Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krystyna Janda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krystyna Janda. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 sierpnia 2014

Miłość blondynki według blondynki


Wspominałam już, że nie lubię prywatnych teatrów? Zdecydowanie zbyt często można w nich trafić na słabe sztuki, których reżyserzy na siłę próbują rozśmieszyć widza żartami na poziomie Świata według Kiepskich. I nie mówię tu wcale o komediach. Wakacje rządzą się jednak swoimi prawami i wtedy już nie można wybrzydzać. Poza tym Miłość blondynki w Och-Teatrze zapowiadała się naprawdę dobrze. Sztuka powstała na podstawie sztandarowego filmu czechosłowackiej Nowej Fali z lat sześćdziesiątych w reżyserii Milosa Formana. Za realizację spektaklu wzięła się sama Krystyna Janda. Do zadania reżyserskiego podeszła najwyraźniej tak jak do swego aktorstwa - bardzo ekspresyjnie. Niestety, żeby stworzyć dobry spektakl nie wystarczy częste potrząsanie głową i dramatyczny ton. Przydałaby się jeszcze jakaś historia. 


Film Formana jest prosty, momentami zabawny, ale w ogólnej wymowie dość smutny. Mamy lata sześćdziesiąte, Andula pracuje w fabryce obuwia na czechosłowackiej prowincji i mieszka z koleżankami w hotelu robotniczym. W mieście jest dużo robotnic, brakuje za to mężczyzn. Zauważywszy problem, dyrekcja fabryki postanawia zorganizować bankiet i zaprosić na niego żołnierzy z pobliskiej jednostki. Wieczór ma nawet uświetnić orkiestra z Pragi. Na bankiecie Andula poznaje muzyka Mildę. Jedna wspólnie spędzona noc wystarczy, żeby dziewczyna związała z nim wszystkie swoje nadzieje na miłość i pojechała szukać ukochanego w Pradze. Wyważony i bardzo trafny obraz zawiedzionych młodzieńczych nadziei i pragnienia bliskości z drugim człowiekiem. Spektakl w Och-Teatrz już tak wyważony nie jest. 


Przede wszystkim, warto znać zarys historii, zanim się pójdzie do teatru. W samym spektaklu bowiem niespecjalnie zadbano o to, aby widzom cokolwiek wyjaśniać. Jest właściwie tylko jedna scena rozmowy dyrektora fabryki z szefem garnizonu, która w jakikolwiek sposób uzasadnia to, co dzieje się na scenie. Miłość blondynki według Jandy to zlepek najważniejszych momentów z filmu, do których dołożono pewne kwestie bohaterów, a nawet całą scenę. Wyborów miss w czasie Dnia Strażaka w pierwowzorze nie było i Bóg raczy wiedzieć, po co pojawia się w spektaklu. Niczego bowiem nie wnosi i nie pasuje do reszty. Funkcją dodatkowych kwestii jest zapewne rozbawienie widza. Nie raz już byłam w teatrze Krystyny Jandy i ktoś tam na górze najwyraźniej uważa, że widownia nie jest w stanie usiedzieć półtorej godziny bez kilku żartów, a najlepszy sposób, żeby ją rozśmieszyć, to rzucenie mięsem w niespodziewanym momencie. Najbardziej ucierpiała scena, w której Milda zaciąga Andulę do swojego pokoju. W filmie wypada dość zgrabnie, na scenie jest swoją własną karykaturą. 

Spektakl może też sprawiać wrażenie chaotycznego. Aktorzy zdecydowanie zbyt często biegają po scenie, a aktorki piszczą. Za dużo w tym emocji, a za mało treści. Największą jego bolączką wydają się jednak bohaterowie. Grana przez Aleksandrę Domańską Andula albo jest naburmuszona, albo przestraszona. Wydaje się też nieco opóźniona umysłowo, podobnie zresztą jak jej wybranek. Postać Anduli miała być naiwna, a nie zwyczajnie głupia. To spora różnica. Nie do końca podoba mi się też pomysł rozbierania aktorów na scenie, nagość w kinie a nagość w teatrze to dwie zdecydowanie różne rzeczy. Jasnym punktem tego spektaklu jest śpiewająca Matylda Damięcka w roli Januszki. Pozostali aktorzy nie mieli okazji się wykazać. Podsumowując, jeśli jesteście zainteresowanie Miłością blondynki, zdecydowanie lepiej obejrzeć film. Jeżeli jednak zdecydujecie się na pójście do Och-Teatru, zwróćcie uwagę na dekorację. Nie, to nie baloniki. To nadmuchane prezerwatywy. 


