wtorek, 4 lipca 2017

Jak nie umrzeć za wcześnie i w głupi sposób


Jakiś czas temu z powodów służbowych musiałam sprawdzić statystyki umieralności w Polsce. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Niby wszyscy słyszeliśmy o epidemii chorób cywilizacyjnych, ale jakoś do tej pory nie zdawałam sobie sprawy ze skali problemu. Obecnie większość Polaków umiera na choroby, które sami u siebie wywołali, bo choroby cywilizacyjne to właśnie te, które rozwijają się na sutek nieodpowiedniej diety i niezdrowego stylu życia. Skoro więc o tym wiemy, czemu wciąż popełniamy zbiorowe samobójstwo? Winny jest brak edukacji, lenistwo czy może jakieś czynniki kulturowe, które każą nam trzymać się niezdrowych zwyczajów tylko dlatego, że to zwyczaje? Jeśli tylko to pierwsze, bardzo pomocna może okazać się książka doktora Michaela Gregera Jak nie umrzeć przedwcześnie

Książka jest wyczerpującym i napisanym prostym językiem podsumowaniem stanu badań nad chorobami zabijającymi dziś większość mieszkańców krajów zachodnich. Publikacja powstała w warunkach amerykańskich, ale naprawdę niewiele nam do tych standardów brakuje. Obecnie ponad 46% Polaków umiera na choroby układu krążenia. Prawie połowa! Dziś wiemy już, że takie choroby jak choroba wieńcowa są niemal całkowicie odwracalne, ale jeszcze pół wieku temu uważano je za wyrok. We wstępie do książki autor przytacza historię swojej babki, która usłyszała taki wyrok śmierci w wieku sześćdziesięciu pięciu lat. Jej choroba wieńcowa była już tak zaawansowana, że poruszała się na wózku. Rodzina dowiedziała się jednak o eksperymentalnym programie leczenia doktora Pritikina i wysłała babcię na leczenie do jego kliniki. Po kilku miesiącach kobieta wyszła stamtąd na własnych nogach i dożyła dziewięćdziesięciu sześciu lat. Na czym polegała ta cudowna metoda? Na diecie złożonej z warzyw i owoców oraz codziennym ruchu. Obecnie naukowcy wiedzą już, że choroba wieńcowa jest odwracalna w większości przypadków. Wcale nie musimy z jej powodu dostawać zawałów i udarów. A mimo to wciąż prawie połowa Polaków umiera na serce. Doktor Greger nie wchodzi w rozważania, dlaczego tak się dzieje, po prostu przytacza fakty. Gdybym jednak miała zgadywać, pewnie postawiłabym na połączenie szumu informacyjnego z uwarunkowaniami kulturowymi (na naszym podwórku w postaci świętości schabowego). Niby wszyscy wiemy, że wysoki cholesterol prowadzi do chorób serca i że jedynym źródłem cholesterolu w diecie są pokarmy pochodzenia zwierzęcego. Najprościej byłoby je po prostu odstawić. Ludzka wątroba produkuje co prawda trochę potrzebnego nam cholesterolu, ale nie w takich ilościach, żeby nas zabić. Nadmiar pochodzi z wątrób innych zwierząt i trafia do naszych organizmów na talerzu. Ale spróbujcie przekonać do tego moją mamę! Ale przecież wszyscy tak jedzą". To co ja mam niby jeść?" Na to nakłada się jeszcze szum informacyjny. Nasze wykształcenie w większości nie pozwala nam na odróżnienie wiarygodnych naukowych informacji od plotek i pogłosek, a w internecie nie brakuje różnych znachorów, którzy na problemy z cholesterolem zalecają jedzenie... większych ilości cholesterolu. Nie wspominam już nawet o rożnych krążących gusłach, które nigdy nawet nie leżały w okolicach nauki, jak na przykład dość powszechne wśród niektórych mężczyzn przekonanie, jakoby mężczyzna musiał jeść mięso, bo inaczej zapewne zanikną mu genitalia (co jest w sumie zabawne, bo akurat problemy z krążeniem najszybciej odbijają się właśnie na tej części ciała). W efekcie lwia część pacjentów, zamiast przejść na dietę, wybiera przyjmowanie statyn, które są mało skuteczne, a do tego mają cały szereg nieprzyjemnych działań ubocznych. 

