Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chińska Republika Ludowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chińska Republika Ludowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2014

Bóg jest Chińczykiem


Liao Yiwu to chiński dziennikarz i pisarz niezbyt lubiany przez reżim. Interesuje go to, co władze najchętniej zamiotłyby pod dywan. Zbiera opowieści przedstawicieli najniższych klas społecznych, osób niewygodnych politycznie, dawnych ofiar maoistowskich kampanii. Byłam pod ogromnym wrażeniem jego Prowadzących umarłych, dlatego kiedy tylko dowiedziałam się o nowej książce, natychmiast pobiegłam do księgarni. I nie pożałowałam! 

Podczas zbierania materiałów do poprzedniej książki, zwłaszcza tych dotyczących wyznawców`zwalczanej przez Partię praktyki Falun Gong, Liao Yiwu dowiedział się o jeszcze jednej marginalizowanej w Chińskiej Republice Ludowej grupie - chrześcijanach. Nowa książka nosi tytuł Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach. Już sam fakt przetrwania można by rozpatrywać w kategoriach cudu. Los chrześcijan na chińskiej ziemi nigdy nie był lekki. Zaraz po przybyciu misjonarzy duchowni i wierni stali się celem ataków podczas powstania bokserów. Apogeum antyreligijnych kampanii nastąpiło jednak dopiero za czasów Mao, kiedy to katoliccy księżą wraz z protestanckim pastorami i buddyjskimi mnichami stali się łatwym celem kolejnych kampanii politycznych, a wielu zmarło podczas tortur. Choć w latach osiemdziesiątych rozluźniono nieco politykę religijną, nie oznaczało to wcale pełnej swobody wyznania. Do dziś legalne są tylko tzw. kościoły patriotyczne, które w pełni podlegają władzom. Z całą surowością zwalcza się za to domowe ruchy modlitewne, a zwłaszcza utrzymujący kontakty z Watykanem kościół podziemny. 

Liao Yiwu jest ateistą i jak sam przyznaje, dorastał w bardzo antyreligijnych czasach:
Nauczyciel w mojej szkole podstawowej mówił, że zagraniczni misjonarze przybywali do Chin, by mordować Chińczyków i czynić z nich niewolników. Zakonnice, które prowadziły sierocińce, to potwory (...). Dzieci zabrane biednym rodzinom trzymano w garnkach, a gdy stawały się nastolatkami, zakonnice tłukły garnki i je wypuszczały. Jednak tymczasem dzieci stawały się już karłami; zmuszano je, by cały dzień siedziały na stole i modliły się do ich "Boga". Karłom nigdy nie pozwalano swobodnie się poruszać. 

Podobne wspomnienia ma jeden z rozmówców autora, historyk Liu Shahe:
Jako dziecko słyszałem, że katolickie zakonnice to wampiry, które wysysają krew biednych chińskich dzieci i wyłupują im oczy, by następnie użyć tych oczu jako ozdoby.  

Liao Yiwu spotykał już wcześniej chrześcijan w Pekinie, ale wielu z nich przyjęło bezmyślnie religię jako część zachodniego stylu życia.  Dopiero, kiedy wyruszył do wiosek w południowo-wschodnich prowincjach, przekonał się, że może być inaczej. Trafił do miejsca, w którym wiara w chrześcijańskiego Boga jest tak rodzima i zakorzeniona jak lokalna kuchnia, a pamięć o misjonarzach - ciągle żywa. Rozmówcy Liao, nawet jeśli sami ich nie pamiętają, przekazują wspomnienia swoich rodziców i dziadków. Cudzoziemcy  z wielkimi nosami przybyli do tych wiosek pod koniec XIX wieku, nauczyli się lokalnych języków, żeby swoją postawą przekonać mieszkańców do nowej religii. Jeszcze żywsza i bardziej bolesna jest pamięć o czasach rewolucji komunistycznej. Wielu straciło wtedy swoich bliskich. Nie wszyscy ginęli jak męczennicy, choć i takich było niemało. Inni publicznie wypierali się religii, a potem po chichu modlili się w domu. Wcale niejednakowe jest też podejście do kwestii stosunków pomiędzy religią a państwem. Starsi i intelektualiści traktują przynależność do kościołów patriotycznych jak zdradę, ale pojawia się też głos przedstawicieli młodego pokolenia, dla których nie ma już aż takiego znaczenia, w jakim kościele się modlą, Są wręcz zmęczeni ciągłym sławieniem męczenników i przedstawianiem władz jako narzędzia diabła. Podobną postawę prezentują mieszkańcy wsi, dla których Bóg przecież i tak jest tylko jeden. W książce poznajemy szereg niezwykłych postaci, jak choćby doktora Suna, który porzucił karierę chirurga, bo nie chciał wyprzeć się wiary. Teraz leczy za darmo najbiedniejszych w odległych rejonach Chin. Wszystkie te historie po prostu... zawstydzają. My ludzie Zachodu, od dawna już cieszący się swobodą religijną, tak blado przy nich wypadamy. Słusznie pisze ks. Adam Boniecki w nocie na okładce:

