piątek, 25 października 2013

Rewolucja mentalna, rewolucja seksualna

"Rewolucja seksualna w Chinach"

źródło: filmweb.pl

Wiele już czytałam o reżimie Mao i o spustoszeniach, jakie uczynił. Przede wszystkim przyczynił się do pogorszenia sytuacji ekonomicznej i politycznej. Rewolucja kulturalna, głód - to głównie z epoką Mao nam się kojarzy. Nie mniejsze ślady owe wydarzenia zostawiły w mentalności ludzi. Państwo chciało w końcu kontrolować każdy aspekt życia obywateli, zamykając ich w kolektywach i pozbawiając wszelkiego indywidualizmu zarówno w myśleniu, jak i w działaniu. Nigdy jednak nie myślałam o seksie i miłości w epoce Mao Zedonga. O tym, że Kupidyn także był wrogiem ludu, dowiedziałam się dopiero ze świetnego filmu dokumentalnego w reżyserii Mira Cernetiga i Josha  Freeda "Rewolucja seksualna w Chinach".

Oczywiście nie oznacza to, że towarzysze i towarzyszki nie zawierali małżeństw. Celem takich związków miała być jednak prokreacja, a nie przyjemność, a już na pewno nie powinny one opierać się na wzajemnym zaufaniu i uczuciach. Obywatel Chińskiej Republiki Ludowej miał być przywiązany do wodza i nie zaprzątać sobie głowy innymi ludźmi. Wszelkie przejawy pozamałżeńskich uniesień byłby brutalnie zwalczane. Efekty nie są trudne do przewidzenia. Oto mamy całe pokolenie Chińczyków, które nie tylko nie potrafi czerpać przyjemności z seksu, ale nawet za bardzo nie wie, o co w nim chodzi.

Mao Zedong już dawno opuścił ten świat, ale pokłosie jego działań wciąż jest obecne w życiu społecznym Chińczyków. Jednym ze skutków jest potężna pokoleniowa przepaść pomiędzy rodzicami i dziećmi. Dla dziadków i rodziców seks był tematem tabu, sankcjonowanym nawet przez państwo, młodzi natomiast weszli w dorosłość już w okresie rozluźnienia. Po tym jak w latach 90. rozpędziła się chińska machina gospodarcza, a w komunistycznym kraju zaczął się panoszyć kapitalizm, seks w końcu zagościł w przestrzeni nie tylko prywatnej, ale i publicznej. Dziś w Pekinie jest więcej sex shopów niż w Nowym Jorku, nietrudno też o kluby nocne czy nawet prostytucję, formalnie nielegalną. I właśnie o tym przeskoku z całkowitego wyparcia do konsumpcyjnego zachłyśnięcia się jest film, który wam polecam. "Rewolucja seksualna w Chinach" jest dostępna za darmo w internecie, między innymi na platformie iplex.pl.

"Co dalej z tobą, Karolinko?"

źródło: filmweb.pl

Pamiętacie film "Cześć, Tereska" Roberta Glińskiego? W 2001 roku narobił sporo zamieszania, film był laureatem Złotych Lwów na festiwalu w Gdyni, a nawet zdobył nagrodę specjalną na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Karlowych Warach. Reżyser w głównych rolach obsadził amatorki, aktorek szukał w domach dziecka i poprawczakach. Kilka lat później Magazyn Ekspresu Reporterów wyemitował reportaż o dalszych losach odtwórczyni roli tytułowej Tereski. Aleksandra Gietner nie tylko nie zrobiła kariery w świecie filmu, ale znalazła się w więzieniu. W "Cześć, Tereska" pojawiła się też inna wychowanka domu dziecka, Karolina Sobczak, która wcieliła się w postać Renaty. Dziewczyna miała wtedy szesnaście lat i już była w ciąży. I o niej też powstał film. Tym razem za kamerę chwyciła Karolina Bendera, asystentka Roberta Glińskiej przy produkcji "Cześć, Tereska". "Co dalej z tobą, Karolinko?" to portret Karoliny Sobczak i jej codziennych zmagań ze światem, a może przede wszystkim z samą sobą. Jej prawdziwa historia jest jeszcze bardziej dramatyczna niż ta filmowa. Karolina od początku miała pod górkę. Urodziła się w Kutnie, a w jej rodzinie wszyscy byli tak zajęci piciem, że nie mieli czasu się nią zajmować. Szybka trafiła do domu dziecka. Swojego synka Norwida urodziła zaraz po premierze "Cześć, Tereska". Pierwszym, co w filmie "Co dalej z tobą, Karolinko?" uderza, są kontrasty. Z jednej strony mamy kochająca i czułą matkę, z drugiej przeraźliwie obdrapane biedabloki i wujków pijanych już od południa. Dziewczyna jest gdzieś na krawędzi, ciągle żyje w tym środowisku, ale w jej głowie już coś się zmieniło. Chciałaby lepszego życia dla synka i to motywuje ją do działania. Pewnie to macierzyństwo - a może po trosze i filmowa przygoda - sprawiło, że Karolina zaczęła myśleć o innym świecie. Sam film nie jest mistrzostwem realizacji, większość zdjęć była kręcona po amatorsku w prywatnych sytuacjach, ale jego autentyzm i charakter Karoliny stanowią jego siłę.

sobota, 12 października 2013

O babie i pannie młodej


Jakoś tak ostatnio wychodzi, że kiedy trafiam do teatru, to na sztukę rosyjskiego autora lub o Rosji. Żaden to przypadek, w tej części świata jest bowiem coś tak tajemniczego i melancholijnego, że aż prosi się o przeniesienie na scenę. Jeżeli jednak chcecie zobaczyć sztukę jednego z najchętniej wystawianych dziś rosyjskich dramatopisarzy, Nikołaja Kolady, to wybierzcie się raczej na "Merylin Mongoł" w Teatrze Ateneum, a nie na "Babę Chanel" wystawianą na deskach Teatru Polonia.

