czwartek, 20 kwietnia 2017

Z pamiętnika XIX-wiecznej guwernantki

Chyba wyrosłam już z XIX-wiecznych powieści dla panien z dobrych domów. Gdybym sięgnęła po Agnes Grey kilkanaście lat temu, pewnie byłabym zachwycona. Dziś doczytałam książkę do końca tylko ze względu na piękną angielszczyznę autorki. Anne, najmniej znana z sióstr Brontë, korzystała podczas tworzenia fabuły z własnych przeżyć i wspomnień, przez co z miejsca zaczęłam jej współczuć. Nie żeby los XIX-wiecznej angielskiej guwernantki był tak straszny, uderzyło mnie po prostu, jak mały był ten świat. Jego klaustrofobiczność jest przytłaczająca.
 
Agnes spędziła większość życia z rodzicami i siostrą. I tylko z nimi. Za edukację dziewczynek odpowiadała matka pochodząca z arystokratycznej rodziny, ale wydziedziczona na skutek mezaliansu. Skromny wikt zapewniał ojciec, wiejski pastor. I choć dom opisywany jest jako oaza miłości i bezpieczeństwa, Agnes wiodła w nim niemal pustelniczy żywot. Kiedy dziewczyna dorosła, postanowiła wspomóc finansowo rodziców i podjęła się jedynego dostępnego dla niej zajęcia, czyli roli guwernantki dzieci z zamożnych domów. O ile jednak jej uczniom płci męskiej przekazywana przez Agnes wiedza mogła się jeszcze do czegoś przydać, starsi chłopcy byli w końcu zwykle wysyłani do szkół z internatem w celu dalszej edukacji, a w przyszłości mieli też zarządzać rodzinnym majątkiem, o tyle pannom była całkowicie zbędna. Dziewczęta uczyły się rachunków, geografii, rysunku, gry na instrumentach i języków obcych, żeby nigdy tych umiejętności nie użyć i nie opuszczać zbyt często rodzinnej posiadłości. Chociaż znajomość języków mogła się jeszcze przydać do czytania książek i zabijania nudy, i tak jedynym naprawdę istotnym wydarzeniem w życiu młodej damy było zamążpójście i urodzenie syna. Oczywiście dobrze sytuowane kobiety były w o niebo lepszej sytuacji od wieśniaczek, mieszkały w wygodnych domach i jadały do syta. Niemniej od ich stylu życia wieje takim marazmem, że umycie toalety wydaje się przy tym ekscytującą przygodą.
 
Ale wróćmy do Agnes. W pierwszym z domów bohaterka trafia na sztywnych i przekonanych o własnej wyższości rodziców z trójką rozpieszczonych, złośliwych dzieci o psychopatycznych zapędach, które doskonale zdają sobie sprawę, że guwernantka nie ma nad nimi żadnej władzy. Najgorszy jest chyba najstarszy z podopiecznych. Chłopiec lubi w wolnych chwilach wyrywać pisklętom skrzydełka i znęcać się na różnymi innymi małymi zwierzątkami. Rzecz niepokojąca nawet w czasach, w których polowanie uważano za najbardziej nobilitujący ze sportów. W drugim z domów jest tylko trochę lepiej. Tutaj podopiecznymi Agnes są nieco starsze, ale za to dość puste i nastawione materialistycznie do życia dziewczęta. Tym sposobem guwernantka wiedzie jeszcze bardziej pustelnicze życie niż w rodzinnym domu.
 
Obraz arystokracji jest w Agnes Grey aż nazbyt wyraziście negatywny. Autorka tworzy tu wyraźny, niemal czarno-biały podział. Po jednej stronie są zepsuci i zadufani w sobie bogacze, po drugiej biedni, ale uczciwi ludzie, czyli rodzina Agnes. Za ich pomocą Anne Brontë szkicuje obraz idealnego społeczeństwa złożonego z ciężko pracujących, religijnych i hołdujących jedynie przymiotom ducha ludzi. W pewnym sensie można tę książkę traktować jako wezwanie do odnowy moralnej, bo raczej nie jako opis rzeczywistego stanu rzeczy. Historia uczy raczej, że i biedni miewali swoje za uszami. Pomimo tego dydaktyzmu Agnes Grey jest warta przeczytania, choćby tylko po to, żeby docenić daną nam wolność wyboru i nacieszyć się nieco bardziej wyszukanym językiem angielskim.

Źródło: www.penguin.co.uk

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz