowa PWN?
1) Imion zakończonych na ‑u nie odmieniamy. 2) Imiona japońskie, które kończą się na ‑o, odmieniać należałoby, ale ze świadomością ewentualnych komplikacji praktycznych. Zalecam w związku z tym przynajmniej jednokrotne użycie w tekście takich imion w mianowniku. 3) Imiona japońskie na ‑e mogą być odmieniane, choć w razie wątpliwości lepiej od tego odstąpić.
Jakie niedogodności ma na myśli prof. Jan Grzenia? Ano, że z nazwiska Ichigo Kurosaki robi nam się serial o Ichirze Kurosakim, co dla niektórych może wyglądać podejrzanie. Z kolejnością odmiany nie jest też wcale tak prosto, bo czasem to nazwisko łatwiej odmienić niż imię, tak jak choćby w przypadku Hayao Miyazakiego. Moja rada? Jeśli czujecie się mocni w polskiej fleksji, odmieniajcie japońskie imiona i nazwiska zakończone na o i e. Ale jeśli Was to przeraża, po prostu pozostawcie je nieodmienione. Koniecznie jednak odmieniajcie te nazwy własne, które w polszczyźnie odmieniają się bez problemu (czyli te zakończone na spółgłoski, na a czy z deklinacją przymiotnikową). Pozostawienie ich nieodmienionych byłoby już błędem, poza tym filmy Akira Kurosawa naprawdę nie brzmi dobrze. 
Wskazówka: w imionach i nazwiskach zakończonych na ya, y wypada w dopełniaczu, celowniku i miejscowniku, np. Aya - Ai. 

Nazwiska wietnamskie

Nie będę udawała, że się znam i po prostu zacytuję, co na ich temat pisze portal abcwietnam.pl:
Wietnamczycy posiadają nazwisko rodowe, drugie nazwisko i imię. Nazwisko rodowe nie ma w zasadzie większego znaczenia. W Wietnamie występuje zaledwie 300 nazwisk, wśród których najczęściej występuje Nguyen (Nguyễn) - nazywa się tak co trzeci Wietnamczyk. Drugi człon nazwiska wskazuje zwykle na płeć człowieka, jako że imię nie zawsze jednoznacznie ją określa. W przypadku kobiet jest to Thi (Thị), a w przypadku mężczyzn - Van (Văn). Jest też kilka nazwisk „uniwersalnych”, jak Duc (Đức), Kim albo Ngoc (Ngọc). Przy wyborze imion nie istnieją z kolei żadne ograniczenia: kwiaty, zwierzęta, uczucia, liczby, bogowie i bohaterowie – wszystko jest dozwolone.
Nazwiska koreańskie 


Podobnie jak u Chińczyków czy Japończyków nazwiska koreańskie występują przed imienionami. W użyciu pozostaje około 250, dlatego połowa Koreańczyków nazywa się Lee, Kim albo Park. Inne popularne nazwiska to Gim, Yi, Choi, Jung, Chung. Jak widać są one w większości jednosylabowe, podczas gdy imiona - dwusylabowe. Zastosowałabym tu te same zasady, co przy odmianie nazwisk chińskich, a więc Kima, ale już Kim Dzong Ila. 

Nazwiska afrykańskie

Polskie podręczniki i ich autorzy nie poświęcają zwykle zbyt wiele uwagi niczemu, co afrykańskie. Nie inaczej jest z nazwiskami. Zwykle natkniemy się tylko na Mobutu jako przykład nazwiska nieodmiennego. Z moich obserwacji wynika, że w uzusie najchętniej korzysta się z furtki, która pozwala odmienić jedynie imię. To proste, bo wielu Afrykanów nosi dziś europejskie imiona. I tak na mojej półce stoi książka Ostatnie dni Roberta Mugabe, choć nazwisko to ma przecież łatwą i przyjemną deklinację przymiotnikową i można by napisać Mugabego. Zachęcałabym tu raczej do zdrowego rozsądku i podchodzenia do nazwisk afrykańskich jak do wszystkich innych. I do odmieniania tego, co po prostu odmienić się da. Całą tę egzotyczność interpretowałabym raczej fonetycznie, rzeczywiście zdarzają się nazwiska, które trudno dopasować do polskiej deklinacji, ale jeśli nazwisko jest proste, to cóż ma do rzeczy fakt, że jego właściciel pochodzi z Zimbabwe?

