czwartek, 24 listopada 2016

Ptak na uwięzi

Czasem kupuję książki, kierując się tylko opisem na okładce. Już nie raz się zawiodłam. I nie mówię tylko o sytuacjach, w których zachwalana książka okazał się marna. Czasem po prostu opis ma się nijak do tego, co znajdujemy w środku. Coś takiego przydarzyło mi się właśnie z powieścią południowokoreańskiej pisarki Oh Jeonghui Ptak, którą kupiłam na którychś targach książki. Na okładce możemy przeczytać:
"Ptak" Oh Jeonghui to książka niezwykła, przejmująca i poruszająca, która pokazuje obraz dynamicznie rozwijającej się Korei Południowej widziany oczami wrażliwego dziecka pozbawionego normalnego dzieciństwa, bezpieczeństwa i wsparcia. (...) Przesiąknięta smutkiem i wyobcowaniem dziecięca wizja świata jest jednocześnie bardzo trafną obserwacją społeczeństwa koreańskiego lat 90. dwudziestego wieku. 
Spodziewałam się więc co najmniej powieści społecznej, dlatego byłam zawiedziona, że w książce tak niewiele jest samej Korei. No chyba że za obraz kraju uznamy to, że bohaterowie gotują ryż zamiast ziemniaków. Po pierwszym rozczarowaniu doceniłam jednak powieść Oh Jeonghui, to kawałek dobrej prozy. 

Naprawdę trudno jest napisać dobrą książkę, której narratorem byłoby dziecko. Pisarze dość łatwo popełniają błąd przypisywania mu zbyt dużej wiedzy, tłumią jego emocje, narzucają zbytnią bezstronność. Efekt przypomina w końcu bardziej wszystkowiedzącego narratora rodem z XIX-wiecznych powieści niż dziecko z krwi i kości. Dzieci nie są przecież idealne, dopiero uczą się świata i nie zawsze są w stanie rozróżnić prawdę od kłamstwa. Często ponoszą je emocje, zawodzi pamięć, potrafią nawet być okrutne. I co chyba najważniejsze, zwykle nie zdają sobie sprawy, że z ich światem jest (przynajmniej z perspektywy społeczeństwa) coś nie tak, po prostu przyjmują zastaną rzeczywistość bez zbędnych pytań. Bohaterka i narratorka Ptaka rzeczywiście taka jest. Czasem w jej pamięci zamazują się twarze, nie potrafi jeszcze ocenić, czy coś jest faktem, czy tylko przesądem, dlatego wszystkie docierające do niej bodźce na równi ją kształtują. W tej narracji rzeczywiste wydarzenia mieszają się z wyobrażeniami, tworząc naprawdę bogaty świat wewnętrzny dziecka (bo na pewno nie Korei Południowej). 

U-mi i jej brat U-il nie mają matki, a ich ojciec jeździ po całym kraju w poszukiwaniu pracy. Dzieci wychowują się kątem u krewnych. Pewnego dnia ojciec postanawia jednak zabrać do wynajętego mieszkania U-mi i U-ila, gdyż udało mu się znaleźć nową żonę. I ta kobieta szybko jednak odchodzi, a obraz jej twarzy powoli rozmazuje się w pamięci dzieci. Można powiedzieć, że U-mi i U-ila wychowują przypadkowo spotkani dorośli, gospodyni i inni mieszkańcy budynku, a dzieci ze strzępków uzyskanych od nich informacji budują sobie własny świat. Jak nietrudno się domyślić, ten świat niczym nie przypomina ciepłej i bezpiecznej rodziny. U-mi próbuje wychowywać brata i naśladuje przy tym dorosłych. Nie potrafi okazać chłopcu czułości, żeby pokazać, że jej zależy, obrzuca go więc epitetami. Od kogo miałaby nauczyć się cipełych słów? Od opiekunki socjalnej, która odwiedza ją w szkole raz na dwa tygodnie? 

Można oczywiście mówić, ze los tych dzieci nie jest typowy. Że to wręcz jakaś patologia. Jednak powieść Oh Jeonghui uświadomiła mi jedną bardzo ważą rzecz, a mianowicie jak istotne jest to, co pokazujemy i mówimy dzieciom. One nie mają innego świata i innego punktu odniesienia. Przyjmą za normalne wszystko to, co robimy my dorośli. Z równą łatwością nauczą się czułości jak nienawiści. Wezmą ten świat takim, jakim my go zostawimy. Tak chyba wygląda dziedziczenie biedy i wykluczenia. My nie uczymy się świata, my go nabywamy. Tak jak w językoznawstwie mówi się o nabywaniu języka rodziców z całym bagażem jego błędów, wypaczeń i udziwnień. Bardzo jestem ciekawa, jakimi dorosłymi będą U-mi i U-il, Mam nadzieję, że Oh Jeonghui napisze kiedyś kontynuację. 