Zabójcą numer dwa Polaków są nowotwory i to wcale nie jakieś tam rzadkie, a te najbardziej powszechne: rak płuc, piersi, prostaty i jelita grubego. Razem z innymi nowotworami odpowiadają za jedną czwartą zgonów w Polsce. Razem z chorobami serca to już ponad 70% wszystkich zgonów. Te powszechne nowotwory są już dość dobrze przebadane, a ich związek z dietą i stylem życia znany nauce. Wszak w Trzecim Świecie prawie nikt na nie nie umiera. Wyobrażacie sobie, jakby nagle w Polsce zaczęło umierać o 70% mniej osób? Zakłady pogrzebowe masowo by plajtowały. Na ich szczęście statystyczny Polak wciąż robi wszystko, żeby nie zostawić grabarzy bez zajęcia. Tym czterem najpowszechniejszym typom nowotworów doktor Greger również poświęcił osobne rozdziały książki. Nie od dziś wiadomo, że palenie powoduje raka płuc (a tak naprawdę raka wszystkiego, bo dym papierosowy jest tak silnym oksydantem, że wpływa na nowotworowienie komórek w zasadzie w całym ciele, a nie tylko w płucach). Kiedy jednak kilka lat temu Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że czerwone i przetworzone mięso jest potencjalnie rakotwórcze, większość polskich mediów zareagowała na to milczeniem zapewne w obawie przed miłośnikami schabowego. A trzeba zaznaczyć, że Światowa Organizacja Zdrowia jest jednak dość kostyczną instytucją i wciąga do swoich zaleceń jedynie dobrze ugruntowane w nauce odkrycia. Ja słyszałam już o tym dawno temu, ale doktorowi Gregerowi i tak udało się mnie zaskoczyć. Myślałam bowiem, że zagrożenie występuje tylko, gdy jemy mięso. Okazuje się jednak, że substancje powstające na skutek ścinania się białka podczas smażenia i grillowania są na tyle toksyczne, że mogą nam zaszkodzić, nawet kiedy tylko je wdychamy. Badania wykazały, że ludzie mieszkający nad restauracjami dużo częściej zapadają w związku z tym na raka płuc. Już nigdy nie będę miała oporów, żeby zwrócić uwagę grillującemu przed oknem sąsiadowi. Rok jelita grubego jest już w książkach o odżywianiu niemal symbolem Ameryki. W tej konkurencji wcale nie jesteśmy już tak bardzo w tyle, nowotwór ten jest trzecim najczęściej występującym nowotworem u mężczyzn i drugim u kobiet w Polsce. Bezpośrednią przyczyną tej choroby jest dieta obfitująca w tłuste, ciężkostrawne i przetworzone pokarmy, których trawienie zbyt obciąża właśnie jelito grube. Z najpowszechniejszych nowotworów pozostają jeszcze rak piersi i prostaty. Wokół tego pierwszego zrobiło się głośno kilka lat temu, kiedy to Angelina Jolie usunęła sobie profilaktycznie obie piersi, ponieważ jest nosicielką genu sprzyjającego tej chorobie. Dziś test na obecność genu BRCA można sobie zrobić za kilkaset złotych. W całej tej dyskusji o genetyce pominięto jednak ważną informację, że taki gen wcale nie musi zostać aktywowany. Do tego potrzeba odpowiednich warunków i odpowiednio grubego portfela, bo znów w krajach Trzeciego Świata ta choroba niemal nie występuje. Za najsilniejszą broń przeciwko rakowi piersi uważa się dziś umiarkowanie w jedzeniu i picu (naprawdę, alkohol zwiększa ryzyko tej choroby), duży udział zieleniny i błonnika w diecie oraz ruch. Podobnie rzecz ma się z rakiem prostaty. Coraz więcej mówi się też związkach tej choroby z wysokim spożyciem mleka krowiego, a konkretnie z zawartym w nim insulinopodobnym czynnikiem wzrostu. 

O jakich jeszcze chorobach pisze doktor Greger? Pozostałe rozdziały są poświęcone chorobom mózgu, infekcjom, cukrzycy, nadciśnieniu, chorobom wątroby i nerek, depresji oraz chorobie Parkinsona. Dla mnie szczególnie interesujący był rozdział poświęcony śmierci z powodów jatrogennych, czyli na skutek powikłań po leczeniu albo w efekcie niepożądanych działań leków. Na pewno na długo pozostanie mi w pamięci wiadomość, że zdarzają się przypadki zapalenia się gazów i wybuchu jelita w czasie kolonoskopii. Okazuje się, że nawet do profilaktyki trzeba podchodzić z umiarem. Przeczytałam już w życiu kilka książek o zdrowiu i odżywianiu, ale muszę przyznać, że Jak nie umrzeć przedwcześnie jest chyba najrzetelniej przygotowaną i uporządkowaną z nich. Autor dawkuje informacje w odpowiednich ilościach, a dociekliwym pozostawia bagatela  dwieście stron przypisów do badań klinicznych. Doktor Greger nie kończy jednak swojej opowieści na chorobach. 

No bo czym jest właściwie ta zdrowa dieta, o której ciągle tyle słyszymy? Z mediów i internetu docierają do nas szczątkowe i czasem sprzeczne informacje. W drugiej części książki autor stara się je uporządkować i podać tak, żebyśmy już więcej się w tym nie pogubili. Poszczególne grupy produktów oznacza według modelu sygnalizacji świetlnej. Zielone światło daje wszystkim nieprzetworzonym produktom roślinnym, które możemy jeść w dowolnych ilościach. Po produkty spod żółtego światła możemy sięgać czasem (w tej kategorii znalazły się przetworzone produkty roślinne i nieprzetworzone zwierzęce), bo lepiej zjeść porcję warzyw polanych niezbyt zdrowym sosem niż nie zjeść ich wcale. Natomiast od produktów spod znaku czerwonego światła powinniśmy się trzymać z daleka. W tej grupie znalazły się wysoko przetworzone produkty roślinne i przetworzone produkty zwierzęce. Cenny dla czytelnika może się też okazać codzienny tuzin, czyli lista produktów tak zdrowych, że warto je jeść codziennie. Znalazły się na niej rośliny strączkowe, owoce jagodowe i inne owoce, warzywa kapustowate, zielenina, inne warzywa, siemię lniane, orzechy, przyprawy, produkty pełnoziarniste, napoje (najlepiej woda) i... aktywność fizyczna. Najbardziej w tej części książki spodobało mi się jednak uzmysłowienie czytelnikowi, jak zdrowe są warzywa. Niby wszyscy wiemy, że są, ale jakoś tak sobie tego nie wyobrażamy. Kiedy jednak ktoś mi mówi, że antyoksydanty zawarte w oregano są tak silne, że mogą chronić DNA komórki przed promieniowaniem radioaktywnym (przynajmniej w laboratorium), w głowie zapala mi się lampka. W naszych organizmach toczy się nieustanna walka między oksydantami, które powodują starzenie się komórek i uszkodzenia DNA (a w efekcie także nowotwory) z powstrzymującymi ten proces antyoksydantami. Jeśli zaprzęgniemy do tej walki tak potężne antyoksydanty jak choćby kurkuma, zioła czy jagody jesteśmy na wygranej pozycji. 

Autor stara się też prostować dietetyczne mity, nawołując przy tym do zdrowego rozsądku. Wielu ludzi na przykład boi się jeść warzyw, ponieważ te zawierają pestycydy. Szkodliwość pestycydów nie jest jednak aż tak duża jak korzyści płynące z jedzenia warzyw i owoców. Poza tym jedzenie produktów mięsnych naprawdę nie jest najlepszym sposobem na ich uniknięcie. Zwierzęta też przecież jedzą te warzywa, a pestycydy i metale ciężkie mają tę właściwość, że kumulują się w mięśniach. U zwierząt hodowlanych kumulują się tam miesiącami, czasem latami, a do tego dochodzą jeszcze inne szkodliwe substancje dodawane do pasz i później w procesie produkcji. Całkiem sporo pestycydów spływa też do mórz. Badania wykazały, że filet z łososia może ich zawierać nawet ponad dwadzieścia rodzajów. Długo można by jeszcze opowiadać, bo książka nie należy do najcieńszych. Niemniej chyba nie ma osoby, której bym jej nie poleciła. Przeczytanie Jak nie umrzeć przedwcześnie może naprawdę uratować życie, a na pewno pozwoli krytycznie spojrzeć na swoją dietę i zmusi do zadania sobie pytania: czy ja aby nie popełniam cichego samobójstwa? 

źródło: www.czarnaowca.pl

czwartek, 1 czerwca 2017

AfryKamera 2017

Maj był dla mnie bardzo intensywnym miesiącem, przez co cierpiałam na chroniczny brak czasu. Nie udało mi się niestety obejrzeć wszystkich filmów, na które miałam ochotę, podczas tegorocznej AfryKamery. Obejrzałam za to dwa bardzo podnoszące na duchu dokumenty. 

Opowieść ugandyjska




Jesteśmy w północnej Ugandzie, rejonie zamieszkałym głównie przez lud Aczolich, któremu kulturowo i językowo zdecydowanie bliżej jest do nilotyckich ludów z południowego Sudanu niż do mieszkańców południa kraju. Dodatkowo rejon ten zaledwie od około dziesięciu lat cieszy się względnym spokojem po trwającej dwadzieścia lat wojnie domowej. Północna Uganda została zdewastowana przez bojówki Armii Bożego Oporu Josepha Kony'ego, które słynęły między innymi z porywania dzieci. W efekcie prawie 2 miliony Aczolich zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów i chronienia się w rządowych obozach dla uchodźców, które też szybko stały się siedliskiem wszelkiej patologii. O takich obozach pisał w znakomitej książce Nocni wędrowcy Wojciech Jagielski. Ten film nie jest jednak o wojnie, a o stopniowym powracaniu do normalności. 

Film powstał pod auspicjami ONZ, przez co ma nieco propagandowy charakter i pokazuje różne agencje tej organizacji w zbyt cukierkowy sposób. Jeśli jednak wytniemy te fragmenty, obraz, który pozostanie, ciągle jest naprawdę optymistyczny. Widzimy ludzi, który zakładają gospodarstwa rolne, przetwórnie, szkoły i po prostu próbują wreszcie normalnie żyć. Poznajemy kolejnych bohaterów dnia codziennego takich jak Louis Lakor, który po odzyskaniu wolności (jako dziecko został porwany przez Armię Bożego Oporu) skończył szkołę zawodową, otworzył warsztat i teraz uczy inne dzieci ulicy zawodu spawacza. Poznajemy kobiety w grupy wsparcia, porwane jako małe dziewczynki i wykorzystywane jako niewolnice seksualne przez rebeliantów, które teraz marzą już tylko o tym, żeby posłać dzieci do szkoły, bo im nigdy nie było dane się uczyć.Wszyscy ci ludzie wykazuję się niezwykłą wolą przetrwania i zarażają optymizmem. Patrząc na nich, uświadamiamy sobie, że normalność jest prawdziwym darem losu. To pewnie dość banalna konkluzja, ale po obejrzeniu tego filmu trudno nie odnieść wrażenia, że zdecydowanie za często narzekamy na nasze nudne życia, podczas gdy ta nuda jest właśnie tym, o czym wielu może tylko pomarzyć. 

