Chris Botti właściwie nie nagrywa własnych utworów. Po prostu bierze te znane i lubiane i tworzy ich interpretacje na trąbkę. W jego repertuarze znajdziemy ślady praktycznie wszystkich gatunków muzycznych, od klasycznej przez smooth jazz aż do popu. Wychodzi z tego niesamowita muzyka i utwory - przynajmniej moim zdaniem - znacznie lepsze od oryginałów. Dodatkowym atutem jest zespół, praktycznie każdy z muzyków grających z Bottim mógłby wystąpić sam i też uznałabym dzisiejszy koncert w Sali Kongresowej za udany. Amerykański trębacz zwykle zabiera ze sobą na koncerty jakichś gości, tym razem towarzyszyły mu skrzypaczka Caroline Campbell i piosenkarka Sy Smith. Botti zaczął koncert od dwóch utworów Milesa Davisa - to stuprocentowo skuteczny sposób, żeby podbić serca wszystkich fanów jazzu. Zagrał też muzykę ze swojego najnowszego albumu "Impressions" i poprzedniej płyty "Live in Boston", w tym moją ulubioną interpretację "Hallelujah" Leonarda Cohena. Był też polski akcent - preludium c-moll Chopina. Nie zabrakło wariacji na temat Michaela Jacksona, a nawet motywu ze "Smoke on the Water". Chris Botti to też prawdziwy showman, potrafi złapać kontakt z publicznością, wie jak ją zainteresować i rozbawić. Ale i tak najbardziej podobało mi się zakończenie, naprawdę fenomenalne wykonanie "Nessun Dorma" w duecie z Caroline Campbell, jedno z takich, od których dostaje się gęsiej skórki.
poniedziałek, 18 marca 2013
sobota, 16 marca 2013
"Baczyński": elegia o poecie
"Baczyński" to film poetycko-biograficzny. Chyba wolałabym, żeby był albo poetycki, albo biograficzny. Zrobienie filmu fabularnego lub dokumentalnego byłoby najzwyczajniej prostsze. Kino poetyckie to już wyższa szkoła jazdy. I choć w ogólnym zarysie debiutujący reżyser Kordian Piwowarski wychodzi z tego obronną ręką, "Baczyński" nie jest filmem poetyckim choćby na miarę mojego ulubionego przedstawiciela gatunku, czyli "Nad rzeką, której nie ma" Barańskiego. A Kościukiewicz to zdecydowanie nie Mirosław Baka ani Marek Bukowski.
![]() |
| źródło: filmweb.pl |
Po pierwsze wolałabym, żeby bohaterowie mówili. Tymczasem grany przez Mateusza Kościukiewicza poeta i jego żona Barbara Drapczyńska-Baczyńska (Katarzyna Zawadzka) są tylko tłem tej historii. Ciężko się utożsamić z tymi niemymi bohaterami, choćby nie wiem jak smutno patrzyli. Fabularyzowane sceny są przeplatane opowieściami tych, którzy ocaleli: towarzyszy broni Baczyńskiego, znajomych rodziny, sanitariuszek. Gdyby nie poezja mógłby to być program na Discovery Historia. Wrażenie to wzmacniają autentyczne zdjęcia i wojenne komunikaty Polskiego Radia. Trzeba przyznać, że sam pomysł wprowadzenia wierszy Baczyńskiego jest naprawdę niezły. Oto mamy wieczorek poetycki w 90. rocznicę śmierci poety. Utwory Baczyńskiego recytują jego młodzi wielbiciele. (Celowo nie używam takich paskudnych słów, jak slam czy fani.) Może i nie recytują idealnie, w końcu to amatorzy, ale z jakim zaangażowaniem! Widz widzi, że poezja wciąż żyje i porusza.
Niezbędnym elementem film poetyckiego są piękne zdjęcia i muzyka (to mamy) oraz oczywiście tekst (to już zapewnił sam Krzysztof Kamil Baczyński). Zabrakło drobnego elementu, a mianowicie pomysłu na sceny. Mateusz Kościukiewicz zdecydowanie za często wpatruje się w niebyt, tworząc tym samym najbardziej schematyczny obraz romantycznego poety zagubionego na ziemskim padole. Oto Mickiewicz na stepach akermańskich albo "Wędrowiec nad morzem mgły". Na obronę zarówno Kościukiewicza jak i Katarzyny Zawadzkiej trzeba powiedzieć, że chociaż wyglądają, jakby brali udział w Powstaniu Warszawskim. Na szczęście nikt nie wpadł na pomysł, żeby zrobić im profesjonalny make up.
