sobota, 26 grudnia 2015

Rok 2015 w animacji


Albo co roku wychodzi coraz mniej dobrych anime, albo ja robię się coraz starsza. Obawiam się, że to raczej ten drugi przypadek. Już na etapie oglądania zapowiedzi mam wrażeniem, jakbym tonęła w morzu kiepskich szkolnych komedyjek ecchi. Anime coraz bardziej staje się dla mnie zbiorem powielanych schematów. Już wiem, że bohaterowie, których losy niespodziewanie się połączyły, na pewno spotkali się już w dzieciństwie i przypomną to sobie w miarę rozwoju fabuły. Domyślam się też, jaki charakter będzie miał bohater z czerwonymi włosami, a jaki ten z niebieskimi. Nie wiem, czy jest to efekt zamiłowania Japończyków do schematów, czy może odpowiedź na oczekiwania odbiorców. W końcu to oni uparcie wpisuję do wyszukiwarek internetowych frazę "anime podobne do...". W tym zalewie typowych rozwiązań fabularnych z przyjemnością witam każdy przejaw oryginalności. Niestety nie było w tym roku zbyt wielu anime, które mogłabym szczerze polecić. A właściwie są tylko dwa tytuły. 

One Punch Man


Niekwestionowany król sezonu. Zyskał nawet sympatię osób, które swoją przygodę z anime zakończyły w gimnazjum, kiedy jeszcze Dragon Ball leciał na RTL7. Ale to fanom gatunku ten serial dał najwięcej radości, bo One Punch Man to świetna parodia. Pewien mangaka amator o pseudonimie ONE wziął popularny schemat shounena o superbohaterach i postawił go na głowie. To, że Saitama nie jest typowym bohaterem anime, widać na pierwszy rzut oka. Nie ma w końcu bujnej grzywy. Imperatyw ciągłego treningu i doskonalenia się, żeby stawić czoła kolejnym przeciwnikom, zamienia na sto brzuszków i sto pompek. Zamiast wymyślać coraz dziwniejsze nazwy stylów walki, zadaje po prostu zwykły cios. A więcej czasu niż starcie ze strasznym potworem zagrażającym światu zajmuje mu łapanie komara. Darmowy internetowy komiks bardzo szybko zrobił się popularny, a jego potencjał zauważyło jedno z większych wydawnictw mangowych Shueisha, właściciel popularnego magazynu Jump. One Punch Man musiał jednak zostać przerysowany, umiejętności graficzne nie są bowiem jednym z talentów, jakimi może poszczycić się ONE. Za nową wersję odpowiedzialny był słynący z dbałości o detale Yusuke Murata. Anime było już tylko kwestią czasu. Wyszło naprawdę dobrze, grafika jest ładna, a humor nietuzinkowy. Dodatkową zabawą może być rozpoznawanie w rysach przewijających się po ekranie postaci podobieństwa do bohaterów innych tytułów.

Shokugeki no Souma


Tu za to mamy do czynienia z jak najbardziej typowym shounenem. Rzecz dzieje się w szkole, celem głównego bohatera jest ciągłe doskonalenie swoich umiejętności i wygrywanie z kolejnymi przeciwnikami, a wokół niego zbiera się gromadka wiernych towarzyszy. Nawet kolor włosów się zgadza, temperament Soumy jest tak ognisty jak jego czupryna. Jedynym odstępstwem od normy jest tu zamienienie walki na pięści na... gotowanie. Wyszło całkiem zgrabnie. Fabuła wciąga, a bohaterowie dają się lubić. Nigdy też nie widziałam, żeby ktoś tak ładnie narysował jedzenie (na szczęście tylko narysował, bo kuchnia w serialu jest dość mięsna, a ja słabo znoszę widok padliny). Oczywiście pojedynki na gotowanie, w których o wygranej przesądza dodanie jednej przyprawy lub użycie jakiegoś nieznanego przeciwnikowi sposobu duszenia, są znacznie przesadzone, ale przecież wiemy, że to wszystko nie jest tak całkiem na poważnie. Nawet element ecchi w Shokugeki no Souma za bardzo nie razi. Występuje na szczęście głównie w momentach próbowania potraw i daje całkiem humorystyczny efekt. 

Oczywiście w tym roku wyszło jeszcze kilka całkiem przyzwoitych tytułów, na które można zwrócić uwagę. 
Overlord 
Pewien gracz VRMMO, który nie lubi swojej pracy i ogólnie woli świat wirtualny od rzeczywistości, nagle zostaje przeniesiony do gry. Tak, to już było. Ludzie uwięzieni w grze są ostatnio popularnym tematem. Niemniej ten bohater wcale nie zamierza uciekać. Staje się lordem Momongą, władcą ciemności, który ma na swoje rozkazy bandę całkiem niebezpiecznych potworów. Na początku niezbyt orientuje się w sytuacji, ale z czasem zaczyna myśleć o ekspansji na to nowe, nieznane terytorium. Jeśli za czymś tęskni, to jedynie za swoimi przyjaciółmi, których poznał w wirtualnym świecie. Niestety fabuła po pierwszym sezonie zostaje dość brutalnie ucięta w momencie, w którym właściwie jeszcze nic się nie wyjaśniło. 
GATE
Tu z kolei nasz świat przenika się ze światem magicznym, a japońskie siły samoobrony jako jedyne dbają o prawa człowieka. Czyli po prostu fantasy. Pewnego dnia w Tokio otwiera się brama do innego wymiaru, w którym żyją czarownice, smoki i tym podobne. Całkiem udana przygodówka z niestety dość schematycznymi bohaterami. 
Shigatsu wa Kimi no Uso
Historia romansu utalentowanego pianisty, który po tragicznych przeżyciach porzucił fortepian, oraz nad wyraz energicznej i optymistycznie nastawionej do świata skrzypaczki. Tegoroczna perełka z gatunku okruchy życia, która na pewno przypadnie do gustu wielbicielom takich tytułów jak choćby Clannad czy Honey & Clover

sobota, 19 grudnia 2015

Co twój pradziad jadał na obiad, czyli o historii prywatności


Nigdy nie lubiłam historii w wydaniu szkolnym. Za dużo było tam niepowiązanych ze sobą faktów, bitew i dat. Miałam wrażenie, że taki sposób ukazywania przeszłości kompletnie niczego nie wyjaśnia. Wolałabym się dowiedzieć, jacy byli ludzie w danej epoce, jak wyglądał ich zwykłe dzień, co zajmowało myśli i jakimi wartościami się kierowali. Łatwo te różnice zbagatelizować, co świetnie widać w filmach historycznych i kostiumowych, których bohaterowie zdecydowanie za często zachowują się jak osoby wyjęte z XX wieku. Zupełnie jakby wtrącenie do ich wypowiedzi archaicznych zwrotów całkiem załatwiało sprawę. Można też naszych przodków skrytykować i przykleić im łatkę ciemnogrodu bez jakiejkolwiek próby zrozumienia. Obyczaje danej epoki czy też dominujące wówczas prądy myślowe są też często traktowane jako historia drugiej kategorii, nie tak ważna jak twarda polityka. Ale czy ta polityka byłaby w ogóle możliwa, gdyby nie trafiła na podatny grunt? 

Na pięciotomową Historię życia prywatnego wydawnictwa Ossolineum polowałam już od jakiegoś czasu. Niestety nie jest to pozycja łatwo dostępna w bibliotekach. Znalazłam ją dopiero w wypożyczalni książek naukowych. Zaczęłam od czwartego tomu, który obejmuje XIX wiek rozumiany jako spójną epokę kulturową, a nie kalendarzową. Za cezurę początkową przyjęto rewolucję francuską, a za końcową - I wojnę światową. Zawsze miałam słabość do tej epoki, jestem w końcu dzieckiem wychowanym na XIX-wiecznych powieściach. Był to czas odkryć naukowych, postępu techniki, ale też ogromnych zmian w mentalności. To wtedy rodziło się nowoczesne poczucie tożsamości narodów i rozpowszechniła idea miłości romantycznej. Zawierać małżeństwo z miłości? Jeszcze kilka pokoleń wcześniej uznano by to za nonsens. Nową wartość zyskała rodziną, której autorzy książki poświęcili cały rozdział. Bo jak mawiała pewna moja pani wykładowca: jeśli widzicie w filmie średniowiecznych rodziców płaczących po stracie dziecka, nie wierzcie w to. W XIX wieku coś się zmieniło. Dzieci wszakże ciągle dość często umierały, choroby niemowlęce były bardzo powszechne, a jednak już wypadało po nich płakać. Stały się wartością. Ba, niektórzy zaczęli nawet przebąkiwać, że wychowanie za pomocą kija czy pasa nie jest najlepszym pomysłem. 

