poniedziałek, 16 maja 2016

O cienkiej granicy pomiędzy środkami wyrazu artystycznego a robieniem z siebie idioty albo załóż majtki aktorze


Mogłabym skwitować Księgi Jakubowe w Teatrze Powszechnym zdaniem: nie zawsze wiedziałam, o co chodzi, ale było to interesujące doświadczenie. Naraziłabym się jednak zapewne na zarzuty o niski iloraz inteligencji, więc postaram się bardziej. Trudno mi jednoznacznie ocenić sceniczną interpretację powieści Olgi Tokarczuk, która momentami wydaje się genialna, żeby już za chwilę zakrawać na przerost formy nad treścią. Ważne jest jednak, że nie pozwala się nudzić, a to dość istotne, kiedy mówimy o sztuce trwającej ponad cztery godziny. 

źródło: www.powszechny.com

Przede wszystkim mamy tu do czynienia z piekielnie interesującą kartą historii. Jej zbiorowym bohaterem jest XVIII-wieczny ruch mesjanistyczny Żydów z Podola pod wodzą Jakuba Franka, który dziś pewnie nazwalibyśmy sektą. Frank głosił wyzwolenie poprzez połączenie trzech wielkich religii i wyjście poza nie, w praktyce jednak nie różnił się zbytnio od innych samozwańczych mesjaszy. Przyznał sobie prawo do ciał i dusz swoich wyznawców, dzięki czemu mógł sypiać ze wszystkimi kobietami oraz utrzymywać się z oferowanych mu majątków. Jakub Frank miał też talent do polityki, udało mu się zdobyć poparcie polskich biskupów w sporze z talmudystami, co ostatecznie doprowadziło do prześladowań na Podolu. I to tym razem Żydów przez Żydów, choć z cichym przyzwoleniem katolików. Potrafił też zręcznie handlować wartościami, w zamian za chrzest uzyskał tytuł, ziemię i ochronę samego króla. Ostatecznie jednak Frak okazał się zbyt pewny siebie, po tym jak sam ogłosił się mesjaszem, trafił do więzienia jako heretyk. 

Pozostaje pytanie, jak tę wielowątkową opowieść przetłumaczyć na język teatru. Oczywistym jest, że konieczne będą pewne opuszczenia i uproszczenia i tak też się dzieje. Ewelina Marciniak, reżyser spektaklu, już na początku zaskakuje jednak samą formą. Początkowo postacie odgrywane są przez ludzkiej wielkości lalki. Na szczęście tylko w pierwszej odsłonie, bo na dłuższą metę ten zabieg mógłby okazać się nieco męczący. Odrzucenie lalek można też odczytywać symbolicznie  jako pozbycie się narzuconej przez religię i pozycję społeczną formy, która to możliwość zapewne przyciągała ludzi do Jakuba Franka. Iście mistyczny nastrój budują jednak scenografia i oprawa muzyczna. Z tyłu sceny zawieszono lustra, w których widownia może się przejrzeć i porównać do XVIII-wiecznego polskiego społeczeństwa i jego wad. Prawdziwą perełką jest jednak muzyka ze świetnym wokalem Barbary Derlak i choćby dla niej warto spędzić te cztery godziny w Teatrze Powszechnym. Innych aktorów dość trudno ocenić, bo pojawiają się jedynie w krótkich epizodach. Postać samego Franka niestety wypada dość blado w porównaniu choćby do charyzmy hrabiny Kossakowskiej. Po macoszemu potraktowano też księdza Chmielowskiego, tak jak i całą teologiczną warstwę tej opowieści. 

Księgi Jakubowe nie są spektaklem idealnym i momentami cierpią na nadmiar artystycznej ekspresji. Widać to choćby w dość popularnym ostatnio w stołecznych teatrach stylu gry aktorskiej, w którym ruchy nijak mają się do wypowiadanych kwestii. Objawia się to głównie tym, że aktorzy rzucają się po scenie lub na siebie nawzajem i właściwie nie wiadomo po co. Kolejnym nadmiarem w tej sztuce jest niewątpliwie nadmiar golizny (następna choroba tocząca warszawskie teatry). W niektórych scenach jest ona jak najbardziej na miejscu, jak choćby w tej rozpoczynające drugi akt. Niezwykły i zmysłowy taniec aktorów oddaje tu orgię wyznawców Jakuba Franka. Problem w tym, że aktorzy pozostają nadzy także w scenach, które w żaden sposób tej nagości nie wymagają. Niemal w każdej recenzji sztuki narzekam ostatnio na nadmiar nagich piersi, pośladków czy penisów i zaczynam się obawiać, że jeśli w następnym sezonie jakiś teatr wystawi sztukę z ubranymi aktorami, wybuchnie niezły skandal. Istotę problemu świetnie obrazuje scena chrztu z trzeciego aktu, w której aktorzy występują w strojach tak lekkich, że niemal wszystko przez nie prześwituje. Nie jestem w stanie znaleźć żadnego fabularnego czy też artystycznego uzasadnienia takiego rozwiązania. Mieszanie sacrum i profanum? Czyż nie jest nim już sam chrzest z tak niskich pobudek? Po cóż tu jeszcze te pośladki? Moja podejrzliwa natura natychmiast karze szukać dość przyziemnych przyczyn. Na przykład nadziei, że może ktoś poczuje się urażony i ogłosi sztukę kontrowersyjną. Takie ostentacyjne machanie męskim przyrodzeniem wychodzi po prostu jakoś tak głupio i niesmacznie, a przecież ta historia świetnie obroniłaby się sama. Jeśli jeszcze kiedyś miałabym się wybrać na sztukę pani Marciniak, to jednak wolałabym, żeby sprawiła swoim aktorom majtki. 