Ich wiara, ale także przymusowe zaparcie się jej, niekiedy później - kosztem śmiertelnego ryzyka - odwołane, to wstrząsające wyznanie dla nas, wierzących, w komfortowych warunkach świata, w którym dane jest nam żyć. W tych osiemnastu opowieściach nie ma nienawiści i rozpaczy. Jest w nich przebaczenie i nadzieja. 

My, wierzący i niewierzący, tak bardzo oportunistyczni, boimy się postępować zgodnie z własnymi przekonaniami nie z obawy przed prześladowaniami czy więzieniem, nam wystarczy groźba, że ktoś może krzywo na nas spojrzeć. Tak bardzo nijacy wydajemy się przy tych Chińczykach! Liao opisuje swój udział w jednym z nabożeństw. Kiedy nadeszła chwila komunii, w ławkach oprócz niego pozostało kilka osób. Liao uznał, że jeszcze kilku niechrześcijan przyszło przyglądać się nabożeństwu. Ciekawe, co pomyślałby, gdyby trafił do kościoła w Polsce. Kika osób to u nas zostaje w ławkach może na Wielkanoc.


piątek, 12 kwietnia 2013

"Młode Chiny" Krzysztof Kardaszewicz


Z noty biograficznej na okładce możemy się dowiedzieć, że Krzysztof Kardaszewicz jest reporterem, pasjonatem filmu, podróży, języków obcych i niekończących się opowieści o przemianach w Azji i Ameryce Południowej. I że cztery lata mieszkał w Chinach, gdzie uczył angielskiego i był dziennikarzem "Asia Weekly". To już naprawdę dobry początek. Człowiek, który mieszkał i pracował z Chińczykami ma zapewne o nich więcej do powiedzenia, niż ktoś kto tylko spędził tam wakacje.

Kardaszewicz jest autentycznie zafascynowany Chinami, ta fascynacja aż bije z kart tej niewielkiej książeczki. I jest naprawdę zaraźliwa. Książkę czytałam z podobnym entuzjazmem, z jakim została napisana. Autor ma też niezły zmysł obserwacji. Oddaje głos swoim bohaterom, żeby potem wyciągnąć naprawdę interesujące wnioski na temat całego pokolenia. Młodzi Chińczycy to u Kardaszewicza wyjątkowo zagubione pokolenie. Przy ich transformacji nasza była jak bułka z masłem. Rodzice młodych Chińczyków pamiętają jeszcze szaleństwo rewolucji kulturalnej czy wielki skok za czasów Mao. Wychowywali się w czasach głodu i niedostatku. Dlatego całą swoją nadzieję pokładają w dzieciach, wychowanych już w nowych czasach, w których Chiny stały się czołową gospodarką świata. Na domiar złego większość młodych to jedynacy. Ogrom pokładanych w nich nadziei jest brzemieniem popychającym niektórych nawet do samobójstwa. Chińczycy mówią też o braku wartości, szalonym konsumpcjonizmie. Partia komunistyczna zrobiła co mogła, żeby zniszczyć stare wartości, jak taoizm czy konfucjanizm, ale nie zaproponowała nic w zamian. Z "Młodych Chin" wyłania się obraz pokolenia gnającego w szalonym tempie, ale bez wyraźnie nakreślonego celu. Widzimy ludzi, których dzieciństwo i młodość upłynęły na wkuwaniu do morderczego egzaminu gaokao, czyli chińskiej matury. Na tym jednak wyścig się nie kończy, Chiny to kraj przeludniony, co skutkuje ogromną konkurencją zarówno na studiach, jak i na rynku pracy.