Wiek XIX był też oczywiście wiekiem pruderii i obłudy. Poprawiały się warunki życia ludności, co niosło niespodziewane konsekwencje. O ile w czasach, w których kilka pokoleń mieszkało w jednej izbie ze zwierzętami gospodarskimi, edukacja seksualna przebiegała dość naturalnie, o tyle pannom z lepiej sytuowanych XIX-wiecznych rodzin zabraniano nawet mówić o tych sprawach. Tej krucjacie przeciwko życiu seksualnemu autorzy poświęcili osobny podrozdział. Sporo jest też o kobietach, co jest niewątpliwie uzasadnione. Ich pozycja znacznie się w tej epoce zmieniła i to wcale niekoniecznie na korzyść. Choć w zbiorowej świadomości nierówności mają znacznie dłuższy rodowód, obraz kobiety jako strażniczki ogniska domowego w pełni ukształtował się dopiero w XIX wieku. No cóż, społeczeństwo musi stać na to, żeby trzymać swoje kobiety w domu. Trudno sobie wyobrazić taki podział ról u średniowiecznego chłopstwa. Żeby rodzina mogła przetrwać, każdy jej członek musiał w końcu wykonywać ciężką fizyczną pracę. Oczywiście lwia część zawartych w książce relacji dotyczy lepiej sytuowanych warstw społeczeństwa, po których zostało po prostu więcej źródeł historycznych. 

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić,  to na pewno do skupienia się jedynie na wybranych regionach Europy. Historia życia prywatnego  to publikacja stworzona przez historyków francuskich i brytyjskich i to właśnie Francji jest tu najwięcej, czasem wtóruje jej Wielka Brytania, a o innych obszarach jakby zapomniano. Tę wadę równoważy jednak bogactwo obrazów, rycin i zdjęć (Francja to w końcu ojczyzna fotografii). Materiał uszeregowano w dość nietypowy sposób na wzór teatru życia. Mamy więc wprowadzający rozdział, czyli podniesienie kurtyny, przedstawienie aktorów, tutaj członków rodziny, opis sceny i miejsca akcji (domu) i wreszcie zaglądamy za kulisy, za którymi ukryto wszystkie wstydliwe bolączki epoki jak epidemię chorób wenerycznych czy nieludzkie metody leczenia chorób psychicznych. Dość nietypowy jest język publikacji, zadziwiająco wysublimowany jak na opracowanie historyczne. Mnie to nie przeszkadza, już dawno nie miałam w rękach książki, z której nauczyłabym się jakiego nowego polskiego słówka, ale wielu uzna to pewnie za zbędny ozdobnik. 

źródło: www.matras.pl

piątek, 4 grudnia 2015

Sudan Południowy albo opowieść o chciwości


Film Jesteśmy waszymi przyjaciółmi na pewno nie jest dokumentem idealnym, czasem za dużo tam dopowiedzeń reżysera, a momentami w narrację wkrada się chaos, który widzowi bez jakiejkolwiek wiedzy o Sudanie Południowym utrudni interpretację. Niemniej to odważna próba wyjaśnienia, co naprawdę stało się z największym państwem Afryki. Reżyser podważa schematy i obnaża pozorność działań pokojowych, a to już wystarczający powód, żeby film obejrzeć. 

Hubert Sauper przybywa do Sudanu Południowego własnoręcznie skonstruowaną awionetką na chwilę przed uzyskaniem niepodległości przez to najmłodsze państwo świata. Opowieść zaczyna jednak od nawiązania do kolonializmu. Głosami Sudańczyków przypomina, jak kolonialni władcy, których noga nieraz nawet nie postała na kontynencie, podzielili go na strefy wpływów, nie bacząc przy tym na istniejące podziały etniczne czy państwowe. Sam Sudan od początku był więc tworem sztucznym. Arabski i muzułmański na północy, a rdzennie afrykański i chrześcijański na południu nie mógł uniknąć rozpadu. Europejska opinia publiczna, a szczególnie ta jej część niezbyt zainteresowana sprawami Afryki, zwykła uznawać kolonializm za element historii. Hubert Sauper udowadnia jednak bliską memu sercu tezę, że taka polityka państw pierwszego świata wobec Afryki nigdy się nie skończyła, nabrała tylko nieco bardziej ekonomicznego charakteru. Dlatego już w momencie przedstawiania nam najważniejszych postaci sudańskiej sceny politycznej reżyser wyjaśnia, kto cieszy się poparciem światowych mocarstw. 