źródło: ecsmedia.pl

PS Lojalnie uprzedzam, że w książce jest scena gotowania zupy z psa. Chociaż dla mnie nie ma żadnej różnicy między zabiciem psa i zabiciem świni (oba są w końcu myślącymi i czującymi stworzeniami), przyjmuję do wiadomości, że dla niektórych to problem. 

środa, 23 listopada 2016

Festiwal Filmowy Pięć Smaków 2016

Atak serca


źródło: www.imdb.com

Zaskakująco dobry film nagradzanego już na Festiwalu Pięć Smaków tajskiego reżysera, którego nazwiska nie jestem w stanie wymówić (Nawapol Thamrongrattanarit), a także ukłon w stronę freelancerów i ich ciężkiej doli. Yoon jest grafikiem komputerowym, który szczerze kocha swoją pracę. A do tego ma w sobie ten rodzaj dążenia do doskonałości, który każe mu wywiązać się z nawet najbardziej absurdalnych terminów. Świetny przepis na śmierć z przepracowania. Organizm Yoona nie chce się jednak tak łatwo poddawać i zaczyna wysyłać mu sygnały. Pierwszym jest swędząca wysypka, która pokrywa coraz to nowsze partie ciała. Yoon będzie musiał w końcu pójść do lekarza. 

Nasz bohater to prawdziwy tytan pracy. Potrafi nie spać przez kilka dni i żywić się tylko w sklepie całodobowym. Problem jednak w tym, że Yoon pracuje już zdecydowanie za długo. Zdążył zapomnieć, co w zasadzie innego mógłby w życiu robić. Dlatego zastosowanie się do zaleceń młodej pani dermatolog będzie dla niego nie lada wyzwaniem. Jego usilne starania, żeby odpocząć, przypominają trochę nasz polski Dzień świra. W tej opowieści jest jednak coś więcej, ponieważ pomiędzy Yoonem a lekarką zaczyna się rozwijać nić porozumienia. 

Niewątpliwie najmocniejszym punktem filmu są konstrukcje psychiczne bohaterów. Wyraziste, oryginalne i autentyczne. To właśnie kiedy patrzymy na takie osoby, uzmysławiamy sobie, że ludzi czasem lubi się bardziej za ich wady, niż za zalety. Oczywiście na nic nam interesujące postacie bez dobrej obsady, na szczęście Sunny Suwanmethanon i młodziutka Davika Hoorne świetnie sobie poradzili. Ich naturalne kreacje i trafiający w sedno życia freelancera (i życia uczuciowego w sumie też) humor złożyły się na naprawdę udany seans. 


Miłość za sto jenów


źródło: cdn.fantasiafestival.com

Chyba tylko Japończycy potrafią zrobić tak pozytywny film o bandzie dziwaków, którym cały czas przydarzają się złe rzeczy. Główną bohaterką jest trzydziestodwuletnia Ichiko, która nigdy nie pracowała i ciągle mieszka z rodzicami. Nie chce jej się nawet pomagać mamie i siostrze w budce z bento. Ichiko jest zaniedbana, a życie po prostu jej nie interesuje, momentami bierność bohaterki wydaje się wręcz komiczna. Jednak pewnego dnia, po kolejnej awanturze, Ichiko nieoczekiwanie decyduje się na wyprowadzkę. A co za tym idzie, będzie musiała znaleźć pracę. Najbliższa wolna posada trafia się w sklepie Wszystko za 100 jenów. Myli się jednak ten, kto sądzi, że taka zmiana będzie w stanie poruszyć bohaterkę. W pracy Ichiko też wydaje się obecna bardziej ciałem niż duchem, nie są jej w stanie poruszyć nawet osobiste nieszczęścia. 

Wszystko zmienia się, kiedy Ichiko poznaje pewnego boksera. Ale to nie z powodu miłości, która szybko okazuje się klapą. Kiedy jednak bohaterka ogląda walkę bokserską, na jej twarzy po raz pierwszy pojawiają się jakieś emocje. Do tego momentu nieco irytowała mnie gra odtwórczyni głównej roli. Do tej pory Sakura Ando jako Ichiko praktycznie nie używała mięśni twarzy! Zresztą trudno by było to zauważyć, bohaterka w końcu nieustannie chowała twarz za włosami. Dopiero w połowie filmu odkryłam, że w tym szaleństwie jest metoda. Mimika powraca u Ichiko razem z chęcią stawienia czoła życiu. Dziewczyna zaczyna... trenować boks. Dalej nie będzie jednak melodramatycznie jak w filmie Za wszelką cenę. Reżyser Masaharu Take zdecydował się na znacznie więcej czarnego humoru, co nie czyni jednak emocji bohaterów mniej realistycznymi. 

Miłości za sto jenów trzeba dać trochę czasu, żeby opowieść się rozkręciła, ale za to druga część filmu niewątpliwie rekompensuje nieśpieszne tempo pierwszej. 

Ostatni pociąg

źródło: imdb.com

Na filmweb.pl film figuruje jako Zombie express, tytuł ten jest jednak tak głupi, że nie mam serca go użyć. Dałabym mu też pewnie wyższe noty, gdyby dystrybutorzy zdecydowali się zaklasyfikować go jako komedię. Ale dramat? Naprawdę? Niektórym udało się jednak doszukać tu czegoś głębszego, na stronie festiwalu czytamy na przykład:
Film konsekwentnie wypełnia założenia gatunku, które George Romero określił już w 1968 roku w "Nocy żywych trupów". Nie brakuje tu więc mocnego komentarza społecznego i krytyki nierówności klasowych, którą można odnieść zarówno do katastrofy promu Sewol z 2014 roku jak i do kryzysu imigracyjnego na świecie.
No cóż, chyba w snach. Mamy tu do czynienia z filmem całkowicie rozrywkowym, który zresztą z tego powodu podbił box office w wielu azjatyckich krajach. I rzeczywiście ciężko się na nim nudzić. Ostatni pociąg to niezła propozycja na wieczornym seans po ciężkim dniu i to koniecznie z piwem w ręku. 

Głównym bohaterem jest Seok Woo (w tej roli Gong Yoo), pracoholik, egoista i manager w dużej korporacji, który jedzie ze swoją córeczką do mieszkającej w Pusanie byłej żony. Pech chce, że w chwili odjazdu do pociągu wbiega kobieta ugryziona przez zombie. Reszty można już się chyba domyślić. Twórcy dodali tu kilka scen melodramatycznych retrospekcji w stylu znanym na pewno fanom koreańskich dram, które jednak u bohaterów ściganych przez tabuny zombie wypadają raczej komicznie. Plusem są niewątpliwie sami bohaterowie, którzy chociaż mają jakieś charaktery i nawet można im kibicować. To się w końcu w filmach o zombie nie zdarza zbyt często. 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Popularny vs. powszechny, czyli dlaczego nowotwór nie może być popularny

Dość często ostatnio widuję różne artykuły o popularnych chorobach cywilizacyjnych XXI wieku. Najpierw mnie to zaskakiwało, potem zaczęło bawić. Dlaczego? Zajrzyjmy do słownika. 
popularny
1. «powszechnie znany, ceniony i używany»
2. «mający na celu głównie dostarczanie rozrywki i przyjemności»
3. «przedstawiony w sposób zrozumiały dla wszystkich»
W pierwszym i najczęstszym znaczeniu popularny jest zatem określeniem pozytywnym, synonimem uznawanego. W drugim już trochę mniej, ale jednak ciągle dość przyjemnie się kojarzy. Dlatego nowotwory nie mogą być popularne, nikt ich nie ceni i nikomu nie dostarczają rozrywki. Odpada nawet ostatnie znaczenie tego słowa, przyczyny ich powstawania są zwykle złożone i laik ich nie rozumie. Nowotwory i inne choroby cywilizacyjne mogą być co najwyżej powszechne.  
powszechny
1. «dotyczący wszystkich rzeczy, osób, spraw itp.»
2. «częsty, ogólnie znany i stosowany»
Mylenie znaczeń słów zdarza się dość często, kilka takich najpowszechniejszych przypadków jest w stanie przytoczyć przeciętny użytkownik języka, nawet jeśli nie zna terminu błąd semantyczny (bo w szkole uczono w zasadzie tylko o ortograficznych). Niby wiemy więc, że bynajmniej to nie to samo co przynajmniej, a efektowny znaczy coś innego niż efektywny. Niektórzy nawet wiedzą, że reprezentacyjny to jednak nie to samo co reprezentatywny. Ale już na przykład o sklepie z dziecinnymi ubraniami słyszałam w życiu wielokrotnie. I byłoby to nawet możliwe, ale oznaczałoby, że mówiący nie wyraża się zbyt pochlebnie o asortymencie. Jeśli coś lub ktoś jest dziecinny, to znaczy, że zachowuje się jak dziecko, naiwnie i niepoważnie. Produkty przeznaczone dla dziecka są po prostu dziecięce. 

Jeszcze zabawniej robi się, kiedy w grę rzeczywiście zaczyna wchodzić ortografia. W pewnej książce przeczytałam niedawno, że bohaterowi mleko się zważyło. I nie była to bynajmniej opowieść fantasy, wtedy można by jeszcze sobie wyobrazić, że owo mleko samo wyszło z lodówki i usiadło na wadze, żeby się zważyć. W dzisiejszych czasach w końcu nawet mleko może liczyć kalorie. W prawdziwym świecie mleko jednak zwykle co najwyżej się warzy, czyli psuje. 


Źródła:
1. sjp.pl

poniedziałek, 31 października 2016

Stare spodnie a sens życia


Mam ściśle określone gusta teatralne. Lubię skromne przedstawiania z udziałem niewielu, ale za to dobrych aktorów. Nie dla mnie rewie, wystarczy ciekawa historia. Nie miałam więc wątpliwości, że monodram W progu, czyli historia zaniechanych spodni w wykonaniu Mariana Opani ma szansę mi się spodobać i poszłam do Teatru Ateneum z nadzieją na dobrą sztukę. Sam dramat Glena Bergera był już z dużym sukcesem wystawiany na wielu scenach, a do tego za reżyserię wziął się Bartek Konopka. Tak, ten od Królika po berlińsku. Dostałam znacznie więcej, niż się spodziewałam. 

Bohaterem W progu jest pewien holenderski bibliotekarz, którego życie było do tej pory dość spokojnie. Nie miał żony, nie miał dzieci, nie miał przyjaciół, nie miał też żadnych zainteresowań. Życie toczyło się według ustalonego rytmu, a nasz bibliotekarz czuł się w tej skorupie całkiem bezpiecznie. Ten świat nie zakładał jednak istnienia zdarzeń tajemniczych czy wręcz nadprzyrodzonych. Ale jak wyjaśnić to, że ktoś zwraca książkę po stu trzynastu latach? Bohater rusza w poszukiwaniu dowcipnisia, a przy okazji odnajduje samego siebie.

Obiecanego wątku kryminalnego dostajemy tu tak naprawdę niewiele. Choć mamy pewne poszlaki, ów zwrócony z takim opóźnieniem przewodnik turystyczny Baedekera, siedemdziesięciotrzyletni kwit z londyńskiej pralni, adres skrytki pocztowej w Chinach i trochę zapisków ludzi, którzy w rożnych momentach w historii spotkali tajemniczego jegomościa w żółtej czapce. Wszystkie te przedmioty razem wzięte sprawiły jednak mały cud, zainteresowały naszego bibliotekarza i tym samym wybiły go z odrętwienia, w którym tkwił od lat. To przemiana wewnętrzna bohatera jest treścią tej sztuki, co świetnie zresztą oddał Marian Opania. Poszukiwania zmuszają bibliotekarza do robienia rzeczy, o których nawet do tej pory nie myślał. Ku swojemu własnemu zdziwieniu bohater zaczyna podróżować, idzie nawet na przedstawienie i na potańcówkę. A co jeszcze bardziej zaskakujące, wszystko to coraz bardziej mu się podoba. Zaczyna też stawiać sobie pytania, które nie zaprzątały jego głowy, gdy stemplował biblioteczne karty. Czy jeśli istnieje ten tajemniczy jegomość, który od tylu lat przemierza ziemię, to czy może też istnieć Bóg? A jeśli my sami istniejemy tak krótko, jak zaznaczyć swoją obecność na tym świecie?

Chęć pozostawienia po sobie jakiegoś śladu to jedno z najdawniejszych pragnień człowieka. Niby wiemy, że na karty historii trafiają tylko nieliczni, ale żeby tak zostało cokolwiek. Jakieś małe wspomnienie, dowód tego, że ktoś tę naszą egzystencję zauważył. Znalezienie na to sposobu, choćby absurdalnego, staje się dla naszego bibliotekarza drogą do wyzwolenia. Dopiero teraz dostrzega, że żył, tak naprawdę nie żyjąc. I że stracił jedyną w życiu szansę na szczęście. Nasz bibliotekarz jest buntownikiem, czy może nieszkodliwym wariatem? Na to pytanie każdy widz będzie musiał odpowiedzieć sobie sam. W progu... udowadnia bowiem, że to nie sama odpowiedź jest najważniejsza, a poszukiwanie.

źródło: www.kulturalna.warszawa.pl

niedziela, 16 października 2016

Trochę inne spojrzenie na rutynę


Większość ludzi chciałaby zapewne postrzegać swoje działania jako świadome i zaplanowane. Jesteśmy w końcu istotami rozumnymi. Wielu doda też może, że nie znosi rutyny i z radością wita wszelkie nowe wyzwania. Ale jak to zwykle bywa z obrazem nas samych, nieco mija się on z rzeczywistością. Przynajmniej tą naukową. Nasze mózgi kochają rutynę, wręcz jej potrzebują, aby przetrwać. Nie byłyby w stanie przetwarzać wciąż na nowo tych wszystkich docierających do nich informacji. Dlatego tworzą schematy. Zapisują pewne reakcje na dane bodźce, które stają się nawykami. Brzmi nudno? Ale czy naprawdę chcielibyście codziennie zastanawiać się, jak myć zęby, albo co po kolei zrobić od momentu, w którym zadzwonił budzik, aż do chwili wyjścia do pracy? Niektóre czynności są tak rutynowe, że nawet nie pamiętamy, kiedy je wykonaliśmy. Problem pojawia się wtedy, kiedy mózg poza tymi dobrymi nawykami, zapamiętuje te złe. A nawyku raz wyuczonego bardzo trudno się pozbyć. O tym dlaczego tak się dzieje, pisze Charles Duhigg w książce Siła nawyku.

Autor podzielił swoją pracę na trzy części tematyczne. Pierwsza dotyczy nawyków jednostek, druga - nawyków rządzących korporacjami, a trzecia - całych społeczeństw. Z punktu widzenia czytelnika-laika najciekawsze wydaje się to, co możemy przeczytać już na samym początku. A mianowicie, że to wcale nie my, a przynajmniej nie świadoma część naszych mózgów, decyduje o nawykach. Te zapisują się w bardziej prymitywnej jego części, która współdzielimy z większością ssaków. Są więc w połowie drogi pomiędzy naszymi świadomymi decyzjami a funkcjami podstawowymi (jak trawienie i oddychanie). Duhigg nie wykłada jednak teorii budowy mózgu. Wręcz przeciwnie, jego opowieść to raczej zbiór anegdot. przez które książkę czyta się bardziej jak powieść, niż pozycję naukową. Jedną z nich jest historia mężczyzny, dzięki któremu naukowcom udało się odkryć mechanizmy rządzące ludzkimi nawykami. Nieżyjący już dziś Eugene Pauly przeszedł zapalenie mózgu, które pozbawiło go zdolności zapamiętywania. Wydawałoby się, że taki człowiek nie może funkcjonować w świecie. Przystosował się jednak całkiem nieźle. Co prawda mógł oglądać w nieskończoność ten sam program w telewizji, bo  i tak nigdy go nie pamiętał, ale był w stanie wykonywać codzienne czynności jak mycie zębów, sznurowanie butów czy robinie jajecznicy. Po prostu te informacje przechowywała inna część mózgu, do której ludzka świadomość zwykle nie ma dostępu. Nie jest to dobra wiadomość dla osób, które wyrobiły sobie złe nawyki jak podjadanie w nocy czy brak aktywności fizycznej. O tym, jak trudno jest zmienić nawyki, przekonał się każdy, kto w ogóle próbował. Do wyuczonych zachowań pcha nas jakaś niewidzialna ręka. Wszyscy znamy też pewnie chociaż jedną osobę, która w tej walce poległa. Powiedzmy kogoś, komu groził zawał serca, jeśli nie zmieni swoich nawyków żywieniowych. Wydawałoby się, że w obliczu takiego zagrożenia, upodobania żywieniowe chorego powinny zejść na dalszy plan. Tymczasem często wprowadzenie nawet małej modyfikacji okazuje się niemożliwe. Czy jesteśmy zatem bezradni wobec tej prymitywnej części naszego mózgu? Zdaniem naukowców - nie. Najtrudniejsze są tylko pierwsze dni i tygodnie, potem mózg zaczyna tworzyć nowe połączenia nerwowe i wymagać  na nas przestrzeganie nowych nawyków. Trzeba  tylko zacisnąć zęby i jakoś przetrwać okres przejściowy. 

Wydaje się, że niektórzy od początku mieli łatwiej. Nie dosyć, że już w dzieciństwie zdrowo się odżywiali  i uprawiali sport, to jeszcze dobrze się uczyli, nie marnowali czasu przed telewizorem i znajdowali czas na zajęcia pozalekcyjne. W dorosłym życiu poszło już z górki. Ta przewaga nie wynika jednak, jak przekonuje autor, z wrodzonych predyspozycji, a z przyzwyczajenia. Sumienność jest bowiem nawykiem i można się jej nauczyć. Spora część rozdziału o nawykach w organizacjach jest poświęcona właśnie uczeniu takich zachowań z punktu widzenia menadżera. Bo kultura korporacyjna znów nie jest niczym innym jak zbiorem nawyków, które mogą być skuteczne i wydajne albo toksyczne i szkodliwe. Dla mnie bardziej interesujące były jednak informacje o tym, jak same korporacje wykorzystują wiedzę o zwyczajach konsumentów. Wreszcie ktoś wyjaśnił mi, dlaczego warzywa i owoce w marketach leżą zwykle w pobliżu wejścia, choć umieszczanie takich produktów na dnie koszyka nie jest zbyt praktyczne. Po prostu konsument, który włożył już do koszyka coś zdrowego jest bardziej skłonny nagrodzić się za ten wysiłek chipsami lub batonikiem, a market robi, co może, żeby ułatwić mu zejście na złą drogę. To jednak nie wszystko, żyjemy w końcu w czasach spersonalizowanego marketingu, a do tego potrzeba dziesiątek informacji. Uświadomienie sobie, jak szczegółowe są te dane, jeży włos na głowie i wywołuje - przynajmniej u mnie - chęć przerzucenia się na zakupy wyłącznie z użyciem gotówki i to najdalej w warzywniaku. 