Baba Chanel


źródło: teatrpolonia.pl

Nie pierwszy raz wyszłam z Teatru Polonia z lekkim uczuciem niedosytu. Czasem mam też wrażenie, że widz bywa rozbawiany nieco na siłę, nawet wbrew intencji autora sztuki. Nie chadzam do żadnego innego komercyjnego teatru, więc ciężko mi ocenić, czy to tu leży problem. I chociaż emerytki z Zespołu Pieśni Rosyjskiej "Olśnienie" są urocze, obawiam się, że spektakl "Baba Chanel" nie wniósł zbyt wiele do mojego życia i nie wywołał nawet cienia refleksji. Na początku miałam jeszcze nadzieję, że starsze panie będą czekać na swojego Godota w postaci utraconej młodości i zainteresowania innych, a w międzyczasie usłyszymy historie ich życia. Kierownik zespołu (Przemysław Bluszcz) jednak się pojawia. Mało tego psuje świętowanie jubileuszowego koncertu z okazji dziesięciolecia zespołu, przeprowadzając Rozę (Maria Mamona), przedwcześnie emerytowaną byłą sekretarkę wójta w białych kozaczkach, która ma ambicje zostać solistką. Problem w tym, że pozostałym członkiniom zespołu wcale nie zależy na sukcesach. Żadna z chórzystek nie umie zresztą śpiewać, a występy dają im po prostu szansę wyjścia do ludzi. Łatwo się domyślić, jak rozwinie się ten konflikt.

Chociaż "Baba Chanel" miała być tragikomedią i gdzieś tam w tle rzeczywiście majaczą problemy starości i osamotnienia, to twórcy zadbali, żeby widz intelektualnie za bardzo się nie zmęczył. Efekt jest taki, że w pierwszej części spektaklu niewiele się dzieje, a w drugiej akcja przyspiesza, a przy okazji zwiększa się natężenie gagów. Aktorską perełką w spektaklu jest Dorota Pomykała w roli dziewięćdziesięcioletniej seniorki Kapitoliny Pietrownej. Odwołując się jednak do ludowych mądrości i przysłów, których w spektaklu nie brakuje, jedna jaskółka wiosny nie czyni. Ciężko mi nawet powiedzieć, komu mogłabym ten spektakl polecić, na komedię dzieje się tu zdecydowanie za mało, na tragedię niewiele wskazuje. Chyba najlepiej bawiła się na tej sztuce grupa pań w średnim wieku, która siedziała przede mną. Panię zajęte były zgadywaniem, którą z postaci będą na starość. Jeśli jednak nie przyjdziecie na "Babę Chanel" w równie zabawowym nastroju, możecie wyjść nieco zawiedzeni.

Życie jest piękne

źródło: teatrstudio.pl

To już nie Rosja, ale ten sam krąg kulturowy. Na deskach warszawskiego Teatru Studio wystawiane jest "Życie jest piękne" białoruskiego dramaturga Pawła Pirażki. Autor deklaruje, że najbardziej interesuje go życie zwykłego człowieka, a swoje historie lubi opowiadać językiem nieteatralnym. Reżyser spektaklu, Marat Gacałow, bardzo wziął sobie tę ideę do serca. Nie ma tu dekoracji, kostiumów, słowem niczego, czego moglibyśmy się spodziewać w teatrze. Nawet scena jest mocno zaimprowizowana. Aktorzy trochę grają, a trochę nie grają. Czasem są sobą, innym razem postaciami ze sztuki. Oczywiście można podejrzewać, że nietypowa forma ma też praktyczne powody. Już teraz spektakl przeznaczony jest dla osób pełnoletnich, a gdyby chcieć pokazać opisane w didaskaliach sceny seksu, zapewne trzeba by dopisać zastrzeżenie "tylko dla widzów o mocnych nerwach". I tak "Życie jest piękne" przypomina bardziej próbę spektaklu, poza swoimi kwestiami aktorzy czytają także didaskalia, które pozwalają lepiej wniknąć w psychikę bohaterów. Pewnie niektórzy z was boją się form eksperymentalnych, ale tym razem naprawdę nie ma czego. Efekty są świetne. Pierwszym, co widza uderza, jest realizm. Bohaterowie są młodymi i często podpitymi ludźmi z niekoniecznie inteligenckich rodzin. Mówią zatem i zachowują się jak młodzi i często podpici ludzi z niekoniecznie inteligenckich rodzin.  Pirażkę warto tu pochwalić za zmysł obserwacji, nie pamiętam już, kiedy ktoś z równym autentyzmem pokazał mi ludzkie zachowania (zwłaszcza po alkoholu). I nie chodzi tu tylko o wulgarny język, to byłby banał. Raczej o pewną kumulację emocji, która tylko w specyficznych i mocno zakrapianych sytuacjach może się zdarzyć.

Warto wspomnieć jeszcze o fabule. Mamy tu czwórkę bohaterów: braci Aloszę (Michał Żołądkiewicz) i Wadima (Miron Jagniewski) oraz dwie uczennice ostatniej klasy Lenę (Marta Juras) i Andżelę (Natalia Rybicka). Alosza jest zakochany w Lenie miłością - jak na tamte warunki - romantyczną. Ta jednak skrycie kocha Wadima, ale jest realistką. Wie, że Wadima do stabilizacji i stałych związków nie ciągnie. Postanawia zatem wyjść za starszego z braci. Jest jeszcze Andżela, chyba najbardziej hedonistyczna z postaci dramatu. Dziewczyna po prostu cieszy się alkoholem, imprezami i seksem bez zobowiązań, przy okazji biernie przyglądając się emocjom pozostałych bohaterów. Te cztery postacie łączy brak złudzeń, nie mają zbyt wielkich aspiracji, po prostu starają się zapełnić czymś swoje dni. Przed młodymi aktorami postawiono niełatwe zadanie. Ze względu na specyficzną formę cała uwaga widzów skupiona jest na nich. Muszą też lawirować pomiędzy rzeczywistym wcielaniem się w swoich bohaterów a grą z widzem. I wszyscy radzą sobie świetnie. Na scenie pojawi się też Mirosław Zbrojewicz i to w potrójnej roli: kierowcy busa, staruszki i matki bohatera (sic!). Jego występ stanowi tutaj wisienkę na torcie. Chociaż i tak kiedyś chciałabym zobaczyć Pirażkę w tradycyjnej i pełnej formie.