Kolwezi na fali 




W Demokratycznej Republice Konga skumulowały się chyba wszystkie nieszczęścia, jakie dotknęły kontynent afrykański. Od jednego z największych w dziejach ludzkości ludobójstw w czasach kolonialnych, kiedy Kongo było prywatną własnością belgijskiego króla Leopolda II, przez zamordowanie pierwszego wybranego w demokratycznych wyborach prezydenta i ustanowienia krwawej dyktatury wspieranej przez kraje zachodnie (w tym wypadku Belgię i Francję) aż do wieloletniej wojny domowej w czasach już nieco bliższych naszym, kiedy to okazało się, że do produkcji telefonów komórkowych i innych sprzętów elektronicznych potrzeba minerałów rzadkich, a Kongo ma największe ich złoża na świecie. Jeśli ktoś jest zainteresowany historią tego kraju odsyłam do mojej notki z 2014 roku Gdy bogactwo przynosi biedę, czyli krótka historia Demokratycznej Republiki Konga. Szczerze polecam też książkę dziennikarza Tima Butchera Rzeka krwi. Podróż do pękniętego serca Afryki, o której pisałam tutaj. Niedawno nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukazała się obszerna publikacja Davida van Reybroucka Kongo. Opowieść o zrujnowanym kraju. Już stoi na mojej półce, ale jeszcze jej nie przeczytałam, więc nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest godna polecenia. 

Ale wróćmy do filmu, który śledzi losy dziennikarzy pracujących w największej niezależnej stacji radiowej i telewizyjnej w Kolwezi, głównym mieście prowincji Katanga we wschodniej części kraju, która najbardziej ucierpiała na skutek wojny domowej. Jesteśmy więc w miejscu biednym i zacofanym, lata wojny oznaczają bowiem brak prądu, bieżącej wody i zamknięte szkoły. Kolwezi leży też wiele kilometrów od stolicy kraju, władze państwowe zwykle więc traktują ten region po macoszemu. No chyba, że któryś z dziennikarzy powie coś nieodpowiedniego, bo Demokratyczna Republika Konga zdecydowanie nie jest demokratyczna. Bohaterowie filmy na co dzień zmagają się z całym szeregiem trudności od nagłych przerw w dostawach prądu aż do cenzury. Kamera podąża kolejno za poszczególnymi dziennikarzami stacji RTMA. Ich praca często ma znamiona prowizorki, oprawa graficzna programów wygląda, jakby została wykonana w programie MS Paint, a główne studio to tylko pokój ze stołem pośrodku i z kolorową płachtą zakrywającą ścianę. Dziennikarzom nie można jednak odmówić poczucia misji, angażują się w lokalne sprawy całym sercem, czy chodzi o zwykły wypadek drogowy, czy o problemy górników pracujących przy wydobyciu radioaktywnych substancji bez odzieży ochronnej. Paradoksalnie przez moment poczułam nawet ukłucie zazdrości. Oczywiście nikomu nie życzę życia w kraju zniszczonym przez wojnę. Po prostu dziennikarze z Kolwezi wiedzą, po co wykonują swój zawód. Cały czas podkreślają, że służą lokalnej społeczności. U nas też sporo mówi się o misji, ale mam wrażenie, że już dawno zastąpiły ją słupki oglądalności i przychody z reklam, a dziennikarze zdecydowanie zbyt często traktują widzów z pobłażaniem i niepotrzebnie angażują się w polityczne przepychanki.Bohaterowie filmu nie są ideałami, nikt nie jest przecież nieomylny czy w pełni obiektywny, ale mają w sobie tak dużo chęci działania i pasji, że trudno ich za to nie podziwiać. 

czwartek, 20 kwietnia 2017

Z pamiętnika XIX-wiecznej guwernantki

Chyba wyrosłam już z XIX-wiecznych powieści dla panien z dobrych domów. Gdybym sięgnęła po Agnes Grey kilkanaście lat temu, pewnie byłabym zachwycona. Dziś doczytałam książkę do końca tylko ze względu na piękną angielszczyznę autorki. Anne, najmniej znana z sióstr Brontë, korzystała podczas tworzenia fabuły z własnych przeżyć i wspomnień, przez co z miejsca zaczęłam jej współczuć. Nie żeby los XIX-wiecznej angielskiej guwernantki był tak straszny, uderzyło mnie po prostu, jak mały był ten świat. Jego klaustrofobiczność jest przytłaczająca.
 