Ostatnia część książki jest po dwóch pierwszych nieco rozczarowująca, a sprowadzanie rewolucji społecznych do zmian nawyków wydaje się naciągane. Można to jednak potraktować jako nową, aczkolwiek tylko jedną z istniejących perspektyw. Trzeba też pamiętać, że Siła nawyku to książka napisana w typowo amerykańskim stylu, czyli bardziej popularnym, niż naukowym. Jeśli ktoś chciałby zgłębić temat z punktu widzenia medycyny lub psychologii, pewnie poczułby niedosyt, ale jako lektura na leniwe jesienne popołudnie ta książka sprawdzi się świetnie.

źródło: ksiegarnia.pwn.pl

poniedziałek, 26 września 2016

30 filmów XXI wieku


Jakiś czas temu kanał BBC Culture poprosił 177 krytyków filmowych o stworzenie listy najlepszych filmów XXI wieku. Tych już istniejących oczywiście. I choć odpowiedź na tak postawione pytanie jest jedynie odrobinę bardziej obiektywna niż wskazanie najlepszej zupy (tu przynajmniej wiemy, że nikt nie wskaże Kac Wawy, chociaż...), ranking wywołał burzę w blogosferze. Bo oczywiście nikt się nie zgadza i wszyscy tworzą własne listy. A jak wszyscy, to ja chyba też mogę. Ale nie będzie to ranking najlepszych filmów, a po prostu chronologiczna lista tych, które kiedyś zrobiły na mnie największe wrażenie. 

A z zup to najsmaczniejsza jest soczewicowa.

1. Requiem dla snu (2000)
reż. Darren Aronofsky
Pierwszy film, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Dziś pewnie by mi się tak nie spodobał, ale wspomnienie pozostało.

2. Malena (2000)
reż. Giuseppe Tornatore
Kolejny film, który z perspektywy czasu nie robi już takiego wrażenia, ale Monikę Bellucci lubię dalej.

3. Cześć, Tereska (2001)
reż. Robert Gliński
Swego czasu było o tym filmie głośno. I słusznie, pamiętam go jako powiew świeżości i autentyczności.

4. Spirited Away: W krainie Bogów (2001)
reż. Hayao Miyazaki
Początek wieloletniego związku z twórczością Miyazakiego.

5. 8 mila (2002)
reż.Curtis Hanson
W tamtym czasie uwielbiałam Eminema, mogłam słychać soundtracku z 8 mili  w nieskończoność. Sam film  nie jest dobry, ale gimnazjum to w końcu stan umysłu.

6. Lilja 4-ever (2002)
reż. Lukas Moodysson
Na tyle poruszający, że po latach pamiętam dokładnie całą historię. Chociaż wtedy byłam przekonana, że akcja toczy się w Rosji. Ale jak już mówiłam, gimnazjum to stan umysłu.

7. Dzień świra (2002)
reż. Marek Koterski
Doceniłam go dopiero po latach.

8. 21 gramów (2003)
reż. Alejandro Gonzalez Inarritu
Lubię tego reżysera, a to zdecydowanie jego najlepszy film.

9. Hotel Ruanda (2004)
reż. Terry George
Po prostu lubię tę historię. To pokrzepiające, że nawet w morzu zła znajdzie się odrobina dobra.

10. Ruchomy zamek Hauru (2004)
reż. Haya Miyazaki
A to z kolei mój ulubiony film Miyazakiego.

11. Jestem (2005)
reż. Dorota Kędzierzawska
Skromny polski film o bezdomnym chłopcu. Trudno o nim zapomnieć.

12. Labirynt Fauna (2006)
reż. Guillermo del Toro
Taka Alicja w Krainie Czarów, tylko lepsza.

13. Cesarzowa (2006)
reż. Yimou Zhang
Lubię przede wszystkim za stronę wizualną.

14. Plac Zbawiciela (2006)
reż. Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze
Opowieść o tym, dlaczego należy mądrze wybrać sobie męża.

15. Krwawy diament (2006)
reż. Edward Zwick
Film akcji z Leonardem DiCaprio, a przy okazji można się z niego dowiedzieć czegoś o świecie.

