czwartek, 19 stycznia 2017

Co jest najtrudniejsze w nauce języków obcych?



W internecie można znaleźć mnóstwo list najtrudniejszych języków świata. Co i rusz powstają nowe, chociaż już samo ich tworzenie wydaje się dyskusyjne. Takie listy są w końcu tylko trochę bardziej obiektywne niż odpowiedź na pytanie, która zupa jest najsmaczniejsza. Świetnie zresztą opisał to Karol z blogu Woofla. Świat języków obcych. Jednak co tak naprawdę sprawia, że dany język uważamy za trudniejszy bądź łatwiejszy? Nie mam ambicji odpowiadać na to pytanie w imieniu całej ludzkości, chciałabym raczej podzielić się swoimi własnymi wrażeniami. A uczyłam się do tej pory angielskiego, francuskiego, włoskiego, suahili i hausa. Większości niestety wciąż z niezadowalającym mnie skutkiem. Oto lista zagadnień, które zwykle sprawiały mi najwięcej problemów.


1. Fonetyka


Są na tym świecie osoby, które mają tak dobry słuch muzyczny, że bez problemów słyszą tony i są w stanie powtórzyć najtrudniejszy nawet dźwięk zasłyszany po raz pierwszy. Ja do nich nie należę. Mój mózg i aparat mowy są przyzwyczajone do dźwięków typowych dla polszczyzny i kiedy próbuję wydać z siebie inne, wychodzi tylko marna imitacja. Jestem świadoma, że już zawsze będę mówić po angielsku z polskim akcentem. Przez dwa lata uczyłam się wymawiania spółgłosek glotalizowanych w hausa. A są zaledwie trzy: ɓ, ɗ i ƙ. Mądrzejsi ludzie ode mnie badali trudności uczących się języka z przyswajaniem nowych fonemów i doszli do wniosku, że spółgłoski to jeszcze nie problem. Najtrudniejsze są samogłoski. W języku polskim mamy ich pięć*, a więc nasze uszy przez całe nasze życie przyzwyczaiły się do rozróżniania pięciu samogłosek. Niestety w niektórych językach jest ich więcej (czasem siedem, czasem dziewięć), uczącemu się bardzo trudno je wychwycić. A istnieją przecież i bardziej egzotyczne dla Polaka dźwięki, jak choćby osławione tony (żegnaj kariero sinologa) czy występujące w językach z rodziny khoisan mlaski (angielska nazwa clicks lepiej oddaje ich charakter). Mlaski funkcjonują jak wszystkie inne spółgłoski, mogą być na przykład dźwięczne lub bezdźwięczne, i może być ich bardzo dużo.



2. Elementy gramatyczne nieistniejące w języku rodzimym

Nie bez kozery koszmarem polskich uczniów są angielskie rodzajniki czy włoski tryb conjuntivo. Takie elementy nie istnieją w naszym rodzimym języku i nasze mózgi do tej pory świetnie sobie bez nich radziły. Nic dziwnego, że nie widzą potrzeby ich używania. Lubimy się chwalić, że w języku polskim mamy aż siedem przypadków i to takie strasznie trudne. Tylko, że język estoński ma ich czternaście, fiński piętnaście, a węgierski… dwadzieścia dziewięć. Trudno sobie nawet wyobrazić, do czego służą pozostałe, prawda? Dobrym przykładem są też występujące w niektórych językach Dalekiego Wschodu klasyfikatory (np. w japońskim). Wszystkie japońskie czasowniki są niepoliczalne i dopiero dodanie klasyfikatorów, które dzielą rzeczowniki na grupy w zależności od pewnych cech i przeznaczenia, pozwala je policzyć. Problem w tym, że takich klasyfikatorów jest kilkadziesiąt. 

