czwartek, 23 lipca 2015

Madame la Directrice

Chodząc na spektakle na podstawie książek, których nie czytałam, czuję się uprzywilejowana. Omija mnie obowiązek porównywania, doszukiwania się pominięć i przeinaczeń. Mogę po prostu cieszyć się sztuką i nie czuję rozczarowania, bo nie miałam żadnych oczekiwań. Na Madame w Teatrze Dramatycznym bawiłam się świetnie, czego nie mogę powiedzieć o wszystkich widzach, a co wnoszę z rozmów zasłyszanych po spektaklu. 

Znam z grubsza fabułę Madame, to w końcu jedna z głośniejszych polskich powieści drugiej połowy XX wieku. Nie spodziewałam się jednak, że tyle w niej inteligentnego humoru. Postać głównego bohatera (w tej roli Waldemar Barwiński), którą przez podobieństwo doświadczeń i zainteresowań można zapewne traktować jako alter ego Antoniego Libery, od razu budzi sympatię. Niewątpliwie mamy do czynienia z inteligentnym chłopakiem, który tak bardzo chce się wybić ponad przeciętną, że momentami popada w egzaltację. Nie brakuje mu jednak przy tym zdolności do autoironii. Choć nie jest jedynym z uczniów zafascynowanych nową nauczycielką francuskiego, swoje uczucia postanawia okazać w nietypowy sposób. Chłopak stara się dowiedzieć o Madame jak najwięcej, a pozyskane informacje dość pokrętnie przemyca na lekcjach i w wielostronicowych wypracowaniach. Miłość pcha go też w objęcia sztuki, nasz bohater staje się bowiem stałym bywalcem niemal wszystkich związanych z Francją wydarzeń kulturalnych w Warszawie. Licealista Antek jest więc postacią ciekawą i nietuzinkową, czego nie można powiedzieć o obiekcie jego westchnień. Madame w wykonaniu Aleksandry Bożek pozostaje bezbarwna. Niewiele o niej wiemy, ale nie czyni jej to wcale intrygującą. Tak jak eleganckie i zgrabne sukienki nie czynią jej wyrafinowaną. Można się nawet dziwić bohaterowi, co takiego w niej widzi. Muszę przyznać, że nijakość tej postaci najbardziej mnie w spektaklu rozczarowała. Bo i czego Antek miałby się od niej nauczyć? Jak pod jej wpływem dorosnąć? Miłym zaskoczeniem, a wręcz wisienką na torcie, była za to postać Picassa odegrana przez Zdzisława Wardejna. Nie podejrzewałam go o taki komediowy talent.

Polityczne aspekty życia w dobie PRL-u nie wychodzą - przynajmniej w spektaklu Jakuba Krofty - poza utarte schematy. Wiemy, że ciężko było wtedy wyjechać za granicę i ludzie byli z tego powodu nieszczęśliwi, ale nikt nie zamierza zagłębiać się w ten temat. Nie kładzie się on też cieniem na dość lekkiej atmosferze wspomnień z lat szkolnych. W efekcie Madame wywołuje raczej ciepłe uczucia, aniżeli skłania do rozrachunków z minioną epoką. Nieraz zastanawiałam się, co sprawia, że okres końca szkoły średniej jest tak pociągający zarówno dla pisarzy, jak i dla większości z nas. To zapewne połączenie poczucia ogromu możliwości towarzyszące początkowi dorosłego życia z wyidealizowanymi po latach wspomnieniami sprawia, że z taką pobłażliwością patrzymy na literackich bohaterów, którzy dopiero popełniają swoje pierwsze błędy.


środa, 15 lipca 2015

O odmianie egzotycznych nazwisk

Ten temat chodził mi po głowie już od dłuższego czasu, bo chociaż przerobiłam już niejeden podręcznik poprawnościowy, ciągle mam problemy z odmianą niektórych pozaeuropejskich nazwisk. A kiedy piszę się recenzje książki z Azji czy Afryki, naprawdę trudno tego uniknąć. Same podręczniki poświęcają sporo miejsca deklinacji obcych - czyli w ich rozumieniu europejskich - nazwisk, ale te bardziej egzotyczne traktują po macoszemu lub w ogóle o nich nie wspominają. 

Kilka podstawowych zasad

Nazwiska kobiet odmieniamy tylko wtedy, gdy te kończą się na a. To samo tyczy się imion. Nazwiska mężczyzn odmieniamy prawie zawsze. Jedyne wyjątki to:
- nazwiska zakończone na dźwięk, którego w polszczyźnie nie ma (tu sporo francuskich, zwłaszcza tych zakończonych na -ła, czyli Maurois czy Delacroix);
- zakończone na u, np. Nehru, Mobutu;
- zakończone na akcentowane o (bez względu na sposób zapisu), np. Hugo czy Marivaux. 
Odmiana imion i nazwisk zawsze zależy od ich wymowy, dlatego warto przypomnieć też o apostrofie, którego używamy tylko, żeby zaznaczyć różnice fonetyczne pomiędzy mianownikiem a pozostałymi przypadkami. Gdy mianownik kończy się na głoskę niewymawianą lub wymawianą w zupełnie innych sposób. I tam mamy Schwarzeneggera, ale już Stallone'a, Joyce'a i Robespierre'a czy Kennedy'ego. No dobrze, a jak odmieniać?

Tabela odmian nazwisk obcych
Tak dla przypomnienia:
spółgłoski twarde: p, b, f, w, s, z, c, ch, dz, n, m, l, ł, k, g, t, d, sz, ż, cz, dż, r,
spółgłoski miękkie: p’, b’, f’ w’, ś, ź, ć, ch’, dź, m’,n’, l’, j, k’, g’ (te przecinki u góry to zmiękczenia).
Teoretycznie z tą tabelką powinniśmy być w stanie odmienić każde nazwisko, ale kto próbował, ten wie, że czasem wcale nie jest tak prosto. 

Nazwiska chińskie

Przy odmianie nazwisk azjatyckich podstawowym problemem jest odróżnienie imienia od nazwiska. W Chinach nazwisko występuje bowiem pierwsze. Niektórzy zachowują ten porządek, a inni zamieniają na nasz europejski szyk, czyli najpierw imię, a potem nazwisko. Pewną pomocą może być Wikipedia, która zwykle w nawiasie podaje oryginalną formę nazwiska. U Chińczyków sprawę ułatwia fakt, że ich nazwiska są zwykle jedno- lub dwusylabowe, a 85% ludności nosi jedno ze stu najpopularniejszych nazwisk. Stąd tak wielu panów Li, Yang czy Wu. Jak to odmieniać? Oddam głos mądrzejszym, czyli autorom dodatku do Polityki Historia Chińczyków:
Zatem w imieniu osobowym Deng Xiaoping - Deng to nazwisko, a Xiaoping to imię. Kiedy podaje się całą nazwę osobową, odmienia się tylko imię, a nazwisko tylko wtedy, kiedy występuje samo. Piszemy zatem Denga, ale Deng Xiaopinga. Jeśli nie pozwalają na to reguły fleksji języka polskiego, żaden z członów nazwy nie podlega odmianie (np. Hu Jintao).
Dokładniejsze wyśnienie z Wikipedii podesłała mi autorka blogu Biały Mały Tajfun, który przy okazji polecam wszystkim zainteresowanym Chinami.
Jeżeli chodzi o odmianę chińskich nazwisk w języku polskim nie istnieje żadna norma. W specjalistycznym piśmiennictwie utarło się jednak kilka zasad, które są na ogół przestrzegane, choć nie są zbyt konsekwentne:
Jeżeli piszemy razem nazwisko i imię, to odmieniamy tylko imię, o ile pozwala na to jego końcówka, najczęściej -ng, -n, -ui, -ei, -ai itd., np. Deng Xiaopinga, Lu Xuna, Zhou Enlaia itd. Tam gdzie końcówka nie pozwala, nazwiska nie odmieniamy: Zhang Ziyi, Zhu De albo Lin Biao.
Jeżeli jednak wymieniamy samo nazwisko, to podlega ono odmianie: np. Dengowi, Sunowi, Jiangowi itd. Nazwisko nie odmienia się, kiedy uniemożliwia to jego końcówka, np. Mao, Hu, Lu, Jiao itd., a także kiedy chodzi o kobietę: np. panią Zhang, o pani Wen itp. 
Spolszczanie i wymowa 
Istnieją nieliczne nazwiska, które mają utartą polską pisownię. To przede wszystkim Czang Kaj-szek i Sun Jat-sen, których brzmienie pochodzi z chińskich dialektów południowych i trafiło do polskiego przez angielski. Stosowanie tych form jest zalecane ze względu na uzus, aczkolwiek niektórzy autorzy stosują pisownię w hanyu pinyin: Jiang Jieshi i Sun Zhongshan.

Nazwiska japońskie 


Tu również mamy problem z kolejnością, ponieważ Japończycy podają nazwisko jako pierwsze. W polszczyźnie przyjęło się jednak przestawiać tę kolejność i używać najpierw imienia. Z odmianą tych zakończonych na a przeważnie problemu nie mamy (np. Kurosawa - filmy Kurosawy), cuda i dziwy zaczynają się dziać, kiedy odmieniamy te zakończone na inne samogłoski. Normatywiści są tu bardziej wyrozumiali niż przy deklinacji nazwisk europejskich i często pozwalają na pozostawienie nazwiska w formie mianownikowej, jeśli towarzyszy mu odmienione imię lub jakieś inne określenie wskazujące na przypadek. A co o odmianie tychże imion mówi Poradnia językowa PWN?
1) Imion zakończonych na ‑u nie odmieniamy. 2) Imiona japońskie, które kończą się na ‑o, odmieniać należałoby, ale ze świadomością ewentualnych komplikacji praktycznych. Zalecam w związku z tym przynajmniej jednokrotne użycie w tekście takich imion w mianowniku. 3) Imiona japońskie na ‑e mogą być odmieniane, choć w razie wątpliwości lepiej od tego odstąpić.
Jakie niedogodności ma na myśli prof. Jan Grzenia? Ano, że z nazwiska Ichigo Kurosaki robi nam się serial o Ichirze Kurosakim, co dla niektórych może wyglądać podejrzanie. Z kolejnością odmiany nie jest też wcale tak prosto, bo czasem to nazwisko łatwiej odmienić niż imię, tak jak choćby w przypadku Hayao Miyazakiego. Moja rada? Jeśli czujecie się mocni w polskiej fleksji, odmieniajcie japońskie imiona i nazwiska zakończone na o i e. Ale jeśli Was to przeraża, po prostu pozostawcie je nieodmienione. Koniecznie jednak odmieniajcie te nazwy własne, które w polszczyźnie odmieniają się bez problemu (czyli te zakończone na spółgłoski, na a czy z deklinacją przymiotnikową). Pozostawienie ich nieodmienionych byłoby już błędem, poza tym filmy Akira Kurosawa naprawdę nie brzmi dobrze. 
Wskazówka: w imionach i nazwiskach zakończonych na ya, y wypada w dopełniaczu, celowniku i miejscowniku, np. Aya - Ai. 

Nazwiska wietnamskie

Nie będę udawała, że się znam i po prostu zacytuję, co na ich temat pisze portal abcwietnam.pl:
Wietnamczycy posiadają nazwisko rodowe, drugie nazwisko i imię. Nazwisko rodowe nie ma w zasadzie większego znaczenia. W Wietnamie występuje zaledwie 300 nazwisk, wśród których najczęściej występuje Nguyen (Nguyễn) - nazywa się tak co trzeci Wietnamczyk. Drugi człon nazwiska wskazuje zwykle na płeć człowieka, jako że imię nie zawsze jednoznacznie ją określa. W przypadku kobiet jest to Thi (Thị), a w przypadku mężczyzn - Van (Văn). Jest też kilka nazwisk „uniwersalnych”, jak Duc (Đức), Kim albo Ngoc (Ngọc). Przy wyborze imion nie istnieją z kolei żadne ograniczenia: kwiaty, zwierzęta, uczucia, liczby, bogowie i bohaterowie – wszystko jest dozwolone.
Nazwiska koreańskie 


Podobnie jak u Chińczyków czy Japończyków nazwiska koreańskie występują przed imienionami. W użyciu pozostaje około 250, dlatego połowa Koreańczyków nazywa się Lee, Kim albo Park. Inne popularne nazwiska to Gim, Yi, Choi, Jung, Chung. Jak widać są one w większości jednosylabowe, podczas gdy imiona - dwusylabowe. Zastosowałabym tu te same zasady, co przy odmianie nazwisk chińskich, a więc Kima, ale już Kim Dzong Ila. 