źródło: www.powszechny.com

piątek, 6 maja 2016

W obronie drobnego rolnika


Słyszeliście kiedyś o grabieży ziemi? Specjalnych strefach ekonomicznych? Prywatnych firmach wojskowych zatrudnianych przez koncerny spożywcze? Zastanawialiście się, czemu niektórzy ludzie bojkotują olej palmowy? I co u licha nieetycznego może być w zwykłym kakao? Pokazywany na tegorocznej AfryKamerze film dokumentalny Życie bez ziemi (No Land, No Food, No Life) odsłania zaledwie niewielką część tej ciemnej strony przemysłu spożywczego. 

Rolnictwo na pierwszy rzut oka wydaje się niewinne. Ludzkość od tysięcy lat żywi się plonami ziemi i to zapewne opanowanie technik uprawy roślin pozwoliło naszemu gatunkowi aż tak się rozwinąć. Druga połowa dwudziestego wieku diametralnie zmieniła jednak jego oblicze. Do głowy od razu przychodzą pestycydy i ich negatywny wpływ na ludzkie zdrowie oraz środowisko naturalne, niestety to tylko jeden z grzechów nowoczesnego rolnictwa. W szkole uczono nas, że uprzemysłowienie produkcji rolnej ma dużo zalet, może choćby pomóc poradzić sobie z problemem głodu na świcie. Gdy jednak zagłębimy temat, wychodzi na jaw, że to wszystko bujda na resorach. Dlaczego? Żeby to zrozumieć trzeba przyjrzeć się miejscom, w którym powstaje ogromna część żywności współczesnego świata, czyli okolicom równika.  

Twórcy filmu Życie bez ziemi zabierają nas kolejno do Mali, Kambodży i Ugandy, państw o niezwykle żyznych i atrakcyjnych terenach uprawnych, o dostęp do których walczą dziś globalne koncerny spożywcze. Ziemia odbierana jest lokalnym rolnikom i wykorzystywana do zasiewania monokultur na ogromnych terenach. Czasem ziemię odkupuje się za bezcen, ale częściej wykorzystuje do tego luki prawne i skorumpowanie miejscowych władz, a nieraz nawet brutalną siłę. Amy Miller, reżyser Życia bez ziemi, rozmawia z ofiarami tego procederu. Słyszymy dramatyczne relacje ludzi, którzy kiedyś byli w stanie utrzymać się z pracy własnych rąk, a teraz pozostawieni są na łaskę koncernu - jedynego pracodawcy w regionie. Ci ludzie nie stracili tylko pól uprawnych, ciężko im zaspokoić podstawowe potrzeby. Nie mają już lasu, do którego mogliby chodzić po drewno na opał, a pestycydy z pól zatruły źródła wody. Wypowiedzi pracowników koncernów spożywczych zestawione są tu z obrazem ogólnego spustoszenia. Jednogatunkowe uprawy zastępują zróżnicowany krajobraz i wyjaławiają ziemię. A co w takim razie ze zwalczaniem głodu? Niestety, większość z tych upraw nie trafi do ludzi. Jako pasze zaspokoją potrzeby przemysłu mięsnego lub zostaną wykorzystane do produkcji biopaliw. 

Film Amy Miller jest niewątpliwie bardzo sugestywny i pozbawiający złudzeń. Dodatkowym plusem jest pokazanie widzowi szerszego kontekstu i wyjaśnienie choćby związku nasilającego się zjawiska grabieży ziemi z ostatnim kryzysem na rynkach finansowych. Choć temat jest ciężki, twórcy postarali się, żeby podać go w możliwe lekkostrawnej formie i wykorzystali do tego szereg animacji i wizualizacji. Całość ogląda się więc bardziej jak film fabularny niż wykład z alterglobalizmu.

źródło: www.civictheatre.ca
PS Przy okazji polecam świetny wywiad z Marią Świetlik z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności w miesięczniku Znak Prawo do żywności

wtorek, 19 kwietnia 2016

Może wcale nie musisz umierać na raka?


Nie jest łatwo trafić na dobrą książkę popularnonaukową, chociaż księgarniane półki się od nich uginają. Niektórzy autorzy gubią się w niezbyt istotnych czy też zrozumiałych dla laika szczegółach, inni - co chyba nawet częstsze - upraszczają temat tak, że aż książka traci wszelkie cechy naukowości. Jeszcze inne sprawiają wrażenie, jakby autor wybierał jedynie te badania, które potwierdzają jego tezę. A już temat dbania o zdrowie i odżywiania to prawdziwy Dziki Zachód. Przekopałam się przez naprawdę wiele tytułów dostępnych w mojej bibliotece, zanim trafiłam na coś wartego uwagi. 