Ciężko napisać coś konstruktywnego o nazwiskach afrykańskich jako takich, mówimy w końcu o 54 krajach (oficjalnie, bo w tej liczbie nie uwzględniono państw nieuznawanych na arenie międzynarodowej, a funkcjonujących, jak np. Somaliland) i o tysiącach kultur. Tradycyjne nazwiska afrykańskie często wywodzą się od imion, a te prawie zawsze są znaczące. Nadaje się je dzieciom zgodnie z okolicznościami ich narodzin, tego czy mają siostry lub braci oraz na podstawie pewnych cech fizycznych. Popularnym imieniem suahili jest np. Tatu, co oznacza po prostu trzy i każde przypuszczać, że kobieta, która je nosi, ma dwójkę starszego rodzeństwa. Takim przykładem nazwiska pochodzącego od imienia jest znane nam skądinąd nazwisko Obama, Luo nazywali tak niemowlęta, które urodziły się z wykrzywioną ręką lub nogą. Samo słowo oznacza właśnie skrzywiony. Wyjątkowo piękne zawsze wydawały mi się imiona Igbo oraz ich znaczenia, np. Nneka - moja matka jest najważniejsza, Nkiruka - najlepsze jeszcze nadejdzie, Onyekachi - kto jest większy od Boga?, Enyinnaya - przyjaciel swojego ojca czy Chidiebere - Bóg jest łaskawy. Nadawanie takich tradycyjnych imion jest niewątpliwie znakiem przywiązania do własnego kulturowego dziedzictwa. Dość częstym zjawiskiem jest też jednak nazywanie dzieci imionami europejskimi, mają do tego skłonność zwłaszcza chrześcijanie. Muzułmanie - co zrozumiałe - wolą nadawać imiona arabskie. Tutaj znajdziecie listę 101 najpopularniejszych afrykańskich nazwisk, ale nie ręczę za jej autentyczność.

Nazwiska kirgiskie

Co z nimi zrobić, podpowiada Jolanta Piaseczna, autorka blogu O języku kirgiskim.
W skrócie można podzielić kirgiskie nazwiska na te, które się odmienia, i te, których się nie odmienia.
Odmieniają się:
- nazwiska w formie zrusyfikowanej, np. Iszenbajew, Nurbekowa;
- nazwiska w krótkiej formie, np. Egen, Szer;
- nazwiska z końcówką -tegin, np. Czorotegin.
Nie odmieniają się:
- tradycyjne nazwiska utworzone od imienia ojca, np. Murat kyzy (dosłownie: córka Murata), Ałtynbek uułu (dosłownie: syn Ałtynbeka).
Jeśli już mowa o nazwiskach zrusyfikowanych, pewnie nie zaszkodzi przypomnieć, jak odmienia się niepolskie nazwiska słowiańskie. Dotyczą ich oczywiście te same zasady, co wszystkich nazwisk obcych, mamy tu jednak trzy zalecenia szczegółowe.  Tak wyjaśnia je Hanna Jadecka, autorka książki Kultura języka polskiego. Fleksja, słowotwórstwo, składnia:
1. Nazwiska na -ckij, -skij, -ckoj, -skoj, np. Bogorodickij, Reformatskij, Szczerbatskoj, Trubieckoj, traktujemy w odmianie tak, jakby były zakończone na -cki, -ski, np. C. lp Bogorodickiemu, Reformatskiemu, Szczerbatskiemu, Trubieckiemu.
2. Nazwiska zakończone na -oj, -yj (bez poprzedzającego przedrostka -ck-, -sk-), np. Korcznoj, Polewoj, Siedoj, Tołstoj, Razumnyj, odmieniamy według modelu rzeczownikowego, np. D. lp Karcznoja, Polewoja, Siedoja, Tołstoja, Razumnyja, a więc tak jak np. polskie nazwiska Koj, Bugaj. Często spotykane formy *Korcznogo, *Polewogo, *Siedogo, *Tołstogo, *Rozumnogo świadczą o przenoszeniu na grunt polski rosyjskich wzorów odmiany i są rażącymi błędami.
3. Wszystkie nazwiska niezakończone na -cki, -ski, -ckij, -skij, -ckoj, -skoj, -i, -y (a więc także na -in, -ow, -ew), mają w obu liczbach odmianę rzeczownikową, por. Bunin, Karenin, Pazuchin, Godunow, Lermontow, Rachmaninow, Romanow, Awdiejew, Bierdiajew, Koniew, D. lm Buninów, Kareninów, Pazuchinów, Godunowów, Lermontowów, Rachmaninowów, Romanowów, Awdiejewów, Bierdiejewów, Koniewów. Formy *Kareninych, *Romanowych, *Bierdiajewych (właściwe odmianie przymiotnikowej) są rusycyzmami, absolutnie niedopuszczalnymi nawet na poziomie normy użytkowej. 