Autor bardzo zgrabnie podzielił książkę na tematyczne rozdziały, z których poszczególne dotyczą stosunku do przeszłości, daremnych poszukiwań miłości, edukacji, emigracji czy stosunku do cudzoziemców. Trzeba jednak przyznać, że Kardaszewiczowi dużo brakuje do mistrzów reportażu. Nie udało się ukryć pewnej niezręczności językowej. I tak w jednym akapicie autor sili się na górnolotne wyrażenia, pisząc: "Ci, którzy chcieliby czegoś więcej niż chleba i igrzysk, najczęściej tlą się bezsilnym gniewem". Żeby już w następnym akapicie ostrzegać, co robić, "żeby nie przegiąć pały". Autor miesza styl literacki z mówionym niczym twórcy nagłówków w portalu Onet. Efekt jest co najmniej humorystyczny. Zwykle, jeśli książka jest napisana złym stylem, potrafi mnie to zniechęcić nawet do tego stopnia, że porzucę czytanie. Tu nie jest aż tak źle, ale mogłoby by być lepiej. Chciałabym zaapelować do Wydawnictwa Homini o zatrudnienie dobrego edytora, naprawdę szkoda psuć takie ciekawe książki złym stylem.


czwartek, 4 kwietnia 2013

Mo Yan "Obfite piersi, pełne biodra"


Nie zawsze przemawia do mnie twórczość laureatów Literackiej Nagrody Nobla, ale już samo wyróżnienie jest znakiem, że na danego twórcę warto zwrócić uwagę. Tym razem moja ciekawość pozwoliła mi wybrać się w podróż, z której za nic nie chciałam wracać. Przeciągałam czytanie "Obfitych piersi, pełnych bioder" jak długo tylko mogłam. Tym co wyróżnia chińskiego pisarza jest przede wszystkim styl - nietypowy mariaż realizmu magicznego z naturalizmem. A to wszystko podane w orientalnym sosie. U Mo Yana obozy reedukacji przez pracę z czasów Mao są równie realistyczne, co fakt, że duch Ptasiej Nieśmiertelnej może zamieszkać w ludzkim ciele. Trudno nie porównywać tej książki do "Stu lat samotności" Marqueza, czytaniu towarzyszy bowiem podobne odczucie jakiegoś spokojnego przemijania. Tu ludzie są częścią większej całości, każdy ma chwilę swojego istnienia, a potem ustępuje miejsca innym. Historia rodziny Shangguanów i rozmiłowanego w kobiecych piersiach Jintonga to tylko pretekst, żeby zbliżyć się do tajemnicy ludzkiego istnienia.

Opowieść rozpoczyna się, kiedy do małej wioski w Północno-Wschodnim Gaomi zbliżają się Japończycy. Starosta wzywa do opuszczenia wsi, ale rodzina kowali nie zamierza uciekać. Shangguan Lu właśnie rodzi swoje siódme dziecko, w tym samym czasie w oborze ośliczka wydaje na świat muła. To drugie wydarzenie przyciąga znacznie więcej uwagi  teściów i męża Shangguan Lu. Wkrótce jednak, za sprawą japońskich najeźdźców, relacje w rodzinie ulegną zmianie i to Shangguan Lu stanie się jej główną podporą. Narratorem jest urodzony tamtego dnia Jintong (Złoty Chłopiec), który choć tak bardzo wyczekany i ukochany, wyrośnie na niezaradnego tchórza. Do siódmego roku życia będzie żywił się wyłącznie mlekiem matki, a i potem nie pozbędzie się zamiłowania do kobiecego mleka. Bo "Obfite piersi, pełne biodra" to też przewrotna opowieść o kobiecości i męskości. Znajdujemy się w świecie, w jakim kobieta, która nie ma męża i nie urodziła syna, nic nie znaczy. Jednocześnie ci sami mężczyźni okazują się kompletnie bezużyteczni, brakuje im charyzmy kobiet. Teść i mąż Shangguan Lu nie potrafią nawet wykonywać swojej pracy, słuchają jedynie poleceń władczej teściowej. Biologiczny ojciec Jintonga i Ósmej Siostry, szwedzki pastor Malloy, również okaże się słaby, nie mogąc znieść upokorzenia popełni samobójstwo. Tytułowe obfite piersi i pełne biodra to nie jedyne, co cechuje kobiety z rodu Shangguanów, u każdej zadziwia niezwykła wręcz siła charakteru. Każdą też z ośmiu sióstr Jintonga czeka tragiczny los, który nie będzie jednak dziełem przypadku, a ich świadomym wyborem.