16. Źródło (2006)
reż. Darren Aronofsky
Przez kilka lat oficjalnie mój ulubiony film.

17. Zodiak (2007)
reż. David Fincher
Jeden z najlepszych filmów o seryjnych mordercach. I przy okazji całkiem niezły film o dziennikarzach.

18. Sword of the Stranger (2007)
reż. Masahiro Ando
Bo lubię animację i samurajów. A jak kiedyś będę miała psa, dam mu na imię Tobimaru.

19. 5 centymetrów na sekundę (2007)
reż. Makoto Shinkai
Naprawdę nie mogłam uwierzyć, że animacja może być aż tak piękna.

20. Biała wstążka (2009)
reż. Michael Haneke
Po prostu dobry i ważny.

21. Dom zły (2009) 
reż. Wojciech Smarzowski
Od tamtej pory lubię wszystkie filmy Smarzowskiego. Jestem taka mainstreamowa.

22. Drive (2011)
reż. Nicolas Winding Refn
Jestem psychofanem, zwłaszcza ścieżki dźwiękowej. Goslinga w tym filmie trochę też.

23. Róża (2011)
reż. Wojciech Smarzowski
Znowu Smarzowski, po prostu.

24. Rozstanie (2011)
reż. Asghar Farhadi
Tylko gadają, a takie fajne.

25. Wielkie piękno (2013)
reż. Paolo Sorrentino
Moim zdaniem jeden z lepszych filmów, jakie w ogóle nakręcono.

26. Kotonoha no Niwa (2013)
reż. Makoto Shinkai
Prawdopodobnie najlepsza animacja, jaką kiedykolwiek narysowano. I do tego ta urzekająca prostotą historia.

27. Zaginiona dziewczyna (2014)
reż. David Fincher
Sama byłam zaskoczona, że aż tak mi się spodobał.

28. Timbuktu (2014)
reż. Abderrahmane Sissako
Wciągający, niesztampowy, a do tego z Afryki.

29. Cowspiracy (2014)
reż. Kip Andersen, Keegan Kuhn
Najciekawszy film dokumentalny, jaki do tej pory widziałam.

30. Demon (2015)
reż. Marcin Wrona
Mieszanina tematów i gatunków. Świeży i niejednoznaczny.


źródło: www.clipartkid.com

piątek, 3 czerwca 2016

W nieistniejącym kraju


Dryland przeleżał ma mojej półce sporo czasu i trochę żałuję, ze aż tyle kazałam tej książce czekać. Pewnie po trosze przez jej temat, co prawda Somalia pojawia się w mediach coraz rzadziej, najwyraźniej znudziła się już opinii publicznej, swego czasu mówiono jednak o niej sporo. Naiwnie myślałam więc, że trochę już o tym kraju wiem. Jak się okazuje, nie widziałam prawie nic. Czytałam też już jedną książkę Konrada Piskały, która co prawda była całkiem przyzwoita, ale nie wywołała efektu "muszę przeczytać wszystkie jego książki". Podśmiewałam się wtedy nawet z kilku niezbyt udanych górnolotnych porównań autora. Dryland jest jednak znacznie lepszy niż Sudan. Czas bezdechu. Konrad Piskała wyraźnie rozwinął reporterski warsztat, ale i trochę tym razem oszukał. Ta książka nie mogłaby powstać gdyby nie Abdulkadir Gebeire Farah*, informator i przyjaciel autora. 

Historia życia Abdulkadira to materiał na film. Tutaj wystarczyła na jakąś jedną trzecią objętości książki. Osierocony przez ojca chłopiec, który z głodu sam zgłasza się do sierocińca. Ma jednak wielkie plany, kiedyś chciałby zostać ministrem albo nawet prezydentem. Usłyszał gdzieś, że w Kenii można studiować. Wyrusza więc do Nairobi z grupą przyjaciół. Na piechotę, bez żadnych dokumentów. Gdy okazuje się, że w Kenii jest już mnóstwo somalijskich emigrantów, próbuje szczęścia w Sudanie. I udaje mu się. Zostaje wykładowcą uniwersyteckim i działaczem politycznym. Trafia do Jemenu, a potem do Polski. Tu ima się różnych zajęć, od handlarza na Stadionie Dziesięciolecia do kierowcy w Miejskich Zakładach Autobusowych, żeby w końcu zostać prezesem Fundacji dla Somalii i pomagać podobnym sobie. A przy tym wszystkim Abdulkadir ma jeszcze dar opowiadania, całą tę historię czyta się więc jak jakąś awanturniczą powieść. Nie o anegdotki tu jednak chodzi, ani nawet o kontakty, bez których Piskała pewnie nigdy by tej książki nie napisał. Opowieść Abdulkadira pozwala zrozumieć świat Somalijczyków, ich mentalność i zwyczaje. Bez takiego przewodnika trudno by było Europejczykowi połapać się w skomplikowanej sieci zależności klanowych i związanych z nimi tabu. Na motto książki autor wybrał somalijskie przysłowie barasho horteed ha I nicin, czyli poznaj mnie, zanim mnie odrzucisz. Dryland naprawdę pozwala poznać Somalijczyków, a nawet dostrzec pewne podobieństwa pomiędzy nimi a nami. Im bardziej zagłębiałam się w lekturę, tym mniej dziwiłam się, dlaczego Abdulkadir zdecydował się zostać w Polsce. 

