sobota, 2 maja 2015

"Najistotniejszym i naturalnym powołaniem człowieka jest jego doskonalenie się"


Niełatwo przenieść na scenę tak monumentalne dzieło, jak Czarodziejska góra Thomasa Manna. Nie chodzi tu wcale o objętość wyrażoną w liczbie stron i czasie trwania akcji, który obejmuje aż siedem lat, ale o wielość poruszanych wątków. Być może lepszym wyjściem byłoby wybranie tylko jednego lub kilku z nich, tak jak to zrobił z Idiotą Dostojewskiego Andrzej Wajda? Wojciech Malajkat porwał się jednak na całość. Przypuszczam, że widzowie, którzy znali książkowy pierwowzór, lepiej odebrali spektakl. Ja jednak wyszłam z Teatru Syrena nieco przytłoczona mnogością znaczących dialogów, po których nie dano mi ani chwili, żebym mogła się nad nimi zastanowić. Choć spektakl trwał przecież trzy godziny!

W przededniu pierwszej wojny światowej do sanatorium dla chorych na płuca w Davos przybywa Hans Castorp (Patryk Pietrzak). Młody mężczyzna początkowo chce tylko odwiedzić przebywającego tam kuzyna, ale jego własny stan zdrowia zatrzymuje go na dłużej. Czarodziejska góra to miejsce poza światem i poza czasem, w którym życie i śmierć zamieniły się miejscami. To śmierć jest tu przedmiotem plotek, a wyczekiwanie na nią jedynym zajęciem. Przewartościowanie czy przywrócenie kostusze należnego jej miejsca? W czasach Belle époque odsuwano myśli o niej, podobnie jak my czynimy to teraz, zupełnie jakby nie była częścią życia. Bohaterowie sztuki wydali mi się nie tyle ludźmi, co reprezentacjami pewnych idei, z którymi styka się bohater. Najbardziej jaskrawe ideowo są tu oczywiście postacie Leona Naphty (Wojciech Zieliński) i Lodovica Settembriniego (Mariusz Drążek), które nieustannie się ze sobą ścierają. Naphta to jezuita zafascynowany mistycyzmem i złem tkwiącym w naturze człowieka, a przy tym zwolennik ruchów socjalistycznych i rewolucji. Z kolei Settembrini reprezentuje sposób myślenia humanistów i masonów, miłośników klasycyzmu oraz greckiej filozofii. Pierwszy zarzuca drugiemu wspieranie burżuazji i ucisku społecznego, drugi ma pierwszego za wariata. Czarodziejska góra nie sprowadza się jednak do wyboru pomiędzy tymi rozbieżnymi drogami. Jest jeszcze Kławdia Chauchat (Maria Seweryn), wielka miłość Castorpa, która reprezentuje pewien typ życiowej mądrości opartej na intuicji. Jej postać można też interpretować jak prymat emocji nad chłodnym racjonalizmem. Jeśli tak, to kuzyn bohatera Joachim Ziemssen (Antoni Pawlicki) jest jej przeciwieństwem. To człowiek, który na pierwszym miejscu stawia obowiązek i honor. Nie wypada mu bać się śmierci, ale z trudem znosi oczekiwanie na nią. Jest wreszcie i doktor Behrens (Przemysław Bluszcz), dla którego człowiek to tylko zespół komórek. Chłód jego naukowego podejścia ociera się momentami o okrucieństwo. Dla Mynheera Peeperkorna (Daniel Olbrychski) natomiast życie jest różnoznaczne z przyjemnością. Kiedy więc wiek i choroba uniemożliwiają mu udział w Dionizjach, bohater wybiera samobójstwo. W jego przypadku można jednakże mówić o wyborze, podczas gdy Albin (Rafał Mohr) jest już tylko czystym zwierzęcym strachem i popędem. Trudno mi zinterpretować postać Karoliny Stöhr (Aleksandra Justa), która przeważnie tylko histerycznie się śmieje. Nie wiadomo, czy kieruje nią pogarda, czy też rozpacz. Państwo Urianowie pozostają jedynie tłem dla innych bohaterów. 

Czarodziejska góra to spektakl bardzo udany pod względem scenografii i klasycznej oprawy muzycznej przygotowanej przez Grzegorza Turnaua. Sprawdzili się też aktorzy, ci poboczni nawet bardziej przypadki mi do gustu niż odtwórcy głównych ról. Choćby taki Iwo Pawłowski w zaskakującej roli siostry przełożonej. Paradoksalnie najmniej zachwycił mnie Daniel Olbrychski, którego twarz widnieje na plakacie promującym spektakl. Jego rola była dość okrojona, a poza tym mam wrażenie, że widziałam go już w podobnych. Mam też wątpliwości, co do obsadzenia Marii Seweryn w roli Kławdii. To dobra aktorka, ale też bardzo charakterystyczna. Nieważne, jaką postać by akurat odgrywała, ja i tak zawsze widzę Marię Seweryn. To chyba cecha rodzinna. 


piątek, 1 maja 2015

AfryKamera 2015

Nieposzlakowana opinia


Największe zaskoczenie tegorocznego festiwalu. Film z RPA, który zaczyna się powoli i nieśmiało, żeby wywrócić do góry nogami wszystkie nasze wobec niego oczekiwania. Bywa porównywany do twórczości Hitchcocka, ale to pewnie przez utrzymanie czarno-białej stylistyki. Tak naprawę znacznie więcej w nim czarnego humoru i zabawy ze znaną widzom konwencją. Jahmil Qubeka to niewątpliwie interesujący reżyser, któremu zdarzają się jeszcze potknięcia, ale który ma dużo do powiedzenia. Już sam sposób opowiedzenia całej historii był dość odważnym posunięciem, odtwórca głównej roli (Mothusi Magano) nie wypowiada bowiem ani słowa. Postać budowana jest więc jedynie przez wypowiedzi i opinie innych. Qubecka świetnie przy tym widzów nabiera i daje im uwierzyć w nieposzlakowaną opinię młodego nauczyciela Parkera Sitholego. Daje jednak małe wskazówki odnośnie do tego, co może wydarzyć się później. Na przykład w jednej z początkowych scen obok budzika bohatera leży magazyn z bohaterem serialu Dexter na okładce. Reżyser sam potem to nawiązanie przewartościowuje i sobie z niego kpi. Poćwiartowanie zwłok w wyłożonym folią pokoju to w końcu nie taka prosta sprawa. Lubię takie filmy i lubię takich reżyserów, wcale nie chcę od początku wiedzieć, kto będzie ofiarą, a kto oprawcą. W ogóle mi też nie przeszkadza, kiedy historia zakazanej miłości nauczyciela i uczennicy ni z tego, ni z owego przeradza się w krwawy kryminał.

Nieposzlakowana opinia to też ciekawostka dla miłośników języków afrykańskich, bohaterowie mówią bowiem w xhosa, jednym z większych języków grupy bantu, który jednak wyróżnia się fonetycznie, gdyż zapożyczył mlaski z rzadkich i ciekawych języków khoisan (w języku angielskim dźwięku te nazywają się cliks, co znacznie lepiej oddaje ich charakter). 



Bastardo


Ten tunezyjski film to z kolei gratka dla fanów realizmu magicznego i twórczości Emira Kosturicy. Opowieść ciepła i baśniowa, a przy tym dość alegoryczna. Można z niej wszakże wyczytać ogólne prawdy o walce o władze i jej destrukcyjnym wpływie na jednostkę, czy też nieodwracalnych zmianach w życiu społeczności, jakie niesie ze sobą nowa technologia. Bastardo to historia podrzutka Mohsena, który - choć pracowity i zawsze skory do pomocy - nie cieszy się szacunkiem w lokalnej społeczności. Sytuacja zmienia się wraz z pojawieniem się firmy telekomunikacyjnej, która uznaje, że to jego dach najlepiej się nadaje, żeby zainstalować na nim antenę. Teraz to Mohsen ma władzę. Jednym przyciskiem może decydować, czy wszyscy okoliczni mieszkańcy będą mieli zasięg. Siłą Bastardo są niewątpliwie oryginalnie bohaterowie. Piękna i przyciągająca mrówki Bent Essengra, kochający króliki lokalny boss Larnouba czy jego budząca grozę matka. Naprawdę warto ich poznać. 



Beti i Amare


Podobno pierwszy film science fiction w historii etiopskiej kinematografii. Choć samych elementów SF jest w nim jak na lekarstwo, a efekty specjalne wykonano zapewne w technologii MS Paint. Przed projekcją reżyser Andy Siege powiedział publiczności, że jego film jest dziwny i życzy miłego sensu. Pewnie powinien nieco popracować nad public relations, ale wiele się nie pomylił. Określenie dziwny świetnie pasuje do Beti i Amare, ale seans i tak był przyjemny. Rzecz dzieje się w 1936 roku, kiedy to wojska Mussoliniego najechały Cesarstwo Etiopii, siejąc popłoch wśród ludności cywilnej. Bohaterka filmu Beti (Hiwot Adres) ucieka przed nimi na prowincję do chatki swojego dziadka. Nawet tam nie może się jednak czuć bezpiecznie, bo szybko wpada w oko jednemu z młodzieńców patrolujących okolicę. Gdy pada jedyna koza, a dziadek Beti wyrusza do miasta, dziewczyna zostaje sama. Jej sytuacja wydaje się beznadziejna. I wtedy zdarza się cud. Z nieba spada tajemniczy człowiek z wampirzymi zębami. Potwór okazuje się jedynym przyjaznym Beti stworzeniem. To jedna z tych opowieści, które pomimo pewnej brutalności pozostają optymistyczne. Bo opowiadają o tym, że miłość jest możliwa nawet w najtrudniejszych warunkach. Warto też zwrócić uwagę na postać Włocha, bezsensownie okrutnego i jednocześnie narcystycznego. Niechęć, którą zrodziła tamta wojna, żyje w Etiopczykach do dziś. 



Run


Wiedzieliście, że na Wybrzeżu Kości Słoniowej robi się średnio jeden film na pięć lat? A że w ostatnich latach przetoczyły się przez ten kraj dwie wojny domowe? Kiedy Philippe Lacôte zaczął opowiadać o swoim filmie, mogłam z całą pewnością stwierdzić jedynie, gdzie leży Wybrzeże Kości Słoniowej i że to była francuska kolonia. Run to próba eliptycznego i alegorycznego opowiedzenia historii kraju, ta skrótowość wynika zapewne po części z niewielkiego budżetu. Bohaterem filmu jest młody chłopak, którego nazywają Run (Abdoul Karim Konaté). Jego życiem wydaje się rządzić przypadek, kiedy tylko w coś się zaangażuje, wszystko bierze w łeb, a jemu pozostaje ucieczka. Poznajemy go niemal na końcu drogi, po tym jak zamordował prezydenta. W dzieciństwie chłopak chciał zostać zaklinaczem deszczu, potem podróżował po kraju jako towarzysz Grubej Gladys, żeby wreszcie wstąpić w szeregi Młodych Patriotów. Dużo w tej historii niedopowiedzeń i symboli , które - przynajmniej dla mnie - pozostawały niejasne. Nie jest to jednak zły film, po prostu trochę nieoszlifowany. 


Fatuma i Asya


Film dokumentalny o dość prostej konstrukcji. Reżyser Francesco Sincich wybrał dwie dziewczynki z etiopskiej społeczności Afarów i pozwolił im opowiedzieć o swoim życiu, po czym utrwalił na taśmie filmowej ich codzienne zajęcia. Te dwie dziewczynki to właśnie tytułowe Fatuma i Asya. Obie żyją w tradycyjnych społecznościach pasterzy w jednej z bardziej suchych i gorących części Etiopii. Ich rodziny zajmują się hodowlą kóz, owiec, krów i wielbłądów. Obie dziewczynki przeżywają uniwersalne dla swojego wieku przyjaźnie i pierwsze zauroczenia. Żadnego komentarza, jedynie w tle przebijają się problemy Afarów, od których rząd umywa ręce. Widać tu wyraźnie rękę antropologa, który skupił się na zbieraniu danych. 



Pół roku z bosymi babciami


Chyba najbardziej optymistyczny film tegorocznego festiwalu, i to dokumentalny! Opowiada o działalności indyjskiego Barefoot College, jedynej takiej uczelni, która ściąga kobiety z całego Trzeciego Świata i uczy ich instalacji oraz naprawy paneli słonecznych. Nauka trwa sześć miesięcy. Ekipa filmowa towarzyszy grupie kobiet z Tanzanii, Malawi, Sudanu Południowego i Liberii. Dlaczego panele słoneczne? Bo, jak wyjaśnia założyciel Barefoot College, zakup świec czy nafty do lamp to dziś najpoważniejszy wydatek ubogich gospodarstw domowych w Afryce, które nie mają dostępu do energii elektrycznej. Możliwość bezpłatnego wykorzystania energii słonecznej, a w tej części świata przecież jej nie brakuje, byłaby dla tych rodzin prawdziwą rewolucją. Zwłaszcza, jeśli w wiosce znajdzie się wykształcony inżynier, który sam sobie poradzi, kiedy coś się zepsuje. Inne organizacje pomocowe powinny brać przykład z tego projektu. Po pierwsze dlatego, że przekazywanie wiedzy jest skuteczniejsze niż przekazywanie darów. A po drugie, ponieważ kobiety z Trzeciego Świata potraktowano tu podmiotowo i uwierzono w ich możliwości. Gdzieś z tyłu głowy wielu osobom czai się jeszcze stereotyp, że ludzie biedni są w jakiś sposób głupsi. Bose babcie udowadniają, że to nie prawda. Po prostu nikt im wcześniej nie dał możliwości kształcenia się. Większość absolwentek  Barefoot College skończyło zaledwie kilka klas szkoły podstawowej, a niektóre są nawet niepiśmienne. Nie jest to pierwsza inicjatywa, która korzysta z potencjału miejscowej ludności. W 2006 roku Pokojową Nagrodę Nobla dostał Muhammad Yunus, twórca mikrokredytów dla ubogich z całego świata. Program okazał się ogromnym sukcesem, dzięki tym niewielkim pożyczkom tysiące biednych rodzin mogło otworzyć własne interesy i zacząć się samodzielnie utrzymywać. A dlaczego kobiety? Może to nie będzie miłe dla panów, ale to właśnie kobiety były od wieków najważniejszym ogniwem afrykańskich społeczności. Chodziły wiele kilometrów po wodę pitną, znosiły drewno do opalenia pieców, pracowały w polu i przygotowywały jedzenie, robiły więc wszystko to, co niezbędne do przetrwania. Panowie w tym czasie wyruszali na wyprawy wojenne albo debatowali na rynku. Jedna z uczących się w Barefoot College pań ujęła sprawę dobitniej i wyjaśniła, że mężczyźni mogliby wykorzystać zdobyte umiejętności do własnych celów, a nie dla dobra społeczności. Uczelnia ma też wymagania co do wieku kandydatek. Przyjmuje babcie, które odchowały już swoje dzieci, a więc kobiety, które ukończyły... 35 rok życia. 



sobota, 18 kwietnia 2015

Bóg jest z nami, dżihadystami


O Timbuktu robiło się głośno po zeszłorocznym festiwalu w Cannes, film zgarnął też Cezara i był jednym z faworytów do Oscara dla filmu nieanglojęzycznego. Nasi kochani dystrybutorzy uznali jednak, że to za mało, żeby pokazać w polskich kinach dziecko mauretańskiej kinematografii. To w końcu nie Szybcy i wściekli 18. Dlatego pozostaje polować na Timbuktu na festiwalach. Jeśli nie zdążyliście go zobaczyć podczas Wiosny Filmów, będzie jeszcze okazja na AfryKamerze. Warto. 