4. Niespokrewnione ze sobą języki


Sytuacja językowa w Europie jest o tyle nietypowa, że dominuje tu tylko jedna rodzina języków indoeuropejskich. Gdyby zapytać, które z używanych w Europie języków są najtrudniejsze, zapewne wśród najczęściej wymienianych znalazły by cię baskijski (niespokrewniony z żadnym innym językiem) oraz węgierski i fiński (należące do rodziny języków uralskich). Czy rzeczywiście są takie trudne, czy może tylko bardziej obce? W gruncie rzezy żyjemy na kontynencie, na którym używa się dość podobnych języków. Oczywiście zbytnie podobieństwo czasami przeszkadza. Poznałam kiedyś dziewczynę, u której w domu mówiło się w lingala, przez co miała spore problemy z nauczeniem się suahili (podobieństwo na pierwszy rzut ucha jak między polskim a słowackim). Za bardzo myliły jej się słowa. Na takie problemy narzeka wielu Polaków uczących się innych języków słowiańskich. Jednak z zasady podobieństwa raczej ułatwiają naukę. W językach z tej samej rodziny trudniej trafić na egzotyczne elementy gramatyki czy fonetyki, dość podobna będzie składnia zdania (przeważnie wg schematu podmiot-orzeczenie-dopełnienie, choć są wyjątki, np. łacina), a naukę ułatwią nam internacjonalizmy. Kiedy zaczęłam uczyć się włoskiego byłam zdziwiona, ile rdzeni wyrazów rozpoznaje ze względu na znajomość angielskiego. Zdarzało się to zwłaszcza w wypadku czasowników. Podobno w angielskim odmiana czasowników z końcówką -ed była kiedyś zarezerwowana dla zapożyczeń. Z czego wynika, że większość angielskich czasowników to zapożyczenia. I to głównie z francuskiego. A rdzenie czasowników powtarzają się w językach romańskich. Zagadka rozwiązana. Nazw warzyw po włosku w zasadzie w ogóle nie musiałam się uczyć, bo ich lwią część zapożyczyliśmy sobie do polskiego (to te warzywa, które przywiozła do Polski królowa Bona). Nie twierdzę oczywiście, że w językach spoza rodziny indoeuropejskiej zapożyczenia nie występują. W suahili i hausa jest na przykład bardzo dużo zapożyczeń z… arabskiego. Tylko że ja nie znam arabskiego, więc niewiele mi to pomogło. Nie miałam szans na domyślenie się znaczenia słowa, praktycznie wszystkich słów musiałam się uczyć od początku (no może poza słowem mama).

5. Inna logika języka

Jak już wspomniałam, żyjemy na kontynencie, na którym większość języków należy do tej samej rodziny. Do pewnych kategorii przyzwyczailiśmy się tak bardzo, że uznajemy je za oczywiste. Jesteśmy pewni, że kiedy określamy cechę jakiejś rzeczy lub osoby, powinniśmy użyć przymiotnika. Że czasownik odmienia się od tyłu. Że istnieją rodzaje gramatyczne (męski, żeński, a czasem nijaki) oparte do pewnego stopnia na płci (no może nie w przypadku rzeczowników nieożywionych). I wtedy zaczynamy się uczyć języka, który nic sobie z tego nie robi, np. suahili. I dowiadujemy się, że czasowniki odmieniają się od przodu. Że zamiast rodzaju gramatycznego są klasy rzeczownikowe, przez co kobiety i mężczyźni odmieniają się tak samo, ale już ludzie i rośliny nie. I że trochę brakuje przymiotników, a z opisywaniem cech musimy sobie poradzić w inny sposób. Czyli na przykład, jeśli chcemy powiedzieć, że coś jest mokre, powiemy raczej, że ma wodę. Słowem, dowiadujemy się, że logika, do której byliśmy przyzwyczajeni, jest tylko jedną z możliwych.

6. Alfabet

Większość narodów posługujących się alfabetem łacińskim uparcie twierdzi, że przecież w ich języku czyta się tak, jak się pisze. No cóż, tak naprawdę można to powiedzieć chyba tylko o łacnie, dla której ten alfabet został stworzony. Zasób fonetyczny pozostałych języków nieco jednak różnił się od tego łacińskiego i trzeba było sobie jakoś z tym poradzić. Dlatego w poszczególnych językach dodano znaki specjalne i dwuznaki (jak nasze ć, ź, cz, dź) i ustalono trochę inny sposób odczytywania poszczególnych liter. Pół biedy, kiedy sposób odczytywania tych znaków i połączeń jest stały, jak na przykład w językach romańskich. Ale w takim angielskim to już trochę wolnoamerykanka. Jeśli język, którego zamierzamy się uczyć, posługuje się alfabetem łacińskim, mamy ułatwione zadania. Czasem jednak trzeba nauczyć się innego alfabetu. Najprostsze, bo najkrótsze, są alfabety oparte na fonetyce. Nauczenie się cyrylicy nie jest w końcu aż takie straszne. Trochę dłuższe są zwykle sylabariusze, ale prawdziwe schody zaczynają się podczas nauki systemów pisma nie mających nic wspólnego z fonetyką. Najbardziej znane z nich to oczywiście pismo chińskie i wywodzące się z niego japońskie kanji. W głębi duszy uważam ten system za genialny, to naprawdę niesamowite, że Chińczycy z różnych części Chin, którzy posługują się na co dzień innymi językami i za nic by się ze sobą nie dogadali, mogą przeczytać tę samą gazetę. Ale dla uczącego się to katorga. Niewielkim pocieszeniem może być fakt, że uczniom chińskich i japońskich szkół opanowanie kilku tysięcy znaków także zajmuje lata.