Wielu recenzentów zarzuca filmowi martyrologię, to że nie odbrązawia on postaci poety, nie rozlicza się z Powstaniem Warszawskim, nie porusza pewnych kwestii z biografii Baczyńskiego itp. Jeśli idzie o to ostatnie, to reżyser sam zastrzegł, że nie jest to szczegółowa biografia i ma do tego prawo. Martyrologia? Czy naprawdę można pokazać losy tego straconego pokolenia w jakiś mniej smutny sposób? Oto ginie poeta, jego ciężarna żona, a z nimi cała Warszawa i świat, który znali. Ta historia po prostu jest smutna. Rozliczenia z Powstaniem? Już i tak mamy sporo wątków w filmie, nie wiem, czy zniósł by dodatkowe. W jednej kwestii twórcy filmu poszli za radą recenzentów i nie wyszło to "Baczyńskiemu" na dobre. Zamiast zakończyć opowieść na śmierci poety, musieli zadać najbardziej wyświechtane pytanie z lekcji historii w każdej polskiej szkole: co zrobiliby młodzi, gdyby Powstanie było dzisiaj? I oczywiście ktoś musiał bohatersko powiedzieć, że poszedłby walczyć, zupełnie jakby miał jakiekolwiek pojęcie, czym jest wojna.
Mimo tych wszystkich niedociągnięć film naprawdę chwyta za serce. I to najlepiej świadczy o potędze sztuki. Bo choćby nie wiem ile razy potknęli się reżyser i aktorzy, Baczyński i tak opowie nam swoją historię przez swoje wiersze. "Baczyński" to film dla tych, którzy lubią poezję. Bo jak twierdziła Szymborska:
Niektórzy lubią poezję
Niektórzy -
czyli nie wszyscy.
Nawet nie większość wszystkich ale mniejszość.
Nie licząc szkół, gdzie się musi,
i samych poetów,
będzie tych osób chyba dwie na tysiąc.
Lubią -
ale lubi się także rosół z makaronem,
lubi się komplementy i kolor niebieski,
lubi się stary szalik,
lubi się stawiać na swoim,
lubi się głaskać psa.
Poezje -
tylko co to takiego poezja.
Niejedna chwiejna odpowiedź
na to pytanie już padła.
A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego
jak zbawiennej poręczy.
Etykiety:
film biograficzny,
II wojna światowa,
Katarzyna Zawadzka,
Kordian Piwowarski,
Krzysztof Kamil Baczyński,
Mateusz Kościukiewicz,
poezja,
poezja polska,
polskie kino,
Powstanie Warszawskie,
wiersze
piątek, 15 marca 2013
Dwie twarze Rosji
Tych dwóch książek nie sposób ze sobą nie porównywać. Z jednej strony jedną można potraktować jako kontynuację drugiej. Jednocześnie obie książki są przykładem zupełnie odmiennego podejścia reportera do opisywanego tematu. Ryszard Kapuściński w "Imperium" pokazuje czytelnikowi ogół, aby ułatwić mu zrozumienie szczegółu. W "Białej gorączce" Jacka Hugo-Badera czytelnik znajdzie same szczegóły, na których podstawie będzie mógł zbudować sobie obraz całości.
Różni się już sam sposób podróży. Kapuściński odwiedza poszczególne części rozpadającego się Związku Radzieckiego, podróżuje samolotem, starając się odwiedzić jak najwięcej miejsc, przygląda się przekształceniom w strukturach lokalnej władzy i dokonuje rozliczenia z historią Związku Radzieckiego. Hugo-Bader omija ośrodki władzy, nie chce spotykać się z opozycjonistami czy inteligencją, kupuje łazik, którym chce pokonać trzynaście tysięcy kilometrów z Moskwy do Władywostoku. Szuka zapadłych wiosek i biedy, fascynuje go najniższa warstwa rosyjskiego społeczeństwa. A gdzie podobieństwa? To co opisuje Hugo-Bader jest następstwem tego, co widział Kapuściński, naturalną konsekwencją zdarzeń sprzed lat, co zresztą ten drugi przewidział. Bohaterowie "Białej gorączki" to ofiary upadku Imperium, które najpierw nie nauczyło ich, jak samodzielnie radzić sobie w życiu, a potem zostawiło na pastwę losu. W "Imperium' też jest mnóstwo ubogich, ale nie ma takich kontrastów. Nawet uprzywilejowani członkowie partii nie są jak na dzisiejsze standardy o wiele bogatsi od zwykłych ludzi. Transformacja przyniosła jednak polaryzację i rozwarstwienie. Biedni stali się jeszcze biedniejsi. A bogaci? Bogaci to dziś inna galaktyka, której ci na dole nie potrafią sobie nawet wyobrazić.
![]() |
| źródło: ecsmedia.pl |
"Imperium" to prawdziwa mozaika tekstów powstałych na przestrzeni lat. Opowieść zaczyna się w 1939 roku, kiedy to Związek Radziecki przychodzi do Kapuścińskiego. Radzieccy żołnierze zajmują jego rodzinny Pińsk, a dzieci bardzo szybko uczą się zasad przetrwania w Imperium. Następnie Kapuściński zabiera czytelnika w podróż Koleją Transsyberyjską, potem po południowych republikach Związku Radzieckiego - Gruzji, Armenii, Azerbejdżanie, Turkmenii, Tadżykistanie, Kirgizji i Uzbekistanie. To już rok 1967. I wreszcie nadchodzi wiosna 1989, kiedy ZSRR zaczyna chwiać się w posadach. Reporter pakuje walizki i wraca do Imperium. Ląduje najpierw w centrum wydarzeń - Moskwie, żeby potem sprawdzić, jak rozpad wygląda w ościennych częściach Imperium, na południu i dalekiej syberyjskiej północy. Z "Imperium" ciężko zapamiętać konkretnych bohaterów, opisywani ludzie są tylko przyczynkiem do ukazania większej całości, zlewają się w obraz jednego homo sovieticus. To własnie zbiorowa rosyjska, czy raczej sowiecka dusza fascynuje Kapuścińskiego najbardziej. Tak odmienna od duszy człowieka Zachodu. Mieszkańcy Imperium się nie buntują, płyną z prądem, nie zadają niepotrzebnych pytań. Bo po co robić sobie problemy? Lata życia w ZSRR nauczyły ich, że to jedyna droga przetrwania. Kapuściński nie pokazuje degradacji jednostki, a degradację całych społeczności, która dokonała się przez kolonialną politykę Moskwy. Widzimy podsycany od lat konflikt pomiędzy Azerami i Ormianami, czy znikające Morze Aralskie, z którym znika też życie w okolicznych miastach i osadach. "Imperium" to też porządna lekcja historii, Kapuściński często sięga do tekstów źródłowych, odnosi się do historycznych wydarzeń. Bo i czy można inaczej? Czy można będąc w Workucie nie myśleć o milionach ludzi, którzy zginęli w okolicznych łagrach? Czy pisząc o Stalinizmie można nie wspomnieć o głodzie na Ukrainie, który pochłonął 10 milionów ofiar? Kapuściński to mistrz reporterskiego uogólnienia, udało mu się zawrzeć na kartach tej trzystu stronicowej książki niemalże pełny obraz tego ogromnego i niezwykłego tworu, jakim był Związek Radziecki.
![]() |
| źródło: culture.pl |
"Biała gorączka" Jacka Hugo-Badera to nie jest opowieść o drodze, jak można by się domyślać patrząc na trasę podróży autora. Reporter przemierza rozpadającym się łazikiem trasę z Moskwy przez Kazań, Czelabińsk, Nowosybirsk, okolice jeziora Bajkał aż do Władywostoku. Poszczególne rozdziały nie są jednak opowieściami o tych miejscach. Każdy stanowi osobny reportaż i portret człowieka. Bohaterowie Hugo-Badera to ludzie, do których większość z nas woli się nie zbliżać, wyrzuceni poza nawias narkomani, alkoholicy, bezdomni, czy po prostu osoby, które nie maiły szczęścia i urodziły się biedne w jakiejś zapomnianej przez świat rosyjskiej republice. Te historie zapadają w pamięć o wiele bardziej, niż opisane przez Kapuścińskiego. Po prostu dlatego, że mają twarze. Na zdjęciach możemy zobaczyć moskiewskiego rapera, Miss HIV, Walerię - ofiarę handlu ludźmi czy Emmę - bezdomną z Dworca Leningradzkiego. Hugo-Bader doskonale wie, jak działa ludzka wrażliwość. Miliony ofiar są bezosobowe. Ale już konkretne wdowy z Doniecka, które straciły mężów w katastrofie w kopalni im. Zasiadki, naprawdę chwytają za serce. Chyba najsmutniejsze są historie rdzennych mieszkańców azjatyckich republik. Rosjanie przywieźli na te tereny wódkę, która teraz nie tylko degraduje fizycznie i moralnie, ale po prostu zabija całe społeczności. Jak możemy się dowiedzieć z rozmowy z doktor Lubow Passar, uhedyjską narkolog i psychiatrą ze wschodniej Syberii, rasa żółta o wiele gorzej przetwarza alkohol, niż chociażby Słowianie, łatwiej też się uzależnia. To własnie wśród rdzennej ludności najczęściej występuje tytułowa biała gorączka, czyli stan otępienia i halucynacji po długotrwałym piciu. "Biała gorączka" to także tytuł jednego z reportaży o dwudziestu jeden ewenkijskich pasterzach reniferów. Żaden z nich nie przeżył, zabił ich alkohol. To aż zadziwiające na ile sposobów można umrzeć przez alkohol! Można po prostu zapić się na śmierć, popełnić samobójstwo, zamarznąć w tajdze, wpaść pod lód albo zginąć z ręki kolegi, z którym się piło. Wszystko to Hugo-Bader zestawia z fragmentami "Reportażu z XXI wieku" opublikowanego w 1957 roku w "Komsomolskiej Prawdzie". Według jego autorów Rosją XXI wieku miała być całkowicie wolna od biedy i chorób.