Agnes spędziła większość życia z rodzicami i siostrą. I tylko z nimi. Za edukację dziewczynek odpowiadała matka pochodząca z arystokratycznej rodziny, ale wydziedziczona na skutek mezaliansu. Skromny wikt zapewniał ojciec, wiejski pastor. I choć dom opisywany jest jako oaza miłości i bezpieczeństwa, Agnes wiodła w nim niemal pustelniczy żywot. Kiedy dziewczyna dorosła, postanowiła wspomóc finansowo rodziców i podjęła się jedynego dostępnego dla niej zajęcia, czyli roli guwernantki dzieci z zamożnych domów. O ile jednak jej uczniom płci męskiej przekazywana przez Agnes wiedza mogła się jeszcze do czegoś przydać, starsi chłopcy byli w końcu zwykle wysyłani do szkół z internatem w celu dalszej edukacji, a w przyszłości mieli też zarządzać rodzinnym majątkiem, o tyle pannom była całkowicie zbędna. Dziewczęta uczyły się rachunków, geografii, rysunku, gry na instrumentach i języków obcych, żeby nigdy tych umiejętności nie użyć i nie opuszczać zbyt często rodzinnej posiadłości. Chociaż znajomość języków mogła się jeszcze przydać do czytania książek i zabijania nudy, i tak jedynym naprawdę istotnym wydarzeniem w życiu młodej damy było zamążpójście i urodzenie syna. Oczywiście dobrze sytuowane kobiety były w o niebo lepszej sytuacji od wieśniaczek, mieszkały w wygodnych domach i jadały do syta. Niemniej od ich stylu życia wieje takim marazmem, że umycie toalety wydaje się przy tym ekscytującą przygodą.
 
Ale wróćmy do Agnes. W pierwszym z domów bohaterka trafia na sztywnych i przekonanych o własnej wyższości rodziców z trójką rozpieszczonych, złośliwych dzieci o psychopatycznych zapędach, które doskonale zdają sobie sprawę, że guwernantka nie ma nad nimi żadnej władzy. Najgorszy jest chyba najstarszy z podopiecznych. Chłopiec lubi w wolnych chwilach wyrywać pisklętom skrzydełka i znęcać się na różnymi innymi małymi zwierzątkami. Rzecz niepokojąca nawet w czasach, w których polowanie uważano za najbardziej nobilitujący ze sportów. W drugim z domów jest tylko trochę lepiej. Tutaj podopiecznymi Agnes są nieco starsze, ale za to dość puste i nastawione materialistycznie do życia dziewczęta. Tym sposobem guwernantka wiedzie jeszcze bardziej pustelnicze życie niż w rodzinnym domu.
 
Obraz arystokracji jest w Agnes Grey aż nazbyt wyraziście negatywny. Autorka tworzy tu wyraźny, niemal czarno-biały podział. Po jednej stronie są zepsuci i zadufani w sobie bogacze, po drugiej biedni, ale uczciwi ludzie, czyli rodzina Agnes. Za ich pomocą Anne Brontë szkicuje obraz idealnego społeczeństwa złożonego z ciężko pracujących, religijnych i hołdujących jedynie przymiotom ducha ludzi. W pewnym sensie można tę książkę traktować jako wezwanie do odnowy moralnej, bo raczej nie jako opis rzeczywistego stanu rzeczy. Historia uczy raczej, że i biedni miewali swoje za uszami. Pomimo tego dydaktyzmu Agnes Grey jest warta przeczytania, choćby tylko po to, żeby docenić daną nam wolność wyboru i nacieszyć się nieco bardziej wyszukanym językiem angielskim.

Źródło: www.penguin.co.uk

piątek, 14 kwietnia 2017

Wielkanoc


Zamiast życzeń świątecznych wiersz ks. Twardowskiego.


Wiem

Teraz wiem
że musisz być
przeraźliwie doskonały
wieczny i nieśmiertelny
nierozpoczęty i nieskończony
zbawiający i umiejący słuchać
skoro nie lękałeś się umierać z miłości
skoro nie bałeś się być słabym
oddychać ciężko po każdym złudzeniu
być zbitym na kwaśne jabłko


niedziela, 12 marca 2017

Na salonach i w rynsztokach II Rzeczpospolitej


Książki Kamila Janickiego polecało mi już kilka osób, raz były to Kobiety dyktatorów, innym razem Upadłe damy II Rzeczpospolitej. Co ciekawe, osób polecających nie podejrzewałabym o jakieś szczególne zainteresowanie tematami historycznymi. Seria podobno nieźle się też sprzedała. Wiedziona ciekawością zapisałam się więc w dość długiej bibliotecznej kolejce i kiedy zdążyłam już całkowicie o całej sprawie zapomnieć, dostałam powiadomienie, że czeka na mnie książka Upadłe damy II Rzeczpospolitej. Historie prawdziwe. 

Na początku warto zaznaczyć, że tytuł kłamie. Nie wszystkie bohaterki wywodzą się z wyższych warstw społecznych, a historie nie są takie do końca prawdziwe, o czym informuje sam autor. Bardziej adekwatnym tytułem byłyby fabularyzowane historie najgłośniejszych procesów kryminalnych z udziałem kobiet w II RP. Na łamach książki znalazły się opowieści o księżniczce Woronicekiej, która zastrzeliła uchylającego się od ślubu narzeczonego, stręczycielce Genzlerowej, pewnej szantażystce z Poznania, tkaczce Zajdlowej, która zabiła własną córkę, a jej ciało utopiła w wychodku, parającej się niezbyt skuteczną płatną protekcją sędzinie Parylewiczowej i jej wspólniczce żydowskiej przekupce Fleischerowej oraz o zagadkowej śmierci pewnego warszawskiego inżyniera, o którą oskarżono jego własną siostrę. Autor pominął chyba najbardziej znaną tego typu historię z dwudziestolecia międzywojennego, czyli proces Rity Gorgonowej, choć wspomina o niej w prologu. Trzeba przyznać, że Janicki nie miał wcale łatwego zadania. Część dokumentacji sądowej przepadła bowiem później w wojennej zawierusze, a gazety z tamtego okresu dość często drukowały niesprawdzone plotki, przez co ciężko na nich polegać. Wybrnął z tego przez dodawanie w niektórych momentach fabularyzowanych elementów lub podawanie kilku możliwych wersji zdarzeń. Można by się oczywiście kłócić, czy historykowi tak przystoi i czy nie powinien się trzymać faktów. Z perspektywy czytelnika efekt jest jednak zadowalający, bo Upadłe damy... naprawdę dobrze się czyta. 