Nazwiska afrykańskie

Polskie podręczniki i ich autorzy nie poświęcają zwykle zbyt wiele uwagi niczemu, co afrykańskie. Nie inaczej jest z nazwiskami. Zwykle natkniemy się tylko na Mobutu jako przykład nazwiska nieodmiennego. Z moich obserwacji wynika, że w uzusie najchętniej korzysta się z furtki, która pozwala odmienić jedynie imię. To proste, bo wielu Afrykanów nosi dziś europejskie imiona. I tak na mojej półce stoi książka Ostatnie dni Roberta Mugabe, choć nazwisko to ma przecież łatwą i przyjemną deklinację przymiotnikową i można by napisać Mugabego. Zachęcałabym tu raczej do zdrowego rozsądku i podchodzenia do nazwisk afrykańskich jak do wszystkich innych. I do odmieniania tego, co po prostu odmienić się da. Całą tę egzotyczność interpretowałabym raczej fonetycznie, rzeczywiście zdarzają się nazwiska, które trudno dopasować do polskiej deklinacji, ale jeśli nazwisko jest proste, to cóż ma do rzeczy fakt, że jego właściciel pochodzi z Zimbabwe?

Ciężko napisać coś konstruktywnego o nazwiskach afrykańskich jako takich, mówimy w końcu o 54 krajach (oficjalnie, bo w tej liczbie nie uwzględniono państw nieuznawanych na arenie międzynarodowej, a funkcjonujących, jak np. Somaliland) i o tysiącach kultur. Tradycyjne nazwiska afrykańskie często wywodzą się od imion, a te prawie zawsze są znaczące. Nadaje się je dzieciom zgodnie z okolicznościami ich narodzin, tego czy mają siostry lub braci oraz na podstawie pewnych cech fizycznych. Popularnym imieniem suahili jest np. Tatu, co oznacza po prostu trzy i każde przypuszczać, że kobieta, która je nosi, ma dwójkę starszego rodzeństwa. Takim przykładem nazwiska pochodzącego od imienia jest znane nam skądinąd nazwisko Obama, Luo nazywali tak niemowlęta, które urodziły się z wykrzywioną ręką lub nogą. Samo słowo oznacza właśnie skrzywiony. Wyjątkowo piękne zawsze wydawały mi się imiona Igbo oraz ich znaczenia, np. Nneka - moja matka jest najważniejsza, Nkiruka - najlepsze jeszcze nadejdzie, Onyekachi - kto jest większy od Boga?, Enyinnaya - przyjaciel swojego ojca czy Chidiebere - Bóg jest łaskawy. Nadawanie takich tradycyjnych imion jest niewątpliwie znakiem przywiązania do własnego kulturowego dziedzictwa. Dość częstym zjawiskiem jest też jednak nazywanie dzieci imionami europejskimi, mają do tego skłonność zwłaszcza chrześcijanie. Muzułmanie - co zrozumiałe - wolą nadawać imiona arabskie. Tutaj znajdziecie listę 101 najpopularniejszych afrykańskich nazwisk, ale nie ręczę za jej autentyczność.

Nazwiska kirgiskie

Co z nimi zrobić, podpowiada Jolanta Piaseczna, autorka blogu O języku kirgiskim.
W skrócie można podzielić kirgiskie nazwiska na te, które się odmienia, i te, których się nie odmienia.
Odmieniają się:
- nazwiska w formie zrusyfikowanej, np. Iszenbajew, Nurbekowa;
- nazwiska w krótkiej formie, np. Egen, Szer;
- nazwiska z końcówką -tegin, np. Czorotegin.
Nie odmieniają się:
- tradycyjne nazwiska utworzone od imienia ojca, np. Murat kyzy (dosłownie: córka Murata), Ałtynbek uułu (dosłownie: syn Ałtynbeka).
Jeśli już mowa o nazwiskach zrusyfikowanych, pewnie nie zaszkodzi przypomnieć, jak odmienia się niepolskie nazwiska słowiańskie. Dotyczą ich oczywiście te same zasady, co wszystkich nazwisk obcych, mamy tu jednak trzy zalecenia szczegółowe.  Tak wyjaśnia je Hanna Jadecka, autorka książki Kultura języka polskiego. Fleksja, słowotwórstwo, składnia:
1. Nazwiska na -ckij, -skij, -ckoj, -skoj, np. Bogorodickij, Reformatskij, Szczerbatskoj, Trubieckoj, traktujemy w odmianie tak, jakby były zakończone na -cki, -ski, np. C. lp Bogorodickiemu, Reformatskiemu, Szczerbatskiemu, Trubieckiemu.
2. Nazwiska zakończone na -oj, -yj (bez poprzedzającego przedrostka -ck-, -sk-), np. Korcznoj, Polewoj, Siedoj, Tołstoj, Razumnyj, odmieniamy według modelu rzeczownikowego, np. D. lp Karcznoja, Polewoja, Siedoja, Tołstoja, Razumnyja, a więc tak jak np. polskie nazwiska Koj, Bugaj. Często spotykane formy *Korcznogo, *Polewogo, *Siedogo, *Tołstogo, *Rozumnogo świadczą o przenoszeniu na grunt polski rosyjskich wzorów odmiany i są rażącymi błędami.
3. Wszystkie nazwiska niezakończone na -cki, -ski, -ckij, -skij, -ckoj, -skoj, -i, -y (a więc także na -in, -ow, -ew), mają w obu liczbach odmianę rzeczownikową, por. Bunin, Karenin, Pazuchin, Godunow, Lermontow, Rachmaninow, Romanow, Awdiejew, Bierdiajew, Koniew, D. lm Buninów, Kareninów, Pazuchinów, Godunowów, Lermontowów, Rachmaninowów, Romanowów, Awdiejewów, Bierdiejewów, Koniewów. Formy *Kareninych, *Romanowych, *Bierdiajewych (właściwe odmianie przymiotnikowej) są rusycyzmami, absolutnie niedopuszczalnymi nawet na poziomie normy użytkowej. 

sobota, 27 czerwca 2015

Życie i śmierć w Roppongi


Gatunek true crime zawsze wydawał mi się podejrzany, już sama nazwa przywodzi na myśl krzykliwe nagłówki tabloidów. Takie historie przyciągają uwagę, ale z drugiej strony bazują na dość niskich instynktach i niezdrowej ciekawości. A co chyba najgorsze, sprowadzają ludzie cierpienie do dobrze znanego schematu. Dlatego pewnie w ogóle nie wzięłabym się do lektury książki Richarda Lloyda Parry'ego, gdyby opisywane wydarzenia nie miały miejsca w Japonii, do której mam słabość. Autor udowodnił mi, że na kanwie prawdziwej zbrodni można zbudować fascynujący reportaż, który nie ma nic wspólnego z tanią sensacją. 

Ludzie, który jedzą ciemność to opowieść o zaginięciu Lucie Blackman, dziewczyny z angielskiego miasteczka, która najpierw szukała szczęścia w londyńskim City, potem jako stewardessa British Airways, a w końcu w tokijskiej dzielnicy biznesu i nocnych rozrywek Roppongi. To też historia jej mordercy, seryjnego gwałciciela Jojiego Obary. Richard Lloyd Parry przyglądał się sprawie od samego początku jako korespondent dziennika The Times w Japonii i jak sam twierdził, nie dawała mu ona spokoju. Nie z tego powodu jednak nie sposób oderwać się od książki. Parry wykorzystał historię Lucie, żeby pokazać czytelnikom Japonię, jaką udało mu się poznać przez lata pracy. Autor zmierzył się też z całą masą stereotypów, które sprawa Obary tylko umocniła. Po pierwsze musiał wyjaśnić, czym właściwie zajmowała się Lucie w Japonii. Czytelnikom z Zachodu jakoś nie mieściło się w głowie, że ktoś może płacić Europejkom jedynie za rozmowę i przytakiwanie japońskim biznesmenom. Bo to właśnie robiły zagraniczne hostessy. Nocne życie w Tokio okazało się znacznie bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Wycieczka po ulicach Roppongi była chyba najbardziej fascynującą częścią tej opowieści. Sporo miejsca poświęcił też Parry japońskiej policji, starając się dociec przyczyn jej nieudolności i opieszałości. Czy to możliwe, żeby ci pracowicie funkcjonariusze nie mogli poradzić sobie z jednym kryminalistą tylko dlatego, że ten zachowywał się w niestandardowy sposób? 

Autor nakreślił naprawdę bogate tło kulturowe, które choć trochę pozwala zagłębić się w mentalność Japończyków. Na szczęście na tyle dobry z niego reporter, że ani na chwilę nie postawił się na miejscu wszystkowiedzącego eksperta od Kraju Kwitnącej Wiśni. A wszyscy, którzy choć trochę więcej czytali o Japonii, wiedzą, że jest to przypadłość, która dopada wielu podróżników już po dwóch tygodniach pobytu. Parry stroni też od osądzania, często podaje dwa możliwe scenariusze wydarzeń i pozostawia wybór czytelnikowi. Z podobną delikatnością opisuje rodzinę Lucie, a zwłaszcza trudne relacje jej skłóconych rodziców. Pokora to ponoć jedna z podstawowych cech dobrego reportera, a Richard Lloyd Parry niewątpliwe ją ma. Książka nie jest jednak całkowicie pozbawiona wad, tempo znacznie spada gdzieś tak po połowie, kiedy zaczynamy uczestniczyć w dość żmudnej pracy oskarżycieli i obrońców i ciągnących się latami procesach. Tutaj autor pozwala też sobie na więcej komentarzy i własnych przemyśleń. Z jednym, szczególnie interesującym, Was zostawię:

Przycinając etykietkę skrajnym zachowaniom - potwornym, psychopatycznym, "złym" - i umieszczając sprawców owych zachowań w kategorii zupełnie innej, a przez to bezpiecznej, niż ta, do której należą "dobrzy" ludzie, możemy trochę mniej przejmować się złożoności ludzkiej natury i zastanawiać się, na ile każdy z nas w tym czy innym momencie postępuje bezwzględnie i bez skrupułów. 

czwartek, 4 czerwca 2015

Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach


Zawsze zazdrościłam narodom, które o swojej mitologii pamiętają i potrafią z niej robić użytek, choćby i tylko w popkulturze. Oczywiście rozumiem, że dziesięć wieków po chrystianizacji pewne rzeczy mogły ze zbiorowej pamięci ulecieć i raczej nie mamy co liczyć na odtworzenie panteonu bóstw słowiańskich ani związanych z nimi podań. Przekazy ustne są niestety dość nietrwałe i umierają razem z ludźmi. Są naukowcy, którzy twierdzą, że Słowianie stworzyli pismo, ale nawet jeśli to prawda, nie zachowały się dowody jego istnienia. Trudno też się dziwić, że chrześcijańskim duchownym ni w smak było spisywanie pogańskich opowieści. Przyjęcie nowej wiary nie było jednak dniem pogrzebu wszystkich magicznych stworów, wielu z nich udało się przetrwać w ludowych legendach, niektóre zmieniły nieco charakter, żeby dostosować się do chrześcijańskiego obrazu świata, a może nawet narodziły się nowe. I żyły jeszcze przez długie stulecia. Nawet ja pamiętam z dzieciństwa, choć jestem tylko o rok starsza od III Rzeczpospolitej, opowieści o kwiecie paproci, Południcy i Wieczornicy. Ale to już naprawdę ostatni dzwonek, żeby spisać te historie. Pokolenie, które je zna, stoi już bowiem nad grobem. A moi rówieśnicy, boleśnie racjonalni, nie będą przecież przekazywać ich dzieciom. Wybiorą im raczej jeden z szerokiej gamy dostępnych kanałów telewizyjnych dla najmłodszych, może nawet edukacyjny, a sami zajmą się poważnymi sprawami, czyli na przykład sporem czy to PiS jest gorszy od PO, czy może odwrotnie. 