7. Kontekst

Tłumacze zwykli mawiać, że wszystko zależy od kontekstu, ale nie taki kontekst mam w tej chwili na myśli. W kulturoznawstwie kultury dzieli się na te niskiego i wysokiego kontekstu. Przedstawiciele pierwszego typu zwykli wyrażać swoje myśli wprost, a rozmowa z nimi nie wymaga zbyt dużej wiedzy pozajęzykowej. Jak typowy przykład zwykle podaje się Amerykanów. W kulturach wysokiego kontekstu uważnie dobiera się słowa i nie wyraża w sposób bezpośredni, dlatego zrozumienie komunikatu wymaga znacznie większej wiedzy o przyjętych w danej kulturze zwyczajach. Sztandarowymi przedstawicielami takiego typu kultury są Japończycy, którzy są znani z zaznaczania hierarchii w języku i rozbudowanego systemu zwrotów grzecznościowych.

* Starsze opracowania wyróżniały jeszcze samogłoski nosowe ą i ę, dziś uznaje się je raczej za połączenie dwóch fonemów (dyftongi). Kontrowersyjna jest też przynależność głoski y, którą często uznaje się za półsamogłoskę, ponieważ raz może tworzyć sylabę, a raz nie. 

źródło: bab.la


A co Wam sprawia największą trudność, kiedy uczycie się języków?

czwartek, 12 stycznia 2017

Innego końca świata nie będzie


W śmierci zawsze zaskakuje mnie to, jak w jednej chwili sprawy, o które zabiegaliśmy całe życie, stają się nieważne. I jak bardzo świat zdaje się tego nie zauważać. Ktoś dalej kłóci się o politykę, ktoś obgaduje sąsiadkę, ktoś właśnie wymyśla słowa piosenki, która ma reklamować syrop na kaszel, a ktoś inny dostaje mandat za jazdę bez biletu komunikacją miejską. Oni jeszcze nie wiedzą, że to też kiedyś będzie nieważne. I że to będzie ich mały koniec świata. 

Czesław Miłosz
Piosenka o końcu świata

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

źródło: rafalzarski.blogspot.com

środa, 28 grudnia 2016

Trupy na krańcach świata, czyli o kilku wartych obejrzenia filmach kryminalnych

Chyba nie ma bardziej wyeksploatowanego tematu kryminalnego niż zabójstwo w małym miasteczku. Wydawałoby się, że nic już nie pozostało tu do dodania, a jednak wybrałam cztery filmy, które poruszają go w sposób oryginalny, świeży i bardzo różny, a do tego pochodzą z różnych części świata. Wszystkie zdecydowanie polecam.