Same przedstawione w książce historie nie są aż tak ciekawe i niewiele różnią się od tych opisywanych dziś w tabloidach. Ponadto część bohaterek nie grzeszy inteligencją, a inne wydają się dość nijakie. Gdyby Janicki ograniczył się tylko do ich opisu, raczej nie mógłby liczyć na komercyjny sukces. Autor całkiem sprawnie przemyca jednak do swoich opowieści ducha epoki, a prawdziwym bohaterem książki wydają się przedwojenna prasa i kondycja społeczeństwa II Rzeczpospolitej. Oto jesteśmy w czasach, w których rodzą się mass media, jakie znamy dziś. I nie jest to wcale komplement. Reporterzy gonią za sensacją, opisują najbardziej intymne szczegóły, nie sprawdzają źródeł i robią to rozmyślnie, bo wiedzę, że tylko tak mogą zwiększyć sprzedaż tytułu. Prasę trudno też nazwać niezależną, bo jeśli jakiś tytuł nawet nie jest organem partyjnym, i tak prezentuje określony zestaw poglądów i próbuje naginać do nich rzeczywistość. Nie najlepiej wypadają też międzywojenne elity. Wydaje się, że niemal każdy ma tu jakieś drugie życie i coś do ukrycia. Choć dużo mówi się o moralności,  jej praktykowanie zostawia się masom. Masy natomiast szukają taniej podniety w postaci choćby właśnie głośnych procesów sądowych. 

Klimat epoki chyba najlepiej oddaje historia szantażystki Marii Lewandowskiej, która - choć pochodziła z bogatego domu - dla żartu lub rozgłosu wysyłała zamożnym i szanowanym obywatelom Poznania anonimy z prośbą o konkretną sumę pieniędzy w zamian za milczenie na temat romansu, który miał łączyć nadawczynię listu z jego odbiorcą. Cóż, nie tak dziwne wiadomości zdarza się ludziom wysyłać, o czym przekonaliśmy się najdobitniej dopiero wtedy, kiedy na świecie pojawił się internet. W tej historii zabawne (a może tragiczne) jest jednak to, że większość owych szanowanych obywateli wolała na wszelki wypadek zapłacić nawet bez dowiadywania się, z kim w ogóle mają przyjemność. Pouczająca jest też historia sędziny Parylewiczowej. Wielu chciałoby dziś wierzyć, że tendencje do korupcji zostały w polskie społeczeństwo wtłoczone przez zgniły aparat państwowy Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Nic z tych rzeczy! Szepnięcie słówka w czyimś imieniu przez wysoko postawioną osobę było w II RP rzeczą tak naturalną, że jeden z takich interwencyjnych listów pani Parylewiczowej dołączono nawet do oficjalnych akt w pewnej sprawie kryminalnej. Choć pani sędzina wykazywała się w swoich działaniach gracją na miarę słonia w składzie porcelany, uprawiała swój korupcyjny proceder ładnych parę lat, zanim ktoś w ogóle wpadł na to, że takie działanie może mieć znamiona przestępstwa. Ale nawet po aresztowaniu nie bardzo było wiadomo, z jakiego paragrafu ją sądzić, bo polski kodeks karny w ogóle o płatnej protekcji nie wspominał. Podsumowując, Upadłe damy II Rzeczpospolitej udowadniają, że XX-lecie międzywojenne w Polsce było piekielnie interesującą epoką, ale na pewno nie tak chlubną, jak wielu chciałoby ją dziś widzieć. 

źródło: www.znak.com.pl

czwartek, 19 stycznia 2017

Co jest najtrudniejsze w nauce języków obcych?



W internecie można znaleźć mnóstwo list najtrudniejszych języków świata. Co i rusz powstają nowe, chociaż już samo ich tworzenie wydaje się dyskusyjne. Takie listy są w końcu tylko trochę bardziej obiektywne niż odpowiedź na pytanie, która zupa jest najsmaczniejsza. Świetnie zresztą opisał to Karol z blogu Woofla. Świat języków obcych. Jednak co tak naprawdę sprawia, że dany język uważamy za trudniejszy bądź łatwiejszy? Nie mam ambicji odpowiadać na to pytanie w imieniu całej ludzkości, chciałabym raczej podzielić się swoimi własnymi wrażeniami. A uczyłam się do tej pory angielskiego, francuskiego, włoskiego, suahili i hausa. Większości niestety wciąż z niezadowalającym mnie skutkiem. Oto lista zagadnień, które zwykle sprawiały mi najwięcej problemów.