To jednak nie tak, że Konrad Piskała po prostu wysłuchał całej historii, siedząc wygodnie w fotelu. Sam też wybrał się do Somalii, czy może raczej jej pozzostałości. Po drodze zatrzymał się na chwilę w Addis Abebie, co dla mnie jako czytelnika okazało się całkiem pouczające. Ze studiów wyniosłam dość romantyczny obraz Etiopii z kościołami wykutymi w skale, tysiącletnim cesarstwem i Arką Przymierza. Tutaj natomiast zostałam skonfrontowana z obrazem stolicy zatłoczonej przez ludzi uciekających z biednej wsi do miasta, którzy muszą spać na ulicy, bo nie stać ich na najtańszy hotel, a także z obrazem rządu, któremu wiele uchodzi na sucho, bo pozwala amerykańskim dronom startować z trenu Etiopii. Kolejnym przystankiem na trasie jest Somaliland, jak się okazuje całkiem przyjazny i demokratyczny kraj w północnej części nieistniejącej już Somalii. Niestety nieuznawany na arenie międzynarodowej. To dość optymistyczna część tej opowieści, bo choć Somaliland z oczywistych przyczyn jest dość biedny, to jednak usilnie próbuje się rozwijać. Dzięki stabilnej sytuacji reporter może zająć się co barwniejszymi aspektami życia społecznego, jak choćby popularnym w tym rejonie zwyczajem żucia czatu, przez który podobno Somalijczycy są jednym z narodów najbardziej narażonych na choroby psychiczne. Cały ten nastrój pryska jak bańka mydlana, kiedy Piskała wyrusza do Mogadiszu. Można niemal wyczuć napięcie, w jakim żyje to miasto. Zaledwie kilka kilometrów dalej znajduje się linia frontu islamistycznej organizacji terrorystycznej Asz-Szabab. Władze próbują przywrócić w Mogadiszu normalność, otwierają kina i teatry, ale nikt nie ma odwagi do nich chodzić. Szababowie zasiali w ludziach wręcz niewyobrażalny strach. Niemal każdy stracił tu kogoś w zamach samobójczym. Wyroki śmierci wydawane są nawet na osoby niemające nic wspólnego z polityką. Komu zawinił dziennikarz prowadzący poranną audycję o korkach i innych przyziemnych sprawach? Albo kobieta, która tylko statystowała w bollywoodzkich filmach? Można zginąć nawet przez słuchanie muzyki albo granie w piłkę. Asz-Szabab zakazało prawie wszystkiego. Nawet po wyparciu ich oddziałów z miasta ludzie cały czas oglądają się za siebie. Aż trudno uwierzyć, że ktoś jest jeszcze w stanie tu żyć i czasem nawet się śmiać. 

Piskała to dobry reporter, potrafi obserwować i słuchać. Nie boi się ludzi i wie, że biedny to nie to samo co głupi. Jeśli komuś wydało się dziwne, że o tym wspominam, niech szybko przywoła ostatnio napotkany w prasie bądź internecie tekst o Afryce. "Tacy biedni, a tacy uśmiechnięci". Wielu samozwańczych reporterów nawet nie wysila się na rozmowę, z góry zakłada, że ludzie z Trzeciego Świata nie mają nic do powiedzenia. Lepiej poklepać ich po głowie i opisać niemal jak zjawisko przyrody. Dlatego te teksty są takie nudne, a czasem nawet uwłaczające inteligencji. Piskała po prostu rozmawia. I dzięki temu w Dryland pojawia się tyle interesujących osób, które nie tylko świetnie orientują się w sytuacji politycznej swojego kraju, lecz także świadomie narażają życie dla jego dobra. Chyba własnie to zestawienie słabości i odwagi, strachu i nadziei czyni Dryland książką tak prawdziwą, ludzką i zapadającą w pamięć. 


*Abdulkadir Gebeire Farah zginął we wrześniu 2015 roku w wybuchu samochodu pułapki w Mogadiszu. Sondaże wskazywały, że miał spore szanse zostać prezydentem. 

źródło: www.gwfoksal.pl