Trafiła mi w ręce przecudna i pięknie ilustrowana książka, która jest właśnie próbą zatrzymania tej nieracjonalnej strony naszej zbiorowej świadomości - Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach. Choć album liczy sobie niemal dwieście stron, pochłania się go w jedno popołudnie. Poza stworami, o których większość z nas słyszała, takich jak chochliki, czarty, wodniki czy syreny, znajdziemy tu byty mniej znane i jeszcze dziwniejsze. Urzekają zwłaszcza ich nazwy: Szątopierz, Bezkost, Ćmok, Wąpierz, Szalińć, Dziwożony i Bożątka. Autorzy opisali swoich bohaterów lekko i z humorem. 

GNIECIUCH lub gniotek, zwany na Podhalu hurbózem, był małym, podobnym do kota stworkiem o cienkich jak patyk kończynach i wielkim, ciężkim brzuszysku. (...) Przyciągała go woń strawionego alkoholu: jeśli wyczuł ją w oddechu śpiącej osoby, siadał  na brzuchu lub piersiach ofiary i delektował się zapachem. Uciskał przy tym człowieka tak skutecznie, że niejeden opój i wydmikufel budził się nazajutrz po przepiciu obolały, wyczerpany i kompletnie niezdolny do pracy.                                        Aby uchronić się przed gnieciuchem, należało wziąć do ręki kawałek święconej kredy i obrysować wokół łóżka okrąg. Niestety, po kilku kieliszkach żytniej przepalanki nawet tak proste zadanie stawało się herkulesową pracą, niewykonalną dla zwykłego, zmęczonego życiem włościanina. Dlatego też gnieciuchy zawsze miały i nadal mają się dobrze. 
Z książki możemy się dowiedzieć, że na ziemiach polskich występowały różne typy rusałek, jak też różne typy diabłów. Przewodził im najsłynniejszy Diabeł Boruta, porywczy jak na szlachcica przystało, który najlepiej czuł się w karczmach i na sejmach. Był też Diabeł Rokita, ten z kolei reprezentował chłopstwo i słynął z niewybrednego języka oraz diabły pomniejsze, jak żarłoczny Fugas, przygłupi Hejdasz czy przedsiębiorczy Diabeł Iskrzycki, który w zamian za duszę mógł załatwić naprawdę wiele spraw. Krótkie nieraz opisy powyższych stworów wzbogacili autorzy ciekawostkami z życia codziennego naszych przodków. Ale tym, co naprawdę czyni Bestiariusz... pozycją niezwykłą, są klimatyczne i oryginalne ilustracje. 




środa, 13 maja 2015

Kto tu jest ofiarą, a kto oprawcą? O "Nanie" Emila Zoli


Już jakiś czas temu w mojej głowie rozgościł się stereotyp Francuzów jako narodu wyjątkowo rozpasanego seksualnie, na co miała zapewne wpływ proza Michela Houellebecqa, która z kolei świetnie wpisała się w klimat poznanych przeze mnie jeszcze w szkole utworów poetów wyklętych. Dostrzegałam w owym rozpasaniu nie tyle hedonizm, co raczej pewne dążenie do samozniszczenia. Emila Zoli nie było na mojej liście lektur, ale po tym, jak przeczytałam Nanę, już pewnie nikt nie zdoła mnie przekonać o cnotliwości mieszkańców kraju nad Loarą.  

Gdybym miała oceniać Nanę jedynie w jej warstwie fabularnej, pewnie znalazłabym sporo powodów do narzekań. Sama historia nie jest specjalnie skomplikowana. Oto piękna ulicznica dostaje główną rolę w przedstawieniu Jasnowłosa Wenus i występuje na deskach teatru niemal nago, czym wzbudza sensację na paryskich salonach. Nana wykorzystuje chwilę rozgłosu i wkrótce staje się najbardziej pożądaną kokotą w Paryżu. Dziewczyna korzysta z życia i doprowadza kolejnych kochanków do finansowej ruiny. Emil Zola wiele razy idzie na skróty, omija całe miesiące z życia bohaterów, a gdy stają się mu na chwilę zbędni, wysyła ich na wieś, za granicę lub na tamten świat. Szczegółowo opisuje choćby fascynację hrabiego Muffata Naną i jego rozterki moralne na wiadomość o zdradzie hrabiny, żeby za chwilę skwitować trzy miesiące życia bohatera z kochanką jednym zdaniem. Bohaterów nie jest zresztą tak wielu, choć akcja powieści toczy się przez kilka lat. Zola skupia się jedynie na kilkunastu osobach. O ile ograniczoną liczbę luksusowych dam do towarzystwa można by jeszcze zrozumieć, o tyle dziwi fakt, że w ich towarzystwie pojawiają się ciągle ci sami panowie. Inni są tylko tłem, któremu nie dano nawet imienia. Buntowałabym się też pewnie przeciwko zrzucaniu całej winy na główną bohaterkę. Nawet jeśli Nana była rozkapryszona i nierozsądna, nazywanie jej złotą muchą, która roznosi moralną zgniliznę po Paryżu, jest znacznie przesadzone. Czyż można zepsuć to, co już dawno było zepsute? Liczni kochankowie Nany już wcześniej trwonili majątki swoich rodzin na damy lekkich obyczajów i kierowali się w miejsce, do którego ostatecznie doprowadziła ich bohaterka książki. Nawet hrabia Muffat nie był przecież wolny od zepsucia. Jego cnotliwe zachowanie i podporządkowanie się zasadom religii katolickiej było tylko fasadą. Socjolog powiedziałby, że hrabia nigdy tych norm nie zinternalizował. Nana po prostu przystosowała się do zastanego świata i ani jej do głowy nie przyszło go zmieniać. Nie można jednak powiedzieć, że działała tylko z wyrachowania. Na to miała trochę za mało rozsądku. Nanie zdarzały się miłości bezinteresowne, ale zawsze źle lokowała swoje uczucia. A może w świecie wykreowanym przez Zolę nie dało się wybrać dobrze?