Zarówno "Imperium" jak i "Biała gorączka" opowiadają o rozpadzie. Kapuściński tworzy studium rozpadu państwowego kolosa, który regulował życie milionów jego mieszkańców w najdrobniejszych szczegółach. Zniszczył stare wartości i wyhodował homo sovieticus. Jacek Hugo-Bader pokazuje z kolei co się dzieje, kiedy na miejsce starych, zniszczonych wartości nie pojawiają się nowe. W "Białej gorączce" rozpadają się jednostki, na które w nowym systemie zabrakło miejsca. Dlatego te książki najlepiej czytać razem, jedną po drugiej w kolejności chronologicznej.
Etykiety:
alkoholizm,
Azerbejdżan,
biała gorączka,
handel ludźmi,
imperium,
Jacek Hugo-Bader,
Ormianie,
reportaż,
reżim,
Rosja,
Ryszard Kapuściński,
Związek Radziecki
poniedziałek, 25 lutego 2013
"Kwiaty wojny"
Byłam zdeterminowana, żeby obejrzeć "Kwiaty wojny". A naprawdę trzeba do tego dużo determinacji. Film był chińskim kandydatem do Oscara w ubiegłym roku, do naszych kin wszedł dopiero teraz. W całej Warszawie wyświetla go tylko kino Kultura i to raz dziennie. Naprawdę nie rozumiem dlaczego. Film mógłby być hitem. To kawał dobrego kina na światowym poziomie, zrealizowany z rozmachem, a uniwersalność podejmowanych tematów łagodzi wszelkie różnice kulturowe. Rolę główną gra Christian Bale, już to mogłoby przyciągnąć widzów do kin. Tymczasem nie ma praktycznie żadnej promocji, a jeśli ktoś już jakimś cudem wie o filmie, to najpewniej nie ma gdzie go obejrzeć. Mnie się udało. I choć rzadko się wzruszam, tym razem miałam łzy w oczach.
Ale zacznijmy od krótkiej powtórki z historii. Masakra w Nankinie to jedna z największych rzezi XX wieku, dokonana przez Japończyków na Chińczykach. Trwała II wojna chińsko-japońska. W grudniu 1937 roku wojska Cesarskiej Armii Japońskiej rozpoczęły szturm na Nankin, ówczesną stolicę Chin. Wikipedia podaje, że liczbę ofiar szacuje się na od 50 tysięcy do nawet 400 tysięcy ludzi. Rzeź była wyjątkowo brutalna, miasto terroryzowały grupy pijanych żołnierzy. Wydarzenie nazywane jest też gwałtem nankińskim ze względu na ogromną liczbę gwałtów dokonanych na kobietach i dzieciach (około 20 tysięcy). Gwałty zwykle było zbiorowe, kończyły się zabiciem ofiary lub jej trwałym okaleczeniem. W internecie można znaleźć zdjęcia z tamtych wydarzeń, przedstawiające zmasakrowane ciała dzieci lub martwe kobiety z okaleczonymi narządami rodnymi. Rzeź trwała prawie sześć tygodni. Dowodzący wojskami japońskimi Iwane Matsui został później postawiony przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym i skazany na śmierć. Teraz pewnie smaży się w piekle. Japończycy w "Kwiatach wojny" zostali oczywiście przedstawieni jako rządne krwi, atawistyczne bestie. Może i jest to chińska propaganda, ale akurat za Nankin im się należy.
Niech nikogo nie odstraszy wizja, że zobaczymy te wszystkie okropności w filmie. Zawierucha wojenna jest gdzieś obok, otacza bohaterów, ale nie łamie ich charakterów. Przypadek sprawia, że podczas szturmu na Nankin, w katolickiej katedrze schronienie znajdują: grabarz z amerykańskim paszportem, który zwykle bywa pijany, John Miller (Christian Bale), uczennice katolickiej szkoły, pomocnik zmarłego księdza, umierający nastoletni żołnierz i grupa prostytutek. Bohaterowie będą się starali przeżyć, a z czasem odkryją, że jest coś ważniejszego niż przetrwanie. Reżyser Yimou Zhang udowadnia, że wojna nie tylko budzi w ludziach to, co najgorsze, czasem budzi też to, co dobre. Bohaterami zostają ci, którzy sami nigdy by się o to nie podejrzewali. Przemianę przechodzi bohater grany przez Christiana Bale'a, który z tą niełatwo rolą radzi sobie po mistrzowsku.