Sprawa Gorgonowej



Na początek coś z własnego podwórka. Sprawa Gorgonowej to ciekawa historia, ale przede wszystkim naprawdę dobry film. Powstał w 1977 roku i ani trochę się nie zestarzał. W rolach głównych Roman Wilhelmi i Ewa Dałkowska. To historia chyba najgłośniejszego procesu sądowego II Rzeczpospolitej, o którym doniesienia nie schodziły z pierwszych stron gazet całymi miesiącami, ale też opowieść o pierwszym w Polsce prasowym samosądzie. Opinia publiczna ogłosiła bowiem Gorgonową winną na długo przed tym, zanim sąd wydał jakikolwiek wyrok. 30 grudnia 1931 roku w podlwowskich Brzuchowicach została zamordowana córka inżyniera Henryka Zaremby. Podejrzenia szybko padają na Ritę Gorgonową, gospodynię i konkubinę ojca dziewczyny. Motywem popełnienia zbrodni miał być sprzeciw dorastającej Lusi wobec związku Rity z jej ojcem. Kobieta trafia do więzienia pomimo braku bezpośrednich dowodów. Nie bez znaczenia okazuje się jej oburzający opinię publiczną jawny związek z Zarembą, z którego urodziło się nawet nieślubne dziecko. Oboje nie byli wolni, żona Zaremby od lat przebywała w zakładzie psychiatrycznym, a mąż Gorgonowej wyjechał do Stanów Zjednoczonych po tym, jak zaraził się chorobą weneryczną. Na domiar złego Rita Gorgonowa była obca, chociaż miała polskie obywatelstwo, pochodziła z Dalmacji (na terenie dzisiejszej Chorwacji). Obrony zaszczutej kobiety podejmuje się pro bono słynny lwowski adwokat Maurycy Axer (w tej roli świetny aktor starszego pokolenia Aleksander Bardini). O Gorgonowej wiadomo dziś jedynie tyle, że została zwolniona z więzienia wraz z wybuchem II wojny światowej. Reszta to głównie plotki. W filmie Janusza Majewskiego nie pada też odpowiedź na najważniejsze pytanie, czyli czy Gorgonowa była winna. Po latach nie sposób już chyba na nie odpowiedzieć. Dlatego reżyser trzyma się faktów i nakreśla przy tym naprawdę ciekawy obraz społeczeństwa II Rzeczpospolitej. Jest w tym oczywiście trochę nostalgii, widzimy w końcu świat, którzy przestał istnieć, ale też całkiem sporo krytyki. Łatwość wydawania sądów, traktowanie cudzego nieszczęścia jak taniej rozrywki...  To się akurat nie zmieniło. 

Lament



To już bardziej thriller niż kryminał i to z udziałem sił nadprzyrodzonych. Choć, jak to często bywa w przypadku koreańskiego kina, trudno jednoznacznie zdefiniować gatunek. Tamtejsi twórcy nic sobie nie robią ze sztywnych podziałów, których uparcie trzymają się europejscy i amerykańscy reżyserzy. Może to i lepiej. Życie w końcu też rzadko bywa tylko komedią albo tylko dramatem, z reguły jest w nim po trosze wszystkiego. Rzecz dzieje się w malowniczo położonym sennym miasteczku. Posterunkowy Jong-goo (w tej roli Do-Won Kwak) zostaje wezwany na miejsce brutalnego morderstwa. Żaden z niego detektyw, a takie sprawy wcześniej się tu nie zdarzały. Tymczasem tajemniczych wydarzeń jest coraz więcej, a mieszkańcy jeden po drugim zapadają na dziwną chorobę. Jong-goo początkowo szuka racjonalnego wyjaśnienia sprawy, ale kiedy niebezpieczeństwo zaczyna grozić również jego rodzinie, jest gotów nawet zatrudnić szamana. Zaczynają się poszukiwania winnego. Czy za tajemniczymi wypadkami stoi mieszkający w górach Japończyk (kto ogląda koreańskie kino, ten wie, że Japończycy odpowiadają za wszelkie zło)? Czy rzeczywiście na miasteczko uwzięły się jakieś ciemne siły, czy to tylko ludzka wyobraźnia? Lament to nie klasyczny horror, który straszy wyskakującymi z ciemności zakrwawionymi postaciami. Napięcie budowane jest stopniowo za pomocą ujęć kamery i muzyki, dzięki którym zaczynamy odnosić wrażenie, że w okolicznych lasach coś musi się czaić. Reżyser Lamentu Hong-jin Na niewątpliwie jest mistrzem stwarzania niepokojącego klimatu. 

Stare grzechy mają długie cienie



Recenzenci uparcie porównywali ten hiszpański film do serialu Detektyw prawdopodobnie dlatego, że w obu jest dość duszno, gorąco, małomiasteczkowo i giną młode dziewczyny. Różnica jest taka, że w Stare grzechy mają długie cienie nie mamy jedynie do czynienia z dwójką detektywów z przeszłością, lecz także z całym krajem po przejściach. Jesteśmy w Hiszpanii w roku 1980, czyli zaraz po upadku reżimu generała Franco i w trakcie procesu demokratyzacji. Jednak nawet jeśli stary system powoli opuszcza budynki państwowe, ciągle jeszcze głęboko siedzi w głowach. Gdzieś w położonym wśród mokradeł małym miasteczku na południu kraju giną bez śladu dwie dziewczyny. I pewnie nikt by się nie przejął, gdyby ich wujek nie był wojskowym. Z Madrytu przyjeżdżają dwaj detektywi Pedro (w tej roli rzeczywiście nieco podobny do Matthew McConaugheya Raul Arevalo) i Juan (Javier Gutierrez). Jeszcze kilka lat temu zapewne byliby po przeciwnych stronach barykady, teraz muszą współpracować. Nie jest to opowieść o przyjaźni i partnerstwie, ciężko mówić nawet o zaufaniu, dlatego każdy z policjantów rozwiązuje sprawę nieco po swojemu. Szybko okazuje się, że zaginionych jest więcej, a Pedro i Juan ścigają seryjnego mordercę. Nie ma tu jednak miejsca na nagłe przebłyski geniuszu czy magicznie pojawiające się wskazówki. Praca bohaterów wydaje się wręcz żmudna w tym gorącym i wilgotnym klimacie. Detektywi dochodzą do prawdy małymi krokami, prośbą, groźbą, a czasem nawet przemocą. Reżyserowi udało się świetnie oddać duszny klimat miasteczka bez perspektyw, którego mieszkańcy najchętniej by z niego uciekli. A beznadzieja dnia codziennego została świetnie skontrastowana z pięknem przyrody, na uwagę zasługują zwłaszcza zdjęcia z lotu ptaka. 

Wizyta inspektora






















Film telewizyjny BBC na podstawie sztuki J. B. Priestleya. Akcja osadzona jest w fikcyjnym miasteczku Brumley na północy Anglii w 1912 roku. Uroczystą kolację w domu lokalnego przedsiębiorcy pana Birlinga, wydaną z okazji zaręczyn jego córki, przerywa niespodziewana wizyta inspektora policji, który przedstawia się jako Goole. Mężczyzna pyta o okoliczności śmierci niejakiej Evy Smith. Tym razem nikt tu jednak nikogo nie zamordował, przynajmniej nie osobiście. Kobieta popełniła samobójstwo. W toku rozmowy okazuje się, że każdy z Birlingów przyczynił się do nieszczęścia Evy. Wizyta inspektora to moralitet w najczystszej postaci. Inspektor Goole (świetnie zagrany przez Davida Thewlisa) uświadamia każdemu z bohaterów jego grzechy i daje szanse na poprawę, z której jednak żaden z nich, czy to ze strachu, czy z zepsucia, nie chce skorzystać. Dużo tu zbiegów okoliczności i niedopowiedzeń, a wiele pytań pozostaje otwartych. Czy rzeczywiście cały czas chodziło o tę samą kobietę? Kim był inspektor Goole? Duchem? Wyrzutem sumienia? A może samym Bogiem? 

czwartek, 22 grudnia 2016

Antyporadnik prezentowy dla wielbiciela Afryki

Chciałabym Was dziś zaprosić do obejrzenia mojego małego antyporadnika prezentowego, czyli przewodnika po najgorszych książkach o Afryce Wschodniej, który opublikowałam na moim drugim blogu Suahili online. Być może kiedyś uda mi się go rozszerzyć o najgorsze książki o Afryce w ogóle. Recenzje godnych polecenia książek znajdziecie natomiast na tym blogu w zakładce Afryka

czwartek, 24 listopada 2016

Ptak na uwięzi

Czasem kupuję książki, kierując się tylko opisem na okładce. Już nie raz się zawiodłam. I nie mówię tylko o sytuacjach, w których zachwalana książka okazał się marna. Czasem po prostu opis ma się nijak do tego, co znajdujemy w środku. Coś takiego przydarzyło mi się właśnie z powieścią południowokoreańskiej pisarki Oh Jeonghui Ptak, którą kupiłam na którychś targach książki. Na okładce możemy przeczytać:
"Ptak" Oh Jeonghui to książka niezwykła, przejmująca i poruszająca, która pokazuje obraz dynamicznie rozwijającej się Korei Południowej widziany oczami wrażliwego dziecka pozbawionego normalnego dzieciństwa, bezpieczeństwa i wsparcia. (...) Przesiąknięta smutkiem i wyobcowaniem dziecięca wizja świata jest jednocześnie bardzo trafną obserwacją społeczeństwa koreańskiego lat 90. dwudziestego wieku. 
Spodziewałam się więc co najmniej powieści społecznej, dlatego byłam zawiedziona, że w książce tak niewiele jest samej Korei. No chyba że za obraz kraju uznamy to, że bohaterowie gotują ryż zamiast ziemniaków. Po pierwszym rozczarowaniu doceniłam jednak powieść Oh Jeonghui, to kawałek dobrej prozy. 