Dla mnie jednak najbardziej intrygująca postacią w książce jest matka, czyli Shangguan Lu. Na pewno widzieliście takie kobiety, staruszki, które przeżyły nie tylko swoje dzieci, ale i kilka systemów politycznych, których nic z tych rzeczy nie było w stanie złamać. Kobiety, które choć nie ukończyły żadnej szkoły, posiadły pewną dziejową mądrość, dzięki temu, co widziały. Mężczyźni rzadko dożywają takiego momentu, zajęci ważnymi sprawami, które prędzej czy później ich zgubią. Shangguan Lu udźwignie te wszystkie historyczne zawieruchy na swoich małych, skrępowanych w dzieciństwie stopach. Jest też postacią w pewien sposób symboliczną, jej życie obejmuje niemal cały burzliwy XX wiek. Przez Północno-Wschodnie Gaomi przetoczyły się: powstanie bokserów, upadek dynastii Qing i początek republiki, japońska inwazja, wojna domowa, rewolucja kulturalna Mao i wreszcie reformy gospodarcze, które przyniosły drapieżny kapitalizm. Shangguan Lu widziała na tyle, żeby wiedzieć, że światu, w którym żyjemy, nie można ufać. Jutro cała rzeczywistość, którą znamy, może zniknąć. Dzisiejsi bogaci już jutro mogą być biedni. Jedyne co można zrobić, to uratować jak najwięcej osób, które się kocha. Myślę, że to nie tylko moje wrażenie. Autor sam chciał uczynić tę postać szczególnie ważną. Nie bez powodu opowieść kończy się klamrą kompozycyjną, w postaci jedynego momentu w życiu, w którym Shannguan Lu była naprawdę szczęśliwa.

"Obfite piersi, pełne biodra" to nie jest książka dla tych, którzy oczekują politycznej sensacji w wykonaniu zakazanego autora. Ani dla tych, którzy uważają nasz zachodni sposób myślenia za jedynie słuszny. Polecałabym ją raczej miłośnikom literatury na naprawdę wysokim poziomie oraz tym, którzy lubią, kiedy literacki świat wciąga ich tak, że aż staje się bardziej realny od rzeczywistości.

źródło: ecsmedia.pl

PS Polskim czytelnikom chińskie nazwiska mogą przysparzać wielu problemów. Przyda się tu drobna podpowiedź: na pierwszym miejscu zawsze jest nazwisko, a na drugim imię. Kiedy podajemy całą nazwę osobową odmienia się tylko imię (dlatego mówimy o Shangguan Jintongu). Nazwisko odmieniamy tylko, kiedy występuje samo. Jeśli zasady polskiej fleksji na to nie pozwalają, nie odmieniamy chińskiego imienia i nazwiska wcale. Hu Jintao to zawsze Hu Jintao.

sobota, 6 października 2012

Ponure oblicze Chin


Chiny, choć w Europie postrzegane jako jednolity obszar kulturowy, są krajem niezwykle niejednorodnym. I nic dziwnego skoro to najludniejsze, bo liczące 1,35 mld ludzi, państwo świata. To oczywiście dane przybliżone  szacuje się, że poza oficjalnymi mieszkańcami żyje około 40 milionów tzw. czarnych Chińczyków, czyli osób urodzonych poza polityką jednego dziecka. Nie mają oni dokumentów, prawa do edukacji czy opieki zdrowotnej, nie są nigdzie zarejestrowani, przeważnie całe życie spędzają na wsi. Jest ich zapewne więcej niż wszystkich ludzi w Polsce. Wielkością Chiny są mniej więcej równe Europie. Chiny to międzynarodowa nazwa państwa, sami Chińczycy jej nie używają. Nazywają swój kraj Państwem Środka.