Film opowiada o dżihadzie, ale nie w tej jego odhumanizowanej wersji, do jakiej przyzwyczaiły nas wieczorne wiadomości. Nie ma tu jednoznacznie dobrych i złych, ani bezimiennych ofiar. Są po prostu ludzie i ich historie. My możemy ich tylko obserwować i zastanawiać się, co sprawiło, że znaleźli się akurat po tej stronie barykady. Zacznę jednak od krótkiego wyjaśnienia historyczno-geograficznego. Timbuktu nie leży w Mauretanii, lecz w Mali. Miasto założyli Tuaregowie, lud wędrownych pasterzy, dumnych i wojowniczych, którzy niewiele robili sobie z granic państwowych i swobodnie przemieszczali się po północno-zachodniej Afryce. Samo Timbuktu obrosło w legendę, gdyż gdzieś tak w XVI wieku stało się ważnym islamskim ośrodkiem akademickim, a dzięki niezwykłej architekturze trafiło na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tuaregom zamarzyło się własne państwo, dlatego w 2012 roku wywołali w północnym Mali powstanie, niepierwsze zresztą. Tym razem jednak wezwali na pomoc swoich braci w wierze, czyli właśnie dżihadystów (w tym z organizacji związanych z Al-Kaidą). Nowe państwo Azawad zostało co prawda proklamowane, ale mieszkańcom nie dane było długo się nim cieszyć. Islamiści szybko bowiem przejęli nad nim kontrolę i zaczęli pozbywać się Tuaregów, a tych, którzy zdecydowali się zostać, czekały ciężkie czasy. 

Wiemy już zatem, że Tuaregowie są ludnością zislamizowaną, i to od wielu wieków. Ich obyczaje nie idą jednak w parze z mentalnością przybyszów, których kuje w oczy choćby wysoka pozycja społeczna kobiet i nienoszenie przez nie burek. Zaczyna się dżihad, który jak pętla coraz mocniej zaciska się na szyi miejscowych. Wprowadzane są kolejne zakazy i nakazy, kobiety mają nosić już nie tylko burki, lecz także skarpety i rękawiczki, zabrania się słuchania muzyki i grania w piłkę, niespokrewnieni ze sobą kobiety i mężczyźni nie mogą przebywać razem w pomieszczeniu. Abderrahmane Sissako pokazuje kolejno historie ludzi, którzy te prawa naruszyli, żeby wreszcie skupić się na jednaj tuareskiej rodzinie. Kidane (Ibrahim Ahmed) i Satima (Toulou Kiki) zostali, chociaż wszyscy przyjaciele już dawno opuścili okolice Timbuktu. Pustynia daje im chwilowe poczucie bezpieczeństwa. Jednak splot nieszczęśliwych wydarzeń sprawi, że i oni nie będą mogli żyć w spokoju, zostaną osądzeni przez nowe prawo. Prawo przybyszów. Reżyser Timbuktu bardzo podkreślą tę obcość dżihadystów. Ci ludzie nie są stąd, nie szanują lokalnych obycajów, nie znają używanych tu języków (bambara i tamaszek), często nie mówią nawet dobrze po arabsku, potrzebują tłumaczy, żeby dogadać się z mieszkańcami miasta. Skąd się wzięli? Tego Sissako nie wyjaśnia. Możemy się jedynie domyślać, ale przywódca dżihadystów Abdelkrim (Abel Jafri) sprawia wrażenie człowieka, który wiele lat spędził w Europie i otrzymał solidne wykształcenie. Sam reżyser patrzy na nich nieco ironicznie i wytyka im błędy. Ci sami ludzie, którzy tak żarliwie pilnują, żeby nikt nie łamał zakazu gry w piłkę nożną, rozmawiają przecież w czasie służby o rozgrywkach Realu i Barcelony. Za te podwójne standardy pewnie należałoby dżihadystów potępić, ale dzięki nim stają się jakby bardziej ludzcy. I choćby dlatego warto Timbuktu obejrzeć, bo przypomina, że islamista to nie krwiożercza bestia z kosmosu, a zwykły człowiek, którego coś pchnęło na tę drogę. 