W "Kwiatach wojny" zadziwiająco dużo jest nadziei i optymizmu. Nawet w tak dramatycznych okolicznościach znajdzie się miejsce na przyjaźń, miłość czy cieszenie się drobnymi rzeczami. Tak jak w taoizmie, energie yin i yang muszą pozostać w równowadze. Przez to wszystko "Kwiaty wojny" stają się niezłym wyciskaczem łez. Bardzo mocną stroną filmu są muzyka i zdjęcia, z naciskiem na zdjęcia. Nigdy jeszcze nie widziałam tylu pięknych i artystycznych ujęć w filmie wojennym. "Kwiaty wojny" to uczta dla oka i dla ducha. Oczywiście można by przyczepić się do autentyzmu, którego w filmie trochę zabrakło. Pozostaje też wiele pytań. Czy oddział żołnierzy oddałby życie za grupę dziewczynek, które jak wiadomo w chińskiej kulturze stoją dość nisko w strukturze społecznej? Wątpię. Czy to aby nie nazbyt patetyczne, że po stronie chińskiej wszyscy okazują się bohaterami? Pewnie tak, ale nie psuje to przyjemności oglądania tego historycznego widowiska.
![]() |
| źródło: filmweb.pl |
PS Z masakrą w Nankinie wiąże się inna pasjonująca opowieść. Prawdziwy paradoks i chichot historii. Schronieniem dla mieszkańców Nankinu stała się bowiem ambasada III Rzeszy. Pakt pomiędzy Cesarstwem Japonii a Hitlerem czynił ją nietykalną. Prowadzący placówkę niemiecki biznesmen i funkcjonariusz NSDAP John Rabe uratował około 200 tysięcy Chińczyków. Powstało o nim kilka filmów, w tym chińsko-francusko-niemiecki obraz z 2009 roku "John Rabe", który niestety nie trafił do polskich kin. A szkoda, jest to w końcu historia na miarę "Listy Schindlera" czy "Hotelu Ruanda".
Etykiety:
Chiny,
Christian Bale,
dramat,
II wojna światowa,
Japonia,
Jin ling shi san chai,
kwiaty wojny,
masakra w Nankinie,
Nankin,
prostytutki,
wojenny,
Yimou Zhang
niedziela, 24 lutego 2013
"Carrie"
Od dawna zastanawiałam się, co sprawia, że Stephen King jest jednym z najpoczytniejszych żyjących pisarzy. A najprostszym sposobem, żeby się tego dowiedzieć, jest przeczytanie jakiejś jego książki. W ręce wpadła mi "Carrie" - debiutancka powieść autora. Teraz już wiem. Czytając Kinga miałam podobne odczucia, jak przy czytaniu J. K. Rowling. Wiedziałam, że to co czytam, to tylko bajeczka, ale na tyle dobrze napisana, że nie mogłam się oderwać.
"Carrie" to powieść epistolarna, oprócz części głównej, w której wszystkowiedzący narrator opowiada nam o przebiegu wydarzeń, w jej skład wchodzą też listy, wycinki z gazet, depesze agencji prasowych, fragmenty naukowych książek czy zapisy z przesłuchań przeprowadzonych przez komisję wyjaśniającą sprawę Carrie White. Wszystko ma sprawiać wrażenie autentyczności przedstawionych wydarzeń. Same wydarzenia są niebanalne, narrator ukazuje bowiem finał balu na zakończenie roku szkolnego w Thomas Ewen Consolidated High School w Chamberlain, jako jedną z największych tragedii, jaka dotknęła Stany Zjednoczone.
Przyznam, że wątek samej Carrie był dla mnie o wiele ciekawszy niż wywody o telekinezie. King świetnie uchwycił istotę bycia szkolną ofiarą. Z Carrie drwiły nawet osoby, które nigdy by się o to nie podejrzewały, jak choćby Susan Snell. Carrie była po prosty typem ofiary, w swoich niemodnych ubraniach, z całą swoją nieporadnością i matką - fanatyczką religijną. Wiadomo, że lata szkolne to czas, w którym ludzie bywają najbardziej okrutni. Nie przyswoili jeszcze konwencji społecznych i moralnych, które zabraniają znęcać się nad słabszymi (niektórzy pewnie nigdy ich nie przyswoją), często podążają za tłumem, zależy im na akceptacji i popularności wśród rówieśników, a przy tym częściej kierują się emocjami niż rozsądkiem. Wszystko to sprawia, że życie Carrie to istne piekło. W domu nie jest lepiej, jej matka wszędzie widzi zarzewie grzechu, wystąpiła nawet z kościoła baptystów, którą to wspólnotę uważa za grzeszną i sama odprawia narzeczeństwa religijne w swoim domu. Szczególną nienawiścią darzy wszystko, co jest związane z seksualnością. Nie powiedziała Carrie, że istnieje coś takiego jak miesiączka. Kiedy dziewczyna dostaje pierwszego okresu, myśli, że wykrwawia się na śmierć. Przez co oczywiście po raz kolejny staje się pośmiewiskiem dla koleżanek z klasy. Na skutek kolejnego upokorzenia w Carrie budzą się zdolności telekinetyczne. Już wkrótce odegra się na swoich prześladowcach.