Dochodzimy tu do najważniejszego pytania. Po co właściwie była Zoli Nana? Jeśli chciałby tylko opowiedzieć czytelnikom historię pewnej kurtyzany, mógłby to zrobić znacznie lepiej. Zola skupił się jednak tylko na elementach opowieści najlepiej wyrażających ideę, której pisarz poświęcił niemal całą swoją twórczość, a którą historia literatury zna pod nazwą naturalizmu. Nurtu szczególnie mocno podkreślającego, jak bardzo jednostka jest zdeterminowana przez otoczenie, dominujące w danym społeczeństwie postawy czy wreszcie moment historyczny, w którym przyszło jej żyć. Lubimy wierzyć w uniwersalność idei i naszych własnych poglądów. Wywodzimy je z rożnych źródeł, na przykład z religii. Ale cóż ma postawa życiowa współczesnego katolika do zasad, którymi kierował się średniowieczny krzyżowiec? Ten drugi niewiele robił sobie z zabijania ludzi, tak jak my dzisiaj pobłażliwie patrzymy choćby na seks przedmałżeński. Brzmienie dziesięciu przykazań nie zmieniło się przecież na przestrzeni wieków, po prostu interpretowano je wedle aktualnie dominujących w społeczeństwie postaw i przekonań. Ciężko znaleźć ideę, która by takim procesom nie podlegała. Gdzie w tym wszystkim wolna wola? Często wydaje nam się, że mamy wybór. Ale zwykle możemy wybierać tylko pomiędzy odpowiedzią A i B, gdyby ktoś wskazał na C lub D zapewne uznano by go za wariata lub zbrodniarza. Dlatego dziś możemy dyskutować o aspektach moralnych przerywania ciąży w pierwszych tygodniach życia płodu, ale nikt na pewno nie podniesie kwestii zrzucania niepełnosprawnych niemowląt do morza, jak to nieraz czynili starożytni Grecy. Barbarzyństwo? Oni raczej tak o sobie nie myśleli, a i my nie wiemy, jak ocenią nas potomni. Naturaliści idą nawet o krok dalej i do tych społecznych i historycznych determinantów dorzucają jeszcze biologię. To właśnie popęd seksualny ostatecznie doprowadza bohaterów Nany do upadku. Trochę żałuję, że w powieści nie znalazła się choć jedna postać, która wyłamałaby się z tego jednolitego obrazu. W wielu kwestiach mogę się bowiem z Zolą zgodzić, ale  na pewno nie w tym, że od deterministycznych reguł nie zdarzają się wyjątki.

Nana na obrazie Edouarda Maneta.
źródło: www.repro-tableaux.com

sobota, 2 maja 2015

"Najistotniejszym i naturalnym powołaniem człowieka jest jego doskonalenie się"


Niełatwo przenieść na scenę tak monumentalne dzieło, jak Czarodziejska góra Thomasa Manna. Nie chodzi tu wcale o objętość wyrażoną w liczbie stron i czasie trwania akcji, który obejmuje aż siedem lat, ale o wielość poruszanych wątków. Być może lepszym wyjściem byłoby wybranie tylko jednego lub kilku z nich, tak jak to zrobił z Idiotą Dostojewskiego Andrzej Wajda? Wojciech Malajkat porwał się jednak na całość. Przypuszczam, że widzowie, którzy znali książkowy pierwowzór, lepiej odebrali spektakl. Ja jednak wyszłam z Teatru Syrena nieco przytłoczona mnogością znaczących dialogów, po których nie dano mi ani chwili, żebym mogła się nad nimi zastanowić. Choć spektakl trwał przecież trzy godziny!

W przededniu pierwszej wojny światowej do sanatorium dla chorych na płuca w Davos przybywa Hans Castorp (Patryk Pietrzak). Młody mężczyzna początkowo chce tylko odwiedzić przebywającego tam kuzyna, ale jego własny stan zdrowia zatrzymuje go na dłużej. Czarodziejska góra to miejsce poza światem i poza czasem, w którym życie i śmierć zamieniły się miejscami. To śmierć jest tu przedmiotem plotek, a wyczekiwanie na nią jedynym zajęciem. Przewartościowanie czy przywrócenie kostusze należnego jej miejsca? W czasach Belle époque odsuwano myśli o niej, podobnie jak my czynimy to teraz, zupełnie jakby nie była częścią życia. Bohaterowie sztuki wydali mi się nie tyle ludźmi, co reprezentacjami pewnych idei, z którymi styka się bohater. Najbardziej jaskrawe ideowo są tu oczywiście postacie Leona Naphty (Wojciech Zieliński) i Lodovica Settembriniego (Mariusz Drążek), które nieustannie się ze sobą ścierają. Naphta to jezuita zafascynowany mistycyzmem i złem tkwiącym w naturze człowieka, a przy tym zwolennik ruchów socjalistycznych i rewolucji. Z kolei Settembrini reprezentuje sposób myślenia humanistów i masonów, miłośników klasycyzmu oraz greckiej filozofii. Pierwszy zarzuca drugiemu wspieranie burżuazji i ucisku społecznego, drugi ma pierwszego za wariata. Czarodziejska góra nie sprowadza się jednak do wyboru pomiędzy tymi rozbieżnymi drogami. Jest jeszcze Kławdia Chauchat (Maria Seweryn), wielka miłość Castorpa, która reprezentuje pewien typ życiowej mądrości opartej na intuicji. Jej postać można też interpretować jak prymat emocji nad chłodnym racjonalizmem. Jeśli tak, to kuzyn bohatera Joachim Ziemssen (Antoni Pawlicki) jest jej przeciwieństwem. To człowiek, który na pierwszym miejscu stawia obowiązek i honor. Nie wypada mu bać się śmierci, ale z trudem znosi oczekiwanie na nią. Jest wreszcie i doktor Behrens (Przemysław Bluszcz), dla którego człowiek to tylko zespół komórek. Chłód jego naukowego podejścia ociera się momentami o okrucieństwo. Dla Mynheera Peeperkorna (Daniel Olbrychski) natomiast życie jest różnoznaczne z przyjemnością. Kiedy więc wiek i choroba uniemożliwiają mu udział w Dionizjach, bohater wybiera samobójstwo. W jego przypadku można jednakże mówić o wyborze, podczas gdy Albin (Rafał Mohr) jest już tylko czystym zwierzęcym strachem i popędem. Trudno mi zinterpretować postać Karoliny Stöhr (Aleksandra Justa), która przeważnie tylko histerycznie się śmieje. Nie wiadomo, czy kieruje nią pogarda, czy też rozpacz. Państwo Urianowie pozostają jedynie tłem dla innych bohaterów. 