David Servan-Schreiber pisze o raku z perspektywy lekarza, ale także pacjenta. I chociaż robi to w sposób przystępny dla osoby niezbyt zaznajomionej z medyczną terminologią, każdy rozdział jego książki opiera się na konkretnych badaniach klinicznych i statystycznych, do których odnośniki możemy znaleźć w przypisach. Autor traktuje raka jak chorobę cywilizacyjną, na którą nasze geny nie mają aż takiego wpływu, jak styl życia i dieta. Żeby jednak dojść do tych wniosków, sam musiał przejść długą drogę. Wiadomość o nowotworze spadła na niego, gdy był zaledwie trzydziestokilkuletnim lekarzem wierzącym jedynie w leczenie farmakologiczne, a pomysł leczenia dietą chętnie włożyłby między bajki. Po tym jak sam zachorował, podejście Davida Servana-Schreibera zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopi. Nie oznacza to oczywiście, że w swojej książce zaleca porzucenie chemioterapii na rzecz leczenia trawą, korą czy innym specyfikiem. Raczej stara się czytelnikowi uświadomić, jak istotne w leczeniu pacjenta z nowotworem są jego dieta oraz nastawienie psychiczne. Sam autor Antyraka z nowotworu nigdy do końca się nie wyleczył, jednak po usłyszeniu diagnozy udało mu się przeżyć jeszcze dwadzieścia lat. To całkiem imponujący wynik. 

Autor zaczyna od wyjaśnienia procesów, które sprzyjają powstawaniu zmian nowotworowych, a mianowicie zapalenia oraz angiogenezy, czyli powstawania nowych naczyń krwionośnych. Oba te procesy są naturalne, jednak ich nadmiar to pożywka dla raka, a sprzyja im przed wszystkim stres oraz zachodnia dieta bogata w cukry proste, białą mąkę, mięso oraz przetworzoną żywność. David Servan-Schreiber o epidemię raka w pierwszym świecie obwinia też zbyt duże spożycie kwasów omega-6.
Kwasy omega-3 i omega-6 nieustannie współzawodniczą w naszych organizmach o kontrolę nad ich funkcjami. Kwasy omega-6 pomagają gromadzić tłuszcz, prowadzą do utwardzania komórek, krzepnięcia krwi i rozwoju procesów zapalnych w reakcji na agresję z zewnątrz. Od początku życia człowieka stymulują powstawanie komórek tłuszczowych. Kwasy omega-3 działają zupełnie inaczej: pomagają rozwijać układ nerwowy, czynią ściany komórek elastycznymi i zapobiegają zapaleniom. 
Za tę nierównowagę odpowiedzialne są nie tylko wszechobecne tłuszcze trans, lecz także przemysłowa hodowla zwierząt, przez którą żywność odzwierzęca praktycznie nie zawiera już kwasów omega-3. Po każdym z rozdziałów znajdziemy podsumowanie w formie tabeli, w której autor zestawił produkty spożywcze sprzyjające zapaleniom i angiogenezie oraz przeciwdziałające im oraz te bogate w kwasy omega-3 (tu poleca choćby oliwę z oliwek). Autor szczegółowo opisuje też działanie na ludzki organizm produktów, których antynowotworowe właściwości zostały udowodnione. Znalazły się wśród nich m.in. zielona herbata, soja, kurkuma czy jagody. 

Jeszcze jedną istotną kwestią poruszaną w Antyraku są pestycydy i zanieczyszczenie środowiska. Servan-Schreiber przytacza paradoks niedźwiedzi polarnych, w których organizmach można znaleźć mnóstwo zanieczyszczeń, choć pozornie żyją w nieskazitelnie czystym środowisku. Są jednak na końcu łańcuch pokarmowego, dlatego wchłaniają wszelkie zanieczyszczenia skumulowane w organizmach ryb, a także mniejszych ryb, które te większe ryby wcześniej zjadły itd. "Wiemy również, że typowe warzywa zawierają jedną setną ilość zanieczyszczeń znajdujących się w mięsie..."

Wiele miejsca poświęcił też autor wpływowi stanu psychicznego na zdolności obronne organizmu. Ta część dla wielu czytelników może się okazać najciekawsza, autor bazuje tutaj bowiem nie tylko na badaniach, lecz także swoich własnych doświadczeniach w walce z chorobą. Dobre relacje z ludźmi i obecność kogoś bliskiego u boku naprawdę mają moc wydłużania życia. Tylko dlaczego lekarze nie mówią o tym swoim pacjentom, a dieta w leczeniu onkologicznym jest marginalizowana? David Servan-Schreiber dostrzega dwie przyczyny. Pierwszą jest mentalność lekarzy, którym wszystkie te niefarmakologiczne metody leczenia wydają się niepoważne. Druga to pieniądze. Zielonej herbaty nie można w końcu opatentować i sprzedawać jako leku na raka, a koncerny spożywcze mają powody i środki, żeby sponsorować badania, z których wyniknie, że nie ma dowodów na rakotwórczość ich przetworzonej żywności. 
W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku 80% mężczyzn w krajach zachodnich paliło tytoń.Nawet lekarze uważali ten nawyk za zupełnie nieszkodliwy. Reklamy Winstonów i Marlboro ukazywały się na łamach czasopism medycznych. właśnie tego roku doktorzy Evarts Graham i Richard Doll z Uniwersytetu w Oxfordzie - sami będący palaczami, tak jak większość ówczesnych lekarzy - udowodnili ponad wszelką wątpliwość, że tytoń jest bezpośrednim sprawcą gwałtownego wzrostu liczby zachorowań na raka płuc. U mężczyzn palących ponad jedną paczkę papierosów dziennie ryzyko zachorowania zwiększało się nawet trzydziestokrotnie! Minęły dwadzieścia dwa lata, zanim rząd brytyjski podjął pierwsze kroki zmierzające do ograniczenia palenia tytoniu. Dziś wytwarzanie, palenie i eksport papierosów wszędzie są wciąż całkowicie legalne. 