niedziela, 6 października 2013

B


Tytuł książki Marcina Kołodziejczyka "B. Opowieści z planety prowincja" szumnie zapowiada podróż w nieznane. W rzeczywistości autor rzadko wybiera się dalej niż w okolice Warszawy. Nie jest to jednak wada tej pozycji. W przeciwieństwie choćby do poświęconej podobnej tematyce "Bolało jeszcze bardziej" Lidii Ostałowskiej, książka Kołodziejczyka unika szumnych, medialnych tematów. Nie znajdziemy tam tekstów o aborcji czy samobójstwie Magika, a proste opowieści o ludziach stąd, których na co dzień nie zauważamy na ulicy. Znalazło się tu miejsce na historię robotników z pociągu do Warszawy o 4 rano czy wiejskiego wariata. To oczywiście kwestia gustu, ale ja takie opowieści lubię najbardziej. Opatrzyły mi się już dawno postacie z pierwszych stron gazet, za to życie osób o zmęczonych twarzach, które widzę w komunikacji miejskiej, wydaje mi się coraz bardziej interesujące. O czym myślą? Czym się zajmują w życiu? Czy są szczęśliwi? Kołodziejczyk w swojej książce uchyla rąbka tajemnicy.

Prowincja nie ma tu wymiaru geograficznego, to raczej prowincjonalność społeczna. Kołodziejczyk czyni swoimi bohaterami ludzi, którzy ze względu na brak sukcesów, majątku, wykształcenia czy powodzenia u płci przeciwnej, mogą być postrzegani jako obywatele klasy B. Bardzo mi się ta zdolność wynajdowania ciekawych historii w najbliższym otoczeniu u autora podoba. Mało tego teksty przyjemnie się czyta. Jedynym, co budzi moje wątpliwości, jest stylizacja języka, czasem - mam wrażenie - wprowadzana na siłę. P ile w "Tadeusz opuszcza dom" wyszukany i nieco arystokratyczny język świetnie oddaje pogardę, z jaką członkowie rodziny patrzą na resztę świta, o tyle w innych przypadkach stylizacja wydaje się zbędna. Często sprowadza się ona zresztą do wprowadzenia kilku błędów językowych do wypowiedzi bohaterów. Przypuszczam, że część czytelników nawet tego nie zauważy. Poza tym nie wszyscy odbiorcy lubią teksty wcieleniowe, a stosowana przez Kołodziejczyka metoda pisania w pierwszej osobie może być dla niektórych irytująca. Wszystkie te kwestie leżą jednak w obrębie osobistych preferencji, a samemu Kołodziejczykowi trudno odmówić pisarskiego talentu. Zgaduję też, że Kołodziejczyk tworząc swój własny styl, musiał inspirować się Tochmanem. W "B. Opowieści z planety prowincja" można znaleźć chwyty, które właśnie z Tochamanem mi się kojarzą. Jak chociażby odwrócona perspektywa czasowa, dzięki której najpierw poznajemy emocje i myśli bohaterów, żeby dopiero na koniec dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło i doprowadziło do obecnego stanu.

"B. Opowieści z planety prowincja" to naprawdę udany zbiorek reportażowych szkiców. Autor nie próbuje opowiadać nam bajek, ale przedstawia życie w jego surowej postaci. Życie, które tak często przelatuje przez palce w porannym pociągu do pracy, nieudanych czy przypadkowych związkach albo oczekiwaniu na cudowną odmianę losu.

źródło: merlin.pl

czwartek, 3 października 2013

Dwie Natasze


"Marzenie Nataszy" to kolejna propozycja Teatru Powszechnego dla miłośników teatralnego minimalizmu. Tylko dwie aktorki i dwa taborety, praktycznie żadnych dekoracji. O sztuce mówi się jako o zderzeniu dwóch światów, ale światy obu bohaterek tak naprawdę nigdy się nie spotkają. Dzieli ich wymowna przezroczysta ściana, choćby nawet żyły koło siebie, nigdy nie zauważą swojego istnienia. Pierwsza Natasza (Anna Próchniak) to prymuska, córka pani psycholog, która pomiędzy zajęciami dodatkowymi ledwo znajduje czas na własne życie. Druga (Joanna Osyda) jest wychowanką prowincjonalnego bidula.

Dziewczyny dzieli nie tylko przeszłość, ale i prawdopodobna przyszłość. Pierwsza Natasza zapowiada się na kobietę sukcesu, już teraz prowadzi młodzieżowy program telewizyjny, jest przy tym pracowita i bardzo ambitna. Druga najpewniej zamieni kiedyś dom dziecka na poprawczak albo i więzienie. Nie jest złą osobą, po prostu przystosowała się do warunków, w których przemoc jest tylko jednym z środków przekazywania innym informacji. Łączy je w zasadzie tylko głębokie pragnienie miłości i zawziętość w walce o swoje. Prymuska zakocha się w telewizyjnym dźwiękowcu, a wychowanka domu dziecka przywiąże do dziennikarza, który jako jedyny zainteresował się jej próbą samobójczą. Potrzeby i marzenie obu Nataszy nie różnią się tu zbytnio, obie chciałyby, żeby ktoś się nimi interesował, słuchał, co mówią i powiedział, że fajne z nich dziewczyny. To w końcu jedna z najbardziej elementarnych ludzkich potrzeb, chcemy zainteresowania drugiej osoby, żeby utwierdzić się we własnym istnieniu.

Nie bez znaczenia jest rosyjskość spektaklu. Nostalgiczna rosyjska dusza świetnie wypada na deskach teatru. Ponadto przeniesienie tam miejsca akcja wprowadza nieco bardziej egzystencjalną atmosferę. Gdyby rzecz działa się w Europie Zachodniej, widz mógłby zareagować zdroworozsądkowo, zapytałby: A gdzie byli rodzice? A czy dyrektorka domu dziecka poniosła konsekwencje za zaniedbanie swoich obowiązków? Tutaj po prostu kiwamy głową i przyjmujemy fatalizm losu. Nie byłoby jednak tego dramatu, gdyby nie świetne aktorki w głównych rolach. Anna Próchniak i Joanna Osyda są niezwykle autentyczne, a bez tego trudno byłoby wyobrazić sobie monolog nastolatki. Monolog jest zresztą - moim zdaniem - najlepszym sprawdzianem dla aktora. Jeśli już ktoś potrafi przykuć uwagę widza samą swoją wypowiedzią, bez żadnych zwrotów akcji odwracających uwagę widowni, to można w nim pokładać wielkie nadzieje. Jeśli w innych krajach "Marzenie Nataszy" obsadzano równie dobrze, nie dziwię się, że Jarosława Paulinowicz stała się jednym z najczęściej wystawianych rosyjskich autorów.