1. Fonetyka


Są na tym świecie osoby, które mają tak dobry słuch muzyczny, że bez problemów słyszą tony i są w stanie powtórzyć najtrudniejszy nawet dźwięk zasłyszany po raz pierwszy. Ja do nich nie należę. Mój mózg i aparat mowy są przyzwyczajone do dźwięków typowych dla polszczyzny i kiedy próbuję wydać z siebie inne, wychodzi tylko marna imitacja. Jestem świadoma, że już zawsze będę mówić po angielsku z polskim akcentem. Przez dwa lata uczyłam się wymawiania spółgłosek glotalizowanych w hausa. A są zaledwie trzy: ɓ, ɗ i ƙ. Mądrzejsi ludzie ode mnie badali trudności uczących się języka z przyswajaniem nowych fonemów i doszli do wniosku, że spółgłoski to jeszcze nie problem. Najtrudniejsze są samogłoski. W języku polskim mamy ich pięć*, a więc nasze uszy przez całe nasze życie przyzwyczaiły się do rozróżniania pięciu samogłosek. Niestety w niektórych językach jest ich więcej (czasem siedem, czasem dziewięć), uczącemu się bardzo trudno je wychwycić. A istnieją przecież i bardziej egzotyczne dla Polaka dźwięki, jak choćby osławione tony (żegnaj kariero sinologa) czy występujące w językach z rodziny khoisan mlaski (angielska nazwa clicks lepiej oddaje ich charakter). Mlaski funkcjonują jak wszystkie inne spółgłoski, mogą być na przykład dźwięczne lub bezdźwięczne, i może być ich bardzo dużo.



2. Elementy gramatyczne nieistniejące w języku rodzimym

Nie bez kozery koszmarem polskich uczniów są angielskie rodzajniki czy włoski tryb conjuntivo. Takie elementy nie istnieją w naszym rodzimym języku i nasze mózgi do tej pory świetnie sobie bez nich radziły. Nic dziwnego, że nie widzą potrzeby ich używania. Lubimy się chwalić, że w języku polskim mamy aż siedem przypadków i to takie strasznie trudne. Tylko, że język estoński ma ich czternaście, fiński piętnaście, a węgierski… dwadzieścia dziewięć. Trudno sobie nawet wyobrazić, do czego służą pozostałe, prawda? Dobrym przykładem są też występujące w niektórych językach Dalekiego Wschodu klasyfikatory (np. w japońskim). Wszystkie japońskie czasowniki są niepoliczalne i dopiero dodanie klasyfikatorów, które dzielą rzeczowniki na grupy w zależności od pewnych cech i przeznaczenia, pozwala je policzyć. Problem w tym, że takich klasyfikatorów jest kilkadziesiąt. 

4. Niespokrewnione ze sobą języki


Sytuacja językowa w Europie jest o tyle nietypowa, że dominuje tu tylko jedna rodzina języków indoeuropejskich. Gdyby zapytać, które z używanych w Europie języków są najtrudniejsze, zapewne wśród najczęściej wymienianych znalazły by cię baskijski (niespokrewniony z żadnym innym językiem) oraz węgierski i fiński (należące do rodziny języków uralskich). Czy rzeczywiście są takie trudne, czy może tylko bardziej obce? W gruncie rzezy żyjemy na kontynencie, na którym używa się dość podobnych języków. Oczywiście zbytnie podobieństwo czasami przeszkadza. Poznałam kiedyś dziewczynę, u której w domu mówiło się w lingala, przez co miała spore problemy z nauczeniem się suahili (podobieństwo na pierwszy rzut ucha jak między polskim a słowackim). Za bardzo myliły jej się słowa. Na takie problemy narzeka wielu Polaków uczących się innych języków słowiańskich. Jednak z zasady podobieństwa raczej ułatwiają naukę. W językach z tej samej rodziny trudniej trafić na egzotyczne elementy gramatyki czy fonetyki, dość podobna będzie składnia zdania (przeważnie wg schematu podmiot-orzeczenie-dopełnienie, choć są wyjątki, np. łacina), a naukę ułatwią nam internacjonalizmy. Kiedy zaczęłam uczyć się włoskiego byłam zdziwiona, ile rdzeni wyrazów rozpoznaje ze względu na znajomość angielskiego. Zdarzało się to zwłaszcza w wypadku czasowników. Podobno w angielskim odmiana czasowników z końcówką -ed była kiedyś zarezerwowana dla zapożyczeń. Z czego wynika, że większość angielskich czasowników to zapożyczenia. I to głównie z francuskiego. A rdzenie czasowników powtarzają się w językach romańskich. Zagadka rozwiązana. Nazw warzyw po włosku w zasadzie w ogóle nie musiałam się uczyć, bo ich lwią część zapożyczyliśmy sobie do polskiego (to te warzywa, które przywiozła do Polski królowa Bona). Nie twierdzę oczywiście, że w językach spoza rodziny indoeuropejskiej zapożyczenia nie występują. W suahili i hausa jest na przykład bardzo dużo zapożyczeń z… arabskiego. Tylko że ja nie znam arabskiego, więc niewiele mi to pomogło. Nie miałam szans na domyślenie się znaczenia słowa, praktycznie wszystkich słów musiałam się uczyć od początku (no może poza słowem mama).