źródło: empik.com

sobota, 16 stycznia 2016

Jeszcze jedna podróż tramwajem zwanym pożądaniem

Tennessee Williams jest niewątpliwie jednym z najbardziej kochanych dramaturgów Ameryki, a tytuły jego spektakli zwykle mówią coś nawet osobom, które na co dzień teatry omijają z daleka. Wystawianie jego sztuk wciąż więc te teatry kusi, w końcu to niemal gwarancja pełnej widowni. Tylko czy do wystawianych tyle razy spektakli, na podstawie których powstały kultowe już dla wielu filmy, można jeszcze coś dodać? Bogusławowi Lindzie w Teatrze Ateneum się udało. Wyszedł z tego Williams przyprawiony nieco klimatem filmów Pasikowskiego. 

źródło: www.teatrateneum.pl

Na ten nowy obraz złożyły się tłumaczenie Tramwaju zwanego pożądaniem Jacka Poniedziałka oraz niezwykle wyrazisty duet aktorski Julii Kijowskiej i Tomasza Schuchardta. Nieco zmieniły się dialogi, które zyskały na wulgaryzmach i obsceniczności, co już chyba nikogo we współczesnym teatrze nie dziwi ani nie oburza. Ale to tak naprawdę nie w tekście tkwi sekret tej interpretacji. Julia Kijowska jako Blanche DuBois wypowiada w większości te same kwestie, które wypowiadała choćby Vivien Leigh w filmie Elii Kazana. Kreuje jednak przy tym zupełnie inną postać. Tamta Blanche, choć również zagubiona, źle prowadząca się i koloryzująca na temat wydarzeń ze swojego życia, pozostawała jednak nad wyraz skromną i elegancką damą, przynajmniej jeśli spojrzeć na nią z dzisiejszej perspektywy. Mówimy w końcu o 1951 roku, kiedy to nie pokazywano jeszcze nietrzeźwych kobiet w filmach, a bohaterki przy pocałunku odchylały nienaturalnie głowy do tyłu. Blanche Julii Kijowskiej damą jest już tylko we własnej wyobraźni. Nadużywa alkoholu niemal w każdej scenie, obnosząc się przy tym ze swoim seksapilem. Postać jest jednak przy tym tak spójna i przykuwająca uwagę, że widzowie kupują ją bez słowa sprzeciwu. 


Na wyrazistości zyskuje też Stanley Kowalski, choć moim zdaniem jest on w spektaklu Lindy zbyt jednowymiarową postacią. Chyba wolałam Stanleya w wykonaniu Marlona Brando. Też był prostym pracownikiem fizycznym, ale jednak nie jawił się jako postać jednoznacznie negatywna. Przynajmniej można było zrozumieć, co siostra Blanche Stella w nim widziała. Stanley Kowalski Tomasza Schuchardta ma po prostu wzbudzać antypatię. Jest nosicielem wszystkich negatywnych cech, jakie tylko przychodzą nam do głowy na hasło Polaczek. A ja nie lubię takich stereotypowych postaci. Zdaję sobie sprawę, że polscy imigranci w Stanach Zjednoczonych może i nie cieszyli się zbyt dobrą sławą i pewnie sami się do tego przyczynili, ale wrzucanie wszystkich wad do jednej zaledwie postaci to przesada. Przez takie potraktowanie charakteru Stanleya traci też Stella Kowalska. Zamiast kobiety zakochanej w swoim mężu pomimo licznych wad, staje się jedną z tych żon, które tkwią przy agresywnych i głupich mężczyznach, bo najwyraźniej nie mają na siebie innego pomysłu. Paulina Gałązka próbowała wycisnąć jakieś życie z tej postaci, ale od początku była na przegranej pozycji. O niebo lepiej poradził sobie Bartłomiej Nowosielski, którego Mitch jest znacznie ciekawszy i wielowymiarowy niż jego filmowy odpowiednik. 