źródło: www.powszechny.com

czwartek, 26 września 2013

Seks po japońsku


Fanom Murakamiego "Norwegian Wood" powinien się spodobać, autor literackiego pierwowzoru brał w końcu udział w powstawaniu scenariusza. Innym - zwłaszcza jeśli nie są zbyt zaznajomieni z japońską kinematografią i kulturą społeczną - film może wydać się nieco dziwny i momentami zabawny. A to głównie przez nietypowe podejście do sfery seksualności.

Kizuki (Kengo Kora) i Naoko (Rinko Kikuchi) są parą praktycznie od zawsze. Watanabe (Ken'ichi Matsuyama) to najlepszy przyjaciel Kizukiego. Trójka nastolatków spędza czas beztrosko we własnym towarzystwie, o ile oczywiście można mówić o beztrosce w kontekście japońskiego systemu edukacji. Pewnego dnia Kizuki popełnia samobójstwo. Widzowi nie zostaje nic wyjaśnione, nie ma zbyt wielu poszlak prowadzących do przyczyny tak dramatycznego kroku. Podobnie jak i pozostałym bohaterom, którzy muszą się po prostu pogodzić ze śmiercią przyjaciela i żyć dalej. Watanabe wyjeżdża na studia i próbuje o wszystkim zapomnieć. Drogi jego i Naoko jeszcze się jednak skrzyżują.

I chociaż "Norwegian Wood" definitywnie nie jest komedią, sala kinowa co rusz wybuchała śmiechem. Wszystko przez problemy bohaterki, która miała trudności z uprawianiem seksu. Nawet ze świadomością, że owe problemy są odzwierciedleniem niemożności pełnego pokochania i zaufania drugiej osobie, a także pewnie świadectwem nigdy niezabliźnionej rany, kilkoro widzów na dźwięk dramatycznych pytań Naoko ("Jestem sucha. Dlaczego tak jest?") po prostu popłakało się ze śmiechu. Warto zastanowić się nad przyczynami tej wesołości. Widzowie byli w końcu raczej dojrzali i zapewne obyci z tematem, więc nie był to głupi chichot nastolatków na dźwięk słowa penis. Myślę, że w grę wchodzą raczej różnice kulturowe. Problem Naoko wydał się polskim widzom najzwyczajniej głupi. Jesteśmy, bądź co bądź, rodzinnym narodem. I chociaż nawiązania do seksu można dziś zobaczyć nawet w reklamie kostki brukowej, a w co drugim czasopiśmie znajdziemy wywiad z seksuologiem przekonującym, że tygodniowy brak seksu w związku to niemal choroba wymagająca natychmiastowego leczenia, to chyba do końca w to nie wierzymy. A seks pozostaje przyjemnym, ale ciągle tylko dodatkiem do braterstwa dusz, zgodności charakterów i poczucia bezpieczeństwa. Związki oparte głownie na pożądaniu zwykliśmy w końcu uznawać za nietrwałe i pozbawione przyszłości. Oto co mógł sobie pomyśleć rozbawiony widz: "Jeśli go kocha to niechże z nim będzie, a z tym seksem to się coś wymyśli. Po co te całe dywagacje o stanie pochwy?". Temat seksu przewija się zresztą w filmie dość często i czasem nieoczekiwanie pojawia się w rozmowach bohaterów. I to też może zaskakiwać, o ile się nie ma świadomości, że akcja toczy się w kraju, w którym na ulicach stoją automaty z używaną bielizną. Wypatrzyłam na widowni dwójkę Japończyków i z drugiej strony zastanawiam się, czy ich nie zaskakiwały nasze wybuchy śmiech w - jakby nie było - dość dramatycznych momentach.

Gdzieś przeczytałam, że "Norwegian Wood" to opowieść o ludziach, którzy boją się dorosnąć. Szkoda, że w filmie ten wątek pojawia się tak późno. Może pozwoliłby lepiej zrozumieć motywy postępowania bohaterów. Jedno jest w przesłaniu tego filmu uniwersalne: świadomość, że strata bliskiej osoby boli zawsze i to uczucie nie przemija, już zawsze trzeba z nim żyć. Dużą zaletą "Norwegian Wood" jest wysoki poziom aktorstwa. Rinko Kikuchi to aktorka, która w zadziwiający sposób przykuwa uwagę i budzi sympatię, można ją pamiętać choćby ze znakomitej roli w filmie "Babel". Ken'ichi Matsuyama jest niemal równie interesujący i choć podobno również jest znanym aktorem, ja kojarzę go tylko z tego, że wcielił się w rolę L w aktorskiej wersji "Death Note". Na równie wysokim poziomie jest muzyka, zdjęcia i niezwykły klimat filmu. Całość wyszła dość kameralnie, trzeba też przyznać, że film cieszy oko, choć momentami akcja nie toczy się zbyt szybko.

źródło: www.newvideo.com

środa, 25 września 2013

Nyumba ya kasa. Unguja


Książkę Małgorzaty Szejnert "Dom żółwia. Zanzibar" trudno zamknąć w gatunkowych ramach. Jest po trosze historyczna, po trosze reporterska, ale wplecenie w warstwę faktograficzną takich elementów jak lokalne podania i legendy oraz dar opowiadania autorki sprawiają, że czytanie tej pozycji przypomina bardziej słuchanie przy ognisku opowieści o dalekich krajach. Na ponad trzystu stronach Szejnert nakreśla obraz wyspy, na której od wieków Wschód spotykał się z Zachodem, a Azja łączyła z Afryką.