niedziela, 7 października 2012

Kobiety w sytuacji krytycznej


Wystawiany na deskach Teatru Polonia spektakl w oryginale nosi tytuł Bombshells, co poza łuskami nabojów oznacza też sensacyjną, niezwykłą wiadomość. Niestety sensacji nie ma. Polski tytuł Kobiety w sytuacji krytycznej też nie do końca oddaje ducha spektaklu, bo pięć przedstawianych kobiet wcale nie jest w niezwykłej, krytycznej sytuacji. Wręcz przeciwnie, nic niezwykłego w ich życiu się nie dzieje, przytłacza je codzienność. Gdybym ja miała wymyślić tytuł dla tego spektaklu, postawiłabym na Bańki mydlane, bo takie właśnie są życia bohaterek, jak i cały spektakl. Od zewnątrz błyszczące, a w środku puste.

Na scenie pojawia się pięć kobiet, każda z nich jest schematem jednego z nieszczęść, jakie kobiecie może się w naszej kulturze przydarzyć. Mira (Maria Seweryn) jest przemęczoną matką trójki dzieci z czwartym w drodze. Choć wiecznie jest zabiegana, nie panuje nad domowym chaosem. Kocha swoje dzieci, ale czasem ma ich serdecznie dość, a potem wyrzuca sobie, że jest złą matką. Obwinia się o wszystkie nieszczęścia świata, o to że Hania za wolno uczy się czytać, że jej dzieci niewystarczająco zdrowo się odżywiają, a nawet o to, że kupiła plotkarską gazetę, zamiast oddać pieniądze na dzieci chore na białaczkę. Jak sama mówi, kiedyś gardziła zaniedbanymi kobietami, teraz sama jest zaniedbana. Marianna (Lidia Stanisławska) to podstarzała gwiazda muzyki, po latach powracająca na scenę. Przez swój alkoholizm straciła męża, córkę i dom, a media pogrzebały ją żywcem. Marianna zaśpiewa nawet kilka piosenek, co jest dużym plusem spektaklu, biorąc pod uwagę imponujący głos Lidii Stanisławskiej. Marzena (Joanna Pokojska) właśnie wychodzi za mąż i stroi się w ślubną suknię. Wygłasza górnolotne teksty o miłości, przywołuje w myślach słowa swojego narzeczonego, żeby w końcu skwitować je stwierdzeniem "Co on pie..doli?". Ostatecznie dochodzi do wniosku, że jedyną rzeczą, która doprowadziła ją do ołtarza była sukienka. Muszka (Małgorzata Zajączkowska)  jest najbardziej oryginalną postacią spektaklu. Po tym jak opuścił ja partner życiowy oddaje się swojej miłości do kaktusów i powoli dziwaczeje. Widzom opowiada o tym, jak to rośliny gruboszowate uratowały jej życie. Maria natomiast wzbudziła moją największą sympatię, może dlatego, że jako jedyna z bohaterek nie doprowadziła się sama do tytułowej sytuacji krytycznej  a może to dzięki świetnej roli Doroty Pomykały. Maria po prostu owdowiała. Teraz jest po pięćdziesiątce, nie pokazuje publicznie emocji i każdy dzień ma zaplanowany. Spędza go z innymi wdowami, czasem oddaje się działalności charytatywnej.

W spektaklu pojawiają się też sceny jakby specjalnie zaplanowane, żeby rozbawić widza. Jak wtedy gdy Marzena wygłasza swoją mowę o miłości, a pozostałe bohaterki powtarzają ją w różnych językach. Wyszło zabawnie, tylko jaki to miało sens?

"Kobiety w sytuacji krytycznej" to inteligentna, ale niestety tylko rozrywka. Podczas spektaklu nie dowiemy się niczego, czego nie wiedzieliśmy wcześniej. Możliwe, że postacie bohaterek zostały tak wymyślone, aby kobieca część widowni mogła się z nimi utożsamić. Na to jednak są za schematyczne i zbyt przerysowane. Efekt może być odwrotny. Wiele pań może nawet podnieść się na duchu, porównując swoje problemy do tych ze spektaklu. Nie wyszły w końcu za mąż z aż tak głupiego powodu, nie są tez aż tak sfrustrowane i przemęczone jako matki.

źródło: teatrpolonia.pl