Tramwaj zwany pożądaniem ma jeszcze jednego bohatera, a jest nim Nowy Orlean końca lat czterdziestych. Teatralna scena ma oczywiście swoje ograniczenia i nie można na niej pokazać tyle, co na srebrnym ekranie. Bogusław Linada jako reżyser wybrnął z tego całkiem nieźle i stworzył klimat Nowego Orleanu za pomocą dzięków. Jazz miesza się tu z cykaniem świerszczy i w zasadzie to wystarcza, żeby wczuć się w realia epoki. Miłym i zaskakującym akcentem był też deszcze padający na scenie. Pomimo licznych zmian Lindzie udało się zachować gęstą atmosferę oraz silny ładunek emocjonalny sztuki i pozostać przy tym wiernym duchowi oryginału. 


czwartek, 14 stycznia 2016

Wojciech Jagielski o obozach dla uchodźców

W ciągu ostatnich kilku miesięcy w mediach co chwilę pojawiały się doniesienia o niepokojących wydarzeniach w obozach dla uchodźców i imigrantów. Przemoc seksualna i przemoc w ogóle wydają się największą plagą w takich miejscach. Wielu zapewne zadaje sobie pytanie, skąd bierze się ta agresja. Część z przebywających tam osób to po prostu przestępcy? A może nietypowa sytuacja, w jakiej się znaleźli, i zerwanie więzów społecznych wyzwoliło w zwyczajnych do tej pory ludziach jakieś ukryte pokłady zła? Problem nie jest wcale nowy, przemoc seksualna, jak jakaś zmora, pojawia się w obozach bez względu na kontynent czy wyznawaną przez uchodźców religię. Chyba najtrafniej nastroje panujące w tego typu miejscach opisał Wojciech Jagielski w Nocnych wędrowcach. Poniższy fragment dotyczy rządowego obozu dla uciekających przed rebeliantami Aczolich w Ugandzie.
   Chowając się pod strzechami chat przed deszczem i słońcem, oparci plecami o chropawe gliniane ściany, mężczyźni w milczeniu palili tytoń. Siedzieli tak całymi dniami, pozbawieni wszelkiego zajęcia, nie wiedząc, co począć z czasem, z bezczynnymi rękami, wielkimi i sękatymi od ciężkiej pracy na polu. Zwijali je z chrzęstem w pięści, wciskali w kieszenie spodni, prostowali, zaplatali na piersiach, kościstymi palcami chwytali z ziemi źdźbła trawy, kamienie. Prędzej czy później sterane ręce i tak zwisały niezdarnie w geście kapitulacji, jakby niedopasowane, do niczego niepotrzebne, do niczego niepasujące.
   Wystawali też przy drodze, przed drzwiami kilku sklepów, które rozepchnęły się tam wśród stożkowatych chałup. Można w nich było kupić przeterminowaną żywność, papierosy, lemoniadę i piwo. Piwo było ciepłe, bo w Palendze wciąż wyłączano prąd, ale i tak nigdy nie brakowało na nie chętnych.
   Żołnierze z miejscowego posterunku i kierowcy ciężarówek zmierzających do Kampali przysiadali z otwartymi butelkami na drewnianych skrzyniach. Pili piwo powoli, z przymkniętymi oczami, zdając się nie zauważać mężczyzn, którzy obstępowali ich nieśmiałym, niepewnym, ale zacieśniającym się kręgiem. Przysiadali tuż obok, niby nie zwracając na nic uwagi, a naprawdę czujni, wypatrujący przekrwionymi oczyma najmniejszego gestu zachęty ze strony żołnierzy czy kierowców, każdej okazji do pogawędki, która przy odrobinie szczęścia mogłaby się przecież okazać także zaproszeniem do miłej i darmowej biesiady.
   Sprzedawane w sklepach butelkowe piwo było zbyt drogie, by się nim upijać. Ci więc spośród mieszkańców Palengi, którzy codziennej beznadziei nie potrafili już znieść na trzeźwo, odurzali się pędzonym przez miejscowe kobiety kwete, piwem z sorgo, bananów i kukurydzy. Upijali się także dlatego, że nic lepszego do roboty po prostu nie mieli.
   Najpierw stracili na wojnach stada długorogiego bydła, będącego dla Aczolich nie tylko symbolem dostatku, ale i godności, powodem do dumy. Potem odebrano im ziemię, wioski, a nawet cmentarze, gdzie spoczywały prochy przodków.
   Straciwszy ostatnie źródła dochodów, nie mogli już dłużej utrzymywać swoich rodzin, a po ucieczce przed partyzantami, spędzeni przez żołnierzy do przydrożnych obozów, nie potrafili nawet zadbać o bezpieczeństwo własnych dzieci. Nienawidzili swego losu, samych siebie i wszystkich dokoła. Nie mogąc zaś w czymkolwiek zmienić życia, które zdawało im się tak nieznośne, wyrzekali się go i marnieli, umierali jak ich porzucone i obracające się w ugory poletka.
   Ostatnimi uczuciami, jakie w nich jeszcze drzemały, były złość i pożądanie. Złość, bezradna, mściwa i ślepa, zwracająca się nie przeciwko sprawcom ich nieszczęścia – ci byli potężni, nieosiągalni – lecz przeciwko wszystkim tym, którzy z dobroci serca próbowali im pomagać. Pomagając, stawali się świadkami ich upadku i upokorzenia, a więc winowajcami.
   Ze złości, a nie z miłości brało się też pożądanie. Nie było w nim żaru, troski czy czułości, lecz przemoc, chęć niszczenia, zadania bólu, zatracenia się w wyrządzonej krzywdzie i czerpania z niej siły.
   Abola Imbakasi, naczelnik Palengi, uważał, że te złe, mroczne uczucia brały się z tego, iż miejscowi mężczyźni za wiele kobietom zawdzięczali, zanadto stali się od nich zależni. Nie mogąc, a może po prostu nie chcąc wyrwać się z wygnańczego odrętwienia, pozwolili, by ich kobiety wzięły na siebie ciężar utrzymania rodzin, wychowania dzieci. Wypalały cegły i węgiel drzewny, warzyły piwo i sprzedawały je potem w przydrożnych kramach. Zarobione pieniądze musiały dobrze ukrywać przed mężczyznami, by ich nie wykradli i nie roztrwonili na tani, gorzki dżin albo na dziewczyny z Gulu, które za garść szylingów szły z żołnierzami do lasu za wsią.
   Mężczyźni z Palengi nie mieli pieniędzy i nie mogli kupować sobie miłości. Brali więc kobiety siłą, jakby tylko zadawanym gwałtem budzili się do życia z martwoty, w którą zaraz na powrót zapadali.
źródło: lubimyczytac.pl