Opowieść zaczyna się pod koniec XIX wieku, kiedy Zanzibar nie jest jeszcze częścią Tanzanii i formalnie wciąż włada nim sułtan. Wyspa słynie z targów niewolników, handlu kością słoniową i jest światowym potentatem w eksporcie goździków. Zadomowiła się już tam na dobre brytyjska administracja kolonialna i chociaż Zanzibar w większości jest muzułmański, prężnie działa misja anglikańska. Kluczem do każdej z opowieści są domy. Dom konsula Kirka opowiada o kolonializmie i pierwszych próbach zakazania handlu niewolnikami, Dom Cudów o upadku ostatniego sułtana i ucieczce zbuntowanej księżniczki Salme do Niemiec, dom Livingstone'a o życiu tego słynnego podróżnika, który był jednak lepszym naukowcem niż misjonarzem, w całym swoim życiu ochrzcił bowiem tylko jedną osobę. Uczynienie z budynków podstawy opowieści nie dziwi, Zanzibar słynie w końcu ze swojej unikalnej architektury. Szejnert opisuje je zresztą z detalami, przez co lektura "Domu żółwia" naprawdę przypomina egzotyczną podróż. Sam Zanzibar też przecież jest domem i to nie tylko dla żółwi zielonych, które potrafią dożyć prawie dwustu lat. Wyspa była już przystanią dla sułtańskich haremów, uwolnionych byłych niewolników, a wreszcie rewolucji komunistycznej. Teraz we władanie wziął ją przemysł turystyczny, a luksusowej hotele wyrastają wzdłuż jej brzegów jak grzyby po deszczu. Trzeba pochwalić mrówczą pracę autorki przy przeglądaniu dokumentacji, docieraniu do źródeł i próbie jak najpełniejszego odtworzenia historii Zanzibaru. Szejnert nie trzyma się tu jednak kurczowo faktów i chętnie przekazuje nam też opowieści świadków, nie stroniąc od podań i wierzeń. Jeśli mogłabym coś książce zarzucić to wrażenie, że te opowieści często dostajemy z drugiej ręki. Szejnert najlepiej czuje się chyba w towarzystwie mieszkających na Zanzibarze Europejczyków, chętnie korzystając z ich pomocy i pośrednictwa. Nie dowiemy się z tej książki niczego, czego nie mógłby się dowiedzieć dociekliwy turysta, spędzający na Zanzibarze wakacje. Napisanie "Domu żółwia" nie wymagało wyprawy w jakiś niedostępny rejon świata, ani wejścia w lokalne środowisko. Historię życia takich postaci jak Henry Morton Stanley czy David Livingstone znajdziemy w sieci w kilka sekund, każdy może też wybrać się na Zanzibar i porozmawiać z mieszkającymi tam na stałe Polakami (o ile oczywiście pozwolą mu na to zasoby finansowe, loty do tej części świata nie są bowiem tanie). Tym, co może nas skłonić do wybrania właśnie tego tytułu, jest raczej dar opowiadania Małgorzaty Szejnert, który pozwala poczuć się, jakbyśmy sami postawili stopę na zanzibarskiej plaży.

"Dom żółwia. Zanzibar" jest trochę jak poobiednia sjesta. Akcja toczy się tu leniwie, ale podczas czytania robi się jakoś tak błogo i przyjemnie. Gdybym miała oceniać tę książkę jedynie za treść, pewnie nie znalazła by się zbyt wysoko wśród innych pozycji o Afryce. "Dom żółwia" ma jednak pewnie urok, który można by porównać do uczucia towarzyszącego przeglądaniu starych zdjęć i listów. Przez co czytanie sprawia po prostu przyjemność.

źródło: culture.pl

sobota, 7 września 2013

Kultowe anime cz.2

Pisałam już o filmach Hayao Miyazakiego, którego nazwisko jest synonimem wszystkiego, co w anime najlepsze. Ale świat na studiu Ghibli się nie kończy. O ile filmy Miyazakiego nadają się dla widzów w każdym wieku i z każdej szerokości geograficznej, o tyle w tej części zestawienia pojawią się też tytuły dla starszej młodzieży lub nawet tylko dla dorosłych. Anime charakteryzuje się bowiem ogromnym bogactwem gatunkowym i nie sposób pominąć tu science-fiction, horrorów czy filmów walki.

Akira


źródło: gracz.org

Temat gangów motocyklowych i ulicznych pościgów nie jest mi szczególnie bliski, ale trzeba przyznać, że ten film z 1988 roku odegrał w popularyzacji anime poza Japonią rolę nie do przecenienia. I chociażby dlatego zasługuje na miano kultowego. Całość utrzymana jest w postapokaliptycznej konwencji, na ulicach NeoTokio (metropolii powstałej po III wojnie światowej) szerzy się przestępczość, a o władzę i wpływy rywalizują motocyklowe gangi. Głównymi bohaterami są członkowie gangu Scrun Half: Kaneda i Tetsuo. Ten drugi wkrótce wpadnie w ręce wojska i na skutek przeprowadzonych na nim eksperymentów zyska niezwykłą i niebezpieczną moc. Nowe umiejętności pozwolą mu wyruszyć na poszukiwanie legendarnego Akiry, który trzydzieści lat wcześniej miał doprowadzić do zagłady Tokio. Film traktowany jest często jako alegoria niepokojów społecznych w Japonii z lat 60., a także nawiązanie do czasów zimnej wojny. Na 2015 rok zapowiadana jest aktorska wersja "Akiry", za której produkcję wziął się sam Leonardo DiCaprio. Niemniej wcześniejsze doświadczenia z hollywoodzkimi adaptacjami anime nie pozwalają być w tej sprawie optymistą. Wszystkie znane mi aktorskie wersje anime kończyły się klęską i sprowadzeniem na siebie gniewu rzeszy fanów ich animowanych pierwowzorów.