źródło: filmweb.pl

Przez kadry filmu przewija się cała galeria postaci mających wpływ na los Sudańczyków. Są tam skorumpowani politycy, którzy za bezcen oddają w dzierżawę zachodnim koncernom najlepsze tereny, przedstawiciele amerykańskich koncernów naftowych z całym tym ich luzem i groteskowymi przemówieniami o równości i rozwoju, a nawet oderwani od rzeczywistości misjonarze z Teksasu, którzy za największy problem miejscowej ludności uważają brak ubrań i próbują na siłę wciskać małym dzieciom skarpetki na nogi. Jest wreszcie kontrowersyjna obecność chińskiego kapitału, który już od kilku lat szturmem wdziera się na kontynent afrykański. Z pozoru współpraca z Chińczykami wydaje się niezłym rozwiązaniem. Przynajmniej nie inspirują wojen i przewrotów ani nie dozbrajają różnych szemranych bojówkarzy czy rebeliantów, jak to od lat mają w zwyczaju choćby Amerykanie, Francuzi czy Brytyjczycy. Chińskie inwestycje nic jednak Sudańczykom nie dają. Dla pracowników rafinerii buduje się co prawda całe kompleksy biur i hoteli, ale miejscowi mogą w nich być co najwyżej stróżami lub sprzątaczkami. 

A gdzie w tym wszystkim Sudańczycy? Można ich znaleźć w naprędce skleconych wioskach pośród gór śmieci za ogrodzeniami fabryk. Tam, gdzie woda nie nadaje się już do picia, bo zatruł ją przemysł naftowy. Na najgorszych ziemiach, bo te żyzne już dawno przejęły koncerny spożywcze pod uprawę palm olejowych. Sam reżyser podchodzi do Sudańczyków podmiotowo, co chyba najbardziej spodobało mi się w jego filmie. Ci nie wyglądają tu jak w reklamach organizacji humanitarnych, nie są bezmyślnymi obiektami, którym trzeba pomóc nawet bez pytania ich o zdanie. Sudańczycy w Jesteśmy waszymi przyjaciółmi są biedni, ale na pewno nie głupi. Nawet jeśli brakuje im wyszukanych słów, w prosty sposób wyjaśniają przyczyny swojego nieszczęścia. Dużo w tym rezygnacji i zawiedzionych nadziei, jak choćby słowach pewnego starszego mężczyzny, który stwierdza, że nawet jeśli trafi się jakiś silny i uczciwy przywódca, to pewnie i tak zginie w wypadku lotniczym. Jesteśmy waszymi przyjaciółmi to gorzka pigułka zwłaszcza dla tych mieszkańców pierwszego świata, którzy ciągle wierzą w swoją misję cywilizacyjną. 


czwartek, 26 listopada 2015

Co ty wiesz o chrześcijaństwie?


Zastanawialiście się kiedyś, skąd czerpiecie wiedzę na temat własnej religii? O ile oczywiście jakąś wyznajecie. Ja, chociaż jestem wierząca, od dłuższego czasu mam wrażenie, że obraz chrześcijaństwa w mojej głowie jest poszatkowany i niekompletny. Wyniosłam go między innymi z lekcji historii i religii, niedzielnych kazań oraz lektury Nowego Testamentu. (Przyznaję się bez bicia, że Starego nigdy w całości nie przeczytałam, a tamten Bóg zawsze wydawał mi się obcy, groźny i jakiś taki nie mój). Pewnie złożyły się na niego też różne medialne relacje i powszechne przekonania, które obok teologii nawet nie leżały. Często nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, skąd wzięło się dane przekonanie czy tradycja, zwłaszcza jeśli odpowiedzi nie znajduję w Biblii. Najwięcej luk mam chyba właśnie w obszarze historii Kościoła, nie tyle tej politycznej, co właśnie teologicznej. Nie żebym zamierzała od razu rzucać się w wir studiów religioznawczych, po prostu rozglądałam się za książką, która zarysowałaby mi dzieje chrześcijaństwa w przystępny sposób. I tak trafiłam na leksykon Chrześcijaństwo autorstwa profesora historii religii z Uniwersytetu w Turynie Giovanniego Filorama. Jego niewątpliwym plusem są ilustracje, dzięki którym można też z grubsza przyjrzeć się dziejom sztuki sakralnej. 