Naprawdę trudno jest napisać dobrą książkę, której narratorem byłoby dziecko. Pisarze dość łatwo popełniają błąd przypisywania mu zbyt dużej wiedzy, tłumią jego emocje, narzucają zbytnią bezstronność. Efekt przypomina w końcu bardziej wszystkowiedzącego narratora rodem z XIX-wiecznych powieści niż dziecko z krwi i kości. Dzieci nie są przecież idealne, dopiero uczą się świata i nie zawsze są w stanie rozróżnić prawdę od kłamstwa. Często ponoszą je emocje, zawodzi pamięć, potrafią nawet być okrutne. I co chyba najważniejsze, zwykle nie zdają sobie sprawy, że z ich światem jest (przynajmniej z perspektywy społeczeństwa) coś nie tak, po prostu przyjmują zastaną rzeczywistość bez zbędnych pytań. Bohaterka i narratorka Ptaka rzeczywiście taka jest. Czasem w jej pamięci zamazują się twarze, nie potrafi jeszcze ocenić, czy coś jest faktem, czy tylko przesądem, dlatego wszystkie docierające do niej bodźce na równi ją kształtują. W tej narracji rzeczywiste wydarzenia mieszają się z wyobrażeniami, tworząc naprawdę bogaty świat wewnętrzny dziecka (bo na pewno nie Korei Południowej). 

U-mi i jej brat U-il nie mają matki, a ich ojciec jeździ po całym kraju w poszukiwaniu pracy. Dzieci wychowują się kątem u krewnych. Pewnego dnia ojciec postanawia jednak zabrać do wynajętego mieszkania U-mi i U-ila, gdyż udało mu się znaleźć nową żonę. I ta kobieta szybko jednak odchodzi, a obraz jej twarzy powoli rozmazuje się w pamięci dzieci. Można powiedzieć, że U-mi i U-ila wychowują przypadkowo spotkani dorośli, gospodyni i inni mieszkańcy budynku, a dzieci ze strzępków uzyskanych od nich informacji budują sobie własny świat. Jak nietrudno się domyślić, ten świat niczym nie przypomina ciepłej i bezpiecznej rodziny. U-mi próbuje wychowywać brata i naśladuje przy tym dorosłych. Nie potrafi okazać chłopcu czułości, żeby pokazać, że jej zależy, obrzuca go więc epitetami. Od kogo miałaby nauczyć się cipełych słów? Od opiekunki socjalnej, która odwiedza ją w szkole raz na dwa tygodnie? 

Można oczywiście mówić, ze los tych dzieci nie jest typowy. Że to wręcz jakaś patologia. Jednak powieść Oh Jeonghui uświadomiła mi jedną bardzo ważą rzecz, a mianowicie jak istotne jest to, co pokazujemy i mówimy dzieciom. One nie mają innego świata i innego punktu odniesienia. Przyjmą za normalne wszystko to, co robimy my dorośli. Z równą łatwością nauczą się czułości jak nienawiści. Wezmą ten świat takim, jakim my go zostawimy. Tak chyba wygląda dziedziczenie biedy i wykluczenia. My nie uczymy się świata, my go nabywamy. Tak jak w językoznawstwie mówi się o nabywaniu języka rodziców z całym bagażem jego błędów, wypaczeń i udziwnień. Bardzo jestem ciekawa, jakimi dorosłymi będą U-mi i U-il, Mam nadzieję, że Oh Jeonghui napisze kiedyś kontynuację. 

źródło: ecsmedia.pl

PS Lojalnie uprzedzam, że w książce jest scena gotowania zupy z psa. Chociaż dla mnie nie ma żadnej różnicy między zabiciem psa i zabiciem świni (oba są w końcu myślącymi i czującymi stworzeniami), przyjmuję do wiadomości, że dla niektórych to problem. 

środa, 23 listopada 2016

Festiwal Filmowy Pięć Smaków 2016

Atak serca


źródło: www.imdb.com

Zaskakująco dobry film nagradzanego już na Festiwalu Pięć Smaków tajskiego reżysera, którego nazwiska nie jestem w stanie wymówić (Nawapol Thamrongrattanarit), a także ukłon w stronę freelancerów i ich ciężkiej doli. Yoon jest grafikiem komputerowym, który szczerze kocha swoją pracę. A do tego ma w sobie ten rodzaj dążenia do doskonałości, który każe mu wywiązać się z nawet najbardziej absurdalnych terminów. Świetny przepis na śmierć z przepracowania. Organizm Yoona nie chce się jednak tak łatwo poddawać i zaczyna wysyłać mu sygnały. Pierwszym jest swędząca wysypka, która pokrywa coraz to nowsze partie ciała. Yoon będzie musiał w końcu pójść do lekarza. 