Czarodziejska góra to spektakl bardzo udany pod względem scenografii i klasycznej oprawy muzycznej przygotowanej przez Grzegorza Turnaua. Sprawdzili się też aktorzy, ci poboczni nawet bardziej przypadki mi do gustu niż odtwórcy głównych ról. Choćby taki Iwo Pawłowski w zaskakującej roli siostry przełożonej. Paradoksalnie najmniej zachwycił mnie Daniel Olbrychski, którego twarz widnieje na plakacie promującym spektakl. Jego rola była dość okrojona, a poza tym mam wrażenie, że widziałam go już w podobnych. Mam też wątpliwości, co do obsadzenia Marii Seweryn w roli Kławdii. To dobra aktorka, ale też bardzo charakterystyczna. Nieważne, jaką postać by akurat odgrywała, ja i tak zawsze widzę Marię Seweryn. To chyba cecha rodzinna. 


piątek, 1 maja 2015

AfryKamera 2015

Nieposzlakowana opinia


Największe zaskoczenie tegorocznego festiwalu. Film z RPA, który zaczyna się powoli i nieśmiało, żeby wywrócić do góry nogami wszystkie nasze wobec niego oczekiwania. Bywa porównywany do twórczości Hitchcocka, ale to pewnie przez utrzymanie czarno-białej stylistyki. Tak naprawę znacznie więcej w nim czarnego humoru i zabawy ze znaną widzom konwencją. Jahmil Qubeka to niewątpliwie interesujący reżyser, któremu zdarzają się jeszcze potknięcia, ale który ma dużo do powiedzenia. Już sam sposób opowiedzenia całej historii był dość odważnym posunięciem, odtwórca głównej roli (Mothusi Magano) nie wypowiada bowiem ani słowa. Postać budowana jest więc jedynie przez wypowiedzi i opinie innych. Qubecka świetnie przy tym widzów nabiera i daje im uwierzyć w nieposzlakowaną opinię młodego nauczyciela Parkera Sitholego. Daje jednak małe wskazówki odnośnie do tego, co może wydarzyć się później. Na przykład w jednej z początkowych scen obok budzika bohatera leży magazyn z bohaterem serialu Dexter na okładce. Reżyser sam potem to nawiązanie przewartościowuje i sobie z niego kpi. Poćwiartowanie zwłok w wyłożonym folią pokoju to w końcu nie taka prosta sprawa. Lubię takie filmy i lubię takich reżyserów, wcale nie chcę od początku wiedzieć, kto będzie ofiarą, a kto oprawcą. W ogóle mi też nie przeszkadza, kiedy historia zakazanej miłości nauczyciela i uczennicy ni z tego, ni z owego przeradza się w krwawy kryminał.

Nieposzlakowana opinia to też ciekawostka dla miłośników języków afrykańskich, bohaterowie mówią bowiem w xhosa, jednym z większych języków grupy bantu, który jednak wyróżnia się fonetycznie, gdyż zapożyczył mlaski z rzadkich i ciekawych języków khoisan (w języku angielskim dźwięku te nazywają się cliks, co znacznie lepiej oddaje ich charakter). 



Bastardo


Ten tunezyjski film to z kolei gratka dla fanów realizmu magicznego i twórczości Emira Kosturicy. Opowieść ciepła i baśniowa, a przy tym dość alegoryczna. Można z niej wszakże wyczytać ogólne prawdy o walce o władze i jej destrukcyjnym wpływie na jednostkę, czy też nieodwracalnych zmianach w życiu społeczności, jakie niesie ze sobą nowa technologia. Bastardo to historia podrzutka Mohsena, który - choć pracowity i zawsze skory do pomocy - nie cieszy się szacunkiem w lokalnej społeczności. Sytuacja zmienia się wraz z pojawieniem się firmy telekomunikacyjnej, która uznaje, że to jego dach najlepiej się nadaje, żeby zainstalować na nim antenę. Teraz to Mohsen ma władzę. Jednym przyciskiem może decydować, czy wszyscy okoliczni mieszkańcy będą mieli zasięg. Siłą Bastardo są niewątpliwie oryginalnie bohaterowie. Piękna i przyciągająca mrówki Bent Essengra, kochający króliki lokalny boss Larnouba czy jego budząca grozę matka. Naprawdę warto ich poznać. 



Beti i Amare


Podobno pierwszy film science fiction w historii etiopskiej kinematografii. Choć samych elementów SF jest w nim jak na lekarstwo, a efekty specjalne wykonano zapewne w technologii MS Paint. Przed projekcją reżyser Andy Siege powiedział publiczności, że jego film jest dziwny i życzy miłego sensu. Pewnie powinien nieco popracować nad public relations, ale wiele się nie pomylił. Określenie dziwny świetnie pasuje do Beti i Amare, ale seans i tak był przyjemny. Rzecz dzieje się w 1936 roku, kiedy to wojska Mussoliniego najechały Cesarstwo Etiopii, siejąc popłoch wśród ludności cywilnej. Bohaterka filmu Beti (Hiwot Adres) ucieka przed nimi na prowincję do chatki swojego dziadka. Nawet tam nie może się jednak czuć bezpiecznie, bo szybko wpada w oko jednemu z młodzieńców patrolujących okolicę. Gdy pada jedyna koza, a dziadek Beti wyrusza do miasta, dziewczyna zostaje sama. Jej sytuacja wydaje się beznadziejna. I wtedy zdarza się cud. Z nieba spada tajemniczy człowiek z wampirzymi zębami. Potwór okazuje się jedynym przyjaznym Beti stworzeniem. To jedna z tych opowieści, które pomimo pewnej brutalności pozostają optymistyczne. Bo opowiadają o tym, że miłość jest możliwa nawet w najtrudniejszych warunkach. Warto też zwrócić uwagę na postać Włocha, bezsensownie okrutnego i jednocześnie narcystycznego. Niechęć, którą zrodziła tamta wojna, żyje w Etiopczykach do dziś. 