Ninja Scroll


źródło: filmweb.pl

"Ninja Scroll" to świetny dowód na to, że nie wszystko co animowane nadaje się do oglądania przez dzieci. Rzecz dzieje się w średniowiecznej, feudalnej Japonii. Mieszkańców pewnej wioski zabija tajemnicza zaraza. Oddział wojowników, który miał zbadać sprawę, zostaje wymordowany przez bestię. Przeżywa tylko piękna Kagero, którą z kolei z opresji ratuje wędrowny ninja Jubei. Bohaterowie będą się musieli zmierzyć z całą plejadą potworów rodem z japońskiej mitologii, dowodzoną przez Szoguna Ciemności. Trzeba przyznać, że twórcy filmu bardzo dosłownie potraktowali zadanie pokazania panujących wówczas w Japonii obyczajów. Dlatego filmowi wojownicy mordują, gwałcą, a nawet piją krew. To jednak czyni z filmu prawdziwą gratkę dla wielbicieli kina historycznego i filmów walki. I chociaż film powstał w 1993 roku, animacja wciąż robi wrażenie.


Ghost in the Shell


źródło: otaku.pl

Niektórzy mówią o "Ghost in the Shell" jako o pierwowzorze filmu "Matrix", a to dlatego, że obecnie rodzeństwo, a wtedy bracia Wachowscy, otwarcie przyznawali się do fascynacji tą produkcją. Akcja "Ghost in the Shell" toczy się w 2029 roku, kiedy to życie ludzi w znacznej mierze przeniosło się do sieci, a jej bezpieczeństwo jest sprawą wagi państwowej. Walką z hakerami zajmuje się złożona z cyborgów Sekcja 9. Najgroźniejszym przeciwnikiem jest Władca Marionetek - haker podejrzewany o włamania do ludzkich mózgów. Na uwagę zasługuje mroczny styl tej animacji i charakterystyczna ścieżka dźwiękowa, w której wykorzystano żeński chór. To też jeden z pierwszych filmów, w którym postawiono pytanie o miejsce człowieka w cyberświecie. Jeśli Wachowscy coś rzeczywiście w "Ghost in the Shell" podpatrzyli, to na pewno efekt zielonego kodu na czarnym tle.


5 centymetrów na sekundę


źródło: filmweb.pl

To anime to małe dzieło sztuki, zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że "5 centymetrów na sekundę" jest najpiękniejszą animacją, jaką dane mi było oglądać.  Makoto Shinkai stworzył tu świata zarazem perfekcyjny i magiczny. Nie jest to jednak opowieść o jakiejś fantastycznej krainie, akcja toczy się bowiem we współczesnej Japonii. Reżyser wydobywa magię i niezwykłość z codziennych i z pozoru niewiele znaczących wydarzeń. "5 centymetrów na sekundę" to romans, ale wątek miłosny opowiedziany został z niezwykłą subtelnością. Bohaterem jest Tono Takaki, którego widzimy w trzech momentach jego życia. W pierwszej części Takaki jest uczniem podstawówki, podobnie jak jego szkolna koleżanka Akari. Oboje szybko się zaprzyjaźniają. Po skończeniu szkoły Akari musi się jednak przeprowadzić z rodzicami do Tochigi. Chłopiec wyrusza w podróż pociągiem, żeby jeszcze raz się z nią zobaczyć. W drugiej odsłonie Takaki kończy już szkołę średnią. Zakochała się w nim szkolna koleżanka, Kanae. Ten jednak wydaje się nie zauważać jej uczucia. Ostatni rozdział to już dorosłe życie bohatera. Takaki jest programistą i mieszka w Tokio, a Akari przygotowuje się do ślubu. Oboje czują, że utracili coś bardzo ważnego. "5 centymetrów na sekundę" to nie tylko opowieść o nastoletniej miłości, ale i utraconych szansach na szczęście. Makoto Shinkai zwraca w tym filmie uwagę na ważną życiową prawdę, o naszym życiu decyduje bowiem tylko kilka z pozoru zwyczajnych momentów, które bardzo łatwo przegapić.

Seriale

Nie można pisać o anime, ograniczając się tylko do pełnometrażowych filmów kinowych. Nie od dziś w końcu wiadomo, że japońska animacja serialem stoi, a popularne serie potrafią ciągnąć się niczym "Moda na sukces". Takie anime jest też w Polsce najbardziej popularne. Największe rzesze widowni zgromadziły nad Wisłą seriale oparte na shonen-manga, czyli produkcje przeznaczone dla chłopców, których tematyka kręci się wokół sztuk walki i pojedynków. Jeśli ich bohaterowie akurat z kimś nie walczą, to na pewno trenują i przygotowują się do starcia z kolejnym wrogiem. Seriale te różnią się jednak od zachodnich opowieści o superbohaterach. Poza oczywistym osadzeniem w japońskiej kulturze, bohaterowie shonen-manga nie działają sami. Chociaż zwykle mamy tu do czynienia z głównym bohaterem, z pojedynków wychodzi on zwycięsko tylko dzięki wsparciu swoich przyjaciół. Potęga bohaterów nie opiera się na ich mięśniach, a sile ducha. Dlatego nie ma w tym kompletnie nic dziwnego, gdy powalają oni kilkukrotnie większych od nich przeciwników. Zaś ich kompetencje wymagają ciągłego doskonalenia i treningu. Większą moc można tu zdobyć tylko przełamując własne słabości.


Dragon Ball


źródło: moviesroom.pl

Ten serial pojawił się na antenie RTL7 w 1999 roku i zapoczątkował w Polsce modę na anime. Składa się z trzech części: "Dragon Ball", "Dragon Ball Z" i "Dragon Ball GT", z których każda liczy po kilkaset odcinków. Bohaterem serii jest Son Goku, który wraz ze swoją przyjaciółką Bulmą wyrusza na poszukiwanie magicznych smoczych kul. Gdy zbierze się je wszystkie, pojawia się spełniający życzenia Boski Smok. Son Goku nie jest Ziemianinem, a Saiyanem, jednym z ostatnich przedstawicieli rasy wojowników, których planeta została zniszczona. Chłopiec posiada przez to nadludzką siłę. Serial znany jest z iście epickich scen walki, z których każda może ciągnąć się przez kilka odcinków. Trzeba jednak przyznać, że jakość tej animacji po latach wypada nieco blado. Wiedzą o tym także jej twórcy, którzy w 2009 roku wypuścili odświeżoną i poprawioną wersję serii "Z" - "Dragon Ball Kai".W tym samym roku do kin trafiła aktorska adaptacja "Dragonball: Ewolucja", która była tak zła, że aż nie wiem, co o niej napisać.  Jej reżyser, James Wong, zapewne do dziś żyje w strachu przed rozwścieczonymi fanami.