Książkę dość sensownie podzielono na cztery części. Pierwsza poświęcona jest właśnie powstaniu chrześcijaństwa i jego historii. Możemy się z niej dowiedzieć, jak z prześladowanego wyznania stało się religią panującą w Cesarstwie Rzymskim, o czym obradowały najważniejsze sobory oraz na czym polegały średniowieczne herezje. Druga skupia się na rodzajach chrześcijaństwa, czyli katolicyzmie, prawosławiu i największych wyznaniach protestanckich. Trzecia część to już czysta teologia, czyli wyjaśnienie podstawowych pojęć i doktryn, czwarta zaś wyjaśnia, jak mają się do tego praktyki religijne. Słowem, mamy tu do czynienia z pozycją dość ogólną, równie odpowiednią dla praktykującego katolika, jak i dla osoby, która o chrześcijaństwie jeszcze nigdy nie słyszała. Autor zresztą bardzo się stara unikać specjalistycznego słownictwa, a wszystkie terminy grzecznie wyjaśnia na marginesie. Do opisywanych zagadnień podchodzi raczej chłodno i naukowo, co akurat mnie bardzo przypadło do gustu. Osób, które nie potrafią mówić o religii bez osobistych wycieczek i drobnych złośliwości, mam już po dziurki w nosie. Nie jest to jednak książka napisana jakimś szczególnie pociągającym stylem. Gdyby zbudowana była jedynie z ciągłego tekstu, pewnie można by ją nawet uznać za nużącą. Sytuację ratują ilustracje, a właściwie liczne reprodukcje obrazów. Niemal każdemu towarzyszy krótka historia powstania lub jakaś anegdotka z nim związana. Pewnie dzięki warstwie wizualnej to właśnie leksykon Chrześcijaństwo był w ostatnim miesiącu moją ulubioną lekturą do kawy. 

Książka Giovanniego Filorama na pewno nie wyczerpuje tematu. Dla kogoś, kto chciałby dogłębnie poznać chrześcijaństwo, mogłaby być co najwyżej wstępem. Niemniej jeśli chcecie pewne rzeczy sobie przypomnieć lub ograniczyć się do najważniejszych kwestii, a przy okazji pooglądać reprodukcje obrazów w leniwe popołudnie, leksykon Wydawnictwa Arkady będzie strzałem w dziesiątkę. W ofercie są też podobne publikacje poświęcone islamowi, judaizmowi oraz buddyzmowi. 

źródło: www.matras.pl

środa, 18 listopada 2015

Zimno, jeszcze zimniej


Od jakiegoś czasu systematycznie popełniam blogowe samobójstwo. Nie dość, że rzadko piszę, to jeszcze uparcie wybieram mało popularne tematy. A przecież zdarza mi się czytać i oglądać rzeczy znane i lubiane. Albo chociaż nowe. Jedak jakiś złośliwy chochlik podpowiada mi, że nie ma sensu o tym pisać. Dzisiaj też będzie coś ani nowego, ani znanego. Koreańska drama, która nijak nie przypomina typowego przedstawiciela gatunku. 

Jako widz lubię być zaskakiwana, a czasem nawet oszukiwana. Kiedy już za dużo wiem, robi się po prostu nudno. Twórcy tego serialu pogrywają sobie z widzem już samym tytułem. White Christmas. Taki tytuł przywidzi na myśl radosne piosenki, zapach choinki, kolorowe lampki i tym podobne rzeczy. Zwłaszcza jeśli zna się specyfikę koreańskich dram, które przeważnie bywają zabawne i łzawe zarazem. A tu z każdego kadru bije chłód. Rzecz dzieje się w elitarnej (jakże by nie!) Susin High School, do której może uczęszczać tylko ułamek najlepszych uczniów w kraju, szkole położonej wysoko w górach, gdzie nie dociera sygnał telefonów komórkowych. Uczniowie nazywają ją raczej obozem. Nie pozwala im się tu zajmować niczym poza nauką, za łamanie regulaminu grożą surowe kary, a każdy ich ruch śledzą kamery. Podczas roku szkolnego wolno im opuścić to miejsce tylko raz, na czas ośmiu dni przerwy świątecznej. Nie wszyscy chcą skorzystać z tego przywileju. W wigilię w szkole zostaje ośmioro uczniów, jeden nauczyciel i pewien psychiatra. Radio nadaje komunikat o zbiegłym seryjnym mordercy. Wiem, o czym pomyśleliście: będzie krwawy horror. Nic z tych rzeczy. Jest jeszcze list, który otrzymał każdy z uczniów. Wiersz, w którym autor wylicza grzechy, jakich się wobec niego dopuszczono. Kryminał! A my będziemy musieli zgadnąć, kto jest mordercą? Też nie. A przynajmniej nie do końca. White Christmas śmiało można nazwać kinem psychologicznym, a fabułę eksperymentem, którego nie powstydziłby się Philip Zimbardo. 