Run


Wiedzieliście, że na Wybrzeżu Kości Słoniowej robi się średnio jeden film na pięć lat? A że w ostatnich latach przetoczyły się przez ten kraj dwie wojny domowe? Kiedy Philippe Lacôte zaczął opowiadać o swoim filmie, mogłam z całą pewnością stwierdzić jedynie, gdzie leży Wybrzeże Kości Słoniowej i że to była francuska kolonia. Run to próba eliptycznego i alegorycznego opowiedzenia historii kraju, ta skrótowość wynika zapewne po części z niewielkiego budżetu. Bohaterem filmu jest młody chłopak, którego nazywają Run (Abdoul Karim Konaté). Jego życiem wydaje się rządzić przypadek, kiedy tylko w coś się zaangażuje, wszystko bierze w łeb, a jemu pozostaje ucieczka. Poznajemy go niemal na końcu drogi, po tym jak zamordował prezydenta. W dzieciństwie chłopak chciał zostać zaklinaczem deszczu, potem podróżował po kraju jako towarzysz Grubej Gladys, żeby wreszcie wstąpić w szeregi Młodych Patriotów. Dużo w tej historii niedopowiedzeń i symboli , które - przynajmniej dla mnie - pozostawały niejasne. Nie jest to jednak zły film, po prostu trochę nieoszlifowany. 


Fatuma i Asya


Film dokumentalny o dość prostej konstrukcji. Reżyser Francesco Sincich wybrał dwie dziewczynki z etiopskiej społeczności Afarów i pozwolił im opowiedzieć o swoim życiu, po czym utrwalił na taśmie filmowej ich codzienne zajęcia. Te dwie dziewczynki to właśnie tytułowe Fatuma i Asya. Obie żyją w tradycyjnych społecznościach pasterzy w jednej z bardziej suchych i gorących części Etiopii. Ich rodziny zajmują się hodowlą kóz, owiec, krów i wielbłądów. Obie dziewczynki przeżywają uniwersalne dla swojego wieku przyjaźnie i pierwsze zauroczenia. Żadnego komentarza, jedynie w tle przebijają się problemy Afarów, od których rząd umywa ręce. Widać tu wyraźnie rękę antropologa, który skupił się na zbieraniu danych. 



Pół roku z bosymi babciami


Chyba najbardziej optymistyczny film tegorocznego festiwalu, i to dokumentalny! Opowiada o działalności indyjskiego Barefoot College, jedynej takiej uczelni, która ściąga kobiety z całego Trzeciego Świata i uczy ich instalacji oraz naprawy paneli słonecznych. Nauka trwa sześć miesięcy. Ekipa filmowa towarzyszy grupie kobiet z Tanzanii, Malawi, Sudanu Południowego i Liberii. Dlaczego panele słoneczne? Bo, jak wyjaśnia założyciel Barefoot College, zakup świec czy nafty do lamp to dziś najpoważniejszy wydatek ubogich gospodarstw domowych w Afryce, które nie mają dostępu do energii elektrycznej. Możliwość bezpłatnego wykorzystania energii słonecznej, a w tej części świata przecież jej nie brakuje, byłaby dla tych rodzin prawdziwą rewolucją. Zwłaszcza, jeśli w wiosce znajdzie się wykształcony inżynier, który sam sobie poradzi, kiedy coś się zepsuje. Inne organizacje pomocowe powinny brać przykład z tego projektu. Po pierwsze dlatego, że przekazywanie wiedzy jest skuteczniejsze niż przekazywanie darów. A po drugie, ponieważ kobiety z Trzeciego Świata potraktowano tu podmiotowo i uwierzono w ich możliwości. Gdzieś z tyłu głowy wielu osobom czai się jeszcze stereotyp, że ludzie biedni są w jakiś sposób głupsi. Bose babcie udowadniają, że to nie prawda. Po prostu nikt im wcześniej nie dał możliwości kształcenia się. Większość absolwentek  Barefoot College skończyło zaledwie kilka klas szkoły podstawowej, a niektóre są nawet niepiśmienne. Nie jest to pierwsza inicjatywa, która korzysta z potencjału miejscowej ludności. W 2006 roku Pokojową Nagrodę Nobla dostał Muhammad Yunus, twórca mikrokredytów dla ubogich z całego świata. Program okazał się ogromnym sukcesem, dzięki tym niewielkim pożyczkom tysiące biednych rodzin mogło otworzyć własne interesy i zacząć się samodzielnie utrzymywać. A dlaczego kobiety? Może to nie będzie miłe dla panów, ale to właśnie kobiety były od wieków najważniejszym ogniwem afrykańskich społeczności. Chodziły wiele kilometrów po wodę pitną, znosiły drewno do opalenia pieców, pracowały w polu i przygotowywały jedzenie, robiły więc wszystko to, co niezbędne do przetrwania. Panowie w tym czasie wyruszali na wyprawy wojenne albo debatowali na rynku. Jedna z uczących się w Barefoot College pań ujęła sprawę dobitniej i wyjaśniła, że mężczyźni mogliby wykorzystać zdobyte umiejętności do własnych celów, a nie dla dobra społeczności. Uczelnia ma też wymagania co do wieku kandydatek. Przyjmuje babcie, które odchowały już swoje dzieci, a więc kobiety, które ukończyły... 35 rok życia.