Mieszkańcy Chin posługują się około 400 językami i dialektami. Oficjalnymi, mandaryńskimi mówią prowincje północne. Chińczycy z północy są w stanie porozumieć się ze sobą podobnie jak narody słowiańskie, za to na pewno nie dogadają się z Chińczykami z południa. To co Chiny łączy, to ujednolicony system pisma. Jak to możliwe, że mówią inaczej, a piszą tak samo? Znaki chińskie nie odpowiadają tak jak nasze litery poszczególnym głoską mowy, a całym sylabom czy nawet wyrazom. Graficzny zapis słów znaczy w całych Chinach to samo, ale w poszczególnych regionach czyta się je inaczej, w lokalnym języku. Każdy region to też odrębna kultura, zwyczaje, a nawet kuchnia.

Widzicie już, jak trudno napisać książkę o Chinach? Tak, żeby pokazywała obiektywnie choć część obrazu?  Liao Yiwu nie porywa się napisanie książki o całych Chinach. Pisze książkę o nizinach społecznych i jest to obraz niezwykle cenny. Jeśli kiedyś wybierzecie się na wycieczkę do Chin zobaczycie zapewne zatoczone ulice Pekinu, Wielki Mur, zapierające dech w piersiach wieżowce Szanghaju, ewentualnie kosmopolityczny Hongkong. Biednego wschodu nikt już wam nie pokaże. Nikt nie będzie chwalił się biedotą. Możecie albo wybrać się tam na własną rękę i próbować pokonać bariery językowe i nieufność wobec Europejczyków, albo przeczytać książkę "Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych".

Jak dowiadujemy się ze wstępu polskiej tłumaczki Agnieszki Pokojskiej, książka ma dwie wersje. I dość nietypowo nie jest tłumaczona z oryginału a z wersji angielskiej. Chiński oryginał jest bowiem, zdaniem autora, zbyt obcy kulturowo i niezrozumiały dla zachodniego czytelnika. Sama książka jest zbiorem wywiadów, choć ja bym powiedziała jednak, że każdy rozdział jest po prostu historią człowieka. Są wśród mich oprawcy i ofiary, mędrcy i głupcy. A każda z tych historii jest niezwykła.

W książce znajdziemy przedstawicieli dość niezwykłych profesji, jak zawodowego żałobnika czy tytułowych prowadzących umarłych, którzy od wieków dostarczali ciała zmarłych (najczęściej niosąc je na własnych plecach) do ich rodzinnych miejscowości, aby ci mogli zostać pochowani w rodzinnej ziemi. Jest też mistrz feng shui, wyznawczyni zakazanej religii Falun Gong, buddyjski opat, ale i osoby zajmujące się bardziej przyziemnymi rzeczami, jak kierownik szaletu publicznego czy całkowite wyrzutki społeczne, jak trędowaty. Najwięcej z tych opowieści miało miejsce za czasów Mao Zedonga, bo i wtedy kraj spotkała największa w XX wieku bieda i głód, a z powodu zakazania wszelkich, religijnych praktyk wielu bohaterów książki było prześladowanych.

To nie są opowieści dla ludzi o słabych nerwach, od wielu przechodzą ciarki. Bohaterowie to w większości prości ludzie, nie przebierają więc w słowach, dobitnie opowiadają choćby o głodzie i przypadkach kanibalizmu. Kiedy to po nieudanej rewolucji przemysłowej Mao w wielu wsiach zaczęły znikać małe dziewczynki. W kilku recenzjach "Prowadzących umarłych" przeczytałam, że Liao Yiwu jest obiektywny i nie ocenia bohaterów. To nie do końca prawda, bo choćby do handlarza ludźmi, który porwał setki kobiet, mówi: Gdybym to ja był sędzią, najpierw w ramach kary kazałbym panu obciąć język. Zasłużył pan na to. Mimo to daje im głos, tak katom jak i ofiarom. Pozwala im opowiedzieć całą swoją historię. Bo i czy zawsze wiadomo kto jest katem, a kto ofiarą? Czy w ekstremalnych okolicznościach człowiek nie może być jednocześnie jednym i drugim? Opowieści zebrane przez Liao Yiwu pokazują, że życie nie jest tak proste i jednoznaczne, a człowiek często pozostaje bezradny wobec świata, w jakim przyszło mu żyć.

źródło: czarne.com.pl