Serialowi przyświeca jedno pytanie: rodzimy się potworami, czy się nimi stajemy. Żeby na nie odpowiedzieć, będziemy musieli lepiej poznać bohaterów. Wśród uczniów od początku prym wiedzie Park Moo Yul (Baek Sung Hyun), ma zadatki na przywódcę, silne poczucie moralności i jest inteligentny (choć to w sumie oczywiste, skoro jest w najlepszej szkole w Korei). Choi Chi Hoon (Sung Joon) to jego główny rywal, najbystrzejszy z całej gromadki, ma jednak problem z prawą półkulą mózgu, przez co nie odczuwa emocji tak jak inni ludzie. Lee Jae Kyu (Hong Jong Hyn) jest tu nowy i nie potrafi się odnaleźć. Kiedyś uchodził za mądrego chłopaka, ale w szkole takiej jak ta mało kto w ogóle zaważa jego istnienie. Yoon Eun Sung (Esom), kiedyś najpopularniejsza dziewczyna w szkole, teraz samotniczka. Yang Kang Mo (Kwak Jung Wook) filmuje wszystko, co dzieje się w szkole, i stara się dawać, że wcale mu nie przeszkadza jego głuchota i konieczność noszenia aparatu słuchowego. Jo Jung Yae (Kim Jung Kwang) za agresją próbuje ukryć swoje własne potwory i słabości. Yoon Su (Lee Soo Hyuk) to uzdolniony muzycznie nastolatek, który walczy z depresją. I wreszcie Kang Mi Reu (Kim Woo Bin - panie się cieszą), czyli szkolny łobuz o dobrym sercu. Byliby wystarczająco skomplikowani jako zwykłe nastolatki, a to przecież przyszła elita kraju (w Korei edukacja naprawdę ma znaczenie). 

Fabuła i relacje między bohaterami nie są jednak tym, co najbardziej zachwyciło mnie w White Christmas. Najlepszy jest tu po prostu klimat. Tak, wiem, że to wyświechtane słowo, ale połączenie pięknych widoków ośnieżonych gór z chłodem zbudowanej z betonu i stali nowoczesnej szkoły naprawdę robią wrażenie. Operator wiedział, jak to wykorzystać, bo kadry są świetne i dość artystyczne jak na serial telewizyjny. Dobór muzyki tylko pogłębia ten efekt i już nie można się oderwać. 

źródło: www.dramawiki.pl

piątek, 30 października 2015

Gdy zmysły zawodzą


Dziś chciałam Wam polecić trzy mało znane filmy, których bohaterowie szybciej lub wolniej tracą zmysły, a reżyserzy robią wszystko, żebyśmy nie mogli zaufać naszym. Plączą, mocą i mieszają wątki, tak że już nie wiadomo, co wydarzyło się naprawdę, a co tylko przywidziało bohaterom. Na temat szaleństwa nakręcono oczywiście obrazy lepsze i bardziej popularne, które z przyjemnością pomijam, bo co to za sens polecać ludziom coś, co już znają. 

Obłąkani

źródło: filmweb.pl

Niech nikogo nie zniechęci tytuł jak z horroru klasy B, to tylko wymysł naszych kochanych dystrybutorów. W oryginale film nosi tytuł Eliza Graves i wzorowany jest na opowiadaniu Edgara Allana Poego System doktora Smoły i profesora Pierza. Scenariusz znacznie odbiega od literackiego pierwowzoru, ale zachowuje jego specyficzne poczucie humoru. Jest rok 1899, do zakładu dla obłąkanych Stonehearst przybywa młody psychiatra z Oksfordu Edward Newgate (Jim Sturgess). Ciągnie go tam chęć odbycia stażu, a także fascynacją jedną z pacjentek, która cierpi na dość częstą w owym czasie wśród kobiet histerię. Ośrodkiem kieruje ekscentryczny doktor Silas Lamb (Ben Kingsley). Adept psychiatrii szybko przekona się, że trafił do prawdziwego domu wariatów. Pacjentów nie leczy się co prawda popularnymi w XIX wieku metodami, jak polewanie lodowatą wodą czy elektrowstrząsy i nawet jadają przy jednym stole z personelem, ale coś tu wyraźnie jest nie w porządku. Lekarze i pielęgniarki zwariowali? A może to Edward Newgate traci zmysły? Tak przewrotnego zakończenia nie powstydziłyby się sam Edgar Allan Poe. Dużym plusem filmu są naprawdę dobre role Bena Kingsleya i Davida Thewlisa. Młodsze pokolenie sprawuje się nieco gorzej, zwłaszcza Kate Beckinsale w roli Elizy Graves, która przeważnie tylko ładnie wygląda. 