Motyw krwi menstruacyjnej jeszcze się w "Carrie" pojawi. Przypisywanie takiej niemalże magicznej mocy miesiączce nieco mnie rozbawiło. King sięga tu do lęku obecnego w wielu kulturach, którego ślady możemy znaleźć choćby w Starym Testamencie. I tak w trakcie czytania przyszło mi do głowy zdanie zapamiętane z Księgi Kapłańskiej:
A jeśli kobieta ma wyciek i tym, co wycieka z jej ciała, jest krew, pozostanie ona siedem dni w swej nieczystości menstruacyjnej i każdy, kto jej dotknie, będzie nieczysty aż do wieczora.
Ponadto, we fragmentach udających książkę popularnonaukową, autor wyjaśnia fenomen telekinezy jako efekt działania genu, który może być dominujący tylko u kobiet. Pada tam stwierdzenie, jak przerażający jest fakt, że na świecie mogą istnieć kobiety, które są w stanie zabijać samą myślą. Czyżby jednak lęk przed kobietami panie King?
Pomijając te drobne fragmenty, który wywołały u mnie szyderczy uśmiech, "Carrie" to naprawdę niezły thriller. King pokazuje w nim, jak świetnie idzie mu opowiadanie historii. Książkę tę zalecam czytać wieczorem lub w nocy, wtedy najłatwiej poczuć dreszczyk emocji. Można również czytać po męczącym dniu, powieść jest na tyle wciągająca, że skutecznie zwalczy znużenie.
wtorek, 19 lutego 2013
Krew na ekranie, czyli o ostatnich wizytach w kinie
"Gangster Squad. Pogromcy mafii"
![]() |
| źródło: filmweb.pl |
Jest rok 1949, gangster Mickey Cohen (w tej roli jak zawsze świetny Sean Penn) przejmuje władzę w Los Angeles. Opłaca policjantów i sędziów, kontroluje handel narkotykami i bronią, prowadzi burdele i kasyna. Znajdzie się jednak grupa odważnych i nieskorumpowanych policjantów, którzy stawią mu czoła. Nie, to nie remake "Nietykalnych" z 1987 roku, a nowy film Rubena Fleischera "Gangster Squad. Pogromcy mafii". Poza głównym czarnym charakterem (w "Nietykalnych" był nim Al Capone) filmy różnią się też czasem akcji. Prohibicja poszła już bowiem dawno w niepamięć, a dowódca tajnej policyjnej jednostki, sierżant John O'Mara, zdobywał doświadczenie na frontach II wojny światowej. "Gangster Squad. Pogromcy mafii" to klasyczne kino gangsterskie. Niektórzy recenzenci zarzucają filmowi przewidywalność i jednowymiarowość postaci. Ale właśnie na tym jego klasyczność polega. Trzeba do tego dodać naprawdę niezłe wykonanie i aktorów z pierwszej ligi. Jak coś takiego wyszło spod ręki reżysera "Zombieland"? Nie mam pojęcia.
Do klasycznego kina gangsterskiego nawiązuje tu wszystko, od scenerii przez wygląd postaci do ich samochodów i broni (bohaterowie posługują się oczywiście słynnym pistoletem maszynowym Tommy gun). Efektu dopełniają nocne kluby i jazz bandy. Patrząc na to wszystko, trudno nie pomyśleć o takich klasykach, jak "Asfaltowa dżungla"czy "Człowiek z blizną". Postać Grace (Emma Stone) jest jakby żywcem wyjęta z filmu noir. To kobieta upadła, dziewczyna Cohena, która ma jednak dobre serce i odwagę, jakiej mogłoby jej pozazdrościć wielu policjantów. Z opresji będzie ją ratował sierżant Jerry Wooters (Ryan Gosling). Jak na tego typu filmy przystało, reżyser nieco nagiął fakty i powiększył rzeczywiste zasługi członków Gangster Squad. Rzeczywistość nie była bowiem aż tak dramatyczna. Mickey Cohen trafił do więzienia w 1950 roku za oszustwa podatkowe. Jak widać, miał nawet więcej wspólnego z Alem Capone, niż zobaczymy w filmie. Podobnie jak on, rzeczywiście trafił też do Alcatraz.