A tu prawdziwe Timbuktu.
źródło: sashaberzina.com

wtorek, 14 kwietnia 2015

Figle z noblistami


Lubię czytać noblistów. Wcale nie dlatego, że wypada. Po prostu ta cała komisja, która przyznaje Literacką Nagrodę Nobla, naprawdę zna się na rzeczy. Zawiedziona byłam tylko raz, kiedy to w mękach udało mi się dobrnąć do końca Pożądania Elfriede Jelinek. Głównym celem powstania tej książki było prawdopodobnie ukazanie seksu jako obrzydliwej formy przemocy stosowanej przez mężczyzn na kobietach. Nie jest to typ feminizmu, który do mnie przemawia, i zaczęłam nawet podejrzewać autorkę o jakieś problemy osobiste. Wiele się nie pomyliłam, bo ta austriacka pisarka cierpi ponoć na agorafobię, która uniemożliwiła jej odebranie osobiście Narody Nobla w 2004 roku.

Nie mogę powiedzieć, żeby na ukształtowanie się mojej sympatii do noblistów miał wpływ system edukacji. Owszem, w czasach szkolnych lubiłam czytać wiersze Szymborskiej i Miłosza. Rzadko czytuję poezję, ale jeśli już to właśnie polską i współczesną. Tłumaczone wiersze zawsze wydawały mi się pozbawione znaczenia i uroku. Podziwiam ten pozorny minimalizm Szymborskiej, za którego fasadą zawsze udawało jej się mówić wprost o naprawdę trudnych sprawach. Z prozaikami było niestety gorzej. Najpierw podpadł mi Sienkiewicz. Już w podstawówce zanudził mnie Krzyżakami, a gwóźdź do trumny wbiło W pustyni i w puszczy. Drugą z tych książek pewnie znienawidziłabym jeszcze bardziej, gdybym zdecydowała się przeczytać ją ponownie. Sienkiewicz był bowiem - jak przystało na dziecko swoich czasów - pierwszorzędnym rasistą. Ulubieniec Romana Giertycha (ministra edukacji w czasach, kiedy uczyłam się w liceum) zrehabilitował się dopiero dzięki Quo vadis. Trylogię przerabiałam tylko we fragmentach i jakoś do dziś nie mam ochoty czytać jej w całości. Odwrotnie było z Reymontem. Na liście lektur maiłam tylko jeden tom Chłopów, a pozostałe doczytałam z przyjemnością sama. Naprawdę doceniam jego pieczołowitość w opisie polskiej wsi, jej obyczajów i mentalności chłopów, a Jagna do dziś pozostaje jedną z moich ulubionych bohaterek literackich. Mieszane uczucia budzili we mnie też zagraniczni nobliści. Bo o ile doceniam kunszt autora Dżumy, o tyle nie mam pojęcia, co takiego wspaniałego jest w Starym człowieku i morzu. 

A potem szkoła się skończyła i mogłam sama wybierać, z którym noblistą chcę poznać się bliżej. 
Orhan Pamuk - po jego Śnieg sięgnęłam w pierwszej kolejności, zaraz po tym, jak przyznano mu nagrodę. Pamiętam, że lektura książki była przyjemna, ale nie wywarła na mnie większego wrażenia. Do dziś kojarzy mi się tylko z samotnym poetą przemierzającym zaśnieżone ulice Stambułu. 
Gabriel García Márquez - pierwszy z wielkich zachwytów. Zaczarował mnie ten jego realizm magiczny. Przeczytałam Sto lat samotności, O miłości i innych demonach, Raport z pewnego porwania, Kronikę zapowiedzianej śmierci oraz Rzecz o mych smutnych dziwkach. Poza ostatnią wszystkie mogę śmiało polecić. 
Nadine Gordimer - po jej Broń domową sięgnęłam zupełnie przypadkiem na fali pierwszego zainteresowania Afryką. Od razu jednak wiedziałam, że za tą obyczajowo-kryminalną historią coś się kryje. Jakiś taki wewnętrzny niepokój, który musiał udzielić się całemu południowoafrykańskiemu społeczeństwu w czasach zaraz po apartheidzie.
John Maxwell Coetzee - jeszcze bardziej niepokojący od Gordimer. Ci pisarze z RPA już chyba tak mają. Hańba oraz W sercu kraju do dziś siedzą mi w głowie. 
Doris Lessing - po jej książki sięgnęłam głównie dlatego, że pisarka spędziła dzieciństwo w Rodezji, po czym zasłynęła jako autorka sprzeciwiająca się kolonializmowi i apartheidowi. Pisze utwory dość kobiece, ale nie stroniące od poważnych tematów, jak choćby recenzowane przeze mnie niedawno Piąte dziecko
Mo Yan - miłość od pierwszego wejrzenia. Autor w niezwykły sposób łączy realizm magiczny z naturalizmem i chińską historią. Obfite piersi i pełne biodra mogłabym chwalić w nieskończoność, ale nie będę się powtarzać. Mam zamiar przeczytać wszystkie jego książki. 
John Steinbeck - kolejne zauroczenie z nadzieją na stały związek. Autor niezwykle utalentowany i wrażliwy na nierówności społeczne, który szczególnie upodobał sobie robotników. Do tej pory czytałam Grona gniewu oraz Myszy i ludzie, ale na pewno na tym nie poprzestanę. 
Alice Munro - lekka i przyjemna proza kobieca, choć wcale nie banalna. Po prostu Za kogo ty się uważasz? i Taniec szczęśliwych cieni świetnie czytało się do poduszki. 
Nadżib Mahfuz - pisarz iście pozytywistyczny, który opisuje świat z fotograficzną precyzją, a lektura jego książek jest jak egzotyczna podróż. Dzięki Opowieściom starego Kairu mogłam się po uszy znużyć w codzienności tego miast sprzed prawie wieku. 

A z kim jeszcze chciałabym pójść na literacką randkę?
Pearl S. Buck - kręci mnie głównie tematyka jej książek. Ta amerykańska pisarka spędziła sporą część życia w Chinach i tam też umieściła akcję większości swoich powieści. Na podstawie jednaj z nich powstał film Cesarzowa
Mario Vargas Llosa - wszyscy naokoło go chwalą. Trzeba sprawdzić, czy słusznie. 
Selma Lagerlöf - jej Cudowną podróż znalazłam na liście 100 książek XX wieku według Le Monde i od tamtej pory mam ochotę ją przeczytać. 
Sigrid Undset - bo chciałabym się wreszcie dowiedzieć, kim była ta Krystyna, córka Lavransa.
V. S. Naipaul - ten pan interesuje mnie bardziej jako reportażysta niż powieściopisarz. 
Patrick Modiano - noblowska świeżynka. Pod wpływem impulsu kupiłam Przejechał cyrk, a jak już mam, to pewnie kiedyś przeczytam. 

A tak wygląda nobel z literatury.
źródło: www.nobelprize.org

niedziela, 5 kwietnia 2015

Nigeryjka w Ameryce

Chimamanda Ngozi Adichie dobrze pisze, co do tego nie ma wątpliwości. Może wydawać pokaźne pod względem objętości powieści, bo historie, które opowiada, są na tyle spójne i wciągające, że czytelnik nawet nie zauważy, kiedy minęło te siedemset stron. Rozwinęła też swój warsztat od czasu debiutanckiego Fioletowego hibiskusa, tworzone przez nią postacie nie są już tak jednowymiarowe, a nakreślane sytuacje jednoznaczne. Udało jej się pogłębić świat przedstawiony i zgrabnie połączyć kilka wątków. Tym razem jednak autorka  Połówki żółtego słońca zabiera nas w podróż do Ameryki. 

Adichie poświęca dużo miejsca w swojej nowej książce rasie, odkrywamy ją razem z główną bohaterką Amerykaany Ifemelu, która poznaje rasizm dopiero, kiedy wyjeżdża na stypendium do Stanów Zjednoczonych. Kraju, w którym o kolorze skóry nie można głośno mówić, a mimo to wszyscy o nim myślą. Adichie potraktowała rasizm znacznie szerzej niż jego słownikowa definicja, według której to tylko "wiara we wrodzoną wyższość jednej rasy". Takie rozumienie okazuje się dzisiejszych czasach - zdaniem pisarki - niepełne i nieaktualne. Czym jest zatem rasizm w Amerykaanie? Sztuczną uprzejmością, nadmiernym okazywaniem sympatii czarnoskórym, owijaniem w bawełnę i udawaniem, że problem skończył się wraz z apartheidem. Polskiemu czytelnikowi sprawa może się wydawać rozdmuchana, w czym akurat jesteśmy podobni do Nigeryjczyków. W naszym monokulturowym kraju osób o innym kolorze skóry jest tak mało, że nawet nie zdołaliśmy wyrobić sobie w miarę spójnych stereotypów na ich temat. Ci inni mogą budzić różne reakcje: zainteresowanie, zdziwienie, czasem nawet niechęć; ale są zbyt nieliczni, żeby stać się tematem publicznej dyskusji.* Podobnie jest w Nigerii. Biali mieszkają daleko lub są turystami. Na co dzień się o nich nie myśli, a kolor skóry jest tylko sposobem opisywania czyjeś urody. Ten wyniesiony z domu dystans czyni z Ifemelu świetną obserwatorkę. Razem z nią poznajemy rasizm w jego codziennej postaci. Dowiadujemy się, że naprawdę czarna kobieta nie może nosić swoich włosów w takiej formie, w jakiej je Pan Bóg stworzył, bo noszenie afro grozi posądzeniem o przynależność do jakiejś organizacji, musi być manifestacją poglądów, a już na pewno nie przystoi poważnej pani manager. Problem rasy w Stanach okazuje się bardziej złożony, niż nam się mogło wydawać. Zbudowany jest bowiem na dziesiątkach lat wzajemnych uprzedzeń, pretensji, niewolnictwa i segregacji rasowej. To coś jak u nas antysemityzm. Mówi się, że zniknął po wojnie wraz z Żydami, ale każda wzmianka o nim wywołuje medialną burzę. 

Amerykaana nie jest na szczęście tylko o rasie. Adichie zaburza nieco perspektywę czasową, dzięki czemu poznajemy Ifemelu już jako dorosłą kobietę, która po dwunastu latach w USA decyduje się wrócić do Nigerii. Dopiero potem dowiadujemy się, co doprowadziło ją do tego punktu. W powieści przewijają się też motywy stale obecne w książkach pisarki. Część akcji toczy się w akademickim mieście Nsukka nękanym na przemian strajkami studentów i nieopłacanych od miesięcy wykładowców. Nigeria z Amerykaany przypomina nieco Polskę z początku lat dziewięćdziesiątych. Kraj, który zachłysnął się kapitalizmem i pierwszymi oznakami dobrobytu i w którym mleko w proszku i frytki z mrożonki są oznakami postępu. Rodzi się nigeryjska klasa średnia, często po znajomości i za cenę wysokich łapówek, a dawna mentalność miesza się z nowym typem luksusu. Kobiety marzą tu o dobrym zamążpójściu, a mężczyźni, żeby stać ich było nie tylko na żonę, lecz także na liczne kochanki. Jest wreszcie historia miłosna, może nawet ważniejsza niż pozostałe wątki. Ifemelu i Obindze - idealne braterstwo dusz rozdzielone przez urzędy imigracyjne i wnioski wizowe, o którym nie da się zapomnieć nawet po latach życia oddzielnie.

Fabuła powieści przeplatana jest wpisami z blogu głównej bohaterki, co stanowi akurat najsłabszą jej część. Choć nie wykluczam, że taki efekt był zamierzony. Ale już to, że Ifemelu tak szybko była w stanie utrzymać się wyłącznie z prowadzenia blogu, można spokojnie włożyć między bajki. Uwierzyłabym, jeśli pisałaby o gotowaniu, w innych wypadkach to się po prostu nie zdarza.


* Nie twierdzę oczywiście, że w Polsce nie ma rasizmu, jest on jednak na tyle nieuświadomiony, że nawet najbardziej wytrwałym bojownikom o równość i tolerancję nie przyjdzie do głowy podważać stereotypy Murzynka Bambo czy mentalności Kalego. Niedowiarkom chciałabym przypomnieć głośną medialną sprawę sprzed dwóch lat: John Godson i jaśnie oświecony rasizm

wtorek, 31 marca 2015

Warszawa kinomaniaka

Stolice to świetnie miejsce dla wszystkich kinomaniaków, przeglądów i festiwali jest tyle, że czasem można o niektórych zapomnieć. To lista tylko tych najważniejszych i moich ulubionych, jeśli jakiś pominęłam, a uważacie, że koniecznie powinien się tu znaleźć, dajcie znać.

Tydzień Kina Hiszpańskiego
termin: marzec


Tegoroczny mamy już za sobą. Twórcy zwykle skupiają się na największych hitach hiszpańskiego kina z ostatniego roku. Rzecz zwykle ma miejsce w Kinie Muranów lub Kinie Luna. 










Cinema Italia Oggi
termin: marzec


Tegoroczny przegląd nowego kina włoskiego zakończył się wczoraj. Co roku organizuje go Włoski Instytut Kultury we współpracy z Kinem Muranów. Poza najnowszą włoską kinematografią w repertuarze zwykle można też znaleźć jeden lub dwa kultowe filmy klasycznych reżyserów z Półwyspu  Apenińskiego. 









Wiosna Filmów
termin: 10-19 kwietnia


Ten festiwal ma już ponaddwudziestoletnią tradycję. Poświęcony jest najgłośniejszym i nagradzanym w poprzednim roku filmom z całego świata. W tym roku w repertuarze znalazły się między innymi Birdman, Dzikie historie, Timbuktu czy Lewiatan. Projekcje odbywają się w Kinie Praha. 














Festiwal Filmów Afrykańskich "AfryKamera"
termin: 21-26 kwietnia



To z oczywistych powodów mój ulubiony festiwal, który w tym roku obchodzi już dziesiąte urodziny. Tegoroczna edycja odbędzie się w Kinotece, a sprzedaż biletów już ruszyła. Tym razem szczególną uwagę poświęcono filmom etiopskim. 














Międzynarodowy Festiwal Filmowy Żydowskie Motywy
termin: 8-10 maja


Niewielki, ale interesujący festiwal w Kinie Muranów. Prezentuje filmu z całego świata, które łączy jedynie tematyka żydowskiej tożsamości. 

















Docs Against Gravity Film Festival (wcześniej Planete+ Doc Film Festival)
termin: 8-17 maja 


Znany i lubiany festiwal filmów dokumentalnych pod nową nazwą. Jak informują organizatorzy, po dziecięciu latach zdecydowano się zakończyć współpracę z kanałem Planete+, ponieważ ten zmienia swój charakter na rozrywkowy. 











Przegląd Nowego Kina Francuskiego
termin: 13-19 maja


To już szósta edycja przeglądu organizowanego przez Kino Muranów i Instytut Francuski w Polsce. Tegoroczna będzie poświęcona adaptacjom literackim i ekranizacjom komiksów. 
















Filmowa Stolica Lata 
termin: czerwiec-sierpień


Filmy wcale nie najnowsze, ale za to całkiem za darmo i pod chmurką. Projekcje odbywają się w największych parkach Warszawy, a także nad Wisłą, w Centrum Nauki Kopernik i Muzeum Historii Żydów Polskich czy ogrodach BUW. 















Warszawski Festiwal Filmowy
termin: październik


Największy i najstarszy z warszawskich festiwali. Dziesiątki filmów z całego świata w kilku kinach, każdy znajdzie coś dla siebie. 











Festiwal Filmów Rosyjskich Sputnik nad Polską
termin: listopad


Podobno największy na świecie festiwal filmów rosyjskich i drugi pod względem frekwencji ze wszystkich polskich festiwali filmowych. A przynajmniej tak twierdzą organizatorzy. 















Festiwal Filmowy Pięć Smaków
termin: listopad


Drugi z moich ulubionych festiwali i niepowtarzalna okazja, żeby zobaczyć filmy z różnych części Azji. Przekrój jest naprawdę duży (Chiny, Japonia, Wietnam, Tajlandia, Malezja, Tajwan, Singapur), a filmy zwykle dzieli się na kilka bloków tematycznych. W zeszłorocznej edycji były to: Nowe Kino Azji, Queer Azja, Na Dzikim Wschodzie oraz Kino Grozy. 





Warszawski Przegląd Filmów Górskich
termin: grudzień


Ja tam góry wolę na żywo, ale wiem, że niektórych to kręci. Przegląd zwykle gości Kino Wisła, a projekcjom towarzyszą spotkania ze znanymi alpinistami. 






Międzynarodowy Festiwal Filmowy WATCH DOCS
termin: grudzień


Znów filmy dokumentalne i to skupione wokół jednego tematu - praw człowieka. Nazwa ma nawiązywać do idei patrzenia władzy na ręce. 

niedziela, 29 marca 2015

Difret, czyli o grzechach kina zaangażowanego

Porwanie przyszłej żony może się wydawać całkiem romantyczne, zwłaszcza że w wielu kulturach, w których było praktykowane, stało się tylko zwyczajem, pozbawionym głębszego znaczenia jak biały welon czy oczepiny. Niestety są miejsca na świecie, gdzie porwania pozostały tym, czym były zawsze - formą seksualnej przemocy. O tej ciemnej stronie mówi wyświetlany na ekranach polskich kin Difret.

Producentem tego amerykańsko-etiopskiego filmu jest Angelina Jolie i w zasadzie można to uznać za część jej działalności charytatywnej. Difret opowiada o pracy prawniczki i działaczki na rzecz praw kobiet w Etiopii Meazy Ashenafi, a konkretnie o pewnej przełomowej dla niej sprawie. Recz dzieje się w latach dziewięćdziesiątych na wsi położonej trzydzieści kilometrów od Addis Abeby. Czternastoletnia Hirut zostaje porwana w drodze powrotnej ze szkoły. Pobita, zgwałcona i przestraszona dziewczynka zabija swojego porywacza. Lokalna społeczność domaga się dla niej kary śmierci, a centralne instytucje nie bardzo chcą mieszać się do prawa zwyczajowego. I wtedy pojawia się Meaza Ashenafi, żeby uratować niewinną ofiarę. Wszyscy znamy ten typ filmów, co ważniejsze postacie historyczne czy bardziej znani laureaci Pokojowej Nagrody Nobla mają na swoim koncie co najmniej jeden taki. 


Nie oznacza to, że film Zeresenaya Mehariego jest zły, ogląda się go z przyjemnością, a nawet zainteresowaniem, i to nie tylko dlatego, że trzeba, bo temat jest ważny. Dla mnie największą atrakcją było oglądanie codziennego życia w Etiopii oraz tych wszystkich kulturowych niuansów, na które reżyser niepochodzący z tamtego regionu pewnie nie zwróciły uwagi. Meron Getnet sprawdza się w roli Meazy, a młodziutka Tizita Hagere świetnie poradziła sobie jako Hirut. Film jest jednak obarczony ciężkim brzemieniem dydaktyzmu, a przez to niestety momentami schematyczny i przewidywalny. W określonych momentach mamy się wzruszać, a w innych potępiać. Reżyser nie pozostawia widzowi pola na interpretację czy własne emocje. Porywacze mają być wyklęci, a prawniczki zaliczone w poczet wybawicieli. Doceniam oczywiście ogrom pracy, jakie Meaza Ashenafi i jej współpracownice włożyły w poprawę sytuacji etiopskich kobiet, niemniej wolałabym, żeby filmy, które oglądam, było trochę mniej czarno-białe. 

Chyba powinnam się cieszyć, że afrykańskie filmy pojawiają się w polskich kinach. W tym miesiącu etiopski Difret, w przyszłym tanzański Biały cień, który ma opowiadać o problemie albinosów. To wszystko ważkie problemy, ale czy zawsze musimy oglądać tylko to najczarniejszą stronę kontynentu? Wojny, głód, okrutne zwyczaje - to przecież tylko część całego obrazu. Z niecierpliwością czekam na czas, w którym w naszych kinach zacną wyświetlać filmy o jasnej stronie Afryki, i to nie tylko na takich festiwalach jak Afrykamera, ale po prostu w podczas weekendowego seansu.