Perfect Blue

źródło: subscene.com

Perfect Blue, czy raczej jak głosi oryginalny tytuł Pafekuto Buru (co świetnie odzwierciedla sposób, w jaki Japończycy traktują język angielski), to rzecz nieco starsza i animowana, bo zestawienie bez anime byłoby zestawieniem straconym. Opowieści o gwiazdkach pop bywają zwykle przesłodzone, tu jednak jest mrocznie i krwawo. Młodziutka Mima zdobyła już pewną popularność w girlsbandzie, jednak jej wytwórnia postanawia zrobić z niej aktorkę. Jako że jesteśmy w Japonii, dziewczyna nie ma wiele do gadania. W serialu będzie musiała zagrać kilka odważnych scen, co niekoniecznie spodoba się jej fanom. Wkrótce Mima zaczynie widzieć zjawę dawnej siebie, a w jej otoczeniu dojdzie do serii tajemniczych morderstw. Kto zabija? Psychopatyczny fan? A może sama Mima? Reżyser podsuwa nam aż za dużo możliwych rozwiązań, a zakończenie oczywiście zaskakuje. Gdyby tylko kreska była lepsza, ale w końcu ta produkcja ma już osiemnaście lat. 

Dolores 

źródło: filmweb.pl

Tu mniej jest szaleństwa, całkiem sporo za to kłopotów z pamięcią i oceną, kto tu tak naprawdę jest zły. Z początku Dolores przypomina nieco Misery i nie bez powodu. To kolejna ekranizacja prozy Stephena Kinga, a w roli głównej znów zobaczymy Kathy Bates. Ta jest jednak moim skromnym zdaniem lepsza, bo wiele tu niuansów. Takiego Kinga mogłabym nawet polubić. Kiedy w gwałtowny sposób ginie Vera Donovan (Judy Parfitt), podejrzenia padają na jej wieloletnią opiekunkę Dolores Claiborne, zwłaszcza że mąż bohaterki zginął w równie tajemniczych okolicznościach. Do miasta przyjeżdża córka Dolores Selena (Jennifer Jason Leigh), która nie widziała matki od piętnastu lat. Z tej postaci mógłby być dumny Zygmunt Freud, kobieta jest bowiem chodzącym modelem jego teorii. Pozornie niezależna i utalentowana dziennikarka (pominę złośliwe uwagi na temat różnic w tym, jak wykonywanie tego zawodu wygląda naprawdę, a jak jest zwykle przedstawiany w filmach), która zmienia facetów jak rękawiczki, ale w rzeczywistości całe jej dorosłe życie jest naznaczone piętnem z dzieciństwa, a trauma sprzed lat wyjaśnia wszystkie obecne problemy. Rys psychologiczny jest może nieco toporny, na szczęście nie dostajemy wszystkich informacji naraz. Największym walorem Dolores jest właśnie dawkowanie informacji i manipulowanie osądem widza na temat bohaterów. To naprawdę miła odmiana, kiedy się od początku nie wie, kogo w filmie powinno się lubić. 

poniedziałek, 5 października 2015

Tam, gdzie ludzie zapominają umierać


Zwykle lubię amerykańskie książki naukowe i popularnonaukowe za ich zwięzłość i prostotę przekazu. Zwłaszcza, kiedy porówna się je z niektórymi starszymi publikacjami polskich autorów, który lubowali się w pisaniu zdań piętnastokrotnie złożonych. Ale z prostotą można też przesadzić, czego świetnym przykładem jest książka Dana Buettnera Niebieskie strefy. 9 lekcji długowieczności od ludzi żyjących najdłużej. Jak na efekt wieloletnie pracy naukowej zdecydowanie za mało tu twardych danych, a za dużo uogólnień i cudownych recept. 