sobota, 27 czerwca 2015

Życie i śmierć w Roppongi


Gatunek true crime zawsze wydawał mi się podejrzany, już sama nazwa przywodzi na myśl krzykliwe nagłówki tabloidów. Takie historie przyciągają uwagę, ale z drugiej strony bazują na dość niskich instynktach i niezdrowej ciekawości. A co chyba najgorsze, sprowadzają ludzie cierpienie do dobrze znanego schematu. Dlatego pewnie w ogóle nie wzięłabym się do lektury książki Richarda Lloyda Parry'ego, gdyby opisywane wydarzenia nie miały miejsca w Japonii, do której mam słabość. Autor udowodnił mi, że na kanwie prawdziwej zbrodni można zbudować fascynujący reportaż, który nie ma nic wspólnego z tanią sensacją. 

Ludzie, który jedzą ciemność to opowieść o zaginięciu Lucie Blackman, dziewczyny z angielskiego miasteczka, która najpierw szukała szczęścia w londyńskim City, potem jako stewardessa British Airways, a w końcu w tokijskiej dzielnicy biznesu i nocnych rozrywek Roppongi. To też historia jej mordercy, seryjnego gwałciciela Jojiego Obary. Richard Lloyd Parry przyglądał się sprawie od samego początku jako korespondent dziennika The Times w Japonii i jak sam twierdził, nie dawała mu ona spokoju. Nie z tego powodu jednak nie sposób oderwać się od książki. Parry wykorzystał historię Lucie, żeby pokazać czytelnikom Japonię, jaką udało mu się poznać przez lata pracy. Autor zmierzył się też z całą masą stereotypów, które sprawa Obary tylko umocniła. Po pierwsze musiał wyjaśnić, czym właściwie zajmowała się Lucie w Japonii. Czytelnikom z Zachodu jakoś nie mieściło się w głowie, że ktoś może płacić Europejkom jedynie za rozmowę i przytakiwanie japońskim biznesmenom. Bo to właśnie robiły zagraniczne hostessy. Nocne życie w Tokio okazało się znacznie bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Wycieczka po ulicach Roppongi była chyba najbardziej fascynującą częścią tej opowieści. Sporo miejsca poświęcił też Parry japońskiej policji, starając się dociec przyczyn jej nieudolności i opieszałości. Czy to możliwe, żeby ci pracowicie funkcjonariusze nie mogli poradzić sobie z jednym kryminalistą tylko dlatego, że ten zachowywał się w niestandardowy sposób? 

Autor nakreślił naprawdę bogate tło kulturowe, które choć trochę pozwala zagłębić się w mentalność Japończyków. Na szczęście na tyle dobry z niego reporter, że ani na chwilę nie postawił się na miejscu wszystkowiedzącego eksperta od Kraju Kwitnącej Wiśni. A wszyscy, którzy choć trochę więcej czytali o Japonii, wiedzą, że jest to przypadłość, która dopada wielu podróżników już po dwóch tygodniach pobytu. Parry stroni też od osądzania, często podaje dwa możliwe scenariusze wydarzeń i pozostawia wybór czytelnikowi. Z podobną delikatnością opisuje rodzinę Lucie, a zwłaszcza trudne relacje jej skłóconych rodziców. Pokora to ponoć jedna z podstawowych cech dobrego reportera, a Richard Lloyd Parry niewątpliwe ją ma. Książka nie jest jednak całkowicie pozbawiona wad, tempo znacznie spada gdzieś tak po połowie, kiedy zaczynamy uczestniczyć w dość żmudnej pracy oskarżycieli i obrońców i ciągnących się latami procesach. Tutaj autor pozwala też sobie na więcej komentarzy i własnych przemyśleń. Z jednym, szczególnie interesującym, Was zostawię:

Przycinając etykietkę skrajnym zachowaniom - potwornym, psychopatycznym, "złym" - i umieszczając sprawców owych zachowań w kategorii zupełnie innej, a przez to bezpiecznej, niż ta, do której należą "dobrzy" ludzie, możemy trochę mniej przejmować się złożoności ludzkiej natury i zastanawiać się, na ile każdy z nas w tym czy innym momencie postępuje bezwzględnie i bez skrupułów.