Ciężko powiedzieć, żeby "Gangster Squad. Pogromcy mafii" był filmem wybitnym. Jest to bardziej dzieło dobrego rzemieślnika, niż artysty. Niemniej, dla samej formy, warto na niego popatrzeć.
"Django"
![]() |
| źródło: filmweb.pl |
Quentin Tarantino też ostatnio sięgnął po klasyczną formę. Z tego mariażu nie wyszedł jednak western, a po prostu bardzo dobry Tarantino na Dzikim Zachodzie. Nie jestem fanką tego reżysera, wręcz przeciwnie, czasem odczuwam jego nadmiar. Mam wrażenie, że Tarantino to jedyny reżyser znany wszystkim widzom na tej planecie. Jakikolwiek film by na tym świecie nie powstał, na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że film ów jest taki jak u Tarantina, albo przeciwnie, w ogóle Tarantina nie przypomina. Jego nazwisko stało się już chyba synonimem pewnego gatunku filmowego, charakteryzującego się przede wszystkim dużym rozbryzgiem krwi.
W "Django" krew też bryzga, ale nie jest to wcale motyw dominujący. To chyba najzabawniejszy ze znanych mi filmów reżysera. "Django" stoi przede wszystkim świetnymi dialogami, które powinny przejść do historii kina. Mówię o niemal każdym zdaniu wypowiedzianym przed dr. Kinga Schultza (Christoph Waltz) czy genialnej scenie, w której biali plantatorzy chcą zemścić się na nim i na Django, a na drodze stają im źle uszyte maski. Dr Schultz to w ogóle ciekawa postać, z jednej strony łowca głów, który bez mrugnięcia okiem zabije każdego, kto nawinie mu się pod lufę, z drugiej osoba wykształcona, obyta i niezwykle wrażliwa na uciemiężenie czarnych niewolników.
Schultz wykupuje z niewoli tytułowego Django (Jamie Fox), początkowo mając w tym swój interes. Wkrótce jednak poczucie odpowiedzialności każe mu zrobić z Django pierwszorzędnego rewolwerowca i pomóc mu w odzyskaniu żony. Przyjdzie im się zmierzyć z właścicielem plantacji Candyland, Calvinem Candie'em (Leonardo DiCaprio). Jak nie trudno się domyślić po samym nazwisku odtwórcy tej roli, czarny charakter to w filmie prawdziwa perełka. Calvin jest kwintesencją stereotypu krwiożerczego właściciela niewolników. Zabija ich dla zasady i dla rozrywki. Myślę, że nie popsuję nikomu seansu zdradzając, że skończy się wielkim rozbryzgiem krwi.
"Django" to zdecydowanie bardziej pastisz, niż parodia klasycznego westernu. Widać tu bowiem fascynację Quentina Tarantino tym gatunkiem. Reżyser w mistrzowski sposób bawi się charakterystycznymi dla westernu, kiczowatymi motywami. Mnie ten film naprawdę zaskoczył, po prostu nie sądziłam, że oglądanie go sprawi mi aż tyle radości.
"Hansel i Gretel: Łowcy czarownic"
![]() |
| źródło: filmweb.pl |
Na koniec coś już całkowicie rozrywkowego i to dla osób o specyficznym poczuciu humoru. Warto na początku wspomnieć, kim jest reżyser owego dzieła. Norweg Tommy Wirkola zasłynął obrazem "Død snø", wyświetlanym u nas jako "Zombie SS". Mamy więc do czynienia z twórcą, który fruwające kawałki ciała uważa za niezwykle zabawne. W swoim hollywoodzkim debiucie Wirkola odchodzi jednak nieco od przypominającej "Martwicę mózgu" stylistyki czarnej komedii.
"Hansel i Gretel: Łowcy czarownic" to nowa, krwawa wersja bajki o Jasiu i Małgosi. I choć baśnie braci Grimm słyną z brutalności (jak na dzisiejsze standardy oczywiście), takiej interpretacji autorzy nie mogli przewidzieć. Hansel (Jeremmy Renner) i Gretel (Gemma Arterton) są już dorośli i polowaniem na czarownice zarabiają na życie. A że Wirkola pozostaje Wirkolą, bohaterowie wytną wiedźmy w pień przy użyciu broni maszynowej. Okaże się, że Hansel cierpi na cukrzycę, ponieważ w dzieciństwie wiedźma karmiła go słodyczami, Gretel natomiast zostanie uratowana z opresji przez trolla o wiele mówiącym imieniu Edward.
Trzeba przyznać, że film jest bardzo zgrabnie zrobiony. Na efekty specjalne, kostiumy czy charakteryzację nie można narzekać. Jedną z czarownic gra Joanna Kulig, ale zaręczam, że jej nie poznacie. Broni się również scenariusz i realizacja. Wirkola zaskakuje nas wtedy, kiedy myślimy, że już nic nas w tym filmie nie zaskoczy. "Hansel i Gretel: Łowcy czarownic" jest filmem własnie takim, jakim miał być.