Nasz bohater to prawdziwy tytan pracy. Potrafi nie spać przez kilka dni i żywić się tylko w sklepie całodobowym. Problem jednak w tym, że Yoon pracuje już zdecydowanie za długo. Zdążył zapomnieć, co w zasadzie innego mógłby w życiu robić. Dlatego zastosowanie się do zaleceń młodej pani dermatolog będzie dla niego nie lada wyzwaniem. Jego usilne starania, żeby odpocząć, przypominają trochę nasz polski Dzień świra. W tej opowieści jest jednak coś więcej, ponieważ pomiędzy Yoonem a lekarką zaczyna się rozwijać nić porozumienia. 

Niewątpliwie najmocniejszym punktem filmu są konstrukcje psychiczne bohaterów. Wyraziste, oryginalne i autentyczne. To właśnie kiedy patrzymy na takie osoby, uzmysławiamy sobie, że ludzi czasem lubi się bardziej za ich wady, niż za zalety. Oczywiście na nic nam interesujące postacie bez dobrej obsady, na szczęście Sunny Suwanmethanon i młodziutka Davika Hoorne świetnie sobie poradzili. Ich naturalne kreacje i trafiający w sedno życia freelancera (i życia uczuciowego w sumie też) humor złożyły się na naprawdę udany seans. 


Miłość za sto jenów


źródło: cdn.fantasiafestival.com

Chyba tylko Japończycy potrafią zrobić tak pozytywny film o bandzie dziwaków, którym cały czas przydarzają się złe rzeczy. Główną bohaterką jest trzydziestodwuletnia Ichiko, która nigdy nie pracowała i ciągle mieszka z rodzicami. Nie chce jej się nawet pomagać mamie i siostrze w budce z bento. Ichiko jest zaniedbana, a życie po prostu jej nie interesuje, momentami bierność bohaterki wydaje się wręcz komiczna. Jednak pewnego dnia, po kolejnej awanturze, Ichiko nieoczekiwanie decyduje się na wyprowadzkę. A co za tym idzie, będzie musiała znaleźć pracę. Najbliższa wolna posada trafia się w sklepie Wszystko za 100 jenów. Myli się jednak ten, kto sądzi, że taka zmiana będzie w stanie poruszyć bohaterkę. W pracy Ichiko też wydaje się obecna bardziej ciałem niż duchem, nie są jej w stanie poruszyć nawet osobiste nieszczęścia. 

Wszystko zmienia się, kiedy Ichiko poznaje pewnego boksera. Ale to nie z powodu miłości, która szybko okazuje się klapą. Kiedy jednak bohaterka ogląda walkę bokserską, na jej twarzy po raz pierwszy pojawiają się jakieś emocje. Do tego momentu nieco irytowała mnie gra odtwórczyni głównej roli. Do tej pory Sakura Ando jako Ichiko praktycznie nie używała mięśni twarzy! Zresztą trudno by było to zauważyć, bohaterka w końcu nieustannie chowała twarz za włosami. Dopiero w połowie filmu odkryłam, że w tym szaleństwie jest metoda. Mimika powraca u Ichiko razem z chęcią stawienia czoła życiu. Dziewczyna zaczyna... trenować boks. Dalej nie będzie jednak melodramatycznie jak w filmie Za wszelką cenę. Reżyser Masaharu Take zdecydował się na znacznie więcej czarnego humoru, co nie czyni jednak emocji bohaterów mniej realistycznymi. 

Miłości za sto jenów trzeba dać trochę czasu, żeby opowieść się rozkręciła, ale za to druga część filmu niewątpliwie rekompensuje nieśpieszne tempo pierwszej. 