Bleach


źródło: amazon.com

To mój faworyt w tej kategorii. Akcja toczy się w czasach współczesnych, a bohaterem serialu jest licealista Ichigo Kurosaki, który posiada zdolność widzenia duchów. Pewnego dnia w jego życiu pojawią się Rukia Kuchiki, dziewczyna jest shinigami (bogiem śmierci). Rukia zostaje ranna w walce, żeby ocalić życie swoje i Ichigo, musi przekazać mu swą moc, przez co zostaje uwięziona w świecie żywych. Shinigami to istoty duchowe, niewidzialne dla większości ludzi. Zadaniem bogów śmierci jest zachowanie równowagi pomiędzy światem żywych i martwych, a zwłaszcza walka z Pustymi, uwięzionymi pomiędzy tymi wymiarami duszami, które zamieniły się w potwory. Każdy shinigami ma swoje zanpakuto, czyli miecz posiadający własną duszę. Na co dzień shinigami przebywają w Społeczności Dusz, zwykle służąc w jednym z Trzynastu Oddziałów Obronnych. Główną wadą tego anime jest jego nierówność. Poszczególne odcinki serialu pojawiały się bowiem częściej, niż manga, na której podstawie powstał. Twórcy musieli jakoś sobie poradzić z chwilowymi brakami materiału do ekranizacji, stworzyli więc serię fillerów, czyli epizodów kompletnie z mangą niezwiązanych. Są one fabularnie słabsze od głównych wątków. Z tym problemem można sobie jednak poradzić w prosty sposób - pominąć je w trakcie oglądania. Główne wątki - odbicie Rukii ze Społeczności Dusz i bunt jednego z kapitanów - są godne polecenia. "Bleach" ma też naprawdę dobrą ścieżkę dźwiękową (tutaj). Zainteresowanym polecam artykuł "Anime Bleach jako topos samurajów".


Naruto


źródło: media.splay.pl

Niewiele mogę napisać o tym anime, jako że nie widziałam ani jednego odcinka. Niemniej serial ten bije rekordy popularności. Jego bohaterem jest nastoletni Naruto Uzumaki, który chce zostać najsilniejszym ninja w wiosce. Kilkanaście lat wcześniej w jego ciele został zapieczętowany demon - lis o dziewięciu ogonach. Podobnie jak w przypadku "Dragon Ball" mamy tu do czynienia z długimi i częstymi scenami walki, a w miarę upływu czasu Naruto i jego przyjaciele rozwijają swoje nietypowe zdolności. W 2007 roku pojawiła się druga część tej serii "Naruto: Shippuden".

Większość seriali anime nie ciągnie się tak długo, jak trzy wymienione powyżej. Zwykle twórcy ograniczają się do kilkunastu, góra kilkudziesięciu odcinków. I chociaż tasiemce też maja swój urok, krótsza forma zwykle wychodzi fabule na dobre.

Death Note


źródło: screencritix.com

Ten serial łączy piękny i mroczny styl animacji z bardzo dobrą ścieżką dźwiękową (tutaj), a jego ponury klimat przypadnie do gustu nie tylko przedstawicielom subkultury Emo. Bohaterem "Death Note" jest licealista Light Yagami, który znajduje notes należący do boga śmierci imieniem Ryuk. Każda osoba, której imię i nazwisko zostanie zanotowane w tym notesie, umrze w ciągu 40 sekund. Posiadacz notesu może też dodać opis okoliczności śmierci i jej przyczynę. Jeśli tego nie zrobi, nieszczęśnik opuści ziemski padół z powodu zawału serca. Light mierzy wysoko i postanawia oczyścić świat z przestępców. Jego tropem rusza policja i tajemniczy detektyw L. Fabuła opiera się tu o pojedynek dwóch geniuszy - Lighta i L. Wygra ten, kto pozostanie o krok przed przeciwnikiem. Obie postacie są bardzo wyraziste, mimo to serial ten warto obejrzeć głównie ze względu na jego walory wizualne i dźwiękowe. W niektórych chińskich miastach manga "Death Note" została zakazana z powodu jej negatywnego wpływu na psychikę młodzieży. Uczniowie robili sobie bowiem własne notatniki śmierci, w których zapisywali nazwiska nielubianych kolegów i nauczycieli.

Elfen Lied

źródło: alphacoders.com
Pomimo tytułu "Elfen Lied" nie ma wiele wspólnego z elfami i baśniowością. To najbardziej krwawa i brutalna propozycja w tym zestawieniu, momentami zahaczająca o stylistykę gore. Fabuła "Elfen Lied" przypomina nieco "Carrie" Stephena Kinga. Główna bohaterka, Lucy, jest dicloniusem - zmutowaną formą człowieka. Cechą dicloniusów są charakterystyczne wypustki na czaszce (przypominające rogi) oraz nadprzyrodzone zdolności. Lucy ze względu na przeżycia z dzieciństwa, a także eksperymenty, którym została poddana, nienawidzi ludzi i zabija ich bez skrupułów. W pierwszym odcinku ucieka z tajnego laboratorium, zostaje jednak ranna w głowę. Nieprzytomną dziewczynę znajdują na plaży świeżo upieczony student Kouta i jego kuzynka Yuka. Uderzenie w głowę sprawiło, że do głosu dochodzi alternatywna osobowość Lucy - dobra i dziecinna Nyu. Na uwagę zasługuje nietypowy opening "Elfen Lied", w którym wykorzystano obrazy Gustava Klimta i śpiewaną po łacinie "Elfią pieśń".