5. Inna logika języka

Jak już wspomniałam, żyjemy na kontynencie, na którym większość języków należy do tej samej rodziny. Do pewnych kategorii przyzwyczailiśmy się tak bardzo, że uznajemy je za oczywiste. Jesteśmy pewni, że kiedy określamy cechę jakiejś rzeczy lub osoby, powinniśmy użyć przymiotnika. Że czasownik odmienia się od tyłu. Że istnieją rodzaje gramatyczne (męski, żeński, a czasem nijaki) oparte do pewnego stopnia na płci (no może nie w przypadku rzeczowników nieożywionych). I wtedy zaczynamy się uczyć języka, który nic sobie z tego nie robi, np. suahili. I dowiadujemy się, że czasowniki odmieniają się od przodu. Że zamiast rodzaju gramatycznego są klasy rzeczownikowe, przez co kobiety i mężczyźni odmieniają się tak samo, ale już ludzie i rośliny nie. I że trochę brakuje przymiotników, a z opisywaniem cech musimy sobie poradzić w inny sposób. Czyli na przykład, jeśli chcemy powiedzieć, że coś jest mokre, powiemy raczej, że ma wodę. Słowem, dowiadujemy się, że logika, do której byliśmy przyzwyczajeni, jest tylko jedną z możliwych.

6. Alfabet

Większość narodów posługujących się alfabetem łacińskim uparcie twierdzi, że przecież w ich języku czyta się tak, jak się pisze. No cóż, tak naprawdę można to powiedzieć chyba tylko o łacnie, dla której ten alfabet został stworzony. Zasób fonetyczny pozostałych języków nieco jednak różnił się od tego łacińskiego i trzeba było sobie jakoś z tym poradzić. Dlatego w poszczególnych językach dodano znaki specjalne i dwuznaki (jak nasze ć, ź, cz, dź) i ustalono trochę inny sposób odczytywania poszczególnych liter. Pół biedy, kiedy sposób odczytywania tych znaków i połączeń jest stały, jak na przykład w językach romańskich. Ale w takim angielskim to już trochę wolnoamerykanka. Jeśli język, którego zamierzamy się uczyć, posługuje się alfabetem łacińskim, mamy ułatwione zadania. Czasem jednak trzeba nauczyć się innego alfabetu. Najprostsze, bo najkrótsze, są alfabety oparte na fonetyce. Nauczenie się cyrylicy nie jest w końcu aż takie straszne. Trochę dłuższe są zwykle sylabariusze, ale prawdziwe schody zaczynają się podczas nauki systemów pisma nie mających nic wspólnego z fonetyką. Najbardziej znane z nich to oczywiście pismo chińskie i wywodzące się z niego japońskie kanji. W głębi duszy uważam ten system za genialny, to naprawdę niesamowite, że Chińczycy z różnych części Chin, którzy posługują się na co dzień innymi językami i za nic by się ze sobą nie dogadali, mogą przeczytać tę samą gazetę. Ale dla uczącego się to katorga. Niewielkim pocieszeniem może być fakt, że uczniom chińskich i japońskich szkół opanowanie kilku tysięcy znaków także zajmuje lata.

7. Kontekst

Tłumacze zwykli mawiać, że wszystko zależy od kontekstu, ale nie taki kontekst mam w tej chwili na myśli. W kulturoznawstwie kultury dzieli się na te niskiego i wysokiego kontekstu. Przedstawiciele pierwszego typu zwykli wyrażać swoje myśli wprost, a rozmowa z nimi nie wymaga zbyt dużej wiedzy pozajęzykowej. Jak typowy przykład zwykle podaje się Amerykanów. W kulturach wysokiego kontekstu uważnie dobiera się słowa i nie wyraża w sposób bezpośredni, dlatego zrozumienie komunikatu wymaga znacznie większej wiedzy o przyjętych w danej kulturze zwyczajach. Sztandarowymi przedstawicielami takiego typu kultury są Japończycy, którzy są znani z zaznaczania hierarchii w języku i rozbudowanego systemu zwrotów grzecznościowych.

* Starsze opracowania wyróżniały jeszcze samogłoski nosowe ą i ę, dziś uznaje się je raczej za połączenie dwóch fonemów (dyftongi). Kontrowersyjna jest też przynależność głoski y, którą często uznaje się za półsamogłoskę, ponieważ raz może tworzyć sylabę, a raz nie. 

źródło: bab.la


A co Wam sprawia największą trudność, kiedy uczycie się języków?

czwartek, 12 stycznia 2017

Innego końca świata nie będzie


W śmierci zawsze zaskakuje mnie to, jak w jednej chwili sprawy, o które zabiegaliśmy całe życie, stają się nieważne. I jak bardzo świat zdaje się tego nie zauważać. Ktoś dalej kłóci się o politykę, ktoś obgaduje sąsiadkę, ktoś właśnie wymyśla słowa piosenki, która ma reklamować syrop na kaszel, a ktoś inny dostaje mandat za jazdę bez biletu komunikacją miejską. Oni jeszcze nie wiedzą, że to też kiedyś będzie nieważne. I że to będzie ich mały koniec świata. 

Czesław Miłosz
Piosenka o końcu świata

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

źródło: rafalzarski.blogspot.com