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Warszawskie słoiki, czyli o stereotypach wkładanych łopatą do głowy


Jakiś czas temu usłyszałam w radiu rozmowę z panią Magdaleną Żelazowską, autorką pierwszej książki o warszawskich słoikach. Temat był w mediach modny jakiś czas temu, teraz już trochę ostygł. Poza stereotypami w zasadzie nic nowego w tej dyskusji nie padło. Pani Żelazowska roztoczyła wizję przyjezdnych jako ludzi nieszczęśliwych, którzy muszą borykać się z cały szeregiem bolesnych problemów, jak wyobcowanie w nowym miejscu, przejmująca tęsknota za domem czy wreszcie dojmujące poczucie wstydu przed pokazaniem domu rodzinnego nowemu chłopakowi. Bo w końcu na prowincji wszyscy mieszkają w byłych PGR-ach z ojcami alkoholikami, a w Warszawie to same dzieci profesorów, intelektualne dysputy i kawior na śniadanie. 

Autorka podobno rozmawiała z wieloma słoikami. No cóż, jak ich spotkam, to uwierzę. (Teraz będzie wycieczka osobista). Sama jestem przyjezdna, tak jak i większość moich znajomych, ale w naszych historiach nie ma żadnego dramatyzmu. Wyjazd do większego miasta na studia był po prostu naturalnym etapem po skończeniu liceum. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, dokąd chcę jechać. Obstawiłam dwa uniwersytety, które na przemian zajmowały pierwsze miejsce w rankingach. Jagielloński mnie nie chciał, wylądowałam w Warszawie. Większość kontaktów z rodzinnego miasta szybko mi się pourywała, były to w końcu znajomości raczej wymuszone faktem, że chodziliśmy do jednej klasy, niż wynikające z rzeczywistej sympatii. Zostało tylko kilka osób, z którymi naprawdę chciałam się zadawać. Poza tym szybko pojawiły się nowe przyjaźnie. Może i byliśmy tą biedniejszą częścią studentów. Śmialiśmy się się nawet, że w akademiku mieszkają głównie ludzie z Polski wschodniej, ze świętokrzyskiego i dzieci nauczycieli. Sama należę do dwóch ostatnich grup. Może i zachłysnęliśmy się trochę wielkim miastem. Nigdy dotąd nie mogłam przebierać w ofercie kilkunastu teatrów ani chodzić na przeglądy filmów ze wszystkich kontynentów. Wtedy nawet współczułam Warszawiakom. Ja mogłam sobie robić, co chciałam, a oni musieli meldować się rodzicom jak licealiści. Dopiero teraz, kiedy już spora część z nich ma dzieci, dostrzegam plusy ich pozycji. Mają przynajmniej babcie do pomocy na miejscu. Prawie nikt nie wracał w swoje rodzinne strony, bo i po co wracać do miejsc, w których trzeba mieć znajomości, żeby znaleźć pracę w supermarkecie. Tyle że zanim w ogóle nastąpił moment decyzji, większość z nas już zdążyła się tutaj poczuć jak w domu.

Moje nastawienie do pierwszej książki o warszawskich słoikach było więc nieco negatywne, postanowiłam jednak dać jej szanse. Po tej radiowej rozmowie spodziewałam się raczej reportażu, a dostałam powieść. Dla autorki to pewnie nawet lepiej, wiele niedociągnięć można w takim wypadku złożyć na karb fikcji literackiej. Magdalena Żelazowska miała pomysł na ramy opowieści. Mamy tu trzy historie z różnymi motywami przewodnimi, ale powiązane ze sobą bohaterami, którzy po prostu się znają. Szkoda tylko, że autorka nie potrafiła wypełnić tych ram sensowną fabułą. Chyba najbardziej irytująca była dla mnie pierwsza historia. Jej bohater cierpi na brak zdolności kredytowej i właśnie wokół problemów mieszkaniowych wszystko tu się kręci. Dosłownie wszystko, bo słowo mieszkania pada w co drugim zdaniu. O samym bohaterze nie dowiadujemy się w zasadzie niczego, co studiował, gdzie pracuje albo czy ma jakieś zainteresowania. Został wyposażony jedynie w kilka stereotypowych cech słoika, a mianowicie nie lubi Warszawy i przywozi jedzenie z domu. Pewnego dnia Paweł, bo tak mu na imię, słyszy od znajomego historię, jak to znajomi jego znajomych dostali mieszkanie w spadku po pewnej samotnej staruszce, którą się zaopiekowali. Nasz bohater zaczyna więc polować na starsze osoby, w tym celu idzie nawet do pobliskiego kościoła i na zebranie spółdzielni. (Uwaga, będzie spoiler). I dzieje się rzecz "niespodziewana". Znajduje staruszka, który po kilku wspólnie wypitych herbatach przepisuje mu dom. Ba, nawet popełnia samobójstwo, żeby bohater nie musiał za długo czekać. Cóż za uczynność! Po drodze dzieje się jeszcze kilka absurdalnych rzeczy. Paweł przechadza się po osiedlach i zagląda ludziom do mieszkań, bo jak wiadomo ludzie w Warszawie tych mieszkań nie zamykają (sic!). Bohaterką drugiej części jest Ewa. Ona mieszkanie ma, ale brakuje jej miłości. W związku z tym zakłada konto w portalu randkowym i zaczyna uprawiać seks z przypadkowo poznanymi mężczyznami. W międzyczasie spotyka się z koleżankami, żeby wspólnie utyskiwać na fakt wymarcia prawdziwych samców. Ostatnia część książki opowiada o Aśce, która po skończeniu studiów nie chce wchodzić w utarty schemat zakładania rodziny, w związku z czym zakłada lifestylowy blog z plotkami o gwiazdach. 