Autor razem ze swoją ekipą badał społeczności, w których liczba stulatków znacznie przekracza światową średnią. Odwiedził japońską wyspę Okinawa, Sardynię, Kostarykę, społeczność Adwentystów Dnia Siódmego w kalifornijskiej miejscowości Loma Linda oraz wyspę Ikaria na Morzu Śródziemnym. Badacze szukali w stylach życiu stulatków czynników, które pozwoliły im dożyć tak sędziwego wieku i cieszyć się przy tym dobrym zdrowiem. Wnioski nie były szczególnie zaskakujące. Wszyscy przecież wiemy, że należy się dobrze odżywiać, zażywać ruchu na świeżym powietrzu i unikać stresu. O zdrowym stylu życia mówi się w końcu dzisiaj dużo, doskonale znamy też zalecenia lekarzy i dietetyków. Problem w tym, że jeśli nawet wprowadzamy je w życie, to często tylko na krótką metę. Albo robimy to, kiedy jest już za późno. W badanych społecznościach zdrowy styl życia jest usankcjonowany tradycją, powszechnie praktykowanymi zwyczajami albo religią. Stulatkowie, z którymi wywiady przytacza Dan Buettner, tak po prostu jadali, pracowali i spędzali wolny czas przez całe swoje życie. Nie zastanawiali się nad tym, nie chadzali do poradni dietetycznych, nie traktowali swojego sposobu życia jako wyrzeczenia. A do tego potrafili się tym cieszyć. 

Autor przedstawia wyniki swoich badań w sposób aż nazbyt łopatologiczny. Każdej z niebieskich sfer poświęcony jest osobny rozdział zakończony podsumowaniem, w którym w punktach wyłuszczono najważniejsze elementy stylu życia stulatków z danego obszaru. A jakby tego było mało, na końcu mamy jeszcze rozdział ogólny, a zasady są nam objaśnianie jeszcze raz w formie dziewięciu lekcji, cobyśmy na pewno zrozumieli. Jakie to lekcje?
1. Aktywność fizyczna. Niekoniecznie na siłowni, ale za to regularnie i przez całe życie. A nie tylko do momentu zrzucenia kilku zbędnych kilogramów. 
2. Nieprzejadanie się. 
3. Zdrowa dieta. To oczywiste. Stulatkowie jadają prosto, ich posiłki składają się głównie z nieprzetworzonych produktów roślinnych, najlepiej z własnego ogródka. Jeśli już jadają mięso, to tylko od święta. Nie znają fast foodów. 
4. Picie czerwonego wina, ale z umiarem. 
5. Znalezienie sobie w życiu celu.
6. Zwolnienie tempa i pozbycie się stresu.
7. Przynależność do wspólnoty religijnej. 
8. Stawianie rodziny na pierwszym miejscu.
9. Otaczanie się ludźmi, którzy nas lubią i rozumieją. 

Chociaż Dan Buettner wielokrotnie podkreśla, że długowieczność jest efektem współgrania wielu czynników, sam niejednokrotnie wpada w pułapkę cudownych recept i zachwyca się jakimś pojedynczym produktem, jak orzechy ziemne, kozie mleko czy czerwone wino. Jak przystało na amerykańskiego autora, dokonuje też pewnej macdonaldyzacji wyników swoich badań i często sprowadza je do aż nazbyt prostych rad. Najjaskrawszym przykładem tego fast foodowego stylu są chyba porady dotyczące wiary. 
(...) wypróbuj różne wspólnoty, a jeżeli jest ci nie po drodze z największymi wyznaniami lub żadne nie zdołało cię przekonać, weź pod uwagę religię nieopierającą się na surowych dogmatach. Oto kilka przykładów: uniwersalizm unitariańskie - propozycja dla każdego, kto wierzy we wrodzoną wartość i godność człowieka, jak również akceptuje swobodę jednostki w poszukiwaniu duchowej ścieżki;bogata tradycja buddyzmu; ruch etyczny (...). 
Serio? Jeśli ludzie wierzący rzeczywiście żyją dłużej od niewierzących, to na pewno nie dlatego, że traktują swoją duchowość jak wizytę w Burger Kingu. Uzasadnienia wskazujące, że wyznawania jakiejś religii "pozwala przerzucić część ciężaru dnia powszedniego na barki siły wyższej" też są dużym uproszczeniem, jeśli nie przekłamaniem. Sama jestem osobą wierzącą i mogę zapewnić, że wiąże się to z wieloma rzeczami, ale na pewno nie z mniejszą odpowiedzialnością. 

źródło: www.galaktyka.com.pl