Etykiety:
Christoph Waltz,
django,
Emma Stone,
gangster squad,
Hansel i Gretel,
Jamie Foxx,
Jeremy Renner,
Leonardo DiCaprio,
Oscar,
pogromcy mafii,
Quentin Tarantino,
Ruben Fleischer,
Ryan Gosling,
Sean Penn
sobota, 9 lutego 2013
"Bronson" i "Valhalla: Mroczny wojownik"
Na tej roli Toma Hardy'ego inni aktorzy powinni uczyć się fachu. Hardy nie gra Charlesa Bronsona, on jest Bronsonem. Widzimy szaleństwo w jego oczach i jedyne czego możemy być pewni to, że bohater zaraz zrobi coś całkowicie nieobliczalnego. Podobno aktor przygotowując się do roli robił 2500 pompek dziennie z obciążeniem 19 kg na plecach. Efekt jest niesamowity.
![]() |
| źródło: stopklatka.pl |
Charles Bronson to postać autentyczna, gwiazda wśród brytyjskich więźniów. Urodził się jako Michael Peterson w Luton, Bedfordshire. Chłopak nie wyróżniał się niczym, poza niekontrolowanymi napadami agresji. Pierwszy raz trafił do więzienia w 1974 roku za napad na pocztę. Dopiero za kratkami Michael odkrył swój prawdziwy talent i stwierdził, że może dzięki niemu stać się sławny. Tabloidy wkrótce ogłosiły go najbardziej agresywnym więźniem Wielkiej Brytanii. Bronson spędził w więzieniu 34 lata, z czego 30 w izolatce.
Ale "Bronson" to nie jest typowa, wierna biografia psychopatycznego więźnia. Drugą gwiazdą w tym filmie jest reżyser, Nicolas Winding Refn, który stworzył dzieło odrealnione, artystyczne i nieco psychodeliczne. "Bronson" to prawdziwy spektakl. Reżyser szuka piękna tam, gdzie większość go nie dostrzega - w scenach przemocy. Często widzimy je w zwolnionym tempie i nietypowych ujęciach. Można by je porównać do tych z "Urodzonych morderców" Stone'a. Ważną rolę gra tu muzyka, głośna, przytłaczająca i znacząca. W "Bronsonie" widać początki stylu, który w pełni rozwinie się w kolejnym filmie Refna, czy w "Drive". I podobnie jak w przypadku "Drive", "Bronsona" można pokochać albo z nienawidzić. Ja pokochałam i z pewnością obejrzę kolejne filmy duńskiego reżysera.
![]() |
| źródło: gutekfilm.pl |
Niestety niczego równie pozytywnego nie mogę powiedzieć o filmie "Valhalla: Mroczny wojownik", który choć został nakręcony w 2009, w naszych kinach pojawił się dopiero w zeszłym roku po sukcesie "Drive". Ciężko tu mówić o muzyce budującej nastrój, bo przez znaczną część filmu panuje cisza. Zdziwi się też ten, kto spodziewa się wartkiej akcji, ta bowiem wlecze się niemiłosiernie.
Recz dzieje się w 1000 roku w bliżej nieokreślonym miejscu (zdjęcia zrobiono w Szkocji). Tytułowemu tajemniczemu jednookiemu wojownikowi udaje się uwolnić z niewoli Wikingów. Przyłącza się do grupy chrześcijańskich rycerzy, wybierających się na krucjatę do Jerozolimy. Grupa nigdy jednak tam nie dotrze. Świat przedstawiony w "Valhalli: Mrocznym wojowniku" jest do granic możliwości nieprzyjazny i mroczny. Na bohaterów czeka tylko pustka i śmierć. Ciemne wieki jeszcze nigdy nie były tak ciemne i pozbawione nadziei. Czy bohaterowie są w piekle? Możliwe, ale takim, które człowiek sam sobie zgotował. Są tylko trybikami w tej machinie. Nie ma znaczenia, jakiej kultury czy religii są przedstawicielami i tak mają tylko jeden wybór: zabijać albo umrzeć. Tym bardziej mali wydają się na tle monumentalnej przyrody. Nie odważyłabym się nikomu tego filmu polecić, to coś tylko dla osób szukających nowych i nietypowych filmowych doznań. Choć prawdą jest też, że zapoznanie się z całą twórczością Nicolasa Windinga Refna wymaga odrobiny odwagi.
Etykiety:
Bronson,
Charles Bronson,
dramat,
film biograficzny,
Mads Mikkelsen,
mroczny wojownik,
Nicolas Winding Refn,
Tom Hardy,
Valhalla,
Wielka Brytania
Subskrybuj:
Posty (Atom)