Autorka zdecydowała się na narrację w pierwszej osobie w imieniu trójki swoich bohaterów. Z pozoru takie rozwiązanie może wydawać się łatwe, a nawet atrakcyjne, niesie jednak ze sobą wiele trudności, z których Żelazowska najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy. Nie zadała więc sobie trudu, żeby wszystkie trzy narracje jakoś zróżnicować, nadać wypowiedziom bohaterów jakieś cechy, które świadczyłyby o posiadaniu przez nich osobowości. Nie wiedziała też, że nie należy wkładać w usta mężczyzny frazesów rodem z reklamy kremu L'Oreal o tym, jak to cera jego dziewczyny wyglądała promiennie. W efekcie mamy wrażenie, że to autorka cały czas do nas mówi i tylko podaje się za rożne osoby. Tekst zwarty nie jest jednak w Zachłannych największym problemem. Może nie ma jakiejś większej literackiej wartości, ale pozostaje na poziomie artykułu prasowego. Dramat zaczyna się w dialogach. Tak sztucznych i kanciastych nie czytałam już od wielu lat. Jaskrawym tego przykładem jest rozmowa Ewy z babcią. Żeby oddać sposób myślenia i mówienia dziewięćdzisięciotrzyletniej wiejskiej gospodyni domowej naprawdę nie wystarczy wstawić do jej wypowiedzi zwrotów typu "moje dziecko". Nie wspomnę już nawet o takich szczegółach, jak bardzo wątpliwe jest, żeby taka osoba wiedziała, co to internet, ani jak wspaniałe sklepy są w stolicy.

Z powieści możemy się też dowiedzieć kilku zaskakujących rzeczy. Na przykład, że od studiowania filologii zostaje się gejem. Naprawdę. Wyśmiewani przez dziewczyny koledzy z roku jednej z bohaterek szukali pocieszenia w męskich ramionach. I jeszcze tego, że mężczyźni w Warszawie noszą kuse garniturki. Bóg jeden raczy wiedzieć, co to znaczy. Próbowałam sobie wyobrazić, ale efekt był raczej komiczny. W finale tej opowieści znalazłam iście grafomańska perełkę, która warta jest zacytowania: 
Dopadł do mojego dekoltu. Chwycił zębami mój sutek i mocno przygryzł. Znieruchomiałam przeszyta bólem. Pod powiekami zapiekły mnie łzy. Przerażona spojrzałam w dół. Spod pękniętej skóry wydostało się kilka gęstych czerwonych kropel. Były ciepłe jak łzy, które pojedynczo kapały na moje policzki. Popatrzyłam na pochylonego nade mną Pawła, który chciwie wpatrywał się w moją rankę. Miał ciemne oczy. Wydawało mi się, że przemknął przez nie strach. Wyciągnęłam prawą rękę i dotknęłam jego policzka. Wtedy spojrzał mi w oczy. Przesunęłam dłoń na jego włosy. Zatoczyłam krąg od czoła po kark. Przyciągnęłam jego głowę w dół. – Pij – powiedziałam.
Nie chciałam być niesprawiedliwa wobec autorki, więc usilnie szukałam w Zachłannych jakichś zalet. I znalazłam.  Tę książkę da się przeczytać. Jest całkiem przyzwoicie zredagowana i można dobrnąć do końca bez większego bólu. Naprawdę widywałam gorsze. Ale na jakąś sensowną książkę o słoikach pewnie przyjdzie nam jeszcze poczekać. 