Ostatni pociąg

źródło: imdb.com

Na filmweb.pl film figuruje jako Zombie express, tytuł ten jest jednak tak głupi, że nie mam serca go użyć. Dałabym mu też pewnie wyższe noty, gdyby dystrybutorzy zdecydowali się zaklasyfikować go jako komedię. Ale dramat? Naprawdę? Niektórym udało się jednak doszukać tu czegoś głębszego, na stronie festiwalu czytamy na przykład:
Film konsekwentnie wypełnia założenia gatunku, które George Romero określił już w 1968 roku w "Nocy żywych trupów". Nie brakuje tu więc mocnego komentarza społecznego i krytyki nierówności klasowych, którą można odnieść zarówno do katastrofy promu Sewol z 2014 roku jak i do kryzysu imigracyjnego na świecie.
No cóż, chyba w snach. Mamy tu do czynienia z filmem całkowicie rozrywkowym, który zresztą z tego powodu podbił box office w wielu azjatyckich krajach. I rzeczywiście ciężko się na nim nudzić. Ostatni pociąg to niezła propozycja na wieczornym seans po ciężkim dniu i to koniecznie z piwem w ręku. 

Głównym bohaterem jest Seok Woo (w tej roli Gong Yoo), pracoholik, egoista i manager w dużej korporacji, który jedzie ze swoją córeczką do mieszkającej w Pusanie byłej żony. Pech chce, że w chwili odjazdu do pociągu wbiega kobieta ugryziona przez zombie. Reszty można już się chyba domyślić. Twórcy dodali tu kilka scen melodramatycznych retrospekcji w stylu znanym na pewno fanom koreańskich dram, które jednak u bohaterów ściganych przez tabuny zombie wypadają raczej komicznie. Plusem są niewątpliwie sami bohaterowie, którzy chociaż mają jakieś charaktery i nawet można im kibicować. To się w końcu w filmach o zombie nie zdarza zbyt często. 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Popularny vs. powszechny, czyli dlaczego nowotwór nie może być popularny

Dość często ostatnio widuję różne artykuły o popularnych chorobach cywilizacyjnych XXI wieku. Najpierw mnie to zaskakiwało, potem zaczęło bawić. Dlaczego? Zajrzyjmy do słownika. 
popularny
1. «powszechnie znany, ceniony i używany»
2. «mający na celu głównie dostarczanie rozrywki i przyjemności»
3. «przedstawiony w sposób zrozumiały dla wszystkich»
W pierwszym i najczęstszym znaczeniu popularny jest zatem określeniem pozytywnym, synonimem uznawanego. W drugim już trochę mniej, ale jednak ciągle dość przyjemnie się kojarzy. Dlatego nowotwory nie mogą być popularne, nikt ich nie ceni i nikomu nie dostarczają rozrywki. Odpada nawet ostatnie znaczenie tego słowa, przyczyny ich powstawania są zwykle złożone i laik ich nie rozumie. Nowotwory i inne choroby cywilizacyjne mogą być co najwyżej powszechne.  
powszechny
1. «dotyczący wszystkich rzeczy, osób, spraw itp.»
2. «częsty, ogólnie znany i stosowany»
Mylenie znaczeń słów zdarza się dość często, kilka takich najpowszechniejszych przypadków jest w stanie przytoczyć przeciętny użytkownik języka, nawet jeśli nie zna terminu błąd semantyczny (bo w szkole uczono w zasadzie tylko o ortograficznych). Niby wiemy więc, że bynajmniej to nie to samo co przynajmniej, a efektowny znaczy coś innego niż efektywny. Niektórzy nawet wiedzą, że reprezentacyjny to jednak nie to samo co reprezentatywny. Ale już na przykład o sklepie z dziecinnymi ubraniami słyszałam w życiu wielokrotnie. I byłoby to nawet możliwe, ale oznaczałoby, że mówiący nie wyraża się zbyt pochlebnie o asortymencie. Jeśli coś lub ktoś jest dziecinny, to znaczy, że zachowuje się jak dziecko, naiwnie i niepoważnie. Produkty przeznaczone dla dziecka są po prostu dziecięce. 

Jeszcze zabawniej robi się, kiedy w grę rzeczywiście zaczyna wchodzić ortografia. W pewnej książce przeczytałam niedawno, że bohaterowi mleko się zważyło. I nie była to bynajmniej opowieść fantasy, wtedy można by jeszcze sobie wyobrazić, że owo mleko samo wyszło z lodówki i usiadło na wadze, żeby się zważyć. W dzisiejszych czasach w końcu nawet mleko może liczyć kalorie. W prawdziwym świecie mleko jednak zwykle co najwyżej się warzy, czyli psuje. 


Źródła:
1. sjp.pl