Cowboy Bebop


źródło: whysoblu.com

Śmiała futurystyczna wizja z elementami Dzikiego Zachodu. Fascynację amerykańską popkulturą widać tu gołym okiem. Można w "Cowboy Bebop" odnaleźć elementy westernu i filmu noir. Tytuł każdego z odcinków jest jednocześnie tytułem tytułem popularnej piosenki. Akcja toczy się w drugiej połowie XXI wieku. Niewłaściwe użycie bramy nadprzestrzennej spowodowało uszkodzenie Księżyca, którego spadające odłamki omal nie zniszczyły życia na Ziemi. Ludzie zamieszkali pod jej powierzchnią i skolonizowali inne planety. Chaos spowodował jednak wzrost przestępczości. Aby skutecznie łapać kryminalistów na tak dużym obszarze władze wprowadziły system nagród. Wkrótce pojawili się też łowcy głów. Takimi właśnie łowcami-kowbojami są bohaterowie tej serii. Główną zaletą "Cowboy Bebop" jest fakt, że naprawdę ciężko doszukać się tu wad. Na wysokim poziomie jest zarówno fabuła, jak i techniczna warstwa serialu. "Cowboy Bebop" to jedna z lepiej dopracowanych animacji.

Samurai Champloo

źródło: lisimg.com

Kolejna po "Cowboy Bebop" animacja Shin'ichirō Watanabe z 2004 roku. I tym razem Watanabe w zadziwiający sposób miesza ze sobą gatunki. Bo choć akcja "Samurai Champloo" toczy się w feudalnej Japonii, bohaterowie anime są na wskroś współcześni. Kino historyczne miesza się tu z sensacyjnym, a tradycyjna japońska muzyka z hip-hopem. Bohaterami są dwaj samuraje: nieokrzesany i porywczy Mugen oraz powściągliwy i precyzyjny Jin. Tę dwójkę z opresji uratuje kelnerka Fu. W zamian Mugen i Jin obiecują pomóc jej w odnalezieniu samuraja pachnącego słonecznikami. Po drodze przyjdzie im się zmierzyć z przeciwnikami spod ciemnej gwiazdy: mafiosami, alfonsami, złodziejami, przemytnikami narkotyków. Podobnie jak w przypadku "Cowboy Bebop" tutaj także główną zaletą jest wysoka jakość animacji.


Co w nowościach piszczy?

Nowe tytuły wyrastają jak grzyby po deszczu i pewnie nie starczyłoby życia, żeby obejrzeć je wszystkie. W sukurs idą liczne internetowe plebiscyty, w których fani wybierają anime roku bądź sezonu. Ja ograniczę się do trzech interesujących propozycji.

Sword Art Online


źródło: www.roadtovr.com

Chyba najbardziej optymistyczna i baśniowa z propozycji w tym zestawieniu. Ma dużo uroku, a przy tym potrafi wzruszać. Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości, kiedy to już opracowano technologię, pozwalającą na całkowite zanurzenie się w wirtualnej rzeczywistości. Cały świat oczekuje na premierę gry Sword Art Online, wypuszczone zostaje tylko 10 tysięcy egzemplarzy. Wśród szczęśliwców znajduje się 16-letni Kazuto Kirigaya, który był beta testerem gry. Właściwie należałoby go nazwać Kirito, bo takiego nicku używa w SAO. Po zalogowaniu okazuje się jednak, że gracze nie dysponują opcją wyloguj. 10 tysięcy osób staje się zakładnikami genialnego i szalonego twórcy gry, Akihika Kayaby. Śmierć w SAO oznacza śmierć naprawdę. Gracze zostaną uwolnieni dopiero, kiedy jednemu z nich uda się ją ukończyć, co wymaga przejścia stu poziomów. Uwięzieni gracze zostaną w Sword Art Online na długo, bo na ponad dwa lata. Wartością tego anime nie są sceny walki, których tak naprawdę jest niewiele, a obraz codziennego życia w grze. Zasady ustanowione w SAO stają się dla graczy podstawami ich rzeczywistości. Tworzą się różne grupy społeczne, jedni wiodą spokojne życie, inni walczą na linii frontu. Zawiązują się bractwa, kierujące się mniej lub bardziej moralnymi zasadami postępowania. Znajdzie się tu też miejsce na historię miłosną z prawdziwego zdarzenia. Ładna animacja, dopracowany z najmniejszymi szczegółami świat gry oraz pozytywny wydźwięk sprawiają, że "Sword Art Online" naprawdę przyjemnie się ogląda.


Attack on Titan


źródło: techtimes.com

Niektórzy nazywają "Attack on Titan" animowaną "Grą o tron" i rzeczywiście jest sporo podobieństw. Twórcy co chwilę zaskakują zwrotami akcji i nie mają oporów przed uśmiercaniem bohaterów. A wszystko to dzieje się w alternatywnej rzeczywistości, przypominającej nieco średniowiecze  Ludzkość niemal wyginęła. Ci, którym udało się przetrwać, muszą wieść życie za murami. Ogromne mury chronią ich przed tytanami, istotami bezmyślnymi, ale też okrutnymi i żywiącymi się ludzkim mięsem. Pewnego dnia mury zostają przerwane, a mieszkańcy najbliżej położonych miejscowości zmasakrowani. Ludzie ruszają na wojnę z tytanami. Warto zwrócić uwagę, że "Attack on Titan" ma naprawdę dobry opening.

Hataraku Maou-sama! 


źródło: glogster.com

Tytuł oznacza diabła pracującego w fast foodzie i jest to jedyna komedia, jaka znalazła się w zestawieniu. I to głównie przez zaskakującą pomysłowość jej twórców. Oto Władca Ciemności jest o krok od podbicia  świata, zostaje jednak pokonany przez bohaterkę Emilię. Salwując się ucieczką, demon trafia do innego wymiaru, współczesnego Tokio. Nie może tu używać magii, a jego demoniczne doświadczenie nie bardzo się przydaje. Władcę Ciemności dopada proza życia, żeby zarobić na dach nad głową, zatrudnia się na pół etatu w restauracji McRoland (do złudzenia przypominającej McDonalda). Jego demoniczny generał Alciel zajmie się prowadzeniem domu z tych skromnych środków budżetowych. Wkrótce dołączy do nich drugi z pokonanych generałów, Lucyfer, który odkrywszy uroki internetu, postanowi zostać hikkimori. Władca Ciemności będzie musiał stoczyć walkę z konkurencją (Sentucky Fried Chicken), a jakby tego było mało w ślad za nim wyruszy bohaterka Emilia. Może nie jest to tytuł wybitny, ale całkiem niezła satyra z własnej konwencji.