źródło: empik.com

środa, 30 grudnia 2015

Afrykańska Nana


Jeśli spojrzeć na kontynent afrykański pod kątem literackim, na mapie wyraźnie zaznaczają się obszary bogate pod względem utalentowanych pisarzy. Pierwszą taką wyspą jest na pewno RPA, choć tutaj mamy do czynienia raczej z białymi pisarzami burskiego pochodzenia. Drugą jest niewątpliwie południowa Nigeria. Z jakiegoś powodu to ludy Igbo i Joruba wydały ich najwięcej. Wystarczy tu wspomnieć kilka nazwisk, które na stałe zapisały się w historii afrykańskiej literatury, czyli Chinua Achebe, Ben Okri, noblista Wole Soyinka czy popularna ostatnio Chimamanda Ngozi Adichie. Jednym z tych pisarzy jest też zmarły kilka lat temu prozaik Cyprian Ekwensi. Jak to zwykle bywa w przypadku afrykańskich twórców, w polskim przekładzie kazały się tylko dwie jego książki, w tym chyba najbardziej znana Jagua Nana

Już samym tytułem Ekwensi nawiązuje do tradycji powieści o luksusowych kurtyzanach. Bohaterka jego ksiązki też taka jest, w końcu mówią na nią Jagua, droga i pożądana jak samochód marki Jaguar. Już sama jej historia jest niezmiernie ciekawa, bo Jagua to naprawdę dobrze skonstruowana postać, wielowymiarowa, niebanalna, a przy tym niepozbawiona sprzeczności. Zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem, że to jeden z lepszych charakterów, na jaki natrafiłam w prozie. Poznajemy ją wiele lat po tym, jak przyjechała do Lagos. Córka prowincjonalnego pastora, która dusiła się w zaaranżowanym małżeństwie. Odrzuciła społeczność, w której się wychowała, a jednocześnie sama została odrzucona. Dla bezpłodnej kobiety nie ma w końcu miejsca na prowincji. Nie jest wykształcona, ale też nie można jej nazwać lekkomyślną. Pewna swoich wdzięków, lubi być w centrum wagi. Jest zdolna do zemsty na młodszych rywalkach, tak jak do bezinteresownej pomocy. Martwi się o swoich mężczyzn, nawet o tych, którzy ją porzucili. Chyba najbardziej podobało mi się to, że autor nie pokazuje od razu czytelnikowi całej swojej bohaterki, a raczej pozwala jej stawać się coraz bardziej intrygującą i prawdziwą z każdą kolejną stroną. Do pewnego stopnia Jagua jest też pewnie wytworem miasta, w którym przyszło jej żyć. Książka Ekwensiego to też świetny społeczny obraz Lagos skorumpowanego, bezwzględnego, głośnego i brudnego, tak w dosłownym, jak i metaforycznym znaczeniu. Dzięki Jagule i innym dziewczynom z Tropicany czytelnik może poznać je na wskroś, od luksusowych willi do slumsów. W życiu kobiety lekkich obyczajów pojawiają się zaroówno przedstawiciele elity, jak i drobni złodzieje. Aż trudno uwierzyć, że ta książka wyszła w latach sześćdziesiątych, musiała wywołać wtedy niemały skandal. 

Gdy jednak wejść w tekst głębiej, poza główny wątek, znajdziemy w nim ciętą satyrę polityczną. Ekwensi nie przez przypadek stawia na drodze bohaterki Wuja Taiwo, kandydata na radnego w lokalnych wyborach. W ten sposób trafiamy w sam środek walki pomiędzy Organizacją Polityczną Numer 1 a Organizacją Polityczną Numer 2, która nazywają się tak nie bez powodu, niczym poza brakiem kręgosłupa moralnego się w końcu od siebie nie różnią. Obie przekupują wyborców i zatrudniają zbirów do napadania na przeciwników politycznych. Tę karykaturę polityki chyba najjaskrawiej widać w scenie, w której Wuj Taiwo prosi Jaguę, żeby przemówiła do handlarek z targu.
- Nie wiem, co im powiedzieć.    Przechylił się do tyłu i poklepał po kolanie.
- Powiedz im, żeby głosowały na O.P.2. Co? Mówisz, że nie wiesz, co masz powiedzieć? Zaczął się śmiać i klepać po kolanach, stołku, trząść się, aż szklanki do piwa podskakiwały. - Nie wiesz, co im powiedzieć? Nie żartuj! Powiedz im, żeby głosowały na O.P.2. Powiedz im, że nasza partia jest najlepsza. Damy im nowe stragany, dużo towaru i prowizję, żeby miały za co kształcić dzieci. Obiecaj im wszystko, co ci ślina na język przyniesie. Kiedy Wuj Taiwo zwycięży, nie będą pamiętały o obietnicach. Powiedz im, że jestem przeciwny temu, żeby kobiety płaciły podatki. To złe, podłe. Powiedz im, że walczę o równość kobiet. Kobiety muszą mieć równe prawda z mężczyznami. Zastanawiasz się, co im powiedzieć? O Boże! Powiedz im, że wszystkie kobiety w Lagos na pewno dostaną dobrą pracę, jeśli będą na mnie głosowały. Zniknie bezrobocie. Kobiety będą sprawiedliwie traktowane. Będą miały pozycję społeczną. Muszą reprezentować klasę...
Z powieści zniknął niestety w polskim tłumaczeniu specyficzny język. Ekwensi pisał łamaną angielszczyzną ulic Lagos, żeby jeszcze lepiej wczuć się w sposób myślenia swoich bohaterów. Niemniej to, co zostało, i tak jest warte uwagi. Jagua Nana jest jedną z tych książek, przy których nie należy się zrażać wolno zawiązującą się akcją w pierwszych kilku rozdziałach, bo potem już wciąga na dobre. 

źródło: